Po Woli była Ochota; przeraźliwe krzyki i huki wrzucanych do piwnic granatów dźwięczały Feliksowi w uszach jeszcze wiele dni po tym, jak zaschła tam krew. Oddychał powietrzem przesyconym jej wszechobecnym zapachem, wyklinając i Niemców, i tych Rosjan, którzy pod sztandarem SS rabowali, gwałcili i mordowali, a on nie był w stanie ich zatrzymać.
Resztki zdrowego rozsądku podpowiadał mu, że robił to, co mógł, mając tylko dwie ręce, z których jedna nadal pobolewała po postrzale. Nie tracił ani chwili na sen, na jedzenie czy chociażby złapanie oddechu, wypadał z jednej walki, by zaraz wpaść w drugą potyczkę, trzymając Visa, Mosina, prowizoryczną butelkę zapalającą pełną benzyny, czy nawet siekierę, cokolwiek co było pod ręką, by móc walczyć i wspomóc swoich, bo brakowało i broni, i amunicji.
Jeśli nie ślizgał się na kałużach krwi i nie strzelał albo nie przekazywał rozkazów powstańczym oddziałom, pomagał cywilom, by mogli przetrwać jeszcze jeden dzień; przemykał nocami za żywnością i opatrunkami, próbował pocieszać uśmiechem i dobrym słowem, ale w duszy czuł jedynie pustkę.
Czas zastygł w miejscu; chociaż słońce pojawiało się i znikało, zastępowane gwiazdami i księżycem, Feliks miał wrażenie, jakby świat znieruchomiał w beznadziejnej stagnacji. Zmieniały się tylko ciała, które widział obok siebie.
Raz był to zestrzelony gołębiarz, który potoczył się po dachówkach i spadł na ziemię z wysokości drugiego piętra, gruchocząc kości i Feliks nie był pewny, czy zabił go upadek czy strzał. Innym razem dziecko, popchnięte na barykadę i użyte bezlitośnie jako żywa tarcza, trafione pociskiem własnego rodaka. Kolejne ciało – powstaniec, z którym rozmawiał przed godziną. Jeszcze indziej – młody Niemiec o twarzy, która byłaby piękna, gdyby nie spopielił jej wybuch koktajlu Mołotowa. Feliks pamiętał, że to z munduru tego chłopca ściągał krzyż żelazny drugiej klasy.
Ten krzyż nosił później jakiś powstaniec, przybiwszy wcześniej złotówkę do awersu. Feliks sukcesywnie odmawiał odznaczenia. Na rewersie wciąż tkwiła swastyka, do której czuł odrazę i zdecydowanie nie czuł, że wykazywał się męstwem w boju.
Poza tym, żelazne krzyże przypominały mu o pewnych dwóch braciach, o których nie chciał jak na razie myśleć.
Krył się teraz w jakimś pustym mieszkaniu, patrząc na przekrzywione obrazki na ścianach i czekając, aż oczyści się jego droga powrotna. Wykonał swoje zadanie, więc teraz musiał wracać do dowództwa; chociaż od samego początku tej wojny chciał być blisko ludzi, cywili i żołnierzy – wiedział, że jego obecność dodaje im otuchy – konieczne też było porozumiewanie się z władzami i generałami. Przez swoje schwytanie stracił mnóstwo czasu i teraz, gdy tylko miał okazję spotkać się z jakimś oficerem, wypytał gorączkowo o działania wojenne, próbując uzyskać pełny obraz sytuacji.
Nie było dobrze, a przyszłość tego kraju rysowała się w czarnych barwach. W Warszawie trwało piekło, a nad nią krążył cień Związku Radzieckiego, tylko czekającego na pretekst i okazję. Feliks miał nadzieję, że to wszystko nie skończy się tak, jak się obawiał, bo jasnym już było, czyje oddziały będą ten kraj wyzwalać, ale z każdym dniem, z każdą wieścią, która do niego dochodziła, tę nadzieję tracił.
Jego miasto obracało się w perzynę; podejrzewał, że nawet gdyby nie zdecydowali się powstać, Warszawa ucierpiałaby równie mocno. Wycofujący się Wehrmacht pozostawiłby za sobą spaloną ziemię, byle tylko Armia Czerwona nie mogła skorzystać z miasta, jego zapasów i fortyfikacji. Prosta, stara jak świat zasada ars bellum; spopiel to, czego sam nie możesz wykorzystać, niech twój wróg przyjdzie na wygasłe pogorzelisko. Niemcy uciekali ze wschodu, bez żalu niszcząc to, co zbudowali sobie przez ostatnie pięć lat rękoma niewolników, wiedząc, że już tu nie wrócą.
Czy miał teraz obawiać się tych, którzy nadchodzą? Sam już nie wiedział.
– Jasna cholera – mruknął do siebie, czując tępy ból w ramieniu, pamiątkę z Wolfsschanze. Ostatnio mocno nadwyrężał tę rękę i przez to cierpiała jego celność, ale nie wątpił, że jeszcze dzień, dwa, a to minie. Nie chciał nawet liczyć, ile ma blizn, drobnych ran i sińców. Ważne, że jak dotąd nic go nie zmorzyło tak mocno, jak gangrena.
Albo jak strach.
Zacisnął zęby. Nie, drugi raz w to nie wpadnie. Był zbyt potrzebny swoim ludziom, by znowu osunąć się w otępienie i sen, i co najważniejsze, nie miał przy sobie kogoś, kto mógłby w takiej sytuacji osłaniać go własnym ciałem.
Ten pieprzony Prusak to jednak miał szczęście. W ich gatunku posiadanie rodziny, która nie chce wbić ci noża pod żebro, gdy tylko spróbujesz przymknąć oczy, było rzadkością i prawdziwym błogosławieństwem.
Musiał być ostrożny; tu była Ochota, tu kręciła się RONA, chyba słyszał nawet kogoś klnącego po rosyjsku. Postąpił krok, potem drugi, bacznie nasłuchując, czy deski podłogi nie zaczną skrzypieć, pilnował, by oddychać cicho i spokojnie, by nie nadepnąć na rozrzucone szkło, pozostałości okien i butelek z alkoholem. Miał nadzieję, że nikt nie zechce wejść do środka, budynek w końcu stał od wielu dni pusty, już żołdacy się o to postarali. Brązowe plamy na ścianach były tego niezbitym dowodem.
Musiał być bardzo cicho. Przysunął się do okna, zerknął ponad zębami wybitej szyby i roztrzaskanych drewnianych ram, na wszelki wypadek wolno sięgając do paska, ale jego palce napotkały próżnię. No tak. Oddał Lugera powstańcowi, który bardziej go potrzebował. Stał w bezruchu, słysząc bicie swego serca, szum własnej krwi i przytłumione terkoty karabinów.
Przeszli, ocenił, gdy głosy i kroki ucichły.
Dobrze. Drugi raz Feliks nie da się złapać. Nikomu. Postąpił jeszcze kilka kroków, wysunął się na skąpany w ciemności hol. Coś miękkiego owinęło mu się wokół stopy; zastygł, a gdy zorientował się, że to najprawdopodobniej tylko materiał, przykucnął i sięgnął doń ręką. Wyczuł w palcach postrzępione krawędzie ubrania. Gdy oczy przyzwyczaiły mu się do mroku, zorientował się, że to podarta sukienka.
Cichutko wyszedł na puste podwórze, ostrożnie stąpając po gruzie. Zwiad zakończony. Teraz do kanałów.
Nagle – tak właśnie Gilbert Beilschmidt zdał sobie sprawę, że być może nie powinien był składać niektórych obietnic. Obietnic, których być może nie pozwolą mu wypełnić, nieważne, jak bardzo by chciał. Obietnic, które szeptał pocieszająco w ucho brata, zapominając, że nie ma już przed sobą dziecka, chłopca, a potężny kraj, który zatrząsł Europą i sprowokował świat.
Chciał wierzyć, że będzie inaczej – w Szwajcarii, spokojnej, cichej i pięknej, a nawet tutaj, w niemieckiej enklawie, gdzie wojna dawała o sobie znać brakiem młodych mężczyzn, wszystko wydawało się łatwiejsze. Razem. Razem przez to przejdą. Piękna idea, w którą chciał uwierzyć, a w którą Ludwig uwierzył z całego serca po porzuceniu poprzedniej.
Skoro byli jednym państwem... to ukarać się winno jedno państwo, prawda? Problem polegał na tym, że to nie był już chłopiec, którego Prusy mógł osłonić sobą i wrogowie doskonale zdawali sobie sprawę z tego, jak niebezpieczni są razem.
Powinien z nim porozmawiać. Powiedzieć, że być może, kto wie, ktoś zechce ich rozdzielić, ale ten czas minie; żeby Ludwig odliczał dni, bo i zbrodnie, i kary nie trwają wiecznie, a parę lat jest dla nich przecież niczym. Powinien.
Tymczasem mijały kolejne dni, a Prusy nie znajdował słów, które nie brzmiałyby jak kłamstwo i jak zdrada. Widział już zdradę w błękitnych oczach, zwłaszcza wtedy, gdy Italia zmienił strony i nie chciał, cholernie nie chciał, by Ludwig poczuł się oszukany. Znów. Jasna cholera.
Zirytowany, potrząsnął głową, oparł się wygodniej o ścianę piwnicy. Stał u wejścia, zerkając na drewniane stopnie stromych schodów i nasłuchiwał, czy któryś z sąsiadów nie zechce odwiedzić rozpaczającej Heidi. Listonosz pewnie rozniósł wieść po okolicy.
Spojrzał na brata, stojącego pośrodku pomieszczenia i wpatrującego się w mężczyzn wysłanych za nimi. Stoczyli długą rozmowę na temat swojego planu; teraz nadszedł czas, by wciągnąć w niego Meiera i Kölzowa. Ich los również przedyskutowali.
Mogli ich zabić; to był najprostszy sposób rozwiązania problemu, ale zdecydowanie było to też marnotrawstwo i przykuwanie niechcianej uwagi, obaj się z tym zgodzili. Poza tym, Ludwig – Prusy patrzył prosto w duszę za taflą błękitu, więc potrafił to dostrzec – obecnie nie chciał w ogóle przelewać czyjejkolwiek krwi.
Przesłuchania, takie, jakie przeprowadza się w armii i policji, nie wchodziły w grę. Szpieg prędzej odgryzłby sobie język niż cokolwiek by z niego wydusili. Pozostawało wciągnięcie ich w plan i przekonanie, że to najkorzystniejsza dlań opcja.
– Komu przysięgaliście? – zapytał spokojnie Ludwig, patrząc na siedzących pod ścianą jeńców. Dłonie Kölzowa i Meiera związane były ponad głowami, przez co ich ramiona tkwiły w niewygodnej pozycji. Usta obu z nich były suche, a Kölzow co chwila przełykał, próbując śliną zwilżyć gardło.
Nie chcieli posuwać się do tortur, ale małe niedogodności – na przykład doba w piwnicy z okazjonalnym dostępem do wody – zdecydowanie zmiękczały ludzi i dawały im czas na rozmyślania o przyszłości.
– Führerowi – odparł spokojnie Meier, uprzednio odkaszlnąwszy.
Ludwig postąpił kilka kroków naprzód, ukucnął, by jego oczy znalazły się na tym samym poziomie, co twarz szpiega.
– Prawda – odezwał się niemal łagodnie. – Ale jesteś inteligentnym człowiekiem. Kto jest ważniejszy, kraj czy führer, który za rok będzie martwy? Może nawet za mniej niż rok. Jeśli nie powieszą go alianci, to w końcu zabiją Niemcy, którzy mają dość. Słyszałeś o Wolfsschanze, prawda? Ilu generałów i polityków było w to w mieszanych? Myślisz, że czystka załatwiła sprawę? Mało razy ruch oporu próbował go zabić? W końcu to się uda. Coraz więcej ludzi się od niego odwraca, a on popada w coraz większą paranoję.
– I co z tego? – Meier wytrzymał jego spojrzenie.
– Kraj będzie trwać. Ja będę trwać. On nie. Zdecydujcie, czy co wolicie.
Gilbert uśmiechnął się do siebie. Ludwig wstał i stanął obok niego. Pozwolili, by słowa młodszego z braci przebrzmiały w powietrzu, obserwując, jak Kölzow marszczy brwi i przygryza wargę, zdecydowanie się nad czymś zastanawiając. W końcu Gilbert bez słowa wspiął się po schodach; wrócił po chwili z dzbankiem pełnym świeżej wody i położył ją przed wywiadem.
Meier posłał mu pogardliwe spojrzenie, a Kölzow poruszył się nerwowo.
– Niby jaki macie plan? – wychrypiał nagle. – Berlin wydał na was wyrok.
Bracia wymienili spojrzenia, a potem Ludwig skinął głową.
– Znudziło nam się siedzenie w Berlinie – odparł lekko Gilbert. Sięgnął ku rękom Kölzowa, związanych solidnym powrozem i uwolnił jedną dłoń. – W Europie jest też kilka innych ładnych stolic.
Szpieg odetchnął, poruszał obolałym ramieniem, a potem złapał za dzbanek. Meier spojrzał na niego ze wzgardą, ale buta w jego oczach zbladła nieco, gdy Kölzow zaczął łapczywie pić i krople wody spłynęły mu po jasnej szczecinie na szczęce, a potem po skórze szyi.
– W Paryżu lada dzień wybuchnie powstanie – mruknął Meier, śledząc wzrokiem przełyk towarzysza. – W Warszawie już trwa. To wasz plan?
– Powstał bałagan, który trzeba posprzątać – mruknął Ludwig, czekając aż Gilbert znów skrępuje obie ręce Kölzowa. Powtórzyli operację z Meierem; ten z wyraźną ulgą napił się wody. – Porządek musi być.
– Więc – Kölzow powiódł wzrokiem od jednego brata do drugiego i uniósł kącik warg w uśmiechu zrozumienia. – Chcecie do niego wrócić? Tak po prostu...?
– Wrócimy – Ludwig przyglądał mu się nieustępliwie, z rysami twarzy jakby wykutymi z kamienia. – Wypełniwszy swoje obowiązki wobec Rzeszy. Kompetentnie, w przeciwieństwie do bandy zdrajców i tchórzy.
– Gdyby nawet marszałkowie polni i najbardziej zaufani generałowie właśnie próbowaliby cię zabić – szepnął sugestywnie Prusy. W piwnicy było tak cicho, że jego wcale nie musiał podnosić głosu. – Gdyby planowali to od miesięcy... może lat... czy na pewno uwierzyłbyś, że pewne kłamstwa i oskarżenia... wysunięte, dziwnym zbiegiem okoliczności, tuż przed zamachem... były prawdziwe? Nie miałbyś wątpliwości? A może... może ktoś po prostu chciał w ten sposób odsunąć od ciebie dwóch lojalnych, bardzo ważnych ludzi?
– Ale z was cwane skurwysyny – mruknął z uznaniem Kölzow.
Gilbert uśmiechnął się szeroko.
– Mam znajomego, od którego lisy mogą uczyć się sprytu. Ja też podłapałem co nieco w ciągu ostatnich paru setek lat.
– Ale co my będziemy z tego mieć? – warknął Meier. – Wy nie ryzykujecie życiem, bawiąc się w berka ze zdradą stanu.
– Stan to my – przypomniał Ludwig chłodno. – Ten kraj, kraj Hitlera, do wiosny się rozpadnie. Rząd, armia, wywiad, urzędy, alianci przeorają wszystko czołgami gąsienic. Czystka obejmie wszystko, pospadają głowy. Powinieneś sam wiedzieć, co da ci współpraca z nami.
– Niby co? – szpieg pokręcił głową. – Nie będziecie nietykalni.
Kölzow drgnął, spojrzał na Meiera niespokojnie.
– Wywiad też nie – odparł spokojnie Gilbert. – Wkrótce pójdzie w rozsypkę i alianci zaczną przeprowadzać wam procesy. Może was powieszą, może tylko wrzucą do więzienia na dwadzieścia lat. Powodzenia dla tych, którymi zajmie się Związek Radziecki... Może i będziemy na celowniku – posłał krótkie spojrzenie bratu. Zdecydowanie powinien go uświadomić, co może się stać. – Ale... mamy znajomości. Takie znajomości, o których wywiad nawet nie śnił.
Meier przyglądał się pustemu dzbanowi.
– Tacy jak wy – odgadł.
– Bezpieczne miejsce z dala od tego, co się zacznie – Ludwig zmrużył oczy, przyglądając się szpiegowi. – Nowa tożsamość. Do końca waszych dni, cokolwiek by się nie wydarzyło. Przemyśl to, ale..., ale jestem pewny, że jeśli się na to zgodzisz, dożyjesz starości. W obecnych czasach i w zawodzie, który sobie wybrałeś, to nie takie częste, nie?
Szpieg milczał długo; w końcu wypuścił powietrze.
– Paryż czy Warszawa?
Noc była ciemna, lecz nie cicha; na dole Eldorado wciąż trwała zabawa, przez cienkie ściany przenikał brzdęk szkła, radosne pokrzykiwania i głośne piosenki, miejscami tak bełkotliwe, że nie rozumiał słów, mimo że niemiecki znał przecież doskonale.
Kołdra była licha i cienka, ale na szczęście był gorący sierpień; podmuchy ciepłego powietrza wpadały do małego pokoju przez uchylone okno, szarpały równie cienkie zasłony. Twardość materaca wbijała się w plecy i mimo że alkohol i podjęty wysiłek kusiły go snem, miał problem, by całkowicie się w nim pogrążyć.
On nie; spał na boku, oddychając spokojnie, z odsłoniętymi ramionami i klatką piersiową pokrytą bliznami. Na jego jasnej skórze były słabo widoczne, szczególnie teraz, gdy jedyne światło, jakie docierało do pokoju, było przytłumionym blaskiem ubywającego księżyca.
Jeszcze dzień lub dwa i będzie nów, pomyślał tępo Feliks. A potem na niebie pojawi się sierp, a na polu bitewnym dołączy do niego młot... Skarcił się. Był pijany i przychodziły do niego bezsensowne myśli. Wysunął stopę spod kołdry, postawił ją na brudnej podłodze, a wirowanie świata jedynie odrobinę zelżało. W końcu usiadł i potrząsnął włosami, próbując wyzbyć się zamroczenia i zawrotów głowy.
Rano miał pociąg. Powinien jeszcze mieć trochę marek, by kupić bilet.
– Z każdym rokiem – mruknął ochryple Polska, korzystając z tego, że Prusak śpi. – Stwierdzam coraz bardziej..., że wybraliśmy sobie... najgorsze możliwe stulecie... na takie...
Wielkopolska. Śląsk. Lwów. Wilno. Problematyczne Prusy Wschodnie. Sabotowane plebiscyty. Niedoszła akcja Wiosenne Słońce, na myśl, o której Feliks zgrzytał zębami. No i bolszewicy tuż pod Warszawą.
Sam już nie wiedział, gdzie ma być i co czynić, z kim walczyć, a w kim szukać sojusznika, zagubiony w wolności, która wcale nie była tak piękna, jak w marzeniach sprzed Wielkiej Wojny. Nic nie było proste, a każdy w Europie miał swoje własne interesy.
Słowa wymykały mu się z ust bezwolnie, alkohol rozwiązywał wszak język i obyczaje.
– Ale to jest... poza, prawda? Pewnie rzeczy muszą być poza... poza polityką, poza wojnami... inaczej my dawno... cały nasz gatunek... byśmy po prostu zwariowali z samot...
– Jest poza – wychrypiał nagle Prusy, uchylając jedno oko, dając do zrozumienia Polsce, że wcale nie śpi i słyszy jego wywód. – Stałe zawsze są poza. A teraz zamknij tę niewyparzoną mordę, Polen, i daj mi spać, zanim znienawidzę cię jeszcze bardziej za to skomplikowanie mi życia...
– Pieprzony drań.
– Nawzajem.
Rankiem, dwunastego sierpnia roku dwudziestego, Feliks wsiadł w pociąg do Polski, odjechał ze stacji Berlin-Liechtenberg nieświadomy, że gdy kolejny raz odwiedzi to miasto, będzie ono stertą gruzów, a Wielka Wojna straci swoje miano na rzecz jeszcze straszniejszej.
Po kilku dniach całą czwórką stanęli przed domem Heidi, gotowi do wymarszu. Kobieta pożegnała ich cicho, patrząc niepewnie na szpiegów – skłamali jej, że zamierzają odprowadzić ich pod sąd – a potem schowała się w środku, ocierając czerwone od łez oczy. Przez ostatnie noce słyszeli albo jej stłumione łkanie, albo rozpaczliwe przekleństwa rzucane na jakiegoś polskiego bandytę, który odebrał jej dziecko.
Szpiedzy odeszli parę kroków w bok, pozwalając braciom na zamienienie ze sobą kilku słów na osobności. Ci spojrzeli sobie w oczy i objęli krótko, ale mocno.
– Pamiętaj, Bruderherz – powiedział cicho Prusy, nie przerywając uścisku. – że cokolwiek by się nie działo... ja zawsze będę po twojej stronie. Zawsze.
Ludwig odsunął go na odległość wyciągniętych ramion, spoglądał zdumiony i zaniepokojony. Gilbert pokręcił głową; słowa utknęły mu w gardle. Znowu.
– Baw się dobrze w Paryżu – rzucił zamiast słów, które był Ludwigowi winny, uśmiechając się szeroko i wycofał się poza zasięg rąk brata. – Zobaczymy się w Warszawie.
Nie wątpił w to, że po zaprowadzeniu porządku we Francji – albo po jej utracie – Ludwig znów stanie u jego boku. To nie ta najbliższa przyszłość go martwiła; zostało im jeszcze kilka miesięcy wojny, kilka miesięcy obserwowania upadku, nim alianckie pazury sięgną i rozedrą bruk Berlina.
Wszyscy czterej ruszyli ku granicy enklawy, by odebrać złożoną tam wcześniej broń. Fałszywe paszporty znów poszły w ruch. Ludwig pierwszy odebrał swoją własność, ulubionego Walthera, i z ulgą wsunął go za pasek. Karabinek, jeden z tych, które szpiedzy przygotowali wraz z mundurami, by stworzyć wiarygodną przykrywkę, dopełnił całości.
– Krótkie te odwiedziny – skomentował znajomy Szwajcar, łypiąc nieprzyjaźnie na Gilberta. Szpiedzy przeszli odprawę bez słowa i już zdążyli oddalić się parę metrów. – Zdążyłeś chociaż zadowolić żonę czy znowu zostawiłeś ją samą w pustym łożu? Nie boisz się, że dorobi ci rogi, jak będziesz zdychał w błocie, żołnierzyku?
– Nikt nigdy jeszcze nie narzekał na moje umiejętności w łożu – Prusy wyszczerzył zęby ku wyraźnej irytacji pogranicznika. Ludwig, Meier i Kölzow wolno ruszyli dalej, aż znaleźli się poza zasięgiem głosu. Gilbert nie mógł powstrzymać się od odgryzienia się strażnikowi granicznemu. Ten człowiek bardzo działał mu na nerwy. – Z żadnym innym spać nie będzie, zarzekam się. Zazdrościsz, co? Nie dziwię się. Z twoją twarzą... Żadna dziewczyna pewnie nie chce iść z tobą pod kołdrę. Biedaczysko.
Mężczyzna wywarczał pod nosem kilka przekleństw, rzucając mu karabinek tak, że Gilbert ledwo go złapał. Prusy zaśmiał się głośno, zarzucając broń na plecy; prosto w czuły punkt, co?
– Te wiejskie dziewczyny też nie narzekają? – wypalił nagle Szwajcar. – Przystawiasz im pistolet do głowy, by nie krzyczały?
Gilbert zacisnął zęby, natychmiast tracąc dobry humor; z jakiegoś powodu przed oczami stanęła mu wystraszona Liechtenstein, z dnia, w którym ostrzegał ją, by nie wychodziła z domu sama.
– Mylisz mnie z kimś – warknął. – Jestem Niemcem bałtyckim, nie dzikim Ruskim.
– Ruscy zaraz wymierzą wam sprawiedliwość. Niemek i szkopskich bękartów nie będzie mi żal.
Gilbert nie odpowiedział. Odwrócił się na pięcie i ruszył za bratem szybkim marszem. Ludwig chciał o coś zapytać, ale widząc zaciśnięte w linię usta Gilberta i wściekłość gorejącą w jego oczach zrezygnował.
Rozdzielili się niemalże bez słowa; gdy już byli poza zasięgiem wzroku Szwajcarów pilnujących granicy Büsingen, Ludwig z Kölzowem zboczyli z trasy, by okrążyć enklawę. Prusy przyglądał się odchodzącym.
– Dawaj amunicję – rzucił do Meiera ostro, gdy już Ludwig zniknął mu z pola widzenia; ten niechętnie wyciągnął magazynek z broni i oddał pas z nabojami.
– Rozumiem, że w razie ataku idę pierwszy do odstrzału?
– Jeśli cię to pocieszy, to potrzebuję kogoś, to będzie prowadził auto, więc nie, w razie ataku będę cię osłaniał – odpowiedział szorstko Prusy. Meier westchnął i ruszył pierwszy.
Gilbert postąpił za nim. Obejrzał się jeszcze jeden raz – gdy przekraczał granice Rzeszy na swoim podrobionym paszporcie. Patrzył na zachód, oszacowując w myślach odległość do francuskiej granicy.
Przepraszam, braciszku. Nie umiem ci tego powiedzieć. A teraz, przez tego sukinsyna, nawet się nie pożegnałem.
Kilka kilometrów za granica szwajcarsko-niemiecką, dobrze ukryte, czekało auto, którym wcześniej przyjechali szpiedzy. Gilbert usiadł na siedzeniu pasażera i ułożył sobie broń na kolanach tak, by lufa celowała w kierowcę. Zarzucił na nią kurtkę od munduru, więc broń na pierwszy rzut oka pozostawała niewidoczna dla postronnych.
Meier milcząc odpalił silnik volkswagena, świadom, że wystarczy jedno złe posunięcie, jedno pociągnięcie za spust, by seria podziurawiła jego brzuch. Ruszyli.
Kierunek: wschód.
Polska westchnął, wziął głęboki oddech, czekając aż wciągnięte w płuca powietrze chociaż odrobinę go uspokoi.
Spokój. Spokój był kluczem, tak robiło się politykę, tak przesuwało się granice, wymazywało kraje z map, handlowało terenami i ich mieszkańcami, podpisywano traktaty pokojowe, wywoływało wojny i skazywało na śmierć całe zastępy obcych ludzi.
Spokojnie, bo na tym poziomie myślenia ludzie byli jedynie liczbami, a budynki prostokącikami na mapach, na przykład na tej mapie, która leżała teraz przed nim, rozłożona na starej skrzyni. Na planie miasta zaznaczone były zajęte przez nich obszary i strategiczne punkty, które powinni zdobyć.
Teraz stawką było Stare Miasto. Ważnym było, by nie dopuścić Niemców do nabrzeża Wisły. Stracili Zamek i wyglądało na to, że mimo zaciętej walki również Plac Bankowy wyślizgnął się im z rąk.
Polska popatrzył gorączkowo na równie linie ulic i budynków, widząc zamiast papieru zgliszcza, barykady i ruiny. Wolał tam być, wolał działać, nie planować.
Już po Woli. Kedyw związał siły wroga, trzymał ich przez kilka dni w ogniu walki, dając reszcie czas na zorganizowanie się na Starym Mieście, ale...
Feliks przesunął palcem po cmentarzu na Powązkach.
Nie on wydawał decyzje; ale może gdyby pozwolono tym oddziałom wycofać się do Puszczy Kampinoskiej, może nie skończyłoby się to tak wielkimi stratami... Zacisnął zęby.
Ochota... Już po Ochocie. Zieleniak, obóz przejściowy dla cywili, spływał krwią. Patrzył dalej na mapę stolicy, wsłuchując się w dyskusje dowództwa, a jednocześnie zastanawiał się, do którego oddziału teraz dołączyć, gdzie ruszyć. Nie mógł po prostu tak stać.
– Idę na Muranów – zadecydował nagle, urywając rozmowę oficerów. – Kto tam teraz jest?
– Powinieneś być w bezpiecznym miejscu – jeden z nich, ten, który od samego początku krzywił się na obecność Feliksa w sztabie, zwinął szybkim ruchem mapę.
Feliks posłał mu chłodne spojrzenie. To samo powiedziano mu pięć lat temu, na początku września, odpowiedział więc podobnie.
– Nie będę siedział na dupie, gdy giną moi ludzie. Czy ja ci wyglądam na Ludwiga Beilschmidta?
– Jesteś ranny – drugi z dowódców pokręcił głową z autentyczną troską w głosie. – Ja wiem, że morale ludzi, ale...
Feliks uniósł oczy ku niebu.
– O to wam chodzi? – zapytał spokojnie, odsuwając rękaw nowego munduru, który podarowano mu po tym, jak jego własny nie nadawał się już do użytku. Na skórze widniała okrągła blizna po postrzale. – Już zdążyłem o niej zapomnieć. Czy o to? – odsłonił bok. – Tu mnie łatał niemiecki lekarz – wyjaśnił, gdy żołnierze obecni w piwnicy zmarszczyli brwi na widok podłużnej i szerokiej blizny. – Porządny człowiek, więc, oczywiście, już nie żyje. A to jest sprzed dwóch tygodni – dodał, podwijając nogawkę pokazując z uśmiechem zagojone poparzenie. To była płonąca barykada, chyba gdzieś na Pradze, jeśli dobrze pamiętał. – Nie musicie się o mnie martwić. Tam przydam się bardziej niż tutaj – rozejrzał się wymownie po pomieszczeniu.
Powstańcy spojrzeli po sobie.
– Skoro tego chcesz – oficer skapitulował. – A właśnie. Beilschmidt. Niemcy powiesili wszystkich Borkowskich, których znaleźli. Dwadzieścia osób. Wiesz coś na ten temat?
Feliks zacisnął zęby. Wiem. Za naszym rodzajem zawsze idzie śmierć, krok w krok.
– Bracia zniknęli im z radarów – powiedział cicho. – Hitlersyny obawiają się ich zdrady, ale podejrzewali też porwanie przez naszych. Ktoś pewnie podrzucił im to nazwisko.
– Czy w ogóle to jest możliwe? – zastanowił się ktoś. – Zdrada u takich jak ty?
Feliks drgnął.
– To skomplikowane – rzucił, nie zamierzając kontynuować tematu.
– Ty byłeś w ich niewoli. Uznali ich zniknięcie za odwet? Nic nam nie wiadomo, by ktoś...
– Są gdzieś indziej – Feliks pokręcił głową. Tego był pewny. – Mniejsza o nich. Rozkładaj tę mapę. Kto jest na Muranowie?
– „Radosław" i „Leśnik".
– Planują uderzyć na Warszawę Gdańską? – zapytał Polska, przyglądając się terenowi dworca kolejowego.
– Jak Bóg da...
– Postanowione – mruknął Feliks. – Macie jakąkolwiek broń na stanie?
Odpowiedziała mu cisza.
– Dobra. Sam sobie znajdę.
I poszedł.
Przecież znasz wszystkie moje chwyty
życie moje
wiesz kiedy będę drapał krzyczał i rzucał się
znasz upór moich zmagań
i drętwe pozbawione smaku i czucia wyczerpanie
wtedy zatruwasz mój sen majakami
aby uniemożliwić mi jakikolwiek azyl
znam twoje słodycze
które przyjmuję ze skwapliwą wdzięcznością
i po których szarpią mnie torsje
przywykłem do twoich okrucieństw
nauczyłem się śmiać z własnego trupa
(znasz dobrze ten mój ostatni chwyt)
znudziliśmy się sobie życie moje mój wrogu
Cóż kiedy wkręciłeś iskry bólu w moje szczęki
aby uniemożliwić mi ziewanie.
(A. Bursa – Przecież znasz wszystkie moje chwyty)
ars bellum - sztuka wojny.
Vis – polski pistolet samopowtarzalny.
Krzyż Żelazny - pruskie, potem niemieckie odznaczenie wojskowe nadawane za męstwo na polu walki, a także za sukcesy dowódcze.
Krzyż Powstania Warszawskiego lub Odznaka „Za Zabicie w Walce Oficera SS" – nieoficjalne odznaczenie wojskowe nadawane polskim żołnierzom za odwagę i szczególne zasługi w trakcie powstania. Krzyż ten wytwarzano poprzez przerobienie niemieckiego Krzyża Żelaznego w ten sposób, że na jego awersie mocowano monetę 1 złoty z 1929 z wybitą na piersi orła kotwicą oraz datą.
Rzeź Ochoty – fala masowych pogromów, grabieży, podpaleń, rozstrzeliwań i gwałtów na Ochocie w czasie powstania. Ich sprawcą był głównie, tłumiący powstanie w ramach sił niemieckich, pułk brygady SS RONA (złożonej z żołnierzy Rosyjskiej Ludowej Armii Wyzwoleńczej) pod dowództwem Iwana Frołowa. Ogółem śmierć w powstaniu poniosło ok. 10 tysięcy mieszkańców Ochoty.
Operacja Wiosenne Słońce – operacja militarna przeciwko Polsce, opracowana w 1919 roku przez Niemcy i Rosję bolszewicką, której celem miało być zlikwidowanie odrodzonego państwa polskiego. Rozpoczęcie operacji przez Niemców miało nastąpić w zależności od sytuacji na froncie polsko-bolszewickim. Do operacji nie doszło na skutek ultimatum alianckiego w czerwcu 1919 roku, a 28 czerwca tego roku Niemcy podpisały pokój m. in. z Polską.
Kedyw, pełna nazwa Kierownictwo Dywersji Komendy Głównej Armii Krajowej – wydzielony pion organizacyjny Armii Krajowej zajmujący się organizowaniem i przeprowadzaniem akcji bojowych, zamachów, sabotażu oraz dywersji.
Muranów – historyczna część miasta Warszawy położona w dzielnicach Wola i Śródmieście.
Zgrupowanie „Radosław" – kryptonim zgrupowania oddziałów Kedywu, które zostało utworzone przed wybuchem powstania ło najsilniejszym i najbardziej elitarnym zgrupowaniem Armii Krajowej walczącym w powstaniu warszawskim.
Oddział Leśnik – oddział bojowy Armii Krajowej powstały w trakcie walk w okresie powstania warszawskiego.
Za ewentualne błędy w topografii Warszawy przepraszam, byłam tam tylko raz i to w gimnazjum na wycieczce, i opieram się na mapach (historycznych i aktualnych) i opisach.
