Dzyń, dzyń, idą święta... a Emeraldina przesyła moc radosnych życzeń i kolejny rozdział.
Trzeci rok Harry'ego w Hogwarcie z perspektywy Albusa i Minerwy będzie może spokojniejszy, niż te poprzednie, ale to nie znaczy, że nic się nie będzie działo! Powrócą dawne lęki i złe wspomnienia, a główni bohaterowie, z pomocą pewnych osób powoli zaczną dostrzegać, jak zagmatwana i poplątana jest ich relacja. Pamiętajcie, będzie mi niezwykle miło, jak podzielicie się jakimś komentarzem dotyczącym kolejnych rozdziałów - ta część HP nigdy nie należała do moich ulubionych, ale starałam się, by te rozdziały mojej historii dość dobrze korespondowały z ,,Więźniem Azkabanu".
Serdeczne uściski za reviews pod poprzednim rozdziałem!
Minerwa - tak się cieszę, że podoba ci się moje pisanie i że wciąż czytasz. Moment, w którym Albus dowiaduje się prawdy o Arianie Theresie był dla mnie naprawdę trudny do napisania, odsuwałam to w czasie, aż do momentu, w którym ogólnie chciałam zmienić całe zakończenie, ale masz rację, porzucanie tego byłoby marnotrawstwem. Ten sekret Minerwy jest najważniejszym wątkiem tej serii i będzie ujawniony, ale obawiam się, że trzeba będzie uzbroić się w cierpliwość. Ciekawi mnie, które rozdziały z poprzednich części były twoimi ulubionymi. Jeśli chodzi o anglojęzyczne fiki z Albusem i Minerwą, to rzeczywiście niełatwo jest znaleźć perełkę w gąszczu songfików. Ja sama popełniłam kiedyś ten błąd, że czytałam wszystko po kolei (a pewnych rzeczy już potem niestety nie można wyprzeć z umysłu), a nawet jak znajdowałam coś ciekawego, to nie zapisywałam sobie gdzie to było xd. Ostatecznie poszukiwania idealnego, długiego fiku MMAD doprowadziły do takiej frustracji, że postanowiłam sama coś napisać. Co do długich przerw - ostatnio mam coraz mniej czasu na wszystko, a inspiracji do mojej alternatywnej wersji przemieszanej z sequelem tyle, że szkoda pochylać się nad edycją i sprawdzaniem dawno napisanych rozdziałów, bo jeszcze wena ucieknie...
Kitiaa - ta kapsułka to jest jeden z tych elementów, który znika na dłuższy czas, ale jak się pojawi znów, to porządnie namiesza. Aberforth to postać, którą bardzo lubię i będzie go więcej, szczególnie w tej części tego tomu. Pamięć serca Albusa... dojdzie kiedyś w dalekiej przyszłości do głosu. Na ten moment, zaklęcie zapomnienia rzucone przez Minerwę, miesiącami szkoloną w rzucaniu tego typu zaklęć, wciąż zamyka jego oczy na dość oczywiste dla nas, czytających, wskazówki. Dodatkowo zależało mi, żeby oprócz tej najważniejszej relacji z Albuem ukazać też w tej historii inne, czasem pomijane, dlatego oczywiście Hermiona, Syriusz i Remus będą mieli swoje miejsce w nadchodzących rozdziałach.
Nie wiem, czy kolejny rozdział nie pojawi się już w nowym roku, dlatego oprócz świątecznych życzeń pragnę życzyć wszystkim Czytelnikom odkrywania samych cudownych historii w przyszłym roku, by fan fiction zawsze było dla Was źródłem radości i wywoływało uśmiech na Waszych twarzach.
Wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku!
Wasza Emeraldina
ooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo
III
Minerwa McGonagall starannie owijała zielonym bandażem łapę walijskiego smoka, nucąc przy tym uspokajająco. Magiczne stworzenie było wyjątkowo potulne i Minerwa wiedziała, że fakt ten niezmiernie dziwi smokologów z walijskiego Instytutu, którzy o mało nie stracili życia podczas prób uleczenia smoka. Nie pozwalała jednak, by ich szepty ją dekoncentrowały. Mogli się domyślać – plotki krążyły po Instytutach od wielu lat. To jej jednak nie przeszkadzało – tak długo jak nikt nie zażąda wykorzystania jej mocy w złej sprawie, nie miała zamiaru rezygnować ze swej więzi ze smokami. Tym bardziej, że nikt poza nią nie był tak dobrze przygotowany do ochrony tych pięknych stworzeń.
Kończyła już, gdy nagle smok, który jak wiedziała, nazywany był Eledarem przez jego stado, wierzgnął gwałtownie opatrywaną nogą. Jej zmysły były zbyt wyczulone – odskoczyła błyskawicznie, więc potężne pazury jej nie dosięgły. Uspokajającym gestem położyła dłoń na nodze stworzenia i wysłała mu kojące myśli. Jednocześnie odwróciła się.
Ktoś się zbliżał. Zmrużyła oczy i na jej czole pojawiła się wyraźna zmarszczka.
Zdecydowany krok i nerwowo splecione razem dłonie, w połączeniu z błyszczącym w słońcu monoklem były nie do pomylenia: oto maszerowała ku niej Amelia Bones, szefowa Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów.
Minerwa posłała kolejną uspokajającą myśl do Eledara i poprosiła, by odleciał do swojego stada. Sama wstała, gdy smok wystartował. Ruszyła na spotkanie przyjaciółki, świadoma, że ogromna bestia za nią właśnie machnęła dwa razy skrzydłami i wzbiła się w górę.
Wystarczyło jej jedno spojrzenie na twarz Amelii, by zrozumieć, że musiało wydarzyć się coś bardzo złego. Przyspieszyła i wtem stała twarzą w twarz z imponującej postawy kobietą.
- Madame Bones! – Minerwa oficjalnie powitała przyjaciółkę i pocałowała ją w oba policzki, świadoma rzędu smokologów, obserwujących tą scenę z ciekawością.
- Lady McGonagall. – Amelia dygnęła lekko.
Przez ułamek sekundy patrzyły sobie w oczy. A potem Amelia wyszeptała:
- Syriusz Black uciekł z Azkabanu.
Minerwa poczuła krew gwałtownie odpływającą z twarzy. W głowie jej huczało, gdy umysł próbował przyswoić zasłyszaną przed chwilą informację. Azkaban. Najlepiej strzeżone więzienie na świecie, wynurzające się wprost z fal spienionego morza, będące domem dla jednych z najgorszych żyjących istot- dementorów. Więzienie to było częścią magicznego krajobrazu Wielkiej Brytanii, było stałym punktem życia wielu czarodziejów, także Minerwy, która od dziecka wierzyła, że ucieczka z Azkabanu jest niemożliwa. Nie widziała więzienia na własne oczy, ale wiedziała, że jest uważane za o wiele straszniejsze od Nurmengardu, który znała bardzo dobrze.
- Jak to możliwe? – zapytała cicho, skupiając się znów na stojącej przed nią Amelii.
- Tego nie wiemy. Pięć godzin temu odkryto, że cela Blacka jest pusta – wysłano grupy poszukiwawcze na ocean, ale zapewne zdołał już dotrzeć na ląd. Obsadziliśmy aurorami wszystkie nadmorskie wioski, ale nigdzie go nie widziano. Nie mamy pojęcia, jak Black pokonał kraty, mury oraz przemknął obok dementorów niezauważony. – Amelia mówiła z ponurą rezygnacją – Minerwa znała ją dobrze, wiedziała więc, że przyjaciółka postrzega tę ucieczkę jako osobistą porażkę.
Zaraz jednak jej umysł skupił się na najważniejszej informacji – z Azkabanu nie uciekł sobie jakiś tam zwykły więzień – chodziło o Syriusza Blacka.
Pamiętała go tak dobrze, jakby ostatni raz widziała go wczoraj – pełen energii, często nonszalancki, odważny, butny i gotów do największych poświęceń na rzecz swoich przyjaciół. Nie zapomniała, jak przerażony był, gdy został sam z rodzącą Lily. Pamiętała go na niezliczonych zebraniach Zakonu, pamiętała jego szkolne lata, jego pierwszy i ostatni dzień w Hogwarcie. Myślała, że go znała.
A potem on zdradził Potterów, zabił Pettigrewa i kilkunastu mugoli.
Minerwa nie widziała go już więcej. Nigdy nie wnioskowała o odwiedziny w Azkabanie. Nie chciała wiedzieć, co sprawiło, że człowiek, którego prawie wychowała, zdradził swoich najlepszych przyjaciół i przyłączył się do lorda Voldemorta.
- Co z Harrym? – zapytała, przypominając sobie, że Black, podobnie jak ona, był rodzicem chrzestnym syna Jamesa i Lily. Jeśli pozostał wierny Voldemortowi, to zapewne zrobi wszystko, by dopaść chłopca, który pokonał jego mistrza.
Amelia zerknęła nerwowo za siebie, na rząd smokologów i rzekła:
- Na razie jest bezpieczny u swojego wujostwa. Tak przynajmniej twierdzi Dumbledore.
Minerwa uniosła brwi:
- Albus już wie?
- Knot poinformował go prawie jako pierwszego. To on nalegał, żebym ci o tym powiedziała. Minister wyda oświadczenie dopiero za trzy godziny, na razie informuje premiera mugoli itd. – wyjaśniła Amelia, znów oglądając się na smokologów.
- Wybacz, ale nie powinnaś teraz robić wszystkiego, by go złapać? – spytała Minerwa, lekko ujmując przyjaciółkę za rękaw i zabierając ją do bramy Instytutu, za którą się mogły aportować.
- To teraz zadanie aurorów. Poza tym Barty Crouch zasugerował, że mogłabyś się przydać. Nikt z żyjących nie zna Blacka tak jak ty i Lupin. Wezwaliśmy go z kontynentu, ale minie trochę czasu, zanim tu dotrze. Ty obserwowałaś Blacka przez cały okres nauki, wiesz jak on działa, jak myśli.
Minerwa zacisnęła usta. Kiedyś może znała Syriusza. Kiedyś może potrafiła przewidzieć jego sposób zachowania, nie dziwiły jej jego liczne wybryki. Teraz jednak trudno jej było cokolwiek zawyrokować.
- Co miałabym zrobić? – rozłożyła bezradnie ręce, jednocześnie delikatnie kręcąc głową, gdy zobaczyła idącego w ich stronę smokologa. Mężczyzna cofnął się, zmieszany.
- Tego Crouch nie powiedział, choć miałam wrażenie, że chciał byś udała się do Azkabanu i na miejscu zapoznała się ze sprawą. – Amelia skinęła głową smokologom, przekroczyła wielką bramę Instytutu i spojrzała wyczekująco na Minerwę.
Nauczycielka zamyśliła się. Podczas wojny z Voldemortem kilkukrotnie miała do czynienia z Crouchem. Był inteligentny i rzetelny, czasem bezlitosny, ale bezwzględnie ambitny. Interesował się nią z powodu jej przeszłości aurora, gdy był szefem departamentu, którym teraz kierowała Amelia. Potem zaś, gdy został szefem departamentu Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów, przypomniał sobie o tym, że jej ojciec był cenionym ambasadorem. Minerwa starała się być dla niego uprzejma, ale w jego obecności zawsze miała się na baczności.
Azkaban. Mimowolnie zadrżała. Intuicja podpowiadała jej, że znajdzie tam tylko dementorów, którzy wyssą z niej ostatnie chęci życia. Lecz logika mówiła, że powinna pomóc ująć Blacka. Dopóki Syriusz był na wolności, Harry był w niebezpieczeństwie.
- Zatem w drogę. – mruknęła, wyciągając ramię do Amelii. Czując zdecydowany uścisk przyjaciółki, pozwoliła się teleportować wprost do Azkabanu.
Pierwsze co poczuła, to chłód. Przeraźliwe zimno, bez problemu przenikające przez jej ciemnozielone szaty i brązowy fartuch smokologa. Lód, zamrażający jej gorącą krew, zalewająca ją lawina zimna, w której tonęła.
Otworzyła oczy. Amelia stała obok, oddychając rytmicznie – ona też nie była odporna na chłód dementorów. Minerwa poszła za jej przykładem, oddychając głęboko, więcej uwagi poświęcając jednak uspokojeniu myśli i zwalczaniu strachu, zdradziecko atakującego jej umysł.
- Madame Bones? – z głębi ciemnego korytarza, w którym się znajdowały rozbrzmiał dziwnie znajomy dla Minerwy, kobiecy głos.
- Przyprowadziłam lady McGonagall. – Amelia zrobiła kilka kroków do przodu, a Minerwa mechanicznie poszła za nią, lekko marszcząc czoło na dźwięk swojego tytułu.
- Lady….? Ach, pani profesor! – w krąg światła rzucanego przez pochodnie weszła młoda czarownica, o ciemnych aurorskich szatach i wściekle fioletowych włosach.
Minerwa na początku nie rozpoznała kobiety, ale była usprawiedliwiona.
- Och, proszę wybaczyć! – zmieszała się nieznajoma, a potem nagle ni stąd ni zowąd jej włosy zmieniły kolor na nijaki brąz, a jej rysy twarzy zmiękły.
- Panna Tonks! Nie wiedziałam, że zostałaś aurorem! – wykrzyknęła Minerwa z uznaniem. Odruchowo uniosła kącik ust w górę : lubiła roztrzepaną Nimfadorę – jako uczennica była niezdarna, ale bardzo utalentowana i szybko się uczyła. Mimo to jednak Minerwa nigdy nie założyłaby się, że dawna Puchonka podejmie się tak niebezpiecznej pracy.
- Wstydziłam się pochwalić, pani profesor, bo testy musiałam zdać jakimś cudem, sama pani wie… - Nimfadora zarumieniła się lekko.
- Uwierz mi, panno Tonks, nikt nie zostaje aurorem przypadkiem. – mruknęła Minerwa, wspominając swoje testy.
- Zaprowadzisz profesor McGonagall do celi Blacka? Ja muszę niestety wracać do ministerstwa. – przerwała im Amelia.
- Powodzenia. – rzekła Minerwa do przyjaciółki, która lekko ścisnęła jej ramię, a potem zniknęła.
- Hmm, tędy pani profesor. – Tonks poprowadziła Minerwę do stromych i brudnych kamiennych schodów.
Przez dobry kwadrans schodziły w dół, a Tonks zgubiła się dwa razy, musiały więc zawracać. Minerwa szła za swoją byłą uczennicą w milczeniu, ciesząc się, że nie natrafiły jeszcze na żadnego z koszmarnych strażników więzienia. W pewnym momencie jednak weszły w długi korytarz, pełen cel. Minerwa natychmiast transmutowała swój fartuch smokologa w ciepłą, brązową pelerynę i owinęła się nią szczelnie. Specjalnie patrzyła jedynie pod nogi – ujrzenie w którejś z tych cel dawnego ucznia, któregoś z popleczników Voldemorta, żywy dowód jej porażki jako pedagoga byłoby zbyt bolesne. Gdzieś w połowie korytarza zobaczyła znajomą postać i natychmiast poczuła się lepiej.
- Moody! – zawołała.
- McGonagall! – nie zważając na zdumione spojrzenie Nimfadory, Alastor objął Minerwę i przyjacielsko cmoknął ją w policzek.
- To jest cela Blacka? – spytała, wskazując otwarte kraty po lewej. Przyjaciel pokiwał głową.
- Albus wie, że tu jesteś? – spytał, wchodząc za nią do małego, wąskiego pomieszczenia.
Minerwa odruchowo podparła się o ścianę. Cela oczywiście przypomniała jej najgorszy czas w jej życiu : uwięzienie w Nurmengardzie. Tamto więzienie było inne, ale brud i odór się zgadzały. Choć nie.
Pociągnęła nosem. Wyczuwała zapachy wielu ludzi, ale jeden z nich był wyjątkowo silny – pamiętała go – należał niewątpliwie do Blacka. Lecz wyczuła też zapach, który nie wydawał jej się ludzki.
By mieć pewność, zmieniła się w kocią formę.
Teraz zapachy były wyraźniejsze. Uderzyły w jej nozdrza z zaskakującym impetem, zamknęła więc oczy, by skupić się tylko na jednym zmyśle. Powoli, kierując się jedynie zapachem, obeszła całą celę. Wyczuwała pewną subtelną nutę, która, choć bardzo podobna do zapachu Blacka, nieco różniła się od odoru niemytego ciała.
Wróciła z powrotem do ludzkiej postaci.
- I co? - Moody patrzył na nią z napięciem, a zza jego pleców wychylała się Nimfadora, z nadzieją na twarzy.
- W Azkabanie nie ma żadnych psów, prawda? – spytała cicho Minerwa.
- Nie, skąd miałyby się tu znaleźć? Szczury, owszem, ale psy? – Alastor uniósł brew.
Minerwa zamyśliła się. Była pewna swojego nosa, ale jej odkrycie wydawało się być absurdalne. Wyszła na korytarz, usiłując znów wyłapać niepasujący zapach.
- Myślisz, że powinniśmy zapolować na Blacka z psami? – zapytał auror, z wyraźną nutą sceptycyzmu.
Minerwa nie odpowiedziała. Powoli ruszyła korytarzem, ostrożnie stawiając stopy. Miała go! Czuła wyraźny zapach psiej sierści – mogła iść po nim jak po sznurku!
Przyspieszyła. Nie oglądając się na aurorów, szła szybko, wiedząc, że już drugi raz nie namierzy tego zapachu. Był ledwie wyczuwalny, nieuchwytny. Pięć metrów, dziesięć. Dwa stopnie, zakręt.
Dementor.
Krzyknęła, gdy natrafiła na niego tuż za korytarzem. Wysoka, unosząca się w powietrzu ciemna postać wyciągnęła ku niej kościstą, pokrytą szarym śluzem dłoń. Jej uszy odnotowały jeszcze charakterystyczny, świszczący oddech.
Minerwa nie czuła, jak ucieka z niej cała radość. Czuła jak wracają jej koszmary.
Grota, której każdy kamień znała już na pamięć. Ponura, pełna cieni.
Rząd znajomych postaci, za każdym razem coraz dłuższych. Ich poszarzałe, pełne bólu i strachu twarze. Jej rodzina, jej przyjaciele, jej nauczyciele, jej uczniowie i towarzysze walki. Albus.
Szkarłatne promienie zaklęć i ochrypłe krzyki klątw. Powyginane w konwulsjach ciała. Wykrzywione bólem rysy, powyciągane błagalnie w jej stronę dłonie. Krew, barwiąca rubinową czerwienią brudne skały. Wrzaski, wdzierające się w jej czaszkę, konsumujące ją żywcem, rozbrzmiewając głośno w jej umyśle. Płacz, młodych i starych, mężczyzn i kobiet. Łzy, lśniące niczym szare perły. Wołanie, proszące o ostatnią łaskę, o szybką śmierć.
Szmaragdowe promienie uśmiercających czarów. Plaśnięcia opadających w przepaść bezwładnych, nieruchomych ciał.
Imiona, podane przez Albusa na chwilę przed tym, jak zostaje trafiony Avadą Kedavrą. Oskarżenie jasno wypisane na jego twarzy.
- Nie. – jęknęła Minerwa, cofając się przed pochylającym się nad nią dementorem.
- Expecto Patronum! – krzyknęła, ale z jej różdżki wyleciał jedynie strzęp srebrzystej mgły.
- Minerwo! – gdzieś z oddali dobiegł znajomy głos. Minerwa jednak już się poddała. Przecież znów zawiodła.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Albus Dumbledore z zaciętą miną brnął przez mokry piasek jednej z dzikich plaż na brytyjskim wybrzeżu. Oprócz niego nie było tu żywej duszy – choć była to końcówka wakacji, pogoda skutecznie odstraszyła mugoli przed spacerami brzegiem morza. Uciążliwa mżawka zacinała prosto w twarz, a przeraźliwie zimny wiatr zdawał się mrozić krew w żyłach.
Dyrektor Hogwartu jednak nie był tu by rozkoszować się wakacyjnym spacerem. Już od paru godzin przemierzał wybrzeże, wypatrując Syriusza Blacka, zbiega z Azkabanu.
Albus starał się być opanowanym, gdy poinformowano go o ucieczce i wezwano do Azkabanu. W więzieniu i tak panował chaos – Knot jak zwykle stracił głowę. Z pomocą Amelii Bones i obecnego w kraju Croucha Albus zdołał go przekonać do porzucenia biadolenia i zabrania się za sensowne działania. I tak w ramach tych sensownych działań, Albus oraz blisko kilkudziesięciu aurorów przeszukiwało morze i wybrzeże. Bardzo chcieli wierzyć, że Black utonął w sinej, rozszalałej, morskiej toni, podczas dzisiejszej burzy. Niemniej jednak zdrajca Potterów był zbyt przebiegły, by uciec z Azkabanu tylko po to, by zginąć w morskich odmętach.
Pozostawała jeszcze jedna kwestia. Black był szalenie niebezpieczny, zarówno dla czarodziejów, jak i dla mugoli. Większość z nich doskonale pamiętała masakrę, jaką wywołał ponad dekadę temu, zabijając Pettigrewa i kilkunastu mugoli. Nikt nie wiedział też, w którym momencie Black zdradził i przyłączył się do Voldemorta – ile informacji mu przekazał i jakich okropieństw się nauczył.
Największym zagrożeniem był zaś dla Harry'ego Pottera. Albus nie miał co do tego wątpliwości – Black na pewno będzie chciał się zemścić za pokonanie swojego mistrza. Fakt, że był ojcem chrzestnym chłopca i był obecny przy jego narodzinach, nic nie znaczył – Syriusz udowodnił to już dawno temu. Albus mógł pocieszać się jedynie myślą, że Harry jest całkowicie bezpieczny pod opieką swojej ciotki i wuja. Liczył też, że uda im się szybko znaleźć Blacka- cóż mógł zrobić wygłodzony, zmęczony czarodziej, bez różdżki i jakiegokolwiek wsparcia?
Albus nagle znieruchomiał. Jego drogę przecięło godne pożałowania zwierzę - był to wychudzony, zabiedzony pies. Musiał mieć kiedyś długą, czarną sierść, ale obecnie była ona skudlona i brudna. Jego żebra były doskonale widoczne, a patykowate nogi sprawiały wrażenie, jakby miały się złamać pod jego ciężarem. Ociekał wodą, jakby ktoś w ramach okrutnej zabawy wrzucił go do lodowatego oceanu. Na widok Albusa zwierzę zamarło i spojrzało na niego błagalnie wielkimi oczami.
Wysilił się na uśmiech, chcąc pokazać, że nie ma najmniejszego zamiaru zrobić zwierzęciu krzywdy. Zaraz jednak jego uwagę przykuł znajomy szum.
Uniósł głowę. Ze strony lądu leciała do niego sowa. Albus nie rozpoznał jej – mogła być ministerialna, albo należeć do któregoś z aurorów. Odczekał, aż obniży lot i znów rozejrzał się po plaży – czarny pies zniknął, jakby był tylko wytworem wyobraźni Albusa. Czarodziej wzruszył ramionami i sięgnął po list. Sowa nie czekała na odpowiedź. Nie było nadawcy, a koperta była niedbale zaklejona, Albus otworzył ją z ciekawością.
Najpierw przeczytał, a potem zmiótł w dłoni list. Ze złością zacisnął dłoń w pięść i cisnął kulkę pergaminu do morza. Zmrużył oczy- gdzieś w oddali widział świetlisty punkcik, wyznaczający aurora również przeszukującego nabrzeże. Uznawszy, że mag jest dostatecznie blisko, Albus teleportował się.
Wylądował na środku korytarza z celami w Azkabanie. Zanim zdołał przyzwyczaić się do więziennego odoru i atmosfery, tuż obok usłyszał szyderczy szept.
- Taka szkoda, że dementor nie pozbył się tej twojej suki, Dumby.
Odskoczył odruchowo i obrócił się błyskawicznie, tylko po to, by ujrzeć złośliwą satysfakcję na zniszczonej twarzy Bellatriks Lestrange. Natychmiast przybrał na twarz maskę obojętności i zignorował śmierciożerczynię. Bez słowa wyminął celę wiedźmy i skierował się ku brzmiącym w oddali głosom.
Za załomem korytarza znalazł Alastora i młodą czarownicę, chyba pannę Tonks, jeśli dobrze pamiętał. Powtarzając sobie, że jego gniew już na nic się nie zda, chrząknął cicho, by zaanonsować im swoją obecność.
- Dyrektorze ! – panna Tonks cofnęła się, blednąc gwałtownie. Albus pomyślał, że to tyle jeśli chodzi o przyjazne wrażenie i ukrywanie całej swojej złości.
- Albusie. Nie zgodziła się na zabranie do św. Munga, dlatego poprosiłem Poppy, by wzięła ją do skrzydła szpitalnego w Hogwarcie. – Alastor zaczął się tłumaczyć z wyraźnym poczuciem winy.
- Zatem odzyskała przytomność? – Albus mimowolnie odetchnął z ulgą.
- Tak, gdy tylko patronus Tonks rozprawił się z dementorem. Wiem, że to nie jest czas ani miejsce, ale czy z Minerwą jest wszystko w porządku? Nigdy nie miała problemu z dementorami. No przynajmniej podczas swojego szkolenia. – Alastor podniósł wzrok na twarz Albusa, spodziewając się rozwiania swoich wątpliwości. Ale dyrektor tylko zerknął na stojącą obok młodą czarownicę i mruknął:
- Dementorzy to paskudne stworzenia. Zostawiają jedynie najgorsze wspomnienia, żywiąc się tymi pozytywnymi. Profesor McGonagall… - głos mu się załamał, gdy pomyślał, ile złych wspomnień Minerwa musiała nagromadzić przez lata wojen. Ile bólu skrywała w sobie. Bólu, którego nierzadko pewnie on sam był źródłem. Zmarszczył czoło, przypominając sobie potworną sugestię, jaką wysunął względem jej w zeszłym semestrze.
- Co ona w ogóle tu robiła? – zapytał, by na chwilę odepchnąć od siebie lęk i wyrzuty sumienia.
- Crouch zaproponował, że oprócz Lupina, to ona ma największe szanse namierzyć Blacka. Zgodziliśmy się, to wydawało się logiczne i rozsądne. Teraz jednak… nie powinniśmy byli jej w to mieszać. – wyznał Alastor, nerwowo obracając w palcach różdżkę.
- Nie, szczególnie bez konsultacji ze mną. – warknął Albus, nagle przelewając złość z samego siebie na Croucha i aurorów. Zignorował pełne ciekawości i oburzenia spojrzenie panny Tonks. Może Zakon Feniksa pozostawał zawieszony, ale on nadal był przełożonym Minerwy. To nic, że trwały wakacje – jej udział w akcji odszukania Blacka powinien być z nim skonsultowany!
- Co teraz? – odważył się zapytać Moody.
- Wracam do Hogwartu. A wy szukajcie dalej. Black nie może pozostać zbyt długo na wolności. I przepytajcie innych więźniów – może oni coś widzieli. – Albus skrzywił się, a potem teleportował bez pożegnania.
Przed bramą Hogwartu pozwolił sobie na kilka głębokich oddechów. Nie obchodziło go, że jego gwałtowna reakcja z pewnością stanie się źródłem plotek, ani że mógł przesadzić w swoim gniewie. Musiał na własne oczy przekonać się, że z Minerwą wszystko w porządku.
Prawie biegł żwirową ścieżką prowadzącą do głównych drzwi zamku. Zdołał jedynie kątem oka odnotować ciężkie chmury zasnuwające niebo nad Hogwartem.
Gdy wpadł do skrzydła szpitalnego powitał go widok naburmuszonej Poppy, która z zaciętą miną i rękami groźnie podpierającymi biodra stała nad jednym z łóżek.
- Nigdzie się stąd nie ruszysz, dopóki nie zjesz co najmniej dwóch tabliczek czekolady! – zagroziła pielęgniarka.
- Zostaw tę czekoladę dla Albusa, ile razy mam ci powtarzać, że nic mi nie jest! – znajomy głos z charakterystycznym szkockim akcentem dobiegał zza parawanu. Albus ostrożnie podszedł do szkolnej matrony.
- Dyrektorze. – Poppy skinęła mu głową, ale jej mina nie złagodniała.
- Albus! Z tego co wiem, to mam jeszcze wakacje! Chcę wracać do rezydencji! – krzyknęła Minerwa tym doskonale znanym mu tonem – tonem nie znoszącym sprzeciwu.
- Oczywiście, moja droga, będziesz mogła tam wrócić, ale zaraz po tym, jak zjesz nieco czekolady i opowiesz mi co się stało. – Albus wymienił porozumiewawcze spojrzenie z Poppy, która wzruszyła ramionami i wycofała się do swojego gabinetu. On tymczasem przywołał do siebie krzesło i z miną rodzica podającego dziecku lekarstwa podał Minerwie tabliczkę czekolady.
- Dajcie mi spokój . Po prostu dawno nie mierzyłam się z dementorem. Poza tym byłam tak pochłonięta szukaniem śladów Blacka, że stwór mnie zaskoczył. – Minerwa z niechęcią wzięła od niego czekoladę i odłamała dla siebie spory kawałek.
- Zgodzisz się jednak, że to nie była typowa reakcja. – rzekł Albus.
- Nigdy nie byłam ,,typową" wiedźmą, Albusie! Ale tak, masz rację, jestem stara i słaba, bo nie potrafię stawić czoła dementorowi i wyczarować prostego patronusa, co było kiedyś moją specjalnością! – syknęła na niego Minerwa, choć oczywiście Albus szybko wyczuł w jej tonie złość raczej na samą siebie i to nie do pomylenia z niczym osobliwe poczucie winy.
- Minnie. Nie próbuj się obwiniać za to wszystko. – Albus spojrzał na nią z powagą za swoich okularów połówek.
W odpowiedzi wściekle oderwała kolejny kawałek czekolady.
- Jak Black mógł uciec z Azkabanu? – wyraźnie zmieniła temat, ale Albus pozwolił jej na to.
- Nie wiem. Nie znaleźliśmy go, choć obeszliśmy każdą część wybrzeża. Mimo wszystko wolałbym jednak, żebyś wróciła do zamku. Tu będziesz bezpieczniejsza niż w rezydencji. – odpowiedział szczerze. Skrzywiła się.
- Wrócę, jeśli to cię uspokoi, choć myślę, że Black najpierw uda się do Harry'ego. – rzekła ostatecznie. Albus pokiwał głową:
- Na szczęście Harry jest nietykalny w domu wujostwa. Choć jeśli do czasu jego przyjazdu do Hogwartu Black nie zostanie złapany, trzeba będzie pomyśleć nad jakimiś środkami ostrożności. – przyznał.
- Więc lepiej wracaj go szukać. – odpowiedziała, wyraźnie marszcząc brwi na wspomnienie rodziny Harry'ego.
- Obiecaj, że zjesz tą czekoladę. – Albus wskazał na połowę tabliczki w jej dłoni.
- Dobrze, obiecuję. Uważaj na siebie. – Minerwa przewróciła oczami. Albus stłumił pragnienie pocałowania jej w umorusany czekoladą policzek i wyszedł z skrzydła szpitalnego, nieco pokrzepiony.
