Przeczuwał, że Akkarin zdecyduje się na ucieczkę. Wiedział to z chwilą, gdy Sonea otworzyła oczy. Wiedział to wszystko, a jednak, gdy zniknął, Lorlen poczuł pustkę w sercu. Nawet nie znalazł czasu, by się pożegnać. Zostawił go bez słowa, ze wspomnieniami tego, co wydarzyło się w Sachace. Gdy tylko o tym myślał, czuł ból w każdej komórce swojego ciała. Nie potrafił pojąć, jak ktokolwiek byłby w stanie to przeżyć. Racjonalna część jego myśli podpowiadała mu, że Akkarin mógł chcieć go oszukać, ale wtedy przypominał sobie ból w ciemnych oczach swojego przyjaciela i czuł, że usłyszał prawdę. Jego zranione serce podpowiadało mu, że musiał mu uwierzyć.

Rankiem w jego gabinecie pojawiła się Vinara. Miała ściągnięte w zdenerwowaniu usta, gdy podchodziła bliżej. Lorlen, który kilka godzin spędził w fotelu, próbując ułożyć sobie to, co usłyszał, przygładził włosy i podniósł się, by ją powitać.

- Mistrzyni - skłonił jej głowę.

- Był u ciebie? - zapytała bez ogródek.

Zawahał się na moment, lecz w końcu pokręcił głową.

- Nie. Ale wiem, że go nie ma. Takan mi powiedział.

- Powiedziałam, że daję mu czas do rana, a później poinformuję Starszyznę. - W jej mądrych, szarych oczach błysnęło coś, co Lorlen odczytał jako wątpliwość. - Nastał ranek, a ja wciąż czuję, jakbym miała go zdradzić. Znasz go najlepiej z nas wszystkich. Powiedz mi, Lorlenie, dlaczego? - Skrzywiła się. - Dlaczego zrobił coś takiego? Dlaczego czuję wobec niego lojalność? Znał tą Dziką, pomógł jej i do tego... Oboje widzieliśmy, co między nimi jest. Jak to wszystko mogło wydarzyć się tuż pod naszym nosem?

Vinara usiadła na kanapie i westchnęła ciężko.

- Nasz Wielki Mistrz, wiążący się z jakąś Dziką, stawiając na szali wszystko, by z nią uciec. Nic z tego nie rozumiem. Czy to jest tego warte? - zapytała, wbijając w niego spojrzenie.

- Myślę, że... - zawahał się, obawiając się, że swoimi słowami jedynie pogorszy sytuację Akkarina. - Że tu nie chodzi tylko o Soneę.

- Tak, Sonea. To jej imię...

- Myślę, że Akkarin zrobił to, bo nie miał innego wyboru; nie, kiedy przedstawiłaś mu ultimatum.

- Zawsze będziesz go bronić, prawda? - powiedziała, krzywiąc się. - Zawsze próbowałeś go ratować. Nawet gdy to on pakował się w kłopoty.

- Przyjaźń zobowiązuje...

- Więc powiedz mi, Lorlenie. Powiedz mi, co się za tym kryje, abym mogła zrozumieć. Daj mi powód, bym nie zwołała za godzinę zebrania Starszyzny.

Wstrzymał oddech, a jego serce rozpędziło się do szaleńczego tempa. Wpatrywał się w jej zwykle chłodne spojrzenie i widział, że była zagubiona bardziej, niż on. Akkarin mógł trzymać ich na dystans, ale nie można było zaprzeczyć, że budził szacunek. Nawet Vinara, jego dawna nauczycielka, wstrzymywała się przed czymś, co wydawało jej się zdradą. Lorlen patrzył na nią i odtwarzał w głowie jej własne słowa: czy to jest tego warte?


Wieczorem, jeszcze tego samego dnia, gdy Akkarin zniknął, Lorlen wszedł do Rezydencji, czując, jakby wchodził do świata duchów. Wydawała mu się zupełnie pusta, lecz wtedy poczuł obecność Takana. Chwilę później służący pojawił się, by go przywitać. Lorlen zauważył, że mężczyzna był zdenerwowany, a drżące ręce ukrył za plecami.

- Mistrzu Lorlenie. - Ukłonił mu się.

- Witaj, Takanie. Czy masz jakieś wieści od Akkarina. Wiesz, gdzie przebywa?

- Z całym szacunkiem, Mistrzu, ale nawet gdybym wiedział, nie mógłbym tego zdradzić.

Takan miał bladą twarz i podkrążone oczy. Lorlen zauważył także, że jego koszula była pobrudzona czymś, co z daleka wydawało mu się sadzą.

- Czy Starszyzna już wie? - zapytał nagle sługa.

- Nie... Takanie... - Lorlen westchnął i spojrzał w stronę salonu. Kręciło mu się w głowie i ledwo trzymał się na nogach. Kilka nieprzespanych nocy boleśnie dało mu się we znaki. Przestawał nawet logicznie myśleć.

- Chcesz usiąść, Mistrzu?

- Tak, chętnie... Ja... Muszę cię o coś poprosić...

Gdy zajął miejsce w fotelu, skinął Takanowi, by także usiadł, ale służący nie wydawał się przekonany, więc zaczął mówić, nie chcąc tracić czasu.

- Była u mnie Mistrzyni Vinara. Chciała znać całą prawdę. Przeczuwała, że kryje się za tym coś więcej.

- Nie... - Takan jęknął z przerażeniem w głosie.

- Prosiła, bym pomógł jej zrozumieć. Przyszła, bo nie chciała go zdradzić. Ja również... Dlatego milczałem.

Usłyszał, jak Takan głośno odetchnął z ulgą. Mężczyzna ciężko usiadł w fotelu naprzeciwko i ukrył twarz w dłoniach.

- A więc jesteś po jego stronie - powiedział zduszonym głosem, po czym podniósł na niego spojrzenie.

Lorlena nie uderzyła zmiana w sposobie, w jaki służący zaczął się do niego zwracać. Najbardziej uderzył w niego strach w oczach Takana. Lecz nagle ten strach przerodził się w złość.

- To wszystko jej wina - syknął i Lorlen od razu zrozumiał, że miał na myśli Soneę. - Ostrzegałem go, ale był ślepy i głuchy.

- Martwisz się o niego.

- Mistrzu, choć mogło się wydawać, że Akkarin był moim Panem, był także moim przyjacielem.

- Rozumiem. Dlatego muszę cię o coś prosić. Jeśli masz jakiś kontakt z Akkarinem, przekaż mu, że zaczęliśmy go szukać. Powiedz, że będą pilnować granic. Starszyzna nic jeszcze nie wie, ale mam złe przeczucia. Vinara... Chyba liczyła, że powiem jej coś, co zmieni jej decyzję, ale obawiam się, że nie mogłem tego zrobić. Teraz wszystko w jej rękach.

- Dlaczego miałbym to zrobić? - W jasnobrązowych oczach Takana błysnął niepokój.

- Akkarin musi wiedzieć, że działamy, inaczej zacznie podejrzewać Gildię. Brak ruchu z naszej strony sprawi, że pomyśli, że planują zasadzkę. Zrobi wszystko, by tego uniknąć. W szczególności, aby chronić Soneę. Nie wiem, do czego jest zdolny i nie chcę się o tym przekonywać.

- Ale...

- Gdy przyjdzie pora, zrobię co w mojej mocy, by mu pomóc. Ale do tego czasu musimy zatrzymać go w kraju. Jeśli opuści Kyralię, zostanie oskarżony o zdradę i będzie za późno na pomoc.

Takan przyglądał mu się, jakby nie do końca rozumiał jego intencje. W końcu jednak skinął głową. Lorlen ruszył do wyjścia, leczy gdy opuszczał Rezydencję, przez głowę przemknęła mu jeszcze jedna myśl.

- Takanie. - Zatrzymał się w progu i odwrócił na pięcie. - Opuść Rezydencję. Dla własnego bezpieczeństwa.


Po rozmowie z Takanem nie mógł zasnąć. Zastanawiał się, czy przekazywanie Akkarinowi fałszywych informacji było dobrym posunięciem. Obawiał się, że bystry umysł Akkarina przejrzy i ten podstęp. Istniało także ryzyko, że Takan po prostu go nie posłucha i każe Akkarinowi uciekać z kraju tak prędko, jak to możliwe. Jakie właściwie powody miał, aby mu ufać?

Po nieprzespanej nocy, z samego rana dostał wezwanie na zebranie Starszyzny. Z każdym krokiem czuł się coraz bardziej rozdarty pomiędzy obowiązkiem służenia Gildii, a lojalnością wobec Akkarina. Nie potrafił przestać myśleć o tym, co jego przyjaciel przeżył w Sachace. Niewolnictwo... Próbował, lecz nie był w stanie wyobrazić sobie, jak to jest być zdanym na czyjąś łaskę.

Wielokrotnie błagałem go, by mnie zabił.

Przeszył go zimny dreszcz. Przez te wszystkie lata dźwigał brzemię przeszłości w samotności. Wciąż żył w nim gniew, bo choć Akkarin nazywał go przyjacielem, nie powiedział mu prawdy wcześniej. A może chciał, lecz... nie potrafił?

Zatrzymał się przed drzwiami prowadzącymi do sali spotkań i pchnął je, czując narastający ból głowy, jak zawsze, gdy się tutaj spotykali. Wszedł do środka i zamarł tuż za progiem. Wokół stołu siedzieli już wszyscy, w grobowej ciszy i obserwowali go w napięciu. U szczytu ujrzał Vinarę i wystarczyło mu jedno jej spojrzenie, by wiedział, że coś było bardzo nie w porządku.

- Administratorze - powitał go Balkan, podnosząc się z miejsca. - Nie chcieliśmy zaczynać bez ciebie. Dziś rano dotarły do nas bardzo niepokojące wieści. Mistrzu Sarrinie?

Lorlen posłał jeszcze Vinarze przelotne spojrzenie, po czym utkwił pytający wzrok w twarzy Sarrina. Arcymistrz w fioletowej szacie skinął głową.

- Odkąd udało nam się rozpoznać twarz Dzikiej, pracowaliśmy nad kolejnymi śladami prowadzącymi do niej. Okazało się, że nagroda pieniężna była dobrą decyzją. - Lorlen ukrył zdziwienie. Przez tę całą sytuację z Akkarinem stracił z oczu postęp sprawy i nie był świadomy, że w zamian za informację o Sonei została wyznaczona nagroda. - To, co mi przekazano jest, przyznam, przerażające. Usiądź, Administratorze, pokażę, o co dokładnie chodzi.

Jak w transie zajął swoje miejsce i chwycił wyciągniętą dłoń Mistrza Sarrina. Drugą podał Balkanowi, który chwycił Vinarę. Zamknął oczy i wtedy przekaz się rozpoczął.

W slumsach był środek nocy. Informator obserwował port, pilnując statku z zaopatrzeniem, gdy kilka doków dalej usłyszał hałas. Ruszył w tamtą stronę i wspomnienie zaczęło się rozmywać, jakby nie pamiętał którą drogą szedł.

- Powiedział, że to było kilka lat temu, stąd te zniekształcenia. - Jak przez mgłę dotarł do niego zachrypnięty głos Sarrina.

Obraz wyostrzył się, gdy nagle drzwi magazynu otworzyły się i wybiegła z nich jakaś dziewczyna. Lorlen zacisnął usta. To była Sonea, choć początkowo miał problem, by ją rozpoznać. Miała krótsze włosy i była dużo chudsza. Lecz to była jej twarz, choć we wspomnieniu była wygięta przez grymas smutku. Nie zauważył więcej, bo dziewczyna naciągnęła na głowę kaptur i pobiegła w stronę wody.

- Czekajcie... - mruknął Alchemik.

Następnego obrazu się spodziewał, a mimo to serce w jego piersi skurczyło się, gdy zza drzwi wyszedł Akkarin. Dobrze, że siedział, inaczej nogi ugięłyby się pod ciężarem tego dowodu. Akkarin miał na twarzy krew. Ruszył w stronę Sonei i wtedy Lorlen wyszarpnął dłoń.

- Administratorze, to nie koniec! - oburzył się Sarrin.

Balkan i Vinara wbili w niego surowe spojrzenia, pod którymi czaiło się uczucie, które poczuł on sam. Strach. Zaparł się o stół, próbując złapać oddech.

- Nie... Nie chcę widzieć nic więcej - wysapał, zaciskając powieki, bo kręciło mu się w głowie.

A więc to nie Vinara doniosła na Akkarina. To nie ona rozpoczęła początek jego końca. Ulga mieszała się z przerażeniem. Musiał wyjść, musiał...

- To była ona - powiedział nagle Balkan, jakby wyrwany z transu. Miał bladą twarz i zagubione spojrzenie. - To był także Wielki Mistrz. Czy on... on ją gonił?

Sarrin pokręcił głową.

- Gdyby Mistrz Lorlen nie przerwał połączenia, zobaczylibyście coś jeszcze. Wielki Mistrz dołączył do tej dziewczyny - urwał, po czym przetoczył wzrokiem po zgromadzonych - i zaczęli się obejmować.

Lorlen zacisnął powieki w tej samej chwili, w której Balkan zerwał się na równe nogi. Krzesło przewróciło się z hukiem. Zaraz po nim zerwała się Vinara, próbując go uspokoić.

- Hańba! - ryknął Arcymistrz Wojowników. - Gdzie... gdzie jest Akkarin!? Ma się tutaj natychmiast zjawić i...

- Balkanie, proszę cię - powiedziała zduszonym głosem Vinara.

W końcu odważył się na nią spojrzeć. W jej przestraszonych oczach zobaczył tę samą niemoc, która ściskała go za serce. Nic już nie mogli zrobić...

- Chcę go tu zobaczyć, TERAZ! - huknął i Lorlen podniósł się.

- Poślę po niego sługę - powiedział niemal bezgłośnie, jednak starszy mężczyzna poczerwieniał na twarzy tak bardzo, że Lorlen przez moment pomyślał, że nie byłoby to zaskoczeniem, gdyby dostał teraz wylewu.

- Idziemy po niego osobiście. Odpowie za to tu i teraz. Nie damy mu szans na wymówki, ani...

To mówiąc, wyszedł z pokoju, zostawiając za sobą szeroko otwarte drzwi.

- Zdrajca! - usłyszeli jeszcze krzyk z korytarza.

Lorlen wymienił z Vinarą spojrzenia i podążyli za Sarrinem, który opuścił salę krótko po Balkanie. Oboje wiedzieli, że ani Wojownik, ani Alchemik, nie znajdą w Rezydencji tego, którego szukali.


Kolejne cztery dni minęły im na sprzątaniu zapuszczonego domu, zupełnie jakby planowali zostać tam na dłużej. Sonea wiedziała, że to była nieprawda, a jednak nie mogła się powstrzymać. Byli oddaleni od tego, co działo się w Imardinie. Zapewne trwały tam gorliwe poszukiwania Wielkiego Mistrza, który zbiegł wraz z Dziką, a oni udawali, że trwali w sielance. Nie mogli ciągnąć tego w nieskończoność, ale wystarczyło jedno jego spojrzenie, by Sonea odrzucała troski na bok. Akkarin zdawał jej się szczęśliwszy niż kiedykolwiek wcześniej. A przecież znała go kilka długich lat i nigdy przedtem nie uśmiechał się tak często. Zaczęła się zastanawiać, czy ucieczka z Gildii nie była czymś, o czym myślał od dawna.

W końcu jednak przyłapała go, gdy marszczył czoło jak zwykle, gdy próbował rozwiązać problem, który go przerastał. Jak wtedy, gdy Lorlen przyłapał ją w Rezydencji, a ona zdecydowała się uciec. To była seria najgłupszych decyzji w jej życiu. Wydawało jej się, że zdarzyło się to wieki temu, a od tamtego dnia dzieliły ich ledwie dwa tygodnie.

- Co robisz? - zapytała, schodząc z ganku i zmierzając w jego stronę.

Akkarin stał pośrodku niestrzyżonego od lat trawnika i patrzył przed siebie, jakby spodziewał się dostrzec tam odpowiedzi.

- Jesteśmy zaledwie dzień drogi od miasta, a wciąż nie mam wieści, by szukali nas poza nim - powiedział nisko.

Otuliła się płaszczem. Zima była tuż tuż. Dało się wyczuć ją w powietrzu. Na pamięć znała zapach nadciągającego śniegu. Zwykle oznaczało to poszukiwania cieplejszych butów. Tym razem, znaczyło to jedynie tyle, że jeśli będą mieć szczęście, w mieście nie pojawi się nowy szpieg.

- Oni coś planują - mruknął ciszej.

Zrobiła krok w jego stronę i położyła dłoń na jego ramieniu. Wtedy jego ciemne oczy przesunęły się na jej twarz i rozbłysło w nich światło, które uwielbiała oglądać. Za każdym razem myślała wtedy o przyszłości, która nie była im pisana. A teraz bezpowrotnie stracili na nią szansę.

- Wydaje mi się... - zaczęła i stanęła tuż przed nim - że to ty coś planujesz.

Jego brwi drgnęły i Sonea już wiedziała, że udało jej się go przejrzeć.

- Gdybym mógł, zabrałbym nas poza granice Kyralii, ale...

- Wiem - przerwała mu łagodnie. - Jeśli ich zostawimy, Ichani nadciągną, prędzej, czy później.

- Zastanawiam się, czy istnieje sposób, by ocalić i miasto, i siebie samego.

Jej żołądek wykręciło nerwowe ukłucie.

- Nie mów w ten sposób - powiedziała szybko i mocno zacisnęła palce na materiale jego płaszcza. - Tkwimy w tym razem, pamiętasz?

Na jego ustach pojawił się słaby półuśmiech. Obserwował ją w milczeniu, a jego wzrok powoli przesuwał się po jej ściągniętej w niepokoju twarzy. W końcu podniósł dłoń i przyłożył ją do jej policzka. Ciepło rozeszło się po jej ciele, poczynając od twarzy, kończąc na zmarzniętych palcach u stóp. Przymknęła oczy, bo ogarnęło ją przerażające uczucie, że Akkarin...

Myśli wyparowała z jej głowy, gdy pocałował ją, jednocześnie otaczając drugą ręką w pasie. Przyciągnęła go bliżej, znajdując ukojenie w jego ciepłych wargach. Rozchyliła je, by językiem utorować sobie dalszą drogę. Kilkudniowy zarost na jego twarzy drapał ją i kłuł, ale nie zważała na to. Miała wrażenie, że jeśli teraz go wypuści, stanie się coś złego.

Akkarin podniósł ją z ziemi, jakby ważyła zaledwie tyle, co nic i ruszył w stronę domu. Całowała go z zapałem, wplatając palce w jego miękkie, choć nieco potargane włosy. Zapach płonącego drewna podpowiedział jej, że znaleźli się w środku. Akkarin położył ją na czymś miękkim i dopiero wtedy otworzyła oczy. Leżała tuż obok kominka, na skórze, którą znaleźli na piętrze. Zamrugała kilka razy, bo w pokoju było dużo ciemniej, niż na zewnątrz i nie do końca widziała wyraz jego twarzy. Nie miało to jednak znaczenia, bo Akkarin był bardziej skupiony na rozpinaniu jej koszuli i całowaniu nagiego ciała, które stopniowo odkrywał.

Ponownie przymknęła powieki i oddała się jego zręcznym palcom. Objął ją w pasie i podciągnął, by usiadła mu na kolanach. Otworzyła usta, lecz przerwał jej pocałunkiem. Sprytnie uciszył jej wargi, jakby wiedział, co chciała powiedzieć. Obiecaj, że nie zrobisz nic głupiego - chodziło jej to po głowie, odkąd zobaczyła wyraz jego twarzy, tam, przed domem. Znała go jednak zbyt dobrze, by mieć nadzieję, że jej posłucha.

Pozbawili się ubrań bez pośpiechu i w milczeniu. Wtedy Akkarin ponownie położył ją na plecach, a ona rozchyliła nogi, bo pragnęła poczuć go w sobie, tak samo jak poprzedniego dnia. Wszedł w nią, patrząc jej prosto w oczy. Wtedy Sonea obniżyła swoje bariery i Akkarin nabrał do płuc zaskoczony oddech. On także opuścił przeszkodę oddzielającą ich umysły i Sonea wydała z siebie zduszony jęk. Zadziwiało ich to za każdym razem, odkąd okryli to podczas ich pierwszej nocy tutaj. Poruszył się i oboje zadrżeli z rozkoszy. Czuła go każdą komórką swojego ciała. Akkarin wypełniał jej wszystkie zmysły i wiedziała, że on czuł to samo, bo on był nią i razem byli jednością.

Pochylił się i opierając się na przedramionach, wrócił do całowania jej ust. Mruczała słowa zachęty i gładziła jego plecy. Akkarin poruszał się dokładnie tak, jak tego pragnęła. A może to on tego pragnął? W tym stanie, gdy ich świadomości przenikały się, Sonea gubiła się w plątaninie myśli, pragnień i uczuć.

Byli blisko. Akkarin ukrył twarz w jej szyi, a ona oplotła go nogami.

Wyszeptała jego imię, a jej oczy wypełniły się łzami, gdy rozkosz zawładnęła jej ciałem z oszałamiającą intensywnością. Jego palce mocno zacisnęły się na jej udzie i Sonea usłyszała, jak wstrzymał oddech. Poczuła jego własny orgazm, jakby był jej własnym i zadrżała pod kolejną falą przyjemności.

Czuła mrowienie w palcach i kręciło się jej w głowie. Ich myśli na powrót oddzielały się od siebie. Akkarin raz jeszcze pocałował jej pokrytą cienką warstwą potu szyję i wyprostował się. W jego pogrążonych w mroku oczach dostrzegła te same łzy, które poczuła chwilę wcześniej. Odebrało jej tchu, bo było w nich coś jeszcze. Coś, co ją przestraszyło.

- Kocham cię, Soneo - powiedział niemal szeptem.

Patrzyła na niego w osłupieniu. Wtedy Akkarin uśmiechnął się do niej, a ona zrozumiała, że zrobiłaby dla niego wszystko. Pochylił się nad jej twarzą i pieszczotliwie musnął czubkiem nosa jej własny. Jej serce roztopiło się na tę czułość. Chwyciła go za kark i przelotnie pocałowała jego wciąż ułożone w uśmiech usta.

- Ja ciebie też - wyszeptała tak cicho, że ledwie słyszała własne słowa. - Kocham cię... Proszę, nie rób nic głupiego - dodała, nie mogąc się powstrzymać. - Wiem, że coś planujesz. Akkarin, nie możesz mnie teraz zostawić, nie rób mi tego…

- Ciii... - przerwał jej, kładąc palec na jej ustach. - Soneo...

Złe przeczucia wrzeszczały w jej myślach.

Akkarin odsunął się od niej i położył się obok, na plecach. Sonea natychmiast podniosła się na ramieniu, lecz on odwrócił twarz w stronę ognia.

- Akkarin - powiedziała, siląc się na ostrzejszy ton. - Spójrz na mnie.

Jednak on uparcie wpatrywał się w płonące drewno. Światło układało się na jego twarzy w miękkie cienie, a gdy jej wzrok spłynął niżej, jej uwagę przyciągnęły blizny na jego klatce piersiowej i brzuchu.

- Jutro ruszymy w stronę Elyne - powiedział po chwili ciszy.

Zaskoczył ją. Przytaknęła mu jednak, bo wierzyła, że będzie lepiej wiedział, co robić. Miał w głowie dokładną mapę Krain Sprzymierzonych i jeśli chodziło o to, gdzie się ukryć, Sonea nie zamierzała się sprzeczać. Przecież do niedawna Imardin był jedynym miejscem na świecie, w którym postawiła swoją nogę.

Wyciągnęła dłoń, by dotknąć jego blizn. Akkarin zareagował na jej dotyk zamknięciem oczu. Odebrała to, jako przyzwolenie.

- Skąd je masz? - wyszeptała.

Westchnął, po czym przekręcił głowę, by na nią spojrzeć. Jego ciemne oczy przyprawiły ją o nagły dreszcz na plecach i Sonea pożałowała swojego pytania. Wtedy jednak przypomniała sobie zarzuty Ceryniego, który oskarżał ją, że wcale nie znała Akkarina tak dobrze, jak jej się wydawało. Prawda była taka, że teraz, gdy już zapytała, bała się usłyszeć odpowiedź.

- Dakova bił mnie za każdym razem, gdy próbowałem uciec - powiedział, nie odrywając od niej spojrzenia.

Jej wzrok mimowolnie objął jego tors, na którym doliczyłaby się kilkudziesięciu długich blizn. Smutek ścisnął ją za gardło, bo sama myśl, że ktoś go tak skrzywdził, łamała jej serce.

- Nigdy mi nie... - przerwała, bo jej głos był nagle zbyt zachrypnięty. - Nigdy nie opowiedziałeś mi wszystkiego.

Cokolwiek pomyślał, nie dał jej tego po sobie poznać. Wyraz jego twarzy pozostał tak samo delikatny jak przed chwilą. Miękkie światło bijące z kominka jeszcze bardziej wygładzało zwykle ostre rysy jego twarzy.

- Do Sachaki zaprowadziła mnie moja własna pycha. Nie ma się czym chwalić - odpowiedział.

Pochyliła się nad nim i dotknęła jego twarzy. Wtedy on otoczył ją ramieniem i położył dłoń na jej plecach. Sonea przez chwilę gładziła chropowaty zarost na jego szczęce i zastanawiała się nad kolejnymi słowami.

- Jesteś... Zawsze będziesz częścią mnie - powiedziała, unikając jego spojrzenia. - Chcę być także częścią ciebie, a nie mogę, nie wiedząc, co stało się z tobą w Sachace. Pragnę wiedzieć o tobie wszystko, bo nic... - Urwała, czując falę wzruszenia. Przełknęła ją i zebrała w sobie odwagę. - Nic nie zmieni tego, co do ciebie czuję. K-Kocham cię, ale nie mogę znieść myśli, że coś przede mną ukrywasz.

Serce w jej piersi dudniło tak mocno, że Akkarin musiał czuć to na własnej skórze. Milczała, czekając aż przerwie ciszę, ale Akkarin wciąż gładził jej plecy. W końcu podniosła na niego wzrok. Akkarin patrzył na nią w skupieniu, jakby próbował zapamiętać każdy fragment jej twarzy. Nagle jednak drgnął i usiadł. Ona także musiała się wyprostować. Posłała mu pytające spojrzenie, ale on patrzył gdzieś indziej.

- Jeśli chcesz o tym posłuchać, ubierz się. Przejedziemy się po lesie.


Zmierzchało, gdy osiodłali konie i ruszyli wąską ścieżką prowadzącą głębiej w las, więc Sonea zawiesiła nad głową kulę światła. Odkąd wyszli z domu, Akkarin nie odezwał się słowem, jakby układał w głowie historię, którą miała usłyszeć. Gdy jednak znaleźli się między wysokimi, bezlistnymi drzewami, zrównał z nią swojego konia i powiedział:

- Kiedyś powiedziałem ci o mężczyźnie o imieniu Dakova i jego bracie, Kariko.

Pamiętała tamten dzień tak wyraźnie, że gdyby zamknęła oczy, zobaczyłaby u swoich stóp martwe ciało Ichani. Poczułaby słony zapach morskiej wody, nad którą znalazł ją później Akkarin i ciepło jego ciała, gdy przytulił ją do siebie. Pamiętała także dziwny wyraz jego oczu, gdy mówił jej, już w jej mieszkaniu, o szpiegach i o mężczyźnie, którego pragnienie zemsty przyćmiło wszystko, nawet wartość czyjegoś życia.

- Pamiętam - powiedziała cicho, a ciepłe powietrze z jej ust utworzyło kłębek wirującej pary. Było zimno, bardzo zimno.

- Miałem tyle lat, co ty, gdy wyruszyłem na wyprawę do Elyne, by badać wyższą magię. To, co tam znalazłem, zawiodło mnie aż do Sachaki. A tam spotkałem Dakovę i byłem na tyle głupi, by wdać się z nim w pojedynek. Pokonał mnie, zanim zdążyłem powiedzieć, że byłem Wojownikiem z Gildii. Zrobił ze mnie swojego niewolnika, w którym widział niekończące się źródło energii. Trwało to kilka lat.

Wstrzymywała oddech, a jego słowa mroziły ją do szpiku kości. Nawet w najgorszych wyobrażeniach nie przypuszczała, że Akkarin mógł przejść przez coś takiego.

- Na początku próbowałem uciekać. Kilka razy udało mi się oddalić od obozu na tyle, by nabrać nadziei, że tym razem mi się uda. Ale byłem słaby, a on za każdym razem mnie wytropił. Na początku karał mnie swoim batem. Stąd te blizny. Ale później... - urwał i nabrał do płuc głęboki, choć nierówny oddech. - Musisz wiedzieć o czymś jeszcze. W obozie Kariko była pewna kobieta, niewolnica. To zadziwiające, ale nawet pośród tego całego okrucieństwa, pośród śmierci i wiecznego głodu, zbliżyliśmy się do siebie.

Sonea miała wrażenie, że w jej żołądku pojawiła się kula lodu. Zaczęła żałować chwili, gdy zapytała go o blizny. Łatwiej było nie wiedzieć.

- Kiedy uciekłem kolejny raz, Dakova odkrył nowy, jeszcze bardziej okrutny sposób, na ukaranie mnie za nieposłuszeństwo. Na moich oczach zaciągnął Ariszę do swojego namiotu i zgwałcił ją.

Wydała z siebie zduszony jęk. W oczach miała łzy i drżała z zimna. Akkarin jednak patrzył przed siebie niewidzącymi oczami i mówił dalej.

- Odkrył, że to najlepszy sposób na utrzymanie mnie w ryzach. A później zrobił sobie z tego chorą zabawę. Za każdym razem, gdy zrobiłem coś, co mu się nie spodobało, karał . Miałem ochotę umrzeć za każdym razem, gdy słyszałem jej krzyki.

- Akkarin...

Zatrzymał konia i spojrzał na nią, a w jego oczach zobaczyła ból tak świeży, jakby przeżywał te wspomnienia na nowo.

- Zaakceptowałem, że nigdy stamtąd nie ucieknę. Aż pewnego dnia, potknąłem się, niosąc wodę i rozlałem ją do ostatniej kropli. Patrzyłem, jak wsiąka w suchy piach i słuchałem jej krzyków. Słyszałem, jak błagała go, by ją zabił. Słyszałem, jak wołała moje imię...

Zamknął oczy i ukrył twarz w dłoniach. Żal wykręcił jej serce. Na policzku poczuła świeże łzy, a gdy usłyszała jego zduszony szloch, miała wrażenie, że pęknie jej serce. Chciała wyciągnąć dłoń, by go dotknąć, ale nie mogła się ruszyć. Po kilku chwilach Akkarin wyprostował się, gniewnym ruchem ścierając resztę łez.

- Tamtego dnia, zabił ją. A ja zrozumiałem, że nie wyrwę się spod bata, dopóki Dakova będzie żyć.

Ruszył dalej, a Sonea powlokła się za nim, choć kręciło jej się w głowie i zbierało na wymioty.

- Przez zupełny przypadek poznałem mężczyznę, który obiecał nauczyć mnie czarnej magii. Nie wahałem się nawet przez chwilę. Gdy wróciłem do obozu, Dakova spał, pijany, w swoim namiocie, z kolejną niewolnicą u boku. Poczułem, że nienawidzę ich wszystkich. Tamtego miejsca, każdego z jego ludzi i niewolników. Zabiłem ich wszystkich, gdy spali. A na samym końcu, wbiłem Dakovie w serce jego własny nóż i patrzyłem, jak zdycha - wycedził przez zaciśnięte zęby.

Sonea zatrzymała Malo i zeskoczyła z jego grzbietu. Chwiejnym krokiem podeszła do drzewa, zaparła się o nie i zacisnęła powieki. Treść żołądka podjechała jej aż do samego gardła. Nabrała do płuc kilka głębokich oddechów, próbując powstrzymać się przed zwróceniem obiadu.

Jej serce rozrywał potworny ból. Przed oczami miała czyjąś obcą twarz. To musiał być Dakova, a ona zobaczyła go we wspomnieniach Akkarina. Musiał przesłać jej te obrazy, gdy opowiadał swoją przerażającą historię. Ogarnęła ją czysta wściekłość i miała ochotę coś zniszczyć. Wiedziała, że to nie były jej emocje.

Za plecami rozległy się jego szybkie kroki. Złapał ją za ramiona i delikatnie odwrócił. Spojrzała w jego oczy, które zdawały jej się pogrążone w mroku.

- Wszystko w porządku? - zapytał, wzrokiem omiatając jej pozbawioną koloru twarz.

- Jak... Jak ty to przeżyłeś? Jak... - urwała, bo gardło ścisnęło jej się z żalu.

- Nie wiem - powiedział cicho, nie odrywając od niej spojrzenia.

- Tak mi przykro - szepnęła i dotknęła jego policzka.

Akkarin opuścił wzrok, a z jego prezencji wyczuła wstyd.

- A nie powinno. Zabiłem niewinnych ludzi.

- Zrobiłeś wszystko, by przeżyć...

- Ale jakim kosztem - warknął, krzywiąc się.

Milczała, próbując odzyskać oddech i gładziła go po twarzy. Akkarin wciąż patrzył gdzieś w dół. Na jego ciemnych rzęsach dostrzegła resztki łez. Przez otaczającą jego myśli barierę przebijał się ból. Czuła go tak dokładnie, jakby był jej własnym. A może właśnie tak było? Nie pierwszy raz traciła z oczu granicę oddzielającą ją od tego mężczyzny.

- Ta niewolnica... - zaczęła słabym głosem. - Kochałeś ją?

Powoli podniósł wzrok i przez moment obserwował ją, marszcząc brwi. Jej serce wykręcało się w bolesnym oczekiwaniu, aż wreszcie Akkarin zaprzeczył ruchem głowy.

- Nie. Nie wspominam tego jako miłości. W tamtym miejscu nie miała ona prawa zaistnieć. Myślę... - urwał i delikatnie odgarnął pasmo włosów z jej czoła - że był to sposób na przetrwanie. Desperacka próba zachowania resztek człowieczeństwa.

Jej dolna warga zadrżała i Akkarin musiał to zobaczyć, bo przyciągnął ją do siebie. Objęła go ramionami i zaniosła się zduszonym płaczem. Płakała nad każdym słowem, które padło z jego ust. Nad każdym dniem, który przeżył w obozie Dakovy. Nad każdą blizną, którą zostawił po sobie jego bat.

Wtedy przypomniała sobie, kim był Kariko. Otworzyła oczy i zamarła pod zalewającą ją falą nienawiści. Obnażyła zęby i odsunęła się do Akkarina. Posłał jej pytające spojrzenie.

- Znajdziemy go - warknęła i wiedziała, że Akkarin domyślił się, kogo miała na myśli. - I dostanie zemstę, której tak pragnie. Moją własną.


Trzy dni później, zmęczeni i głodni, dotarli do Calii. Sonea rozglądała się po niskich, kamiennych budynkach i zastanawiała się, jak musiało wyglądać to miasto, zanim zniszczyła je wojna z Sachaką. Niegdyś tętniące życiem, teraz straszyło pustymi oknami, a pomiędzy wąskimi uliczkami hulał mroźny wiatr. Akkarin naciągnął na głowę kaptur. Zrobiła to samo i podążyła za nim w stronę jednego z niewielu gościńców, które zapraszały ich wątłym światłem.

W środku Akkarin zapłacił za pokój dla dwóch osób, po czym zamówili posiłek i zajęli miejsce przy stoliku, który wydał im się najbardziej na uboczu. Sonea uważnie rozglądała się, bo gdy ostatnio próbowała zjeść w gospodzie, została zaatakowana przez szpiega. Tym razem jednak o żadnym z nich nie mieli informacji. Chwilę później zostało im podane jedzenie, więc zabrali się do posiłku w milczeniu. Sonea była tak głodna, że część mięsa zjadła rękoma, oblizując spływający jej po palcach tłuszcz. Akkarin posyłał jej przelotne spojrzenia, lecz nie wyczuła w nich dezaprobaty. Przez te wszystkie lata nigdy nie skomentował jej manier przy stole, a teraz gdy była tak głodna, używanie sztućców wydało się jej zupełnie zbędne.

Ich talerze niemal świeciły pustkami, gdy drzwi gospody otworzyły się z hukiem, a do wnętrza wtoczyła się grupka mężczyzn. Podskoczyła w miejscu. Zdążyła jeszcze zauważyć, że Akkarin odruchowo złapał za rękojeść sztyletu, nim zrobiła dokładnie to samo. Jednak nowi gości byli bardziej zajęci głośnym śmiechem niż niepozorną dwójką wędrowców. Podeszli do baru i gdy zaczęli składać zamówienia, Sonea rozluźniła się i posłała Akkarinowi porozumiewawcze spojrzenie. On także wyraźnie się odprężył i sięgnął po kufel spylu. Pociągnął z niego niewielki łyk i skrzywił się. Sonea zaśmiała się pod nosem.

- Czyżbyś nie przywykł do takich luksusów?

- Nie wiem, jak w ogóle można to pić - mruknął, otrząsając się ze wstrętem.

Zakryła usta dłonią, by stłumić kolejny śmiech. Akkarin początkowo chciał zamówić wino, ale wtedy gospodarz posłał im pełne niedowierzania spojrzenie, więc Sonea prędko poprosiła o dwa kufle spylu.

- Wiesz, w slumsach widziałam, jak spyl podawano nawet małym dzieciom.

- Żartujesz. - Osłupiał i Sonea opuściła wzrok na brudny blat stołu.

- Niestety nie. Podczas głodu jedzą nawet śmieci, więc alkohol to przy tym błahostka.

Czuła na sobie jego intensywne spojrzenie. W takich chwilach przypominała sobie, jak wiele ich dzieliło. On, pochodzący z najznamienitszego rodu w kraju, ona, zwykła dziewczyna, która wychowała się pośród biedy i głodu. A jednak wystarczyło jedno spojrzenie w jego ciemne oczy, by wszystkie te różnice schodziły na dalszy plan. Kochała jego, a nie Wielkiego Mistrza - najpotężniejszą osobę w świecie Magów. A może wcale już nim nie był?

- Nie żałujesz? Ucieczki? - sprostowała, bo dobrze wiedziała, że wielu rzeczy w swoim życiu mógł żałować.

- W końcu i tak by się wydało. Jeśli nie teraz, to za rok, dwa, może dziesięć. Nie utrzymałbym tego w sekrecie.

- Akkarin. - Zmarszczyła brwi. - Oni wciąż nie wiedzą o czarnej magii. Myślą, że uciekłeś z Dziką, nic więcej.

- Kwestia czasu.

- Ale jak? Tylko trzy osoby znają prawdę. Takan, Lorlen i ja.

Akkarin westchnął i wziął kolejny łyk spylu.

- Myślisz, że Lorlen cię wyda? - zapytała, pochylając się nad stołem.

- Myślę... Nic już nie myślę - odparł, a jego wzrok rozpoczął wędrówkę po niewielkiej sali.

- Wydawał mi się wobec ciebie lojalny - zauważyła, przekręcając głowę, bo Akkarin coraz bardziej unikał jej spojrzenia.

W końcu, jakby czując, że nie zamierzała poddać tematu, westchnął i utkwił w niej zmęczone spojrzenie. Ciemny zarost pokrywał niemal całą jego szczękę. Sonea pomyślała, że choć przywykła do gładko ogolonego Akkarina, ten szczegół w postaci brody coraz bardziej jej się podobał.

- Lorlen nie ma żadnych powodów, by zatrzymać te informacje dla siebie.

- Moim zdaniem, ma.

- Dziesięć lat temu nie miałbym co do tego, żadnych wątpliwości, ale teraz...

- Widziałam, jak na ciebie patrzył. Ufa ci. W jego oczach była szczerość.

- Nie znasz go. On tak zawsze wygląda.

Sonea uniosła w zdziwieniu brwi.

- Jak szczeniak? - powiedziała śmiertelnie poważnie, na co Akkarin wbił w nią zaskoczone spojrzenie, po czym parsknął śmiechem.

Zawtórowała mu śmiechem i wtedy znad baru rozległ się głośny rechot. Spojrzała w tę stronę i zobaczyła, jak jeden z mężczyzn, wyraźnie pijany, nakłada na głowę coś, co musiało być koronkową serwetą, po czym robiąc głupawą minę, zaczyna kogoś przedrzeźniać.

- Jak wrócisz pijany, to będziesz spać w psiej budzie, ty łachudro - zawył wysokim głosem, komicznie wydymając usta i wybałuszając oczy.

- Wcale tak nie powiedziała! - odezwał się najmłodszy z nich, z twarzą pokrytą obfitym rumieńcem.

- Słyszeliśmy! Przyznaj, żeś zwykły pantofel - zaryczał mężczyzna z wystającym brzuszkiem.

- Dajcie mu spokój! - wtrąciła postawna kobieta zza lady, zapewne żona gospodarza. - Banda pijaków. Może on jeden wyrośnie na ludzi. Małżeństwo dobrze mu zrobi, nie to, co wam, stare kozły...

Zawtórowały jej gromkie śmiechy. Sonea mimowolnie zaśmiała się i przez chwilę obserwowała chłopaka, który stał się obiektem żartów. Wciąż rumieniąc się, sięgnął po spyl, by ukryć w nim własny uśmiech. Zrozumiała, że żenił się. Może to była ta ostatnia wolna noc, o której czasem słyszało się w rozmowach. Małżeństwo, co za abstrakcyjny temat.

Wtedy poczuła na sobie spojrzenie Akkarina i powoli odwróciła głowę. Przyglądał jej się w zachwycie, jakby pierwszy raz ją widział. Jego ciemne oczy błyszczały i było w nich coś, co posłało dreszcz po całym jej ciele. Co sobie pomyślał?

- Powinnaś częściej się tak uśmiechać - powiedział nagle.

Wiedziała, co stało za tymi słowami. Robiła to tak rzadko, bo ich życie przepełnione były ryzykiem i zawsze musiała być czujna. Lecz nie dziś. Dziś czuła się bezpieczna. W tej ciasnej gospodzie, gdzie, jak się zdawało, każdy znał się z każdym. Gdzie panowała ciepła atmosfera. Gdzie Akkarin rozbierał ją samym spojrzeniem.

Skinęła mu głową, dając znak, że chciała udać się na górę, do wynajętego pokoju. Przełknął ślinę i przytaknął. Sonea wstała od stolika i omijając głośną grupkę, ruszyła w stronę wąskich schodów. Była już na samej górze, gdy poczuła go za sobą. Zanim dosięgnęła klamki, Akkarin złapał ją za ramię i pociągnął do tyłu. Jej plecy uderzyły w ścianę ze zduszonym łupnięciem. Ułamek sekundy później już ją całował, próbując wsunąć dłonie po koszulę, którą miała wetkniętą za pasek. Mruknęła zachęcająco i poruszyła biodrami, by otrzeć się o jego krocze. Akkarin syknął coś i odsunął się od jej ust.

- Jak to możliwe, że mamy przeciwko sobie całą Gildię, a ja potrafię myśleć tylko o tobie i o tym, co pragnę z tobą zrobić? - powiedział niskim, zachrypniętym od pożądania głosem.

Uśmiechnęła się i wplotła palce we włosy na tyle jego głowy.

- Mówiłam już, że jesteś nierozważny?

Przytaknął, wzrokiem śledząc jej poruszające się usta.

- Mówiłem już, że mieszasz mi w głowie?

Jej żołądek wypełnił się stadem szalejących motyli. Przyciągnęła jego twarz bliżej i zachłannie pocałowała. Akkarin w końcu wyciągnął koszulę zza jej paska i zaczął pieścić jej brzuch i talię. Drugą dłonią chwycił ją za pośladek i przyciągnął bliżej. Ostatkiem zdrowego rozsądku zdołała zaciągnąć go do pokoju i zatrzasnąć za nimi drzwi.


Sonea spała. Pogrążona w głębokim świecie snów, leżała nieruchomo pod pościelą. Akkarin przyglądał się, jak jej pierś powoli unosi się, zastyga i jeszcze wolniej opada. Szmer jej oddechu koił jego nerwy. Osiem dni. Tak długo udawało im się uciekać w stronę Elyne. Gdyby Sonea wiedziała, co planował, kazałaby mu zawracać. Ale musiał zatroszczyć się o jej bezpieczeństwo. Jeśli ją złapią, będą mieli prawo skazać ją na śmierć. Nie mógł nawet znieść tej myśli.

Takan ostrzegł go, by nie zostawał w Kyralii. Posłuchał go więc. Wiedział, że nie mieli szans na przekroczenie granicy, ale liczył, że na miejscu wpadną na jakiś pomysł. W Elyne Sonea powinna być bezpieczna. Stamtąd być może uda się przemycić ją na jednym ze statków płynących na wyspy Vin.

Zatrzymali się w małej wiosce, której próżno było szukać na mapie. O poranku widać było stąd szczyty Gór Szarych. Były wyższe i jeszcze bardziej niebezpieczne od Żelaznych Wzgórz, oddzielających ich od Sachaki. Ale jeśli miał wybierać, wolał mroźne szczyty, niż sąsiedztwo pozbawionej życia pustyni. Czaiło się tam zbyt wiele wspomnień, by mógł zbliżyć się do tamtego miejsca.

Sonea mruknęła coś pod nosem i ruszyła dłonią. Przebudzała się.

Przypomniał sobie rozmowę z Takanem, którą odbyli dwa dni wcześniej. Również wtedy Sonea była pogrążona we śnie i Akkarin w duchu dziękował przyjacielowi za wyczucie czasu.

- Takanie?

- Akkarin... - Służący odetchnął z ulgą. - Co z wami? Daleko jeszcze macie do granicy?

- Trzy dni drogi. Choć nie wiem, jak przedostaniemy się na drugą stronę.

- Rozmawiałem z Cerynim, tak jak prosiłeś.

- I co?

- Pomoże wam. Ale jest wściekły, powiedział...

- Oszczędź mi tych gróźb, Takanie. Domyślam się, co mógł powiedzieć nasz mały Złodziej. Na pewno nie jest zachwycony, że Sonea jest tutaj, ze mną.

Przez pierścień wyczuł cień rozbawienia swojego służącego i zobaczył mglisty obraz gniewnej miny Ceryniego.

- W Windrest będzie czekać na was jego zaufany człowiek. Pomoże wam przekroczyć granicę. Ale...

- Hm?

- Coś mi nie pasuje, Akkarin. Ceryni nie chciał powiedzieć, kto to taki.

- Ma do tego prawo. Jak go poznamy?

- Ją.

- Co? - Nie ukrywał zdziwienia. Cery dotąd nie współpracował z kobietami. Akkarin podejrzewał, że uważał je za mało kompetentne. Widocznie się mylił.

- To kobieta. Będzie na was czekać w karczmie "Zielona Gęś".

- Dziękuję, Takanie. To wszystko, co muszę wiedzieć. Jak sytuacja w Gildii?

- Cisza. Zupełnie, jakby o was zapomnieli...

- Tym gorzej dla nas.

- Uważaj na siebie, Akkarinie. I.. na nią też.


Miłego weekendu :) Liczę na wasze komentarze!

Kolejny raz podziękowania dla mojej bety :) kasiaeliza