...
Ocknęła się, drżąc z chłodu. Wciąż było ciemno, choć gdzieś za horyzontem zaczynało się rozjaśniać. Nie wiedziała, gdzie była. Wiedziała jedynie, że Malo wciąż szedł przed siebie, ostrożnie stawiając kroki, jakby wiedział jak wielki sprawia jej nimi ból.
...
Wiedziała co się z nią działo... Traciła za dużo krwi. Krwi, której nie mogła powstrzymać, bo za każdym razem traciła wtedy przytomność. Jej moc była w chwiejnej równowadze między utrzymywaniem jej przy życiu, a leczeniem ran. Jej głowa opadła na szyję zwierzęcia kolejny raz.
...
Słońce już wzeszło kiedy Malo zatrzymał się. Otworzyła oczy i z jękiem zsunęła się na ziemię.
...
Promienie słońca przedzierały się przez jej zaciśnięte powieki. Słyszała szmer wody.
...
Ocknęła się i znów zobaczyła mrok. Usłyszała niewyraźne głosy oraz zdenerwowane rżenie jej konia.
...
- To ona? Cholera jasna, chyba już po niej - powiedział ktoś, pochylając się nad nią.
- Nie żyje?
- Nie wiem, nie wygląda na żywą. Sam sprawdź.
Było jej tak strasznie zimno, że nie czuła żadnej części swojego ciała. Poruszyła jednak ustami i z jej krtani wydobyło się ciche charczenie.
- Eja! Słyszałeś?! Col, na wóz z nią!
Czyjeś dłonie chwyciły ją i podniosły. Zabolało i sprawiło, że otworzyła oczy. Ktoś niósł ją i gdy zobaczył, że na niego patrzyła, zamrugał ze zdumieniem.
- Ale się ciebie naszukaliśmy. Mam nadzieję, że Ceryni przewidział za ciebie premię - powiedział Złodziej i puścił jej oko.
Ceryni... Pomyślała z ulgą i znów straciła przytomność.
...
- Ktoś jedzie! Widzisz?
- Magowie?
- Mówił, że mogą jej szukać.
- Prędko, przykryj ją czymś!
Ktoś narzucił na nią przesiąknięty stęchlizną koc.
...
Gdy ocknęła się kolejny raz poczuła jak coś ciepłego dotykało jest warg. Otworzyła je i zachłannie wzięła łyk. Grzane wino. Okropne w smaku, ale tak przyjemnie kojące jej spierzchnięte wargi. Było ciemno, a nad sobą dostrzegła czyjąś twarz. Marszczył brwi i mówił coś do niej. Wzięła jeszcze kilka łyków i ponownie osunęła się w ramiona snu.
Zobaczył przed sobą niewyraźne ludzkie sylwetki. Jeden jechało konno, dwóch prowadziło zaprzęgnięty w dwa wierzchowce wóz. Zwolnił i wytężył wzrok. Serce mocniej mu zabiło. To musieli być oni. Kto inny podróżowałby gościńcem w środku nocy, bez żadnego światła? Zbliżył się i wtedy się zatrzymali.
- Czego się gapisz? - mruknął Złodziej. - Nie zatrzymuj się.
- Sprzedajecie skóry z limków? - To było hasło, którego czasem używali w mieście. Złodzieje zmarszczyli brwi i jeden z nich, który już sięgał za pas, zeskoczył z wozu.
- Na czapkę? - zapytał, mrużąc oczy.
- Chciałbym podszyć płaszcz - odparł, licząc mijające sekundy.
Wtedy Złodziej skinął mu głową i dał mu znak, by za nim poszedł.
- Źle z nią. Szybko - powiedział szybko, zdenerwowanym tonem.
Gdy Akkarin się zbliżył, zobaczył owinięty w skóry tobołek. Jego serce na moment zgubiło rytm. Wskoczył na wóz i odkrył ją. Zamarł, widząc jej bladą twarz. Sonea leżała na boku z rozchylonymi, fioletowymi ustami.
- Soneo - powiedział drżącym głosem i chwycił ją za ramiona, by obrócić ją na plecy.
Jęknęła cicho i między jej brwiami pojawiła się cienka pionowa zmarszczka.
- Jest ranna - powiedział Złodziej z miejsca woźnicy.
Akkarin wzrokiem objął jej ciało i skrzywił się na widok przemoczonej krwią koszuli. Ostrożnie rozerwał materiał i rozchylił go. Zdążył już przywrzeć do skóry i Sonea wydała z siebie pełen bólu jęk. Nawet nie chciał myśleć, jak bardzo cierpiała. Już dobrze... wysłał w jej ciało, choć nie był pewien, czy mogła go słyszeć. Jestem tu.
- Akkarin... - wyszeptała niemal bezgłośnie.
- Nic nie mów - odparł drżącym głosem.
Jedna z ran wyglądała tak, jakby Sonea próbowała ją już leczyć. Z marnym skutkiem. Po zapachu wiedział, że wdarło się zakażenie. Miał bardzo mało czasu. Nawet jeśli uda mu się zasklepić rany, jej ciało trawiła już wysoka gorączka. Położył dłoń na jej lepkim od potu czole i wysłał w nią wiązkę mocy. Była wycieńczona do tego stopnia, że jej serce mogło się w każdym momencie zatrzymać.
Ogarnął go strach tak silny, że przez moment zwątpił. Tak samo, jak tamtej nocy w tunelach, gdy miała zmiażdżone płuco. Poczuł, że nie da rady. Sonea umierała w jego ramionach i tym razem połączenie rozerwanej tkanki nie będzie wystarczające.
Jednak nie miał zamiaru się poddawać. Skoncentrował swoją moc i skupił się na ranach. Uleczenie ich było dziecinnie proste. Skóra zasklepiła się. Usłyszał zaskoczone westchnięcia Złodziei. Zaczął przelewać na nią swoją energię, wpatrując się w jej śmiertelnie bladą twarz. Miała zapadnięte policzki, mokre włosy przyklejone do czoła. Poruszyła ustami.
Dalej...
Spójrz na mnie, polecił jej.
Nie reagowała i Akkarin zaczął panikować. Nie, nie, nie. Soneo.
Wtedy poczuł jej prezencję. Poczuł, jak gaśnie. Jak jej serce bije coraz wolniej.
A później szybciej.
Jej ciało spięło się w konwulsjach.
- Co z nią?! - wykrzyknął Złodziej za jego plecami.
Nie był w stanie odpowiedzieć. Mocniej zacisnął palce na jej ramionach, lecz ona wciąż dygotała.
Czuł jej serce, nierówno dudniące w jej piersi.
SONEO!
Nie rób mi tego, błagam, wysłał w rozpaczy.
Wtedy jej tętno ustało.
NIE.
...NIE!
Potrząsnął nią i gdy nic się nie zmieniło, przyciągnął ją do siebie. Objął ją tak mocno, że niemal połamał jej kości.
Wniknął w jej ciało, odnalazł jej serce i magią zacisnął je. Później jeszcze raz. Wciąż trzymając ją w ramionach, zaczął wymawiać jej imię. Na twarzy poczuł coś mokrego.
Soneo...
Moja Soneo...
Kocham cię, nie zostawiaj mnie.
Dźwięk jej bijącego serca odbił się echem w jego własnym ciele. Zamarł i gdy spojrzał na nią, zobaczył, że oddycha. Miał ochotę rozpłakać się z ulgi, lecz nie miał na to czasu. Jej życie wciąż wisiało na włosku. Mógł ją stracić ponownie w każdej chwili.
- Zabieram ją do Gildii - powiedział, podnosząc ją.
Nie czekając na potwierdzenie ze strony Złodziei, podszedł z nią do swojego konia. Jeden z mężczyzn pomógł mu wsiąść i usadowić Soneę między jego ramionami. Objął ją mocno.
- Powodzenia - powiedział tamten i jeszcze nigdy w życiu nie usłyszał z ust Złodzieja czegoś tak szczerego.
Skinął mu głową i ruszył galopem przed siebie.
Lorlen czuł się jak w wyjątkowo złym śnie. Odkąd Akkarin wyjechał, nie ośmielił się opuścić Rezydencji. Po części dlatego, że nie wiedział, co miał zrobić ze wszystkim, co wcześniej usłyszał, a po części dlatego, że Akkarin powiedział, że będzie go potrzebował. Lojalność trzymała go więc w miejscu. No, prawie.
Najpierw chodził w kółko przez dobrą godzinę i roztrząsał w głowie wszystkie fakty. A później Takan zaprosił go na sumi do kuchni. Siedział tam teraz i rozmawiał z dziwnym służącym Akkarina. Nawet on wiedział o wszystkim. Co więcej, Takan wyjawił mu, że był świadkiem wszystkiego, co przeżył Wielki Mistrz w Sachace.
Wątpliwości targały jego sercem. Czuł tyle sprzecznych emocji, że zbierało mu się na mdłości. Z jednej strony Dakova i blizny Akkarina. Z drugiej czarna magia. I jeszcze ta kobieta, Sonea. Lorlen wiedział, że cokolwiek się stanie, Akkarin zawsze wybierze ją. Jeszcze nigdy nie widział go tak zdenerwowanego, jak wtedy, gdy prosił go, by pomógł mu ją złapać. Akkarin kochał ją, kimkolwiek była i to Lorlena najbardziej przerażało. Wielki Mistrz Gildii był gotów zaryzykować wszystko dla jednej kobiety. Kobiety, której od blisko miesiąca poszukiwała cała Gildia. Gildia, na czele której stał i której poprzysiągł służyć.
Nie wróżyło to niczego dobrego.
Świt zbliżał się nieuchronnie i Lorlen zaczął zastanawiać się, czy nie powinien wrócić do siebie, gdy nagle rozległ się dźwięk końskich kopyt. Na chwilę stracił orientację, bo dobiegał on zza domu. Takan w pośpiechu otworzył drzwi.
- To pan Akkarin.
Lorlen zerwał się na równe nogi i wybiegł na zewnątrz. Akkarin zatrzymał konia tuż obok niego i dopiero wtedy Lorlen zwrócił uwagę na bezwładne ciało, które przyciskał do siebie, próbując owinąć je płaszczem.
- Pomóż mi - powiedział na bezdechu.
Lorlen chwycił kobietę i spojrzał na jej białą niczym papier twarz. Akkarin zeskoczył z konia i natychmiast zabrał z jego ramion nieprzytomną Soneę. Wszedł do środka i gdy Lorlen podążył za nim, Akkarin powiedział:
- Musisz jej pomóc.
Następnie skumulował moc i przy jej pomocy zrzucił ze stołu leżące tam przedmioty. Filiżanka, z której dopiero co pił kolejne tej nocy sumi, roztrzaskała się. Akkarin położył Soneę na stole i zawiesił nad nią kilka kul światła. Odwrócił się do niego i powiedział gniewnie:
- Na co czekasz?!
Drżały mu ręce i Lorlen bez problemu domyślił się, że Akkarin był przerażony. Dziewczyna na stole wyglądała na w połowie już martwą. Patrząc na nią, nie wiedział, czy będzie w stanie jej pomóc. Mimo wszystko podszedł do niej i przyłożył dłoń do jej rozpalonego czoła.
- Miała dwie rany kłute, tutaj - odsunął koszulę, - i tutaj. Zaleczyłem je, ale musiało wdać się zakażenie. Gdy ją znalazłem jej ciało wpadło w wstrząs i, - przełknął ślinę - jej serce się zatrzymało.
Lorlen podniósł na niego nieprzytomne spojrzenie. To wszystko działo się zbyt szybko, ale wystarczyło, by ich oczy na chwilę się spotkały, by Lorlen zrozumiał, że musiał ją uratować.
- Zrobię, co w mojej mocy Akkarinie - powiedział drżącym głosem. - Ale potrzebuję leków z magazynu Domu Uzdrowicieli.
- Takan się tym zajmie. Powiedz mu tylko, co i jak.
Gdy Lorlen był zajęty tłumaczeniem Takanowi czego dokładnie potrzebował, kątem oka zobaczył, jak Akkarin pochyla się nad Soneą i całuje ją w czoło. Coś ścisnęło go za serce. Wciąż nie wierzył, że zamierza pomóc dzikiemu Magowi, ale w tym momencie Sonea stała się po prostu kobietą, którą jego przyjaciel kochał. A że kochał Akkarina jak brata, musiał zrobić wszystko, by ta dziewczyna przeżyła.
Podszedł do niej i Akkarin wyprostował się. Lorlen dotknął jej czoła. Jej rozgrzana skóra parzyła go w dłoń. Wniknął w jej ciało, usłyszał jeszcze jak Takan w pośpiechu opuszcza kuchnię i zapadła cisza, w którą przerywał jej płytki, ledwie słyszalny oddech.
- Lorlen? - zapytał Akkarin tonem, który złapał go za serce. Był w nim strach, ale także niema prośba, by powiedział coś, co go uspokoi.
Zawsze był lepszy w Uzdrawianiu od Akkarina. Pamiętał, jakby to było wczoraj, jak pomagał mu zdać końcowy egzamin. Jednak żaden z nich nie był Uzdrowicielem. Zmarszczył brwi i skupił się na swoim pacjencie. Jej moc była na wyczerpaniu. Sonea trzymała się życia jedynie resztkami sił. Czuł jej walkę. Miała znikome tętno, osłabione wszystkie funkcje życiowe. Zapasy jej mocy zdawały się puste. Przelał w nią więc trochę swojej mocy i wtedy poczuł, jak zaczęła drżeć.
- Przestań! - rozkazał mu Akkarin i Lorlen wycofał się z jej ciała.
Patrzył na niego z żalem, gdy jego przyjaciel złapał ją za barki i przytrzymywał. Na twarzy miał wypisany lęk i Lorlen jeszcze nigdy nie widział go w takim stanie. Teraz zrozumiał, jego poprzednią reakcję. Jednak nic nie mogło zmienić tego, że nie rozumiał, co się działo z tą dziewczyną.
- Ona umiera, Akkarinie. Nie wiem jak mógłbym jej pomóc. Jej moc wydaje się zamknięta, nie przyjmuje tego, co chcę jej dać - powiedział z trudem przez ściśnięte gardło.
Akkarin trzymał ją za ramiona, dopóki nie przestała się ruszać. Wtedy spojrzał na niego nieprzytomnym wzrokiem i powiedział:
- Potrzebujemy Uzdrowiciela.
- Ale… -
- Sprowadź Vinarę.
- Jest bardzo wcześnie… -
- Mam to gdzieś! - ryknął i Lorlen odruchowo cofnął się o krok. - Przyprowadź ją tu natychmiast, to rozkaz!
- Akkarin, ona... - słowa uwięzły mu w gardle, bo Sonea poruszyła ustami.
- Jes...teś... - wyszeptała.
Akkarin przełknął ślinę i odgarnął włosy z jej twarzy.
- Zostań ze mną. Słyszysz? Sprowadzimy pomoc.
- Na co czekasz? - warknął w jego stronę i Lorlen odwrócił się na pięcie i czując gulę w gardle, niemal biegiem opuścił Rezydencję.
Wrócili po kilku długich minutach. Vinara weszła do kuchni i wzrokiem namierzyła nieprzytomną Soneę. Lorlen podążał za nią i gdy znalazł się w środku, posłał mu pełne obaw spojrzenie. Vinara jednak nie zadawała żadnych pytań, choć między jej brwiami pojawiła się pionowa zmarszczka. Musiała ją rozpoznać.
Rzuciła mu surowe spojrzenie i podeszła bliżej.
Akkarin czuł migotanie prezencji Sonei. Falowała, raz znikając, by po chwili pojawić się z powrotem, choć była wtedy ledwie wyczuwalna. Miał ochotę ponaglić Vinarę, gdy ta położyła obie dłonie na barkach Sonei i zamknęła oczy. Szybciej, szybciej, powtarzał w myślach. Nie miał pojęcia, co działo się z Soneą i nie rozumiał, dlaczego jej ciało nie chciało przyjąć mocy. Coś musiało być bardzo nie tak.
- Jest wycieńczona - rozległ się lekko zachrypnięty głos Uzdrowicielki.
Wyprostowała się, by na niego spojrzeć. W jej szarych oczach nie mógł dostrzec żadnych emocji. Nie dbał, co sobie pomyślała.
- Nigdy nie spotkałam maga z takim stanem mocy. Nie sądziłam, że to w ogóle możliwe. To cud, że jeszcze żyje - powiedziała.
- Pomożesz jej? - uciął.
Posłała mu urażone spojrzenie. W tym momencie wrócił Takan. Przez moment na jego twarzy pojawił się szok i Akkarin wyczuł jego strach. Nie zdążył go jednak uspokoić, bo Vinara podeszła już do służącego.
- Oczywiście, że pomogę - rzuciła, wyjmując z rąk Takana leki.
Następnie podeszła do Sonei i położyła dłonie w miejscu, pod którym biło jej serce.
- Zaczniemy od tego... - mruknęła i Akkarin poczuł wyraźne wibracje, gdy jej magia owinęła się wokół Sonei i zaczęła powoli wnikać w jej komórki.
- Poprzednio wpadła w wstrząs - odezwał się Lorlen, podchodząc bliżej. Jego niebieskie oczy były pełne wątpliwości, gdy patrzył to na nieruchomą Soneę, to na niego.
- Powinniście byli wiedzieć - odezwała się starsza Uzdrowicielka - że w przypadku takiego niedoboru mocy, nie można jej tak po prostu wzmocnić.
Nie przerywając pracy, zerknęła na Lorlena, a następnie na Akkarina. Administrator zarumienił się lekko i opuścił wzrok. Akkarin nie miał czasu na wstyd. Wbił spojrzenie w bladą twarz leżącej na stole dziewczyny i skupił się na jej mocy. Poczuł, jak wzmacnia się i miał ochotę odetchnąć z ulgą.
Vinara rozchyliła jej blade wargi i wlała w nie kilka kropel zielonej substancji. Następnie położyła na jej czole kompres i wróciła do leczenia jej magią.
Obserwował jak z jej czoła znika pot, a na policzki wraca kolor. Kilka chwil później Vinara odsunęła się od niej z zadowoloną miną. Spiął się w niepewności, bo Sonea wciąż nie odzyskiwała przytomności. Wtedy jej rzęsy zatrzepotały.
- Soneo - powiedział i ostrożnie położył dłoń na jej policzku.
Uniosła powieki. Przez moment jej oczy wydawały mu się zagubione, lecz widząc go nad sobą, rozbłysło w nich nowe światło. Uśmiechnęła się blado. Nie mógł się dłużej powstrzymać. Przyciągnął ją do siebie i zamknął w ramionach, czując za wzruszenie odbiera mu mowę.
- Słyszałam cię - wyszeptała słabym głosem w jego szyję. - Słyszałam, ale nie mogłam się obudzić. Walczyłam z tym… -
- Walczyłaś jak zawsze - odparł i ukrył twarz w jej włosach. I choć żadne z nich nie pachniało zbyt dobrze, chciał poczuć ją blisko siebie. Pragnął czuć ją, słyszeć jej oddech, bicie jej serca i trzymać ją przy sobie. Niemal ją stracił...
Czuł, jak opuszcza go napięcie. Bolał go każdy mięsień w ciele, ale zniknął tamten ból, który przeszywał jego serce na wskroś. Była bezpieczna.
W końcu zdał sobie sprawę z obecności Lorlena i i Vinary, którzy obserwowali ich w milczeniu.
Odsunął ją od siebie i wtedy jej wzrok przesunął się na nich, a jej twarz pogrążyła się w przerażeniu.
Zadziałała instynktownie. Zeskoczyła ze stołu i ledwie utrzymując się na miękkich nogach, zasłoniła Akkarina swoim ciałem. A przynajmniej próbowała to zrobić, bo był od niej co najmniej o głowę wyższy. Wbiła czujne spojrzenie w dwóch Magów przed sobą i wtedy zakręciło jej się w głowie. Jednego z nich już poznała, to był Lorlen. Druga z nich... Zamrugała, bo obraz przed oczami zaczął jej się rozmazywać.
- Soneo, spokojnie - usłyszała nad sobą niski głos Akkarina. Położył dłonie na jej barkach i spróbował ją odsunąć, ale nie pozwoliła się ruszyć.
- Co oni tu robią? - syknęła pod nosem.
- Mistrzyni Vinara uratowała ci przed chwilą życie.
Och. Jeszcze kilka chwil temu sądziła, że on to zrobił. Nie wyczuła wcześniej ich obecności, ale była tak wyczerpana, że jedyne na czym mogła się wtedy skupić, było utrzymanie się przy życiu i prezencja Akkarina. Nic dziwnego, że nie zorientowała się, że nie byli sami.
- Lorlen wie. O wszystkim - posłał w jej stronę swoje myśli.
Jej wzrok mimowolnie poszybował w stronę ciemnowłosego Maga. Miał zmartwiony i niepewny wyraz twarzy. W jego spojrzeniu nie było wrogości, jedynie mnóstwo pytań. Patrzył na nią łagodnie, lecz czujnie śledząc każdy jej ruch. Musiał zauważyć, jak wciąż próbowała bronić Akkarina, mimo, że nie wiedziała przed czym.
- O wszystkim?
- Niektórych szczegółów sam się domyślił - wysłał w odpowiedzi i zobaczyła strzępki jego wspomnień, gdy rozmawiali.
Nie mogła oderwać wzroku od Lorlena. Wiedziała, że on i Akkarin byli przyjaciółmi. Czy mogli na niego liczyć? Czy udało mu się go przekonać? Był po ich stronie?
Wreszcie zerknęła na starszą kobietę. Zauważyła, że choć miała na sobie zieloną szatę, to wyglądała na kogoś, kto został wyrwany z łóżka w środku nocy. Powinna być jej wdzięczna? Jak miała okazać to komuś, kto mógł w każdej chwili wydać ją przed Gildią?
Zachwiała się nagle, tracąc resztki z trudem odzyskanych sił. Akkarin złapał ją w pasie, a drugą dłonią podtrzymał ją za ramię.
- Wielki Mistrzu, chciałabym z tobą porozmawiać - powiedziała Mag w zieleni. Vinara, tak powiedział Akkarin. - W cztery oczy.
- Oczywiście. Takan?
Służący pojawił się znikąd i Sonea poczuła kolejny zawrót głowy. Za dużo, za szybko... Zamrugała, próbując odgonić od siebie otępienie.
- Zajmij się nią, proszę - powiedział przyciszonym głosem w stronę Takana.
Pozwoliła mu się wyprowadzić z kuchni, jednak zanim jeszcze przekroczyła próg, odwróciła się, by posłać im ostatnie spojrzenie. Zawarła w nim wszystko, co czuła. Strach, gniew, nieufność. Chciała, by wiedzieli jedno, nie pozwoli im narażać Akkarina z jej powodu.
Gdy zostali sami, Vinara przyszpiliła go wzrokiem, a on poczuł się trochę jak wtedy, gdy zdawał końcowy egzamin z Uzdrawiania. To spojrzenie wywoływało nieprzyjemny dreszcz na karku i nie wróżyło nic dobrego. Wciąż próbował zrozumieć, co przed chwilą zrobił. Postawił na szali wszystko, by ratować Soneę, owszem. I zrobiłby to ponownie, gdyby musiał. Niezależnie od konsekwencji.
- Dziękuję Vinaro. W imieniu swoim i Sonei. Dziękuję - powiedział.
- Akkarinie, wiem, kim jest ta dziewczyna.
Nie mogło być inaczej, mimo wszystko poczuł skręt żołądka. Milczał, czekając na dalsze słowa, których się spodziewał.
- Nie chcę wiedzieć, co was łączy, choć widziałam wystarczająco, by zauważyć, że wiele. - Kąciki jej ust zacisnęły się i Akkarin nie wiedział do końca, czy był to grymas niezadowolenia, czy też jakiś wyjątkowo dziwny uśmiech. - Ale ta dziewczyna jest poszukiwana przez Gildię. Nie chcę wiedzieć, co robiła w twoim domu i skąd ją znasz. Uważam, że jesteś godnym Wielkim Mistrzem, ale wydaje mi się, że zbłądziłeś.
Otworzył usta, ale zamknął je, bo Vinara uniosła w proteście dłoń. Czuł się jak nastolatek ganiony przez wychowawcę. Lecz tym razem stawka była dużo większa.
- Pomogłam jej, bo do tego zobowiązuje mnie przysięga, którą składałam. Jednak przyrzekałam także wierność Gildii. Zapomniałeś, że ty także?
- Nie - zaprzeczył szybko. - Wybacz, że cię zawiodłem, Vinaro. Ale prawda leży głębiej, niż myślisz.
- Nie chcę jej teraz znać. Teraz chcę, żebyś wiedział, że wciąż masz mój szacunek i tylko z tego powodu mogę dać wam te kilka godzin, które zostały do poranka. Nie obchodzi mnie, co zrobisz dalej.
- Dziękuję ci - powiedział i ukłonił jej się. W głowie miał gonitwę myśli.
- Kilka godzin Akkarinie i Starszyzna dowie się, że w swoim domu ukrywałeś dzikiego Maga.
Przełknął ślinę. Vinara była jedyną osobą, która sprawiała, że czuł się tak mały.
- I jeszcze jedna rzecz. Proszę cię, nie wciągaj w to Lorlena. Z waszej dwójki to zawsze ty pakowałeś go w największe kłopoty. A on zawsze będzie ci wierny. Nie wykorzystuj tego.
Nie odpowiedział. I tak nie znalazłby słów. W gardle czuł ucisk, a w sercu pogłębiającą się ranę.
Vinara posłała mu ostatnie, gorzkie spojrzenie i wyszła. Stał przez chwilę w miejscu, próbując otrząsnąć się ze wszystkiego, co usłyszał. W końcu poruszył głową, jakby chciał odgonić od siebie natrętną muchę i niemal biegiem ruszył w stronę pokoju, do którego Takan zabrał Soneę. Mieli mało czasu.
Była w jego prywatnej łaźni. Gdy wszedł do środka, Takan akurat kończył zapełniać wannę gorącą wodą. Sonea siedziała na stołku, owinięta w koc. Była blada i przez krótką chwilę, zanim jej oczy go odnalazły, wydawała mu się także smutna. Widząc go, szybko pociągnęła nosem i wyprostowała plecy. Akkarin podszedł bliżej i odgarnął włosy z jej czoła. Były brudne i posklejane w strąki, a na twarzy miała mieszankę krwi i zaschniętego błota. Mimo tego w jego oczach wciąż była piękna i Akkarin bardziej niż kiedykolwiek pragnął ją pocałować. W głowie wciąż miał słowa Vinary i podświadomie odliczał czas, który im pozostał.
- Nie - mruknęła, odsuwając się do niego. - Pozwól mi się najpierw wykąpać.
- Gotowe - rozległ się głos Takana i gdy Akkarin na niego spojrzał, zobaczył w oczach służącego gniew.
Przez łączący ich pierścień zrozumiał, że Sachakanin był zły na Soneę. Jej nagły powrót zburzył pozorny spokój i sprowadził na nich kłopoty. I tym razem Akkarin musiał się z nim zgodzić. Jednak to, co miał zamiar wkrótce zrobić, wywoła jeszcze większą burzę.
Takan zamknął za sobą drzwi. Sonea wstała i zaczęła ściągać z siebie ubranie. Kopniakiem odsunęła je w najodleglejszy kąt, marszcząc nos w obrzydzeniu. Akkarin przyjrzał się jej nagiemu ciału i mimowolnie skrzywił się na widok wystających żeber i sińców, których nie usunął magią. Sonea zawsze była szczupła, lecz teraz była po prostu wychudzona. Jej ciało mówiło samo za siebie o tym, przez co przeszła. Wiedział, że musiał ją o to zapytać, ale nie mógł znaleźć słów.
Czując na sobie jego spojrzenie, zacisnęła usta, lecz nic nie powiedziała. Podeszła do misy z wodą i obmyła się z największego brudu. Następnie weszła do wanny i gdy usiadła, wydała z siebie jęk. Westchnęła, zamknęła oczy i pozwoliła głowie opaść. Akkarin patrzył na nią i żałował, nie mógł dać jej więcej czasu. Sonea jednak nie była głupia i doskonale o tym wiedziała. Po kilku chwilach uniosła powieki i zaczęła się myć.
- O nic nie pytasz? - mruknęła.
Akkarin usiadł na stołku, który poprzednio zajmowała i nie odrywając od niej spojrzenia, wzruszył ramionami. Prawda była taka, że nie potrafił skupić się, gdy siedziała nago w wannie pełnej wody, ale też nie chciał zaczynać tej rozmowy. Na razie pragnął nacieszyć się jej widokiem. Żyła. Przeszył go dreszcz. Dopiero co trzymał ją martwą w ramionach. Dopiero co cały świat walił mu się na głowę, a teraz ona odwróciła twarz i posłała mu miękkie, wypełnione zmartwieniem spojrzenie. Przełknął ślinę, bo czuł, że traci grunt pod stopami.
To koniec. Wydało się. Nie pozostało im nic innego, jak ucieczka. Ona także to wiedziała.
- Chodź tutaj - powiedziała, ruchem głowy wskazując na parującą wodę.
Wstał i jak w transie zbliżył się do wanny. Wtedy Sonea także się podniosła i gdy zatrzymał się tuż przed nią, sięgnęła do jego ubrudzonej koszuli. Zaczęła powoli rozpinać jej guziki. Akkarin chłonął ją wzrokiem, próbując nie myśleć o żalu, który powoli wykręcał jego serce. Sonea zdjęła z niego koszulę i gdy jej ręce dotknęły sprzączki paska, Akkarin zamknął oczy. Pozwolił jej się rozebrać i zaciągnąć do wanny. Zanurzył się w gorącej wodzie. Sonea przyciągnęła go bliżej i usiadła na nim okrakiem. Przytuliła do siebie i zaczęła rozplątywać mu włosy na karku, które związał we wstążkę. Akkarin ukrył twarz w jej szyi, a jego dłonie rozpoczęły powolną wędrówkę po jej plecach.
Gorąca woda łagodziła jego zmęczone mięśnie i sprawiała, że trochę się rozluźnił. Mocniej wtulił twarz w jej kark i zacisnął oczy. Nie chciał ich otwierać, bo jeśli to zrobi…
- Akkarin... - wyszeptała, więc wyprostował się, by na nią spojrzeć. W jej oczach było ciepło. Delikatność. Wiele niewypowiedzianych słów, na które teraz nie mieli czasu.
- Dziękuję - powiedziała i zagryzła usta.
Chwycił jej twarz w obie dłonie i pocałował ją krótko. Zetknął się czołem z jej własnym i nabrał głęboki oddech.
- Soneo, mamy mało czasu.
- Wiem - powiedziała spokojnie, dotykając jego pleców.
- Vinara dała nam kilka godzin. Rano Starszyzna dowie się o wszystkim.
- Nie o wszystkim. Nie wiedzą o czarnej magii. Tylko Lorlen wie. Musisz… -
- Nie - urwał stanowczo. - Lorlen zrobi, co uważa. Musimy mu zaufać.
Sonea wyprostowała się jeszcze bardziej. Zmarszczyła brwi, lecz po chwili skrzywiła się i złapała za skroń. Rozmasowała bolące miejsce i Akkarin pomyślał, że wciąż była wykończona.
- Powiedz mi, co się stało - zażądał, dotykając jej ramienia.
- Szpieg śledził mnie aż do Coldbridge. Zaatakował mnie w gospodzie zaraz po przybyciu. Gdy wybuchł pożar, próbował uciec. Wywiązała się z tego mało elegancka walka - syknęła, krzywiąc się na wspomnienia. - Spłonął w spelunce.
- A więc nie żyje - powiedział bardziej do siebie.
- Pomściłam ją. Aylę - dodała przez niemal zaciśnięte zęby.
- Wiem. Wiem...
- Akkarin, Ichani powiedział mi coś niepokojącego. Zapytał, czy zdaję sobie sprawę z tego, kim naprawdę jest Einar.
Zmarszczył brwi, próbując przypomnieć sobie jakiś szczegół, który wyczytał z jego wspomnień, lecz nie mógł znaleźć nic konkretnego. Z resztą, nie miało to teraz znaczenia.
- Obawiam się, że musimy odłożyć to na później. Jeśli nie znikniemy w przeciągu kilku godzin, Einar będzie naszym najmniejszym zmartwieniem.
- Wiem. I to mnie martwi - skrzywiła się i odwróciła głowę.
Akkarin przyjrzał się jej profilowi. Sonea była tak zamyślona, że nie zauważyła, kiedy dotknął jej policzka. Zaczesał mokre włosy za jej ucho i dopiero wtedy drgnęła, by na niego spojrzeć. Jej oczy natychmiast rozpogodziły się. Westchnęła i odwzajemniła dotyk. Przez chwilę wpatrywała się w niego z bliska, jakby szukając czegoś w jego oczach.
- Myślałam, że już więcej cię nie zobaczę - powiedziała lekko zachrypniętym głosem. Akkarin mocniej złapał ją za łokieć i przyciągnął bliżej. Nie mógł nawet znieść tej myśli.
- Kiedy cię znalazłem, twoje serce na chwilę przestało bić.
Sonea przełknęła ślinę i otworzyła usta, ale przerwał jej pocałunkiem. Odwzajemniła go z zapałem, wplatając palce w jego włosy i mocniej obejmując udami. Poruszyła biodrami i Akkarin poczuł, że mógłby ją wziąć tutaj, w tej wannie, w tej właśnie chwili. Odsunął jednak te pragnienia na bok. Sonea zdawała się mieć na ten temat inne zdanie, bo nie przestawała się wiercić, szukając między ich ciałami tarcia, o które tak trudno było w gorącej, pełnej mydlin wodzie.
Złapał ją za pośladki i pogłębił pocałunek, wraz z niskim warknięciem, które uciekło z jego krtani. Sonea jak zwykle wystawiała go na próbę.
- Myślałam o tobie cały czas - jęknęła, odrywając się od jego ust, by przygryźć płatek jego ucha.
- Soneo... - mruknął, wkładając niemal cały wysiłek w to, by nie wyciągnąć jej z wody i nie zabrać jej do swojej sypialni. Czas uciekał, a on wciąż nie potrafił się od niej oderwać.
- Powiedziałeś: "wróć do mnie" - szepnęła, pochylając się, by pieścić językiem jego szyję.
Jej piersi otarły się o jego nagi tors i Akkarin musiał zaprzeć się o brzegi wanny, bo wyobraźnia podpowiadała mu zbyt wiele rzeczy, które pragnął z nią zrobić. Jej wargi były jednak tak miękkie i ciepłe, że zamknął oczy, oparł głowę o wannę, by oddać się tej rozkoszy. Sonea nie przerywała pocałunków, a jej dłonie nagle znalazły się na jego brzuchu. Zanurzyła jedną rękę pod wodę i Akkarin otworzył oczy, gdy jej drobna dłoń zamknęła się wokół jego twardej męskości. Spojrzał prosto w jej brązowe oczy, które w słabym świetle zdawały mu się czarne i zdesperowane, by jeszcze przez chwilę nacieszyć się tym momentem. Czuł to samo i nie potrafił jej się dziwić.
Poruszyła ręką i pocałowała go.
- Musimy... - mruknął w jej usta, lecz urwał, bo zakręciło mu się w głowie.
Jej ręką rytmicznie ruszała się w górę i w dół. Syknęła coś cicho, a jej własne pożądanie przebiło się przez jej prezencję. Akkarin pomyślał, że jeszcze chwila, a…
Rozległo się stanowcze pukanie. Oboje zamarli i wbili wzrok w drzwi, które na szczęście pozostawały zamknięte.
- Panie, niedługo będzie świtać - rozległ się głos Takana.
- Czy to konieczne!? - wysłał pełną złości naganę.
- Tracicie czas - burknął służący.
- To ja o tym decyduję.
Wyczuł pełnięe niezadowolenia Takana, gdy ten oddalał się spod drzwi. Sonea, która domyśliła się, co właśnie między nimi zaszło, wyprostowała się i stwierdziła:
- Wydaje mi się, że on mnie nie lubi.
Gdyby nie sytuacja, Akkarin roześmiałby się na ton jej głosu. Jednak służący miał rację. Nie mogli stracić więcej czasu. W pośpiechu zmyli z siebie resztki brudu, osuszyli się i ubrali w czyste ubrania. Takan przygotował dla nich zwykłe, proste stroje. Zeszli na dół, co chwilę rzucając sobie przelotne spojrzenia. Żadne z nich nie chciało przyznać się do strachu, który ich ogarnął. Jeśli Magowie ich złapią, odkryją nie tylko to, że od kilku lat uczył ją magii, ale także, że była to czarna magia.
Takan czekał na nich w kuchni. Wręczył im dwie torby, które przewiesili przez ramię. Bez słowa wyszli na zewnątrz. Różowa poświata ścieliła się na niebie od wschodu. Sonea bez oglądania się za siebie podeszła do ciemnobrązowego konia. Akkarin jednak zatrzymał się i odwrócił, by spojrzeć na Takana.
Wdrapała się na koński grzbiet, ignorując zawroty głowy i miękkie nogi. Wciąż była tak słaba, że ledwo się poruszała, lecz nie chciała się skarżyć. Jej moc odbuduje się w swoim tempie. Wsunęła stopy w strzemiona i wtedy spostrzegła, że Akkarin wciąż tkwił w miejscu. Wiatr szarpał jego płaszczem, gdy wpatrywał się w stojącego przed nim Takana. Zapadła cisza, w której dało się słyszeć jedynie szum wiatru tańczącego między bezlistnymi gałęziami drzew.
Wstrzymała oddech, bo w oczach Takana zobaczyła uczucia, których wcześniej u niego nie zauważyła. Sachakanin miał łzy w oczach i mocno zaciskał usta, jakby powstrzymywał się od płaczu. Akkarin podszedł do niego i objął. Takan mocno zacisnął palce na jego plecach. Odsunęli się od siebie jakby w pośpiechu, Akkarin powiedział coś jeszcze, lecz tak cicho, że nie mogła nic usłyszeć i ruszył w stronę czarnego ogiera. Sprawnym ruchem znalazł się w siodle i skinął jej głową. Sonea jeszcze spojrzała na Takana, by skinąć mu głową. Choć nie darzył jej sympatią, nie mogła odmówić mu lojalności wobec Akkarina i za to była mu wdzięczna.
Ruszyli przed siebie, nie popędzając koni, póki nie znaleźli się za murami Gildii. Dopiero wtedy Sonea wbiła pięty w twardy bok Malo. Ich wierzchowce zaniosły ich ku głównemu gościńcowi. Imardin za ich plecami stawał się coraz mniejszy, aż zupełnie zniknął im z oczu.
W końcu słońce podniosło się z poziomu ziemi i mimo chłodu zaczęło grzać ich w plecy. Zwolnili, aż zupełnie zatrzymali konie. Sonea podjechała bliżej Akkarina i przyjrzała mu się, gdy on patrzył w stronę słońca, mrużąc oczy.
- Czekasz na coś - stwierdziła cicho.
Jej serce wykręcało się boleśnie za każdym razem, gdy na niego patrzyła. To moja wina, pomyślała z goryczą, która zapiekła ją w język. To przeze mnie musi uciekać. Jestem jego słabością.
Gdyby nie jej nieudolna walka z Ichani, gdyby nie jej nieprzeciętny talent do ściągania na siebie kłopotów... Gdyby Akkarin nie żywił wobec niej uczucia, nie wysłałby Złodziei na jej poszukiwania. Nie przeżyłaby, jej ciało leżałoby teraz martwe nad tamtą rzeką, aż w końcu zjadłyby ją ptaki. A on byłby bezpieczny.
Gdyby Akkarin jej nie kochał, nie naraziłby wszystkiego, by ją ratować. Ta myśl po części ogrzewała ją od środka, lecz głównie przyprawiała o mdłości.
- Na informację od Takana - powiedział, ściągając brwi do środka.
- Został tam? - Nie potrafiła ukryć zdziwienia.
- Na razie tak.
- To niebezpieczne. Mogą chcieć go przesłuchać - warknęła i szarpnęła za uzdę, bo na ton jej głosu Malo zaczął się nerwowo wiercić.
- Nie zostanie dłużej, niż to konieczne - odparł i spojrzał na nią.
Miał podkrążone oczy i dwudniowy zarost na twarzy. Wyglądał na kogoś, kto od kilku dni nie zmrużył oka.
- Powinniśmy gdzieś odpocząć. Skoro jeszcze nas nie szukają - zasugerowała.
- Powinniśmy poszukać kryjówki. Znam jedno miejsce, jedź za mną.
Akkarin zboczył z głównego szlaku i po chwili zbliżyli się do rzeki, która w tym miejscu była spokojna i szeroka.
- Musimy przeprawić się na drugą stronę - powiedział i podprowadził konia do brzegu.
Zwierzęta zaprotestowały głośnym rżeniem, gdy ich kopyta znalazły się w wodzie. Sonea poklepała Malo po karku i szepnęła mu słowa zachęty. Odkąd po części uratował ją przed goniącymi ją mieszkańcami Coldbridge, a później podążał za Akkarinem, gdy wiózł ją nieprzytomną do Imardinu, nawiązała z nim więź. Nigdy wcześniej nie miała konia. Nie wiedziała, do kogo należał, zanim ukradła go ze stajni, ale od jakiegoś czasu zaczęła myśleć o nim, jako o swoim wierzchowcu. Był silny, szybki i mądry. Podrapała go za uchem i zwierzę raźniej ruszyło przez zimną wodę.
Nurt był spokojny, lecz rzeka w najgłębszym miejscu sięgała im niemal do kolan. Sonea skrzywiła się na chłód, który przeszył ją wraz z chwilą, gdy zmoczyła stopy i kostki. Zwierzęta parskały, a nad ich pyskami kłębiła się para. W końcu znaleźli się po drugiej stronie i Akkarin powiedział:
- To powinno trochę zmylić trop. Chodź.
Jechała za nim w milczeniu, aż nagle ciszę przerwało głośne burczenie z jej brzucha. Akkarin posłał jej przelotne spojrzenie.
- To już niedaleko. Zjemy coś na miejscu.
Niecałą godzinę później wjechali do lasu. Dawno już zjechali do uczęszczanych dróg, tym bardziej zdziwiła się na widok wąskiej ścieżki, która prowadziła ich głębiej.
- Gdzie jesteśmy? - zapytała, podjeżdżając bliżej.
W tej samej chwili spośród drzew jej oczom ukazał się dom. Otworzyła szeroko oczy, bo nie spodziewała się czegoś takiego. Dom był niewielki, ale częściowo murowany. Jednak wyglądał na opuszczony. W kilku oknach brakowało szyb, a dach porastały połacie mchu. Akkarin zatrzymał się i zsiadł z konia. Wspiął się po kilku niskich schodkach i pchnął drzwi do środka. Otworzyły się z cichym jękiem.
- Akkarin - zawołała za nim, ale zniknął już za progiem.
Zeskoczyła z Malo i podążyła za Akkarinem. W środku pachniało mokrym drewnem. Było ciemno i chłodno. Zrobiła kilka kroków i zauważyła Akkarina, który stał pośrodku czegoś, co kiedyś było kuchnią. Podeszła bliżej i posłała mu pytające spojrzenie.
- Ostatni raz byłem tutaj, gdy miałem pięć lat. To cud, że pamiętałem drogę - powiedział i podszedł do blatu. Przesunął po nim palcami i przyjrzał się warstwie kurzu. - To był dom moich dziadków. Przyjeżdżałem tutaj na całe lato. To znaczy, może ze dwa razy.
Sonea milczała, bo nie wiedziała, co mogłaby powiedzieć. Akkarin wyglądał na zamyślonego i nigdy go jeszcze takiego nie widziała.
- Kiedy umarli, dom popadł w zapomnienie. Powinniśmy być tutaj bezpieczni. Nie sądzę, by ktokolwiek wiedział o jego istnieniu. Nawet Lorlen.
Nie umknął jej sposób, w jaki wypowiedział imię Administratora. Ciaśniej otuliła się płaszczem i mruknęła:
- Rozpalę w kominku, widziałam go w pokoju obok.
Pomieszczenie, do którego weszła musiało być kiedyś salonem. Na podłodze wciąż leżał gęsto tkany dywan, a blisko kominka stała sofa, niegdyś ciemnozielona, teraz bardziej brązowa. Kilka obrazów wypadło z ram i teraz leżały na ziemi w towarzystwie potłuczonego szkła. Sonea magią odgarnęła je w jeden kąt, a drewniane ramy wrzuciła do paleniska. Po chwili płonął w nim przyjemny ogień. Zachłannie przysunęła się do niego, by ogrzać zmarznięte palce.
Za plecami usłyszała jego ciche kroki. Akkarin podszedł bliżej i stanął tuż za nią. Po chwili otoczył ją ramionami i Sonea zamknęła oczy. Oparła głowę o jego bark i przysunęła się bliżej, gdy ustami musnął jej skroń.
- Jesteś wykończona - powiedział półszeptem. - Powinnaś się przespać.
Przysunęli pod kominek sofę, którą wspólnie oczyścili odrobiną magii. Sonea ułożyła się na niej i owinęła swoim płaszczem. Pomimo jej protestów, Akkarin ściągnął także swój i przykrył ją, choć zapewniała, że nie będzie jej zimno. Następnie wyszedł i Sonea słyszała jeszcze jak krzątał się gdzieś na piętrze. W głowie wciąż miała myśli, że lada moment staną się najbardziej poszukiwanymi zbiegami w kraju, lecz nie mogła oprzeć się zmęczeniu. Jej powieki były zbyt ciężkie, pozwoliła im, więc opaść i pogrążyć się w głębokim śnie.
Obudziła się późnym wieczorem i natychmiast usiadła. Przez moment nasłuchiwała, aż w końcu wytężyła zmysły i odebrała prezencję Akkarina tuż przed domem. Zabrała ich oba płaszcze i ruszyła w stronę drzwi, czując przypływ energii. Takiego odpoczynku brakowało jej od kilku długich dni.
Zastała go na ganku. Opierał się o lekko przegniłą balustradę i wpatrywał się w coraz mroczniejszy las dookoła. Podeszła bliżej i wtedy na nią spojrzał. Przez głowę przemknęła jej myśl, czy Akkarin w ogóle odpoczął podczas, gdy ona beztrosko spała. Podała mu płaszcz, a on nałożył go i uniósł ramię, pod które wsunęła się i oplotła ramionami w pasie. Złożył pocałunek na czubku jej głowy.
- Szukają nas. Takan opóźnił to na tyle, ile potrafił, ale nie mógł zapobiec nieuniknionemu.
Sonea wyprostowała się i posłała mu uważne spojrzenie. Niepokój ścisnął jej żołądek.
- Nie używają komunikacji mentalnej, byśmy nie mogli ich podsłuchiwać.
- Czy Takan wciąż…
- Spalił wszystkie księgi o czarnej magii i opuścił Rezydencję. Zapewne jego też lada moment zaczną szukać.
Przełknęła ślinę i wbiła wzrok w mroczny las. Byli tutaj, pozornie bezpieczni, podczas gdy w Imardinie szalała burza spowodowana ich zniknięciem. Zmartwienia same nasunęły jej się do głowy.
- Myślisz, że Cery jest bezpieczny? I Einar?
- Myślę, że twój Złodziej przetrwa wszystko, dopóki może ukrywać się w tunelach. Gildia nigdy go tam nie znajdzie.
- A Einar?
- Są razem. I mam nadzieję, że tak pozostanie. To, co powiedziałaś mi w Gildii, nie daje mi spokoju.
- Mi również. O co mogło mu chodzić? - spytała, marszcząc brwi.
- Może chciał cię po prostu zdekoncentrować - stwierdził, odgarniając jej z oczu pasmo włosów. - A może Einar rzeczywiście nie jest tym, za kogo go uważamy.
- Jest szpiegiem? - Pytanie ledwie przeszło jej przez gardło. Jeśli byłaby to prawda, Ceryni był w wielkim niebezpieczeństwie, a oni…
- Nie. Nie jest szpiegiem. Myślę... - urwał i Sonea podniosła na niego wzrok. - Myślę, że być może sam Einar nie wie, kim jest.
- To nie brzmi dobrze - stwierdziła.
- Owszem.
Zapadła cisza. Nagle zerwał się mocniejszy wiatr.
- To moja wina - powiedziała po chwili. - Nie musiałbyś uciekać, gdyby nie ja.
Akkarin chwycił ją za ramiona i odwrócił tak, by móc jej się dobrze przyjrzeć.
- Nieprawda. Wiedziałem…
- Prawda. Powinnam być ostrożniejsza. Wszystko zaczęło się od tamtej walki w mieście. A później ta durna wpadka z Lorlenem. I Coldbridge. Wszystko byłoby dobrze, gdybym nie była tak głu…
- Soneo - przerwał jej stanowczo. - Ucząc cię magii bez wiedzy Gildii złamałem prawo. Wiedziałem, że to mogło się tak skończyć. To było ryzyko, które świadomie podjąłem.
- Ale…
- Tu nie ma żadnych ale. Zrobiłbym to kolejny raz, gdybym musiał.
Zadrżała, a jej żołądek kolejny raz przypomniał o sobie głośnym burczeniem. Akkarin uśmiechnął się pod nosem.
- Chodźmy do środka. Kiedy spałaś udało mi się złapać królika.
Siedziała przed płonącym kominkiem ze skrzyżowanymi nogami i obgryzała małe kostki do ostatniego kawałka mięsa. Była tak głodna, że nie zauważyła, że zjadła znaczenie więcej niż połowę upieczonego zwierzęcia. Akkarin podsunął jej kolejny kawałek i Sonea chwyciła go zachłannie. Jedząc, mruczała pod nosem z zadowoleniem. Gdy skończyła, oblizała palce i wzięła kilka łyków zimnej wody, której Akkarin nabrał z pobliskiego strumienia. Wyglądało na to, że w pobliżu tego domu było wszystko, czego potrzebowali do przeżycia.
- Jak długo możemy tutaj zostać? - zapytała.
- Kilka dni na pewno. Może dłużej. Na razie nie wiemy, czy Magowie wysłali kogoś poza Imardin. Takan będzie informować mnie na bieżąco. Poprosiłem go także, by powiedział o wszystkim Złodziejowi.
Zmarszczyła brwi i posłała mu niepewne spojrzenie.
- Jesteś pewien, że to dobry pomysł? Ceryni nie ma szans z Magami.
- Myślę, że nie doceniasz swojego przyjaciela - odparł z gorzkim uśmiechem. - Niejednego Maga zdołałby przechytrzyć.
Przepraszam, za taką przerwę, ale wiecie, święta świata i po świętach, a tu nagle mamy już połowę stycznia... Mam nadzieję, że wam się podoba to, co się dzieje. To chyba dopiero początek kłopotów Sonei i Akkarina, co nie? Dziękuję Wam za komentarze, bo nie ma nic lepszego niż kilka słów od czytelników. Pozdrawiam i tulę, no i dziękuję kasiaeliza za betowanie :)
