Albus Dumbledore szczelniej owinął się kapturem, choć zapadał zmrok, więc mało kto mógł widzieć jego sylwetkę. Jego krok był bardziej sprężysty niż jeszcze kilka godzin temu. Oto udało mu się znaleźć ostatniego z sygnotariuszy jego odwołania i wymusić na nim przyznanie się do przyjęcia łapówki od Malfoy'a. Mając podobne oświadczenia na piśmie wszystkich członków Rady Nadzorczej, mógł z czystym sumieniem starać się o przywrócenie do pracy – był pewien, że Korneliusz podpisze jego pismo natychmiast, gdy trafi ono na jego biurko.

Dopiero z dala od zamku zrozumiał, że jego życie pozbawione jest sensu bez Hogwartu. Szkoła już nie była jedynie domem, azylem. Była najświętszym sanktuarium, całym jego życiem. Była pożywieniem dla jego duszy, światłem dla jego mrocznego egoizmu. Poza tym, żyli tam ludzie, których kochał.

Albus nucił żywą, szkocką melodię, zmierzając ku przytłumionemu światłu okien gospody jego brata. Zdziwił się, nie widząc przez brudne szyby stałych bywalców. Z drugiej jednak strony, tak było lepiej – nie chciał, by Aberforth miał kłopoty z powodu obecności Albusa w jego podejrzanym przybytku. Pchnął nadgryzione przez korniki drzwi – natychmiast powitał go znajomy, kozi odór. Zmusił się do ukrycia grymasu i szybko przeszedł przez izbę gospody, ku zapleczu.

Wspinając się po schodach, po raz pierwszy odniósł wrażenie, że coś jest nie tak – przez maleńkie okienko na klatce schodowej widział kozy brata, biegające po maleńkim i zapuszczonym podwórzu, choć powinny być już zamknięte w budynku gospodarczym. Niewiele było rzeczy, o które Aberforth dbał bardziej niż o te zwierzęta, dlatego niedopełnienie tego codziennego rytuału jakim było zamknięcie kóz wydało się Albusowi alarmujące. Do tego stopnia, że wyciągnął różdżkę, a jego kroki były bardziej ostrożne.

Gdy nieoczekiwanie wpadł do głównego pokoju mieszkania brata, zrozumiał, że musiało wydarzyć się coś złego. Aberforth na jego widok zerwał się z fotela – jego twarz była blada, a kącik ust drgał mu lekko.

- Gdzie ty się, na Merlina, podziewałeś!? – ryknął, a Albus poczuł niepokój – jego brat rzadko okazywał przerażenie, a właśnie to uczucie wyczuwał pod grubą warstwą złości.

- Co się stało? – zapytał Albus, odruchowo ustawiając się tyłem do portretu Ariany.

- Parę godzin temu przybył patronus od McGonagall. Potwór porwał dziewczynkę Weasley'ów i zabrał ją do Komnaty. Twoja zastępczyni sugerowała, że wie, co może być tym potworem i prosiła, byś jak najszybciej wracał do zamku. Posłałem jej swojego patronusa, ale nie dostałem żadnej odpowiedzi. – Aberforth nerwowo krążył po pokoju.

Albus czuł, jak tryby jego umysłu przyśpieszają. Córka Weasley'ów – jedenastoletnia Ginewra, jeśli dobrze pamiętał. A Minerwa podobno odkryła, co jest zdolne do petryfikowania ludzi.

Zadrżał, gdy uświadomił sobie, że Minerwa nie spocznie, dopóki nie znajdzie swojej uczennicy.

Przypomniał sobie wyraz twarzy czarownicy, gdy rozstawali się po wręczeniu mu odwołania przez Lucjusza. Pamiętał swoją sugestię – okropną, obrzydliwą, sprawiającą, że miał ochotę wyprzeć tę wizję z umysłu, lecz nie potrafił. Dziwna, pokrętna logika podszeptywała, że zarówno przeszłość Voldemorta, jak i Minerwy jest pełna białych plam, dziwnie zlewających się na linii chronologicznej. Równocześnie jego umysł zalewał obraz Minerwy, z gracją prowadzonej przez Toma. Gdzieś w oddali słyszał mroczne słowa przepowiedni profesor Vatblasky – dwoje ludzi, pięknych i przeżartych przez zło. Słowo ,,dziedzic" pulsowało tępo w jego głowie, siejąc wątpliwości. Nienawidził siebie za to, że śmiał tak po prostu zasugerować jej w twarz coś tak straszliwego.

Och, jakże ją zranił! Już nigdy nie będzie mógł spojrzeć jej w oczy.

- Albusie! Czemu stoisz jak ten posąg! Przecież Hogwart cię potrzebuje! – głos Aberfortha ledwie przebijał się przez ogromny mur, zbudowany na niechęci do samego siebie i dławiącym poczuciu winy za brud swoich myśli.

- Zrobiłem coś strasznego. – wyszeptał, bardziej do siebie, niż do brata. Patrzył na wprost – na obdrapane drzwi przed sobą, ponad ramieniem wściekłego Aberfortha. Mimo to widział jedynie jej skrzywioną bólem twarz, jej rozszerzone źrenice, gdy dotarło do niej, o co ją podejrzewał. Gdzieś z tyłu głowy czuł na sobie oskarżycielski wzrok Ariany.

- O czym ty, galopujące gargulce, mówisz? – wrzasnął Aberforth. Albus przez krótki moment skupił uwagę na jego twarzy.

- Zasugerowałem, że Minerwa mogła nie być obojętna na urok Voldemorta. – wypalił.

Aberforth otworzył szeroko usta. A potem nagle, bez ostrzeżenia, zdzielił Albusa po twarzy tak mocno, że czarodziej zobaczył zielone gwiazdki przed oczami i zatoczył się na bok. Jego brat chyba sam był zdumiony gwałtownością swojej reakcji, bo tępo wpatrywał się w swoje dłonie, ale potem uniósł głowę i na jego twarzy pojawiła się zimna furia oraz nienawiść, której Albus dawno u niego nie widział.

- Ty naprawdę jesteś potworem. – warknął Aberforth, z wyraźną odrazą patrząc na Albusa, który dopiero po jakiejś chwili zrozumiał, co właśnie się wydarzyło. Z niedowierzaniem uniósł dłoń do policzka, który pulsował tępym bólem.

A potem po prostu deportował się z trzaskiem.

Prawie potknął się przy lądowaniu i o mały włos nie wyłożyłby się jak długi na żwirowej drodze przed bramą do Hogwartu. Jednak jego umysł zaprzątała jedna myśl:

Jeśli Minerwie stanie się jakaś krzywda, to będzie to jego winą.

Przeniknął przez żelazne pręty bramy i pobiegł w stronę zamku, jego ciemnofioletowe szaty łopotały za nim, wiatr dął mu prosto w twarz, rozwiewając srebrne włosy i brodę.

Instynktownie skierował się do gabinetu Minerwy. Zapukał gorączkowo. Odpowiedziała mu cisza. Zapukał mocniej. Znów nic.

- Minerwo! – krzyknął. Zero odpowiedzi. Wyszarpnął różdżkę z kieszeni i przyłożył do zamka, mrucząc skomplikowane zaklęcie otwierające. Zamek puścił, ale tylko dlatego, że powolna świadomość szkoły rozpoznała Albusa lub też wyczuła jego intencje.

Niestety, gabinet i salon Minerwy były puste. Albus nie odważył się wejść do jej sypialni – był pewien, że również była pusta. Wmawiając sobie, że nieobecność nauczycielki transmutacji w jej gabinecie nic nie znaczyła, Albus pobiegł do pokoju nauczycielskiego.

Wpadł do pomieszczenia z impetem i błyskawicznie przeskanował zdumione twarze. Nie było wśród nich Minerwy.

- Dyrektorze! – Filius zerwał się z krzesła. Albus miał ochotę wybuchnąć gorzkim śmiechem, widząc autentyczną ulgę na wielu twarzach.

- Gdzie jest Minerwa? – zapytał ochrypłym głosem. Severus obrzucił go badawczym spojrzeniem. Septima uniosła brwi. Rolanda wzruszyła ramionami i odpowiedziała:

- Nie ma jej w gabinecie? Powinna tam być, Hagrid zaraz ma przyprowadzić państwa Weasley. – żółte tęczówki instruktorki latania błysnęły, gdy Albus pokręcił głową.

- Może poszła do wieży Gryffindoru? – zasugerował Filius. Zanim Albus zdążył cokolwiek powiedzieć, drzwi za nim się otworzyły. Stała w nich zziajana Aurora Sinistra, nauczycielka astronomii.

- Potter i Weasley zniknęli! Poszłam do wieży Gryffindoru po braci Ginewry, ale powiedziano mi, że godzinę temu była tam Minerwa i wybiegła nie wiadomo dokąd, gdy dowiedziała się, że Potter i Weasley zaginęli! – ogłosiła Aurora, a jej rozbiegany wzrok zatrzymał się na Albusie.

Albus zamrugał. Gdzie mogli pójść drugoroczni Gryfoni? Czy porwanie Ginny było jedynie pułapką Toma, mającą zwabić Pottera w jego łapy? Co odkryli chłopcy? I gdzie była Minerwa?

I znów, drzwi pokoju nauczycielskiego stanęły otworem. Stała w nich przerażona Irma Price, kurczowo ściskając w dłoni niewielkie lusterko.

- Dyrektorze! – krzyknęła, ruszając w stronę Albusa.

- Irmo, jeśli nie chodzi o Minerwę… - zaczął czarodziej, ale bibliotekarka przerwała mu.

- Oczywiście, że chodzi o nią! Odkryła, czym jest potwór z komnaty! – Irma wyciągnęła z kieszeni jakąś kartkę – wszyscy wpatrywali się w nią z napięciem. Kobieta wręczyła Albusowi świstek i wyszeptała:

- To bazyliszek.

W pokoju nauczycielskim zapanował chaos, wszyscy zaczęli mówić jednocześnie, a Albus usiłował skupić myśli na słowach przepisanych z jakiejś książki przez Irmę, wyjaśniających naturę bazyliszka. Zadziwiające, jak wszystko składało się na logiczną całość.

Zadziwiające, ale przede wszystkim przerażające. Albus rzadko czuł się tak okropnie jak w tej chwili, gdy bezlitosny rozum podpowiadał mu, że jeśli chłopcy i Minerwa znaleźli wejście do Komnaty Tajemnic, to prawdopodobnie musieli być już martwi.

Gdy jego umysł podsunął mu wizję sztywnego, bladego ciała Minerwy, Albus nie wytrzymał.

Opadł na kolana, przytłoczony cierpieniem.

Trwał tak, a nikt nie ważył się do niego podejść. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że cała jego sylwetka promieniuje szarym, pulsującym światłem. Nie dostrzegał, że jego dłonie drżą niepohamowanie.

I właśnie w tym momencie do pokoju nauczycielskiego wpadł Hagrid, a za nim śmiertelnie przestraszeni państwo Weasley. Albus uniósł głowę – skrzyżował spojrzenie z Molly.

Wystarczyło tylko tyle – krótki kontakt wzrokowy – by pani Weasley zrozumiała, że Albus Dumbledore traci nadzieję. Ta świadomość sprawiła, że kobieta zemdlała, osuwając się w ramiona swojego bladego, przygnębionego męża.

Kilka rzeczy wydarzyło się naraz.

Nauczyciele rzucili się do cucenia pani Weasley - ostrożnie przeniesiono ją na kanapę. Jej mąż nie wypuszczał z dłoni jej ręki. Do pokoju weszli też bracia Ginewry i Ronalda – bliźniacy i Percy. Ich twarze były pełne lęku.

Albus dźwignął się z ziemi. Chciał jedynie uciec, chciał wykrzyczeć swoje winy, chciał zapomnieć, chciał spojrzeć w gadzie oczy bazyliszka. Chciał umrzeć.

Trzask. Tak charakterystyczny, nie do pomylenia z innymi dźwięk.

Ostatkiem sił uniósł głowę.

Wszyscy zamarli, gdy zobaczyli szkarłatno-złote pióro szybujące w stronę jego twarzy.

I Albus zrozumiał, że oto ma jeden, maleńki strzępek nadziei.

- Albusie? – miękki głos Molly rozdarł ciszę. Dyrektor spojrzał na nią – jej przytomne już oczy błyszczały od łez.

- Nie wszystko stracone. – odpowiedział, wkładając w tę słowa całą nową nadzieję, całą swoją wiarę w Minerwę i Harry'ego.

- Co mamy robić? – spytał cicho Filius. Albus zerknął na niego przelotnie.

- Opiekunowie niech pójdą pilnować swoich uczniów. Reszta nauczycieli niech pójdzie pomóc w skrzydle szpitalnym w budzeniu spetryfikowanych – Poppy przyda się każda para rąk. Państwo Weasley, Percy, Fred i George – chodźmy, powinniśmy czekać w gabinecie Minerwy.

Nikt nie zakwestionował jego poleceń. Rodzina Weasley'ów bez najmniejszego szmeru udała się za nim. Słyszał jedynie ich kroki i oddechy – zaufanie, jakim go darzyli, nieco go przytłaczało. Był jednak pewien, że dobrze odczytał wiadomość od Fawkesa.

Nie chciał przyjmować do wiadomości alternatywy. Do powrotu feniksa mógł jedynie czekać – mógł tylko domyślać się gdzie są wejścia do Komnaty, a jeśli logika podpowiadała mu właściwie, to i tak nie byłby w stanie się tam dostać bez znajomości mowy węży.

Jednak gdy znalazł się już w gabinecie Minerwy, bezsilność uderzyła w niego z zdwojoną siłą.

Jak dobrze znał to pomieszczenie: drogocenne księgi równo ułożone na półkach, bez grama kurzu, ogromne biurko, doskonale uprzątnięte oraz zmieniający się z porami dnia obraz na ścianie, przedstawiający majestatyczny widok na Hogwart. Wciąż rozglądając się po znajomym wnętrzu, wyczarował krzesła dla rodziny Weasley. Sam stanął za fotelem Minerwy – imponującym, wysokim meblem z ciemnego, lśniącego drewna. Nie śmiał na nim usiąść.

Sekundy upływały. Minuty wlekły się niemiłosiernie, jedna za drugą. Oni nadal czekali, w całkowitym milczeniu. Ani Artur, ani Molly nie oczekiwali wyjaśnień. Ich obecni tu synowie patrzyli pustym wzrokiem w krzesło swojej nauczycielki. Albus przyłapał się na tym, że upaja się subtelną nutą konwaliowego zapachu.

Zmierzch na dobre zapadł nad Hogwartem. Nieruchomi Weasey'owie stali się jedynie kolejnymi cieniami w gabinecie Minerwy. Albus stłumił drżenie – czuł chłód i zmęczenie. Trwał jednak na swoim miejscu. Jedyną ruchomą rzeczą były łzy Molly, swobodnie spływające po jej policzkach i błyszczące w mroku jak diamenty.

Wreszcie Albus obrócił w dłoni pióro Fawkesa. Nie mógł już znieść ciemności i ponurej atmosfery. Wykonał lekki ruch ręką – misternie wykonane kinkiety w ścianach gabinetu rozjarzyły się złotym blaskiem. W ich świetle Albus zobaczył Molly, zupełnie wtuloną w pierś Artura i Percy'ego, otaczającego ramionami bliźniaków.

,,To właśnie jest rodzina." – odezwał się cichy głosik w jego głowie. Albus wydał z siebie ciche westchnienie. Przecież wiedział, czym jest rodzina – dla niego domem był cały Hogwart . Teraz jednak miał dziwne wrażenie, że jego domowe ognisko przygasa, zalewane wodą z łazienki Jęczącej Marty, dziewczynki, której nie zdołał ochronić.

Zegar w salonie Minerwy wybił północ. Mimo zamkniętych drzwi, Albus słyszał jego głębokie brzmienie. Czarodziej jednak skupił swoją uwagę na drzwiach prowadzących na korytarz. Ktoś właśnie delikatnie nacisnął klamkę.

Albus wypuścił ze świtem powietrze, gdy w drzwiach stanęła osobliwa grupka, której wszyscy członkowie byli pokryci pyłem, szlamem i błotem.

Ginny ściskała jedną dłonią Rona, a drugą Harry'ego. Gdzieś z boku czaił się Lockhart, z dziwnie głupkowatym uśmiechem na twarzy.

Lecz oczy Albusa patrzyły tylko na nią.

Minerwa odpowiedziała mu spokojnym, pełnym godności spojrzeniem. Jej dłoń spoczywała protekcjonalnie na ramieniu Harry'ego. W drugiej ręce trzymała świetlisty miecz i Tiarę Przydziału.

Zza jej pleców wyleciał Fawkes i przysiadł na ramieniu Albusa.

Ileż by dał, by móc w tej chwili podbiec do niej i błagać ją o wybaczenie! Wiedział jednak, że prosiłby o zbyt wiele.

- Ginny! – Molly zerwała się na równe nogi i porwała córkę w objęcia. Chwilę później dołączyła do niej reszta familii Weasley'ów. Albus widział to kątem oka, podobnie jak pełne pytań spojrzenie, jakie posłał mu Harry Potter. Jego główna uwaga była skupiona na Minerwie, która pozwoliła sobie na lekki uśmiech, obserwując pełne miłości ponowne połączenie rodziny Weasley'ów.

- Uratowaliście ją! Uratowaliście ją! Jak wam się to udało?! – wykrzyknęła Molly.

Albus lekko zmrużył oczy, gdy Harry już wyrwał się z objęć rudowłosej czarownicy i podszedł do biurka Minerwy, gdzie położył poplamioną atramentem czarną książeczkę, w środku której ziała ogromna dziura.

A potem syn Jamesa i Lily zaczął opowiadać. Przez kwadrans mówił o wszystkim i Albus dopiero zrozumiał, w jak wielkim niebezpieczeństwie znajdował się chłopiec. Wszystko zaczęło nabierać sensu – dziwne zachowanie Minerwy przy każdej napaści – Albus mógł się założyć, że ona również musiała słyszeć bazyliszka. Gdy Harry dotarł do momentu, w którym odkrył, że wejście do Komnaty Tajemnic musi znajdować się w łazience Jęczącej Marty, umilkł, jakby ochrypł. Dyrektor jednak widział szczerą rozterkę w jego oczach i szybkie spojrzenie rzucone na Ginny. Dlatego zapytał łagodnie:

- Mnie interesuje najbardziej, jak Lordowi Voldemortowi udało się zaczarować Ginny, skoro moje źródła donoszą, że obecnie ukrywa się w puszczach Albanii.

Harry spojrzał na niego z wyraźną ulgą. Z kolei Artur zaczął mówić z niedowierzaniem, ale Albus był zupełnie skupiony na słowach chłopca przed sobą.

- To ten dziennik. Riddle zapisał go, gdy miał szesnaście lat. – odpowiedział Harry, wskazując na książeczkę.

Albus zmusił się, by nie popatrzeć na Minerwę – nie miał pojęcia, jakie informacje o niej Voldemort mógł umieścić w dzienniku, ani ile z tego zdradził Harry'emu bądź Ginny. Zamiast tego skupił się na samym dzienniku. Ostrożnie przewrócił jego nadpalone i wilgotne kartki – wyczuwał ogromną aurę złowrogiej mocy wydobywającą się z przedmiotu. Nie musiał zgadywać, że Minerwa również to wyczuwała.

Tylko trochę podejrzewał, jak w tym niepozornym w gruncie rzeczy przedmiocie udało się Voldemortowi zamknąć cząstkę siebie i przerażało go to bardziej, niż byłby skłonny przyznać. Musiał jednak grać, udawać – jeśli jego podejrzenia były prawdziwe – wiedza o tym była szalenie niebezpieczna.

- Wspaniałe. No tak, ale on był najlepszym uczniem, jakiego miał Hogwart. – rzekł, celowo lekko modulując głos, by przypominał ton Galatei Merrythought. Tym razem spojrzał na Minerwę. Jej nozdrza zadrgały lekko – lecz nie wiedział, czy z gniewu za ten policzek czy na wspomnienie wiary, jaką jej stara nauczycielka pokładała w Tomie. Albus odwrócił się do Weasley'ów i wyjaśnił:

- Niewiele osób wiedziało, że Lord Voldemort nosił kiedyś inne nazwisko: Tom Riddle. Sam go uczyłem, pięćdziesiąt lat temu, tu, w Hogwarcie. Po ukończeniu szkoły przepadł bez wieści... odbywał dalekie podróże... studiował i praktykował czarną magię, przebywając w towarzystwie najgorszych typów, i przeszedł tyle niebezpiecznych transformacji, że kiedy w końcu ujawnił się jako Lord Voldemort, trudno było w nim rozpoznać Toma Riddle'a. Mało kto łączył Lorda Voldemorta z tym inteligentnym, ładnym chłopcem, który kiedyś był tutaj prefektem szkoły.

Weasley'owie zareagowali tak, jak mógł tego oczekiwać – najpierw niedowierzaniem, potem oskarżeniem skierowanym w stronę Ginewry. Wiedząc, jak wiele musiała wycierpieć ta biedna dziewczynka, Albus przerwał jej płaczliwe wyjaśnienia i polecił, by udała się do skrzydła szpitalnego. Prawie cała jej rodzina wyszła z nią, zostawiając Albusa z Harrym, Ronem, Lockhartem i Minerwą, która jedynie odłożyła na biurko Tiarę i miecz. Albus natychmiast rozpoznał ostrze, a jego oczy rozbłysły.

Dyrektor bardzo ostrożnie poinformował dwójkę uczniów, że nie zostaną ukarani, lecz nagrodzeni. Z satysfakcją zobaczył radość w oczach Harry'ego, gdy zrozumiał, że nie zostanie wyrzucony z Hogwartu. Kątem oka widział też zaciśnięte usta Minerwy – chyba powoli docierało do niej, jak ogromne szczęście mieli jej ulubieni uczniowie. Zignorował jednak ją i zapytał, co stało się z Gilderoy'em. Gdy Weasley mu wyjaśnił, Albusowi trudno było ukryć swoje rozbawienie ironią sytuacji – od dawna podejrzewał, że Lockhart jest oszustem, ale miał zbyt wiele na głowie, by szukać na to dowodów. Gdy wysłał Ronalda z dawnym profesorem obrony przed czarną magią do skrzydła szpitalnego, został z jedynie Harrym i Minerwą.

Skupił się na chłopcu. Podziękował mu za okazaną wierność w Komnacie – Fawkes zjawił się tam ze względu na Harry'ego, zanim znalazła się tam Minerwa. Tylko wyrażona głośno lojalność chłopca mogła przywołać do niego feniksa.

Potem zaczęli rozmawiać o Voldemorcie. I w pewnym momencie Harry wyznał:

- Panie profesorze, Tiara Przydziału powiedziała mi, że... że pasowałbym do Slytherinu. Przez jakiś czas wszyscy myśleli, że to ja jestem dziedzicem Slytherina... bo znam mowę wężów...

Albus nie mógł powstrzymać się przed spojrzeniem na Minerwę. Choć na pierwszy rzut oka jej twarz była niewzruszona, w jej oczach dostrzegał współczucie – rozumiała, przez co przeszedł Harry i cierpiała, że nie mogła uświadomić go wcześniej. Lecz zaraz potem uniosła wzrok i spojrzała na Albusa – zrozumiał, że dla niej również podobieństwo Harry'ego do Voldemorta jest zagadką.

Był im winien wyjaśnienie. Obojgu.

- Znasz mowę wężów, Harry, ponieważ zna ją Lord Voldemort... który jest potomkiem Salazara Slytherina... O ile się nie mylę, przekazał ci cząstkę swojej mocy... w ową noc, kiedy pozostawił ci tę bliznę. Jestem pewny, że na pewno nie chciał tego zrobić...

- Voldemort przekazał mi cząstkę samego siebie? - zapytał Harry, głęboko wstrząśnięty.

- Na to właśnie wygląda.

- Więc rzeczywiście powinienem być w Slytherinie - powiedział Harry, patrząc na niego z rozpaczą. Musiał zapomnieć o obecności Minerwy za swoimi plecami.

- Tiara Przydziału dostrzegła we mnie moc Slytherina i...

- I przydzieliła cię do Gryffindoru - przerwał mu spokojnie Albus. - Posłuchaj mnie, Harry. Tak się zdarzyło, że masz wiele cech, które Salazar Slytherin cenił u swoich wybranych uczniów. Jego własny rzadki dar, mowę wężów... zaradność... zdecydowanie... pewien... hm... brak szacunku dla wszelkich reguł... - dodał, a wąsy znowu mu się zatrzęsły. - A jednak Tiara Przydziału umieściła cię w Gryffindorze. Wiesz, dlaczego tak się stało? Pomyśl.

- Umieściła mnie w Gryffindorze tylko dlatego - powiedział Harry zrezygnowanym tonem - bo ją poprosiłem, żeby mnie nie umieszczała w Slytherinie...

- Właśnie - przerwał mu wyraźnie uradowany Albus. - A to bardzo cię różni od Toma Riddle. Bo widzisz, Harry, to nasze wybory ukazują, kim naprawdę jesteśmy, o wiele bardziej niż nasze zdolności. – przelotnie zerknął na Minerwę, ona jednak wpatrywała się w okno z nieodgadnioną miną. - Jeśli chcesz dowodu, Harry, że naprawdę należysz do Gryffindoru, to przyjrzyj się temu.

Ostrożnie wziął z biurka cenny miecz i wręczył Harry'emu. Ten chwycił pokrwawioną klingę i spojrzał na migocące w świetle kominka rubiny na rękojeści, nie wiedząc, o co właściwie chodzi. I nagle, tuż pod gardą, musiał zobaczyć wygrawerowane słowa. ,,Godryk Gryffindor."

- Tylko prawdziwy Gryfon mógł wyciągnąć ten miecz z tiary - rzekł Albus.

Harry odruchowo się obrócił – Minerwa dzielnie zmusiła się do uśmiechu. Albus miał ochotę zachichotać, widząc, jakim autorytetem w dziedzinie wszystkiego, co gryfońskie, cieszy się jego zastępczyni. Potem jednak dotarło do niego, jak bardzo ona musi się czuć skonfundowana – potomkini dwójki założycieli, która nie wylądowała w domu żadnego ze swoich przodków.

- Pani profesor? Jak pani udało się dostać do Komnaty? – zapytał cicho Harry. Albus zrozumiał, że to musiało nurtować go od dłuższego czasu. Wyjaśnienie tej sprawy postanowił zostawić Minerwie – to był jej sekret, to ona decydowała, czy chce się nim podzielić, czy nie.

Czarownica westchnęła. Jasne było, że nie widzi alternatywy dla prawdy, która jednak była trudna do przyjęcia.

- Riddle nie jest jedynym potomkiem Slytherina. – mruknęła, nie patrząc Gryfonowi w oczy. Na twarzy Harry'ego pojawił się wyraz czystego szoku.

- Ale… ale pani… pani chyba nie … nie jest pani z nim spokrewniona? Z Voldemortem? – wypalił wstrząśnięty chłopiec.

Albus z zainteresowaniem obserwował tę scenę. Najpierw zauważył lekkie wzdrygnięcie Minerwy, a potem odrazę. Ich spojrzenia na chwilę się skrzyżowały – emocje widoczne w oczach czarownicy były dla Albusa bardziej bolesne niż cios Aberfortha. Nadal jednak nie potrafił ich nazwać. To był moment, a potem Minerwa znów skupiła się na chłopcu przed sobą.

- Nie. Riddle to potomek Salazara z jego małżeństwa z jakąś nieznaną czarownicą, którą poślubił już po opuszczeniu Hogwartu. Moja rodzina zaś wywodzi się z romansu Slytherina z Roweną Ravenclaw, choć to geny i talenty Roweny od wieków ujawniały się w moich przodkach. – wyjaśniła cicho. Harry otworzył szeroko oczy.

- Zatem jest pani potomkinią obu założycieli Hogwartu? Dlaczego więc jest pani opiekunką Gryffindoru?

Albus postanowił się wtrącić:

- Profesor McGonagall jest najdłuższym w historii hatstallem, co oznacza, że przy jej przydziale Tiara zastanawiała się ponad pięć minut. W jej przypadku było to prawie dziesięć minut, czym pobiła mój rekord. – mówił Albus z uśmiechem. Harry z zdumieniem spojrzał na Minerwę.

- Pani też poprosiła Tiarę o Gryffindor? – zapytał chłopiec z mieszaniną ciekawości i nadziei.

Twarz Minerwy przybrała osobliwy wyraz. Albus wstrzymał oddech – Harry spytał o to, o co on sam nigdy nie miał odwagi. Przydział Minerwy w dalszym ciągu stanowił dla niego zagadkę – nie mógł uwierzyć, że Tiara po prostu uznała odwagę za jej wiodącą cechę – nie po tym, co stary kapelusz Godryka powiedział do niego tuż przed tamtym znaczącym przydziałem.

- Nie. Marzyłam o Ravenclawie, domu mojego ojca. Brałam też pod uwagę Slytherin, bo moja rodzina niewiele rzeczy ceniła wyżej ponad czystą krew. Jednak Tiara to potężny magiczny artefakt. Ona nie tylko widzi nas takimi, jakimi jesteśmy naprawdę, dostrzega również strzępy naszej przyszłości. W jakiś czarodziejski sposób wiedziała, że będzie mi potrzebna legendarna gryfońska odwaga. Najpierw byłam przerażona jej werdyktem, ale ostatecznie pokochałam dom lwa całym sercem. – wyznała. Albus nie mógł pozbyć się wrażenia, że choć zdradziła więcej, niż nawet on wiedział, nie powiedziała wszystkiego.

- Zatem… rozumie pani mowę węży? Słyszała pani bazyliszka? – pytał Harry. Gdy Minerwa pokiwała głową, nie ustawał w swojej dociekliwości:

- I nie wiedziała pani….

- Moje zmysły na mowę wężów nie są tak wyczulone jak twoje czy Voldemorta. Jestem spadkobierczynią głównie Roweny i słyszałam jedynie niewyraźny syk, gdy ty rozpoznawałeś całe słowa. Zarówno fakt, że Salazar jest jednak moim przodkiem jak i odkrycie wężoustości wyszły na jaw dopiero kilkanaście lat temu. Zatem zrozumiałam, czym jest potwór z Komnaty dopiero dzisiaj, po przeczytaniu książki, z której stronę wyrwała panna Granger. – zdradziła, a w jej głosie zabrzmiała subtelna nuta złości na samą siebie.

Albus wiedział, że to sygnał do zakończenia tego dziwnego przesłuchania.

- Minerwo, powinnaś odpocząć. Harry, ty też. Najedz się i wyśpij. Ja napiszę do Azkabanu, żeby zwolnili mi gajowego.

O dziwo, żadne z nich się nie sprzeciwiło. Minerwa minęła go z obojętną miną i zniknęła za drzwiami swojego salonu, a Harry ruszył do drugich drzwi, prowadzących na korytarz. Albus z niepokojem spoglądał na drzwi, które zamknęły się głucho za jego zastępczynią, gdy do gabinetu wpadł rozjuszony Lucjusz Malfoy ze swoim skrzatem domowym, zmuszając Harry'ego do cofnięcia się.

Albus westchnął. A potem przywdział na swoją twarz maskę nieprzeniknionego spokoju, by móc bez przykrych konsekwencji stawić czoła Lucjuszowi.

Dopiero gdy Lucjusz wyszedł, a Harry zabrał dziennik i pobiegł za nim, Albus odetchnął z ulgą. Postanowił, że list do Azkabanu napisze później. Pewna sprawa nadal nie dawała mu spokoju.

Niepewny przyjęcia, delikatnie zastukał w drzwi salonu Minerwy. Odpowiedziała mu głucha cisza. Przez kilka sekund rozmyślał – kiedyś Minerwa nie pozwoliłaby wyprosić się z własnego gabinetu, a nawet gdyby, to wróciłaby, słysząc Malfoy'a. Teraz jednak, miała pełne prawo być wściekłą na Albusa, mogła przecież zwyczajnie nie chcieć go oglądać. Powinien to uszanować i wycofać się.

A jednak. Niepokój zwyciężył. Albus zapukał jeszcze raz, tym razem natarczywiej.

I znów nic. Już zdecydowany, pchnął drzwi. Nie były zamknięte, wszedł więc do środka.

Krzyknął, gdy zobaczył Minerwę, skuloną na podłodze, zwijającą się w silnych drgawkach. Błyskawicznie do niej doskoczył, z różdżką w dłoni.

- Minerwo! – zawołał, niezdarnie unosząc ją za trzęsące się ramiona. Była zupełnie lekka, jak odnotował z przerażeniem. W jakiś sposób musiała go usłyszeć, bo otworzyła oczy – jej tęczówki były jakby zamglone, a źrenice maleńkie.

- Moja droga, co ci jest?! – Albus czuł panikę. W jakiś straszliwy sposób wyczuwał , że energia wypływa z Minerwy, że kobieta w jego ramionach słabnie z sekundy na sekundę, a on jest bezradny, nie wie, jak jej pomóc. Sięgnął po różdżkę, by wyczarować patronusa z wezwaniem do Poppy.

Ale nagle Minerwa przygryzła wargę do krwi, która spłynęła rubinowym strumyczkiem po jej brodzie – Albus wiedział, że jest na tyle świadoma, że nie chce krzyczeć.

- Jak mam ci pomóc? – zapytał, biegnąc wzrokiem po jej sylwetce i szukając jakiś ran, czegokolwiek, co mogło wywołać takie objawy.

Minerwa sięgnęła lewą dłonią do prawego ramienia. Ręka jej się trzęsła, więc przez moment jedynie szarpała ciemny materiał szaty. Potem zaś jej kończyny opadły bezwładnie, jakby zrozumiała, że nie jest w stanie utrzymać w nich czucia.

Albus pochylił się nad jej ramieniem. Bezceremonialnie rozerwał rękaw szaty, ukazując kawałek alabastrowej skóry. Była tam jednak jedna skaza. Zobaczył mikroskopijną dziurkę i kropelkę krwi.

- Nie! Fawkes! – wrzasnął, gdy dotarło do niego, co musiało się stać.

Minerwa musiała się zranić jednym z kłów bazyliszka. Jeśli szybko nie zostanie uleczona przez feniksa, jad ją zabije.

Zamrugała, słysząc jego krzyk. Ostatkiem sił walczyła o zachowanie przytomności. Albus panikował – przecież nie mógł pozwolić jej odejść, nie teraz, nie w ten sposób, nie po tym, jak ją obraził.

- Fawkes! – ryknął. Przecież szkarłatno-złoty ptak przed chwilą był u jego boku!

Wtem ciało Minerwy wygięło się w łuk. Czarownica zacisnęła zęby i na oczach Albusa stało się coś bardzo dziwnego.

Kropla krwi na jej ramieniu wsiąknęła z powrotem w rankę, która zaczęła się zasklepiać. Zanim jednak się zupełnie zamknęła, wypłynęła z niej maleńka, szmaragdowa kropelka jakiejś substancji. Kropelka zafalowała, by zamienić się w coś na kształt zielonego klejnotu, który następnie jakby zapadł się w skórę Minerwy. Był widoczny, niczym zielony cień pod jej bladą skórą.

Albus nic z tego nie rozumiał. Odruchowo sięgnął dłonią do ramienia Minerwy, ale usłyszał cichy syk.

- Jeśli to rozdrapiesz, jad mnie zabije. – głos Minerwy sprawił, że Albus natychmiast odwrócił się ku jej twarzy.

Była bardzo blada i wyglądała na zmęczoną, ale poza tym wydawała się wyleczona. Otarła wierzchem dłoni krew z ust.

- Jak? – spytał, machając ręką w kierunku jej ramienia.

- Nie wiem. Posadź mnie na fotelu, jesteś stanowczo zbyt kościsty. – odparła ostro, tonem nie znoszącym sprzeciwu. Albus odwrócił głowę, by ukryć rumieniec, a potem najdelikatniej jak potrafił, ujął ją pod ramiona i przeniósł na fotel. Gdy już się zapadła w tartanowej tapicerce, machnął różdżką, przywołując talerz kanapek i kubek gorącej herbaty. Minerwa skrzywiła się na widok jedzenia, ale ostrożnie ujęła kubek w nieco drżące dłonie.

- To był jad bazyliszka. Wiesz chyba, że jedynym antidotum są łzy feniksa? – zapytał Albus – musiał wiedzieć co właśnie zobaczył, choć jednocześnie nienawidził się za to – Minerwa na pewno potrzebowała spokoju i wątpił, by miała ochotę na jego towarzystwo.

- Musiałam się ukłuć gdy wyciągałam miecz, głupia. – mruknęła w odpowiedzi, a potem upiła łyk herbaty.

- Możesz to jakoś wyjaśnić? – drążył dalej Albus.

- Czułam dokładnie to samo co przy samoleczeniu. A teraz czuję obecność tego czegoś pod skórą - to nie jest jak kamień, raczej jak coś w rodzaju kapsułki. – wyjaśniła, nie patrząc mu w oczy. Albus zamyślił się – samoleczenie było zdolnością organizmu maga do neutralizacji ran i innych obrażeń – im potężniejszy mag, tym szybciej i trudniejsze urazy mógł leczyć sam, nieświadomie, bez użycia różdżki. Nawet biorąc jednak pod uwagę moc i umiejętności Minerwy w tych dziedzinach, nie byłaby ona w stanie wyprzeć ze swojego ciała trucizny bazyliszka.

- Myślisz, że gdyby ktoś cię tam dotknął, mogłabyś umrzeć? – zapytał wprost. Pokręciła głową.

- Wydaje mi się, że najpierw trzeba by rozszarpać skórę. To ciekawa rzecz – jak ampułka cyjanku. – dodała z zamyśleniem.

Albus poczuł zimny dreszcz, gdy przypomniał sobie mugolskie sposoby popełniania samobójstwa podczas wojny z Grindelwaldem. Na chwilę zapadła niezręczna cisza – Minerwa siedziała spokojnie, lecz z podkurczonymi nogami, a wzrok utkwiła w oknie. Albus zrozumiał, że teraz jest jego jedyna szansa – był jej winien bardzo wiele i to był moment by zacząć działać.

- Minerwo, to co mówiłem wtedy, o dziedzicu Slytherina… - zaczął, ale urwał, nie wiedząc, jakich słów użyć.

- Było logicznym stawianiem tezy wynikającej ze wszystkich przesłanek. – odpowiedziała cicho, nadal na niego nie patrząc, choć w jej oczach błysnęło coś na kształt odrazy.

- Nie, to było odrażające z mojej strony, sugerować coś tak okropnego, tym bardziej, że od tylu lat jesteś całkowicie lojalna wobec mnie. – zaprotestował. Na jej twarzy pojawiło się coś podobnego do gorzkiego uśmiechu.

- Twoje wnioski były jak najbardziej logiczne. Voldemort od czasów szkolnych pożądał mojej mocy i wiedzy , a siła Smoczej Wojowniczki i krew założycieli Hogwartu w moich żyłach muszą być do tego cennym dodatkiem. Zarówno w mojej przeszłości, jak i w jego, są białe plamy, które pokrywają się ze sobą: wojna, Ameryka . Profesor Vatblasky przewidziała chaos, jaki mógłby nastać, gdybym postanowiła do niego dołączyć. I konsekwentnie, ewentualne dziecko, moje i Voldemorta, na pewno byłoby dziedzicem Slytherina, najpotężniejszym od wieków. – jej słowa były zimne, obojętne, jakby jej umysł przyglądał się im dopiero, gdy opuściły jej usta.

Albus pokręcił głową z niedowierzaniem. Nie mógł zrozumieć, jak ona może mówić o tym z takim spokojem, z taką powściągliwością. On na samą myśl o tym miał ochotę zwymiotować. Umysł podsuwał mu obraz lodowatych dłoni Toma, przesuwających się po nieskazitelnej, nagiej skórze pleców Minerwy i Albus czuł żółć podchodzącą do gardła i łzy zbierające się w kącikach oczu.

I wtedy Minerwa spojrzała na niego, a jej obojętna mina nieco złagodniała.

- Miałeś jednak rację, że to byłoby zbyt potężne dziecko. Nawet gdyby udałoby mi się sprowadzić je żywe na ten świat, to jedynie za cenę swojego życia. – dodała, po czym sięgnęła po kubek z herbatą.

- Dlaczego mówisz mi to wszystko? – zapytał, nawet nie próbując ukrywać swojego bólu. Minerwa znów przywołała na twarz gorzki uśmiech.

- Żebyś zobaczył, do jakiego stopnia przestałeś mi ufać. – odparła z rozbrajającą szczerością.

Albus popatrzył na nią. Na jej szlachetne rysy, na zmarszczki jakby wykute na jej bladej twarzy, na szmaragdową toń jej oczu. Widział Minerwę, która nigdy nie pragnęła władzy i sławy. Widział Minerwę, błagającą go, by jej udział w ostatecznym pokonaniu Grindelwalda pozostał tajemnicą. Widział Minerwę, zawsze ukrytą w jego cieniu, wyrzekającą się wszystkiego – życia poza Hogwartem, emocji, miłości do Harry'ego. Nie, wcale jej nie rozumiał, chociaż znał ją tak długo.

- Kto cię uderzył? – błyskawicznie zmieniła temat, wskazując jego policzek. Nie miał zamiaru kłamać:

- Aberforth.

Pokiwała głową, jakby zrozumiała wszystko. A potem znów zapadła cisza. Albus westchnął.

- Nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś ci się dzisiaj stało – rzekł cicho.

Obrzuciła go uważnym spojrzeniem od stóp do głów, jakby szacowała jego wartość. Zanim jednak odpowiedziała, znów utkwiła wzrok w oknie.

- Myślę, że Salazar uznał, że nie wybaczyłby sobie, gdyby coś stało się Rowenie. Dlatego musiał wymyślić jakiś czar, który chroniłby ją i jej potomków przed bazyliszkiem.

Albus splótł dłonie – to była prawdopodobna teoria dotycząca odporności Minerwy na jad bazyliszka, ale nie zmieniała faktu, że on sam dawno nie czuł takiego wstydu, takiej niechęci do samego siebie. Przypomniał sobie kontury Ariany zlewające się z twarzą Minerwy: czy od teraz obie miały w nim budzić jedynie poczucie winy?

- Idź już. Masz sporo na głowie, a ja muszę się przygotować do dzisiejszej uczty. – Minerwa wstała, a Albus dopiero teraz zauważył, jak brudne i pogniecione były jej szaty.

- Chciałbym ci podziękować, że zajęłaś się wszystkim i że poszłaś za nimi do Komnaty. – wtrącił, choć ona już była przy drzwiach do swojej łazienki.

- To Harry zabił bazyliszka mieczem Godryka i zniszczył dziennik. Gdy tam weszłam, było już po wszystkim. – odpowiedziała i zostawiła go samego.

Dumbledore doszedł do wniosku, że tego roku szkolnego na pewno nie będzie dobrze wspominał.

ooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo

Hej!

Drugi rok Pottera w Hogwarcie za nami, jak Wam się podobały ostatnie rozdziały? Sprawa Komnaty Tajemnic dotknęła Minnie i Albusa trochę mocniej niż to było w kanonie - ale tak musiało być, z pochodzeniem Minnie, i jako dopełnienie wydarzeń z pierwszego otwarcia Komnaty, na jej drugim roku w Hogwarcie. Wejście Minerwy do Komnaty Tajemnic jest również kluczowe dla przyszłych wydarzeń, a w jaki sposób, spekulacje zostawiam Wam. Przed nami trzeci rok Harry'ego w Hogwarcie, chociaż najpierw czarodziejski świat zszokuje informacja o ucieczce Syriusza Blacka z Azkabanu. Macie jakieś przypuszczenia co do tego, z jakimi trudnościami przyjdzie się mierzyć tym razem Albusowi i Minerwie?

Dziękuję wszystkim tym, którzy komentowali wydarzenia ostatnich kilku rozdziałów!

sciptrix - pewnie masz rację, że gdyby ich zamknąć w pokoju i nie wypuszczać, to rozegraliby kilkanaście zażartych szachowych batalii i o ile nie skończyłby się im zapas cytrynowych dropsów i piernikowych traszek nawet nie zdawaliby sobie sprawy z mijającego czasu. ;) Moje nawiązania do kanonu są wybiórcze - nie zawsze trzymam się tego, co napisała JKR, bo w tej historii to Albus i Minerwa mają być na pierwszym planie.

Lirthea - wiem, że wężousta Minerwa może być zgrzytem, a jej kurczowe trzymanie się swoich sekretów i mnożenie ich w nieskończoność może wydawać się frustrujące. Gdyby jednak główni bohaterowie od razu odkryli, co jest potworem z komnaty, cały drugi rok Pottera w Hogwarcie zamknąłby się w jednym rozdziale, a ja jednak nie potrafiłam sobie odmówić tej radości obszernego opisywania ich przeżyć. A uczucie pomiędzy nimi? To okrutne, ale uwielbiam ten paradoks, że ta dwójka, najodważniejsi z odważnych, opiekunowie Gryffindoru nie znajdują w sobie odwagi by sprecyzować i wyznać swoje uczucia.

Kitiaa - trafiłaś doskonale z przypuszczeniami dotyczącymi sprawy Komnaty Tajemnic. Jeśli chodzi o Albusa, to zależało mi, żeby ukazać tą jego stronę, którą widzi czasami tylko Minnie - zagubionego, zmęczonego czarodzieja, od którego oczekuje się tak wiele, którego uwiera rola geniusza i mędrca. Myślę, że w tym rozdziale dociera do niego, jak zranił Minerwę swoją sugestią. Tymczasem Minerwa zachowuje się tu inaczej niż na końcu czwartego tomu, gdy wystarczyło tak niewiele, by wyzwolić tą ciemną moc, zrodzoną z kumulowanego poczucia winy. Ona jednocześnie czuje się zraniona, ale ma tą świadomość, że sama skrzywdziła go jeszcze bardziej, dlatego tym razem stara się racjonalnie odciąć od jego sugestii.

Mam nadzieję, że wciąż jesteście z tą historią, moi cudowni Czytelnicy i że czekacie na ciąg dalszy ( a także, że Was przybywa, a nie ubywa). Będę bardzo wdzięczna, jak podzielicie się swoimi przemyśleniami w reviews, czytanie ich sprawia mi ogromną radość.

Pozdrawiam ciepło

Emeraldina