Mieli Stare Miasto, mieli Żoliborz, ale między nimi siedzieli Niemcy, trzymając ręce na dworcu kolejowym, Cytadeli, mostach i kilku istotnych budynkach w okolicy. Za każdym razem, gdy Feliks wychodził na powierzchnię miasta i patrzył przed siebie, wyobrażał sobie te dobrze mu znane ulice, zakamarki i aleje, dom po domu, gmach po gmachu, w myślach szukał bezpiecznej drogi między tymi obszarami i ciągle dochodził do jednego wniosku.
Korytarz między Starym Miastem a Żoliborzem musieli sobie wywalczyć, bo taka droga nie istniała.
Dlatego właśnie tu był, dołączył do oczekujących na rozkaz powstańców na Muranowie, by po raz kolejny spróbować. Od początku miesiąca próbowali się przebić i połączyć z Żoliborzem.
Mając broń w ręce, nieważne jaką, czuł się lepiej; mógł działać i nawet ból, który czuł w piersi, ten ból, który pochodził od cierpienia cywili, udawało mu się częściowo ignorować. Mało myśleć, dużo robić, to była jego osobista taktyka, która już niejeden raz dowiodła swojej skuteczności.
Tylko nad snami nie panował; zwykle sypiał spokojnie, ale od parunastu dni sen częściej męczył go niż przynosił wypoczynek, więc gdy tylko nadarzała się okazja, pierwszy zgłaszał się na ochotnika do nocnych akcji.
Teraz nie mógł, czekali na rozkaz, ale w oddziale na Muranowie panowała lepsza atmosfera. Z przywleczonych z browaru na Krochmalnej worków z jęczmieniem w najbliższej polowej kuchni powstawała zupa-plujka, a gdy tylko stanął w drzwiach i go rozpoznano, natychmiast wciśnięto mu w ręce termos ze zbożówką i odpalonego papierosa. Wielu z tu obecnych powstańców już dobrze go znało i na jego widok uśmiechało się szeroko.
Feliks zaciągnął się z przyjemnością, czując dym wypełniający mu płuca, uspokajający i uzależniający. Gdy wymknął się spomiędzy jego warg, uniósł kąciki w lekkim uśmiechu.
Dobrze było być wśród swoich; ktoś, znudzony czekaniem, przyniósł poobijaną gitarę i teraz wygrywał co weselsze piosenki; sanitariuszka, śliczna jak sarna i uparta jak koza, nieustępliwie komentowała treść każdej zwrotki równie zabawnie, co kąśliwie, ku uciesze zgromadzonych. Ktoś inny sypał jak z rękawa dowcipami, jakby też wziął sobie za cel podniesienie na duchu towarzyszy broni.
– Dlaczego Göring chodzi po Berlinie nago?
– Proste! Żeby przypomnieć Berlińczykom, jak wyglądają szynka i baleron!
Śmiech przetoczył się przez piwnicę. Oczy ludzi błyskały humorem, znajoma muzyka przynosiła ukojenie, odrobinę normalności.
– A wiecie, gdzie leżą Niemcy?
– Pod Stalingradem!
Feliks pokręcił głową z uśmieszkiem na ustach, wyciągając przed siebie nogi. Dowcipniś dopiero się rozkręcał, ale Polska przestał go słuchać, bo właśnie dosiadł się do niego znajomy powstaniec.
– Fajne buty! Niemieckie?
– Niemieckie – przytaknął Feliks, zerkając na trzewiki z bydlęcej skóry, które miał na nogach. Były brudne, ale wciąż w doskonałym stanie. – Znalazłem, a rozmiar jak prosto od szewca, na wymiar! – zażartował, nie chcąc wspominać, w jakich okolicznościach został właścicielem tych butów.
– Szczęściarz!
– Już ci się przedstawiałem! – Polska wyszczerzył zęby, gasząc niedopałek pod butem.
Żarty. Śmiech. Muzyka. Normalność.
Zdecydowanie potrzebował takich wieczorów, stwierdził, ale zaraz potem jego myśli pomknęły do pruskich lasów. Trzeba tam wrócić, zorganizować porządny pochówek, postawić solidny krzyż, załatwić przyzwoitą trumnę. Nad jeziorami, postanowił. Reinhart wychował się nad Mamrami, to w ich kierunku patrzył w swoich ostatnich chwilach – nóż, którym zadał mu cios łaski, nadal wisiał Feliksowi u pasa, ciążył wspomnieniem – a i Polsce to miejsce nie było obojętne. Wrócę tam, gdy się uspokoi... jeśli w ogóle się uspokoi, bo minęła już połowa sierpnia, z trudem przychodziło mu liczenie dni i nocy w tym chaosie.
– Dobrze, że jesteś – powstaniec poczęstował go kolejnym papierosem; Feliks zerknął na banderolę z nazistowską gapą, rozpoznając zdobyczne, pomięte Juno. Kącik jego ust drgnął. Sięgnął po papierosa, obrócił go w palcach, tak jak w lesie przy umierającym członku ruchu oporu, a potem włożył między wargi. Płomień zapalniczki, którą podsunął mu powstaniec, zatańczył przed jego oczami i zgasł, zająwszy koniec papierosa. – Ludzie są weselsi i spokojniejsi, gdy cię widzą. Długo cię nie było...
– Trochę mnie ostatnio życie poszarpało – odparł lekko Feliks, wolną dłonią przesuwając po brudnych, przydługich włosach. Nie chciał wchodzić w szczegóły niewoli, pobytu w Wolfsschanze – na widok wiadra z wodą odruchowo się wzdrygał – czy swojego ostatniego załamania.
Działał. Był wśród swoich. Nie myślał o niczym innym i o nikim innym. Czuł się lepiej.
Powstaniec, mężczyzna przed czterdziestką, pokiwał głową ze zrozumieniem.
– Ważne, że wróciłeś. Słuchaj... znasz litewski?
– Raczej słabo – przyznał Polska, mrużąc oczy, zaskoczony pytaniem. – Ostatnio głównie szprecham.
– Mamy tu Żyda z obozu, co go wyzwoliliśmy piątego – powstaniec wskazał na przeciwległy kąt zatłoczonej piwnicy. – Uczynny chłopak, chce z nami walczyć, ale problem w tym, że nie zna polskiego, a po rosyjsku mówi kiepsko. Źle by było, gdyby nie zrozumiał jakiegoś rozkazu w czasie ataku... Dałbyś radę się z nim dogadać?
– Spróbuję – Feliks westchnął i wypalił papierosa do końca. Dopiero wtedy podźwignął się na nogi i ruszył we wskazanym kierunku.
Wspomniany Żyd był może dwudziestoletnim chłopakiem; siedział w kącie na ziemi, oplótłszy bardzo chude kolana równie kościstymi rękoma. Nieśmiało się uśmiechał, obserwując grającego na gitarze powstańca i wcinającą się w piosenkę sanitariuszkę. Koszula i spodnie, o wiele na niego za duże, wisiały na nim jak na wieszaku, ale wydawał się nawet z tego zadowolony; otulał się ubraniem szczelnie i naciągał mankiety na dłonie, jakby nie chciał pokazywać swojego wychudłego ciała, wstydząc się tego, jak wygląda. Odrastające po ogoleniu ciemne włosy przybierały powoli kształt lekkich loków.
Widząc zbliżającego się Feliksa, uniósł niepewnie oczy; z pewnością nie umknął mu sposób, w jaki Polskę przywitano, ale sądząc po jego pytającym spojrzeniu, ten podejrzewał, że nikt chłopakowi nie wyjaśnił, czym jest. Feliks usiadł obok.
– Skąd jesteś? – zagadnął, zgadując, że jego akcent jest koszmarny i tylko przez to, że pytanie było krótkie, nie popełnił błędów gramatycznych. Pomyślał przelotnie, że to był jeden z jego wielu błędów, własna ignorancja.
Młody litwak zerknął na niego zdziwiony.
– Z Varluvy... pod Kownem – odparł niepewnie, wyraźnie wytrącony z równowagi usłyszeniem znajomego języka. – Ar... Ar kalbate lietuviškai...?
– Bardzo źle – Feliks wyszczerzył zęby. – Ale coś tam rozumiem. Mów wolno, proszę. Feliksas – dodał, podając dłoń.
– Simonas...
Spróbował wciągnąć chłopaka w rozmowę; udało się. Początkowo Simonas wyraźnie bał się mówić; z czasem rozwiązał mu się język. Wyglądało na to, że od dawna nie miał okazji z kimkolwiek pogadać w znanej sobie mowie. Rozmawiali, wspomagając się rosyjskim, czasem litwak przypominał sobie jakieś zasłyszane polskie słówko, innym razem Feliks sięgał po jidysz, rozumiejąc niektóre wyrażenia i korzystając z podobieństw do niemieckiego, ale najbardziej w komunikacji pomagały im ręce.
– Jeśli nie będę walczyć, jak inaczej przetrwam? – mówił chłopak, patrząc na powstańców i żywiołowo gestykulując. Jego dłonie przypominały pająki, a nadgarstki cienkie patyki. Czasem rękaw koszuli zsuwał się i odsłaniał wytatuowany numer; Simonas wówczas szarpał gwałtownie materiał, byle tylko go zakryć. – Niemcy nie zabili mnie tylko dlatego, że potrzebowali silniejszych więźniów, żeby zatrzeć ślady po obozie... ale... właściwie... co mi po tym, że... jak ja... ja już nie mam do kogo wracać...
W jego oczach Feliks widział odbicia cegieł pieców krematoryjnych. Nie miał na to odpowiedzi; położył jedynie ostrożnie dłoń na chudym ramieniu.
Simonas odwrócił głowę, wpatrzył się w ścianę, pewnie po to, by nikt nie zauważył jego łez. Po chwili znów skierował wzrok na grającego powstańca, a jego spojrzenie stwardniało.
– Inni z obozu też poszli walczyć – powiedział sucho. – Jak jest po polsku: wstrzymać ogień?
Cały ten wieczór Feliks Łukasiewicz spędził, ucząc tego młodego człowieka słów, które mogły paść z ust dowódcy i towarzyszy broni. Simonas powtarzał je cicho wielokrotnie, chcąc nauczyć się ich brzmienia i znaczenia na pamięć. Po pewnym czasie przysiadła się do nich sanitariuszka i przysłuchiwała się im w ciszy. Simonas uśmiechnął się do niej nieśmiało; odpowiedziała w ten sam sposób.
Z czasem przyszło jeszcze kilka osób, w tym powstaniec, z którym Feliks rozmawiał wcześniej i znajomy mu kapelan, który, jak się okazało, dobrze mówił po rosyjsku i podsuwał trafne skojarzenia, ułatwiające zapamiętanie słów.
Gdy chwilowo zapadła cisza, gdy Feliks zawahał się nad kolejnym wyrażeniem, mając w głowie pustkę, Simonas poderwał nagle głowę i prześledził wzrokiem otaczających go ludzi.
– Czy wszyscy Niemcy są tacy? – zapytał głucho, łamanym rosyjskim, świadom, że prędzej zrozumieją tę mowę, niż egzotyczny litewski czy tajemniczy jidysz.
Przez kilka długich sekund panowała cisza; sanitariuszka opuściła głowę, powstaniec odwrócił wzrok, zacisnął pięść, a Feliks mógł czuć bijący od nich ból straty.
Pokusa, by powiedzieć „tak", była duża. Tak łatwiej się walczyło o dom, o kraj, o sprawiedliwość. Łatwiej zasypiało się po walce. Łatwiej celowało się w czyjąś głowę, gdy uznało się jej właściciela wyłącznie za bestię, za mordercę, za zwyrodnialca, za...
– Nie – powiedział cicho Feliks Łukasiewicz. – Dzięki Niemcom uciekłem z niewoli. Jednego z nich sam pochowałem.
Tak było łatwiej, ale świat nigdy nie był łatwy.
Kapelan spojrzał na chłopaka, który otworzył szeroko oczy ze zdumienia. Pokręcił głową i tak jak wcześniej Polska, położył dłoń na ramieniu uwolnionego więźnia.
– Nie – powiedział mu stanowczo. – Bo ja żyję tylko dzięki Niemcowi, młody człowieku.
Simonas wodził wzrokiem od jednego do drugiego, marszcząc brwi, jakby nie był pewny, czy dobrze zrozumiał. Wsłuchiwał się w słowa, w skupieniu zagryzając blade wargi.
– Są ludzie dobrzy i źli – powiedział stanowczo ksiądz. – Są też tacy, którzy pozwalają złu się szerzyć i nie reagują. Są ludzie, którzy się boją zła i czyniących zło i dlatego odwracają oczy. I są tacy, którzy poświęcą swoje życie, by z nim walczyć. Świat nie dzieli się na złych Niemców i dobrą resztę ludzkości. To trudna prawda, bardzo trudna... ale trzeba o tym pamiętać.
Feliks pomyślał o Reinharcie, o wszystkich tych, którzy mieli odwagę, a potem spojrzał na mówiącego, pod którego szyją jaśniała brudna koloratka. Wiedział, kto ocalił tego człowieka, kto dał mu fałszywe dokumenty, by nie dopadło go Gestapo za udział w ruchu oporu.
Oby los go za to wynagrodził, oby wrócił z wojny do swego domu, do swej rodziny. Podczas powstania spotkanie z tym człowiekiem było niewykonalne; ale może jednak kiedyś uda mu się przekazać pozdrowienia od Reinharta Brauna... i podziękować za bycie dobrym człowiekiem, nawet jeśli stojącym po drugiej stronie barykady.
– To prawda? – zapytał Simonas po litewsku, patrząc na Feliksa wyczekująco. O tym, kim on jest, dowiedział się zaledwie przed godziną i od tamtej pory spoglądał na niego trochę onieśmielony, trochę wystraszony, a trochę zafascynowany i, co Polskę zdziwiło najbardziej, najwyraźniej uznał go za jakiś autorytet, wyższą instancję, i to u niego szukał potwierdzenia tego, co mówili pozostali.
Polska wolno kiwnął głową, bardziej domyślając się niż rozumiejąc treść pytania.
– Prawda – odparł krótko w tym samym języku.
To zapewnienie sprawiło, że ramiona Simonasa, do tej pory napięte, opadły w rozluźnieniu, ale w jego oczach nadal błąkała się niepewność. Chłopak umilkł na długie minuty, pogrążony we własnych myślach.
Sanitariuszka przysunęła się bliżej, posłała mu kolejny wspierający uśmiech, a potem ścisnęła jego dłoń. Widząc tę nić porozumienia, Feliks mimowolnie się uśmiechnął.
Czując się odrobinę lżej na duszy, rozejrzał się po piwnicy. Muzyka już ucichła.
– Dajcie tę gitarę! – zawołał, znów przyozdabiając swoją twarz w uśmiech, bo wiedział, że nie może ich zawieść. Jutro szli w bój i kto wie, czyje oczy, oczy, których uwagę na siebie właśnie zwrócił, zamkną się na zawsze. To były ciężkie, trudne czasy, więc starał się jak mógł, by chociaż na chwilę mogli zapomnieć o płonącym piekle nad ich głowami.
Uderzył w struny palcami, nie przejmując się chwytami. To nie było ważne; ważny był dźwięk, który rozniósł się po piwnicy. To, czy był czysty, czy on grał umiejętnie czy nie, czy gitara miała wszystkie struny, czy była nastrojona, nie miało znaczenia.
Dźwięk. Muzyka. Normalność.
Szarpał struny poobijanej, starej gitary, powiódł wzrokiem po powstańcach, rzucając wyzwanie, czekając, aż ktoś zacznie śpiewać. W końcu ktoś posłał siedzących razem młodym zadziorne spojrzenie i zaintonował od drugiej zwrotki jasnym, pełnym wesołości głosem:
– Każdy chłopaczek chce być ranny, sanitariuszki – morowe panny, i gdy cię kula trafi jaka, poprosisz pannę, da ci buziaka!
Feliks parsknął, widząc jak sanitariuszka płonie rumieńcem, a Simonas rozgląda się z dziwną miną, nie rozumiejąc, co tak rozbawiło powstańców. Śmiech niemalże zagłuszył szum nadciągających bombowców.
I w piekle bywały lepsze chwile.
BMW 326 jechało przez wioski Badenii. Zmierzchało, a na ciemniejącym powoli niebie pojawiały się pierwsze gwiazdy; płonęła Wenus, czujne oko mogło wychwycić blade gwiazdy konstelacji Orła. Jeszcze było spokojnie; nieba nie spowijały chmury, nie zasłaniały słupy dymu, nie jarzyło się ponurą poświatą pożogi.
Jeszcze.
Prusy wyciągnął się wygodniej na fotelu pasażera, nadal zły, nadal niespokojny. Głaskał palcami broń, ale jej chłód wcale nie przynosił ukojenia.
– Jedź przez Protektorat, Śląsk i Kraj Warty – rzucił szorstko, sięgając za siebie. Na tylnym siedzeniu wymacał mapę; rzucił ją w okolice skrzyni biegów. Potem wyciągnął z kieszeni mini-pistolet i przyjrzał się broni, mrużąc oczy. – To gówno też strzela?
Meier posłał mu chłodne spojrzenie, nie odrywając rąk od kierownicy.
– Jest jednostrzałowy.
– Jest bezużyteczny – Gilbert obrócił broń na palcu. Mieściła mu się w dłoni. Znów sięgnął do kieszeni. – Myślałem, że nasi szpiedzy mają lepsze zabaweczki niż spluwy dla krasnali ogrodowych i popsute kompasy.
– Musiał uszkodzić się w czasie walki.
– Tak, jasne – Prusy spojrzał na wskazówkę północy. Cokolwiek by nie zrobił, jakkolwiek by nie obrócił kompasu, ona wciąż pokazywał wschód. Cholerny wschód. Miał złe przeczucia. – Nie masz czegoś jeszcze w bagażniku?
– Nie zwykłem wozić miotaczy ognia.
– A szkoda, byłby z niego większy pożytek – Prusy schował pistolecik i kompas, a potem założył ręce za głowę.
– Herr Preußen – Meier spojrzał na niego, odzywając się spokojnym i całkiem uprzejmym tonem. – Szpiegostwo to dyskretna sztuka.
Gilbert zmarszczył brwi.
– Szpiegowano nas w Berlinie? – zapytał spokojnie.
– Jestem tylko wykonawcą rozkazów – Meier lekko wzruszył ramionami. – Nic mi o tym nie wiadomo.
– Nieważne – mruknął Prusy. – I tak... dyskrecja nigdy nie była moją najmocniejszą stroną.
Mógł używać czasem pseudonimu, ale co z tego, jeśli dwie dekady wcześniej wcale nie dbał o to, kto mógł powiązać ze sobą Gilberta Beilschmidta i Gabriela Paccarda, traktując to imię tylko jako zabawne przezwisko. W Eldorado, w Mikado, w dziesiątkach barów i klubów czuł się bezpiecznie, nawet jeśli jego wygląd – odruchowo sięgnął ku pofarbowanym włosom, stwierdzając niechętnie, że może i wykonanie jest kiepskie, ale sama idea ma sens – wcale nie pozostawiał go anonimowym.
Ludwig nie wiedział, pomyślał. Myślał, że ta chata, fałszywe nazwisko, że to zapewni nam bezpieczeństwo. Ale to wyszło nam obu na dobre.
Mieliśmy czas porozmawiać, pomyśleć i poukładać sobie pewne sprawy.
– Zakładacie, że wie o tym tylko Berlin.
– Wątpię, by moje łóżkowe aktywności interesowało oba fronty – odparł Gilbert szybko. – Oni nigdy nie chcieli takiej kompromitacji. Nie jestem Röhmem, po pierwsze, mnie nie da się usunąć, a po drugie, jestem na to zbyt ważny.
Przez kolejne kilka kilometrów jechali w ciszy.
– Herr Preußen... ze wszystkich ludzi – zabrzmiało, jakby Meier nie był przekonany, że to słowo jest odpowiednie, ale nie znalazł lepszego. – dlaczego akurat on?
– Meier, do cholery – Prusy posłał mu ostrzegawcze spojrzenie. – Nie zamierzam dyskutować z tobą o prywatnych sprawach. Pilnuj własnego żydowskiego nosa. Wydawało mi się, że jesteś w tym dość dobry, skoro mamy już czterdziesty czwarty, a ty sobie dalej hulasz w Abwehrze.
– To zaskakujące, ile można załatwić znajomościami – Meier uśmiechnął się blado, skręcając na rozwidleniu dróg. – Nawet mieszaniec taki jak ja może daleko zajść w nazistowskich Niemczech, jeśli zna kogo trzeba. Tu słóweczko, tu słóweczko, i nagle cały świat zapomina, że masz matkę żydówkę i nos nie taki, jaki trzeba. Jak szedł ten żart? Prawdziwy Niemiec jest blondwłosy jak Hitler, wysoki jak Goebbels, szczupły jak Göring...
– ...i cnotliwy jak Röhm – dokończył chłodno Gilbert, gdy Meier zawiesił głos. Doskonale zrozumiał przytyk. – Załapałem, dziękuję bardzo. Mówiłem, nie jestem Röhmem, mam jeszcze na tyle oleju we łbie, żeby nie szukać sobie kolegów w szeregach brunatnych koszul. Przynajmniej nie tak jawnie – dodał po chwili ze złośliwym uśmieszkiem.
Meier odwrócił wzrok. Gilbert uznał to za zwycięstwo, ale uśmieszek na jego ustach szybko zbladł i znikł, im dłużej spoglądał na wschód, pogrążony już w ciemności.
Nie wiem, Polen, pomyślał. Nie wiem, dlaczego akurat ty, nie wiem, dlaczego ciągniemy to już tyle lat, ani nie wiem, jak to wszystko się zakończy, ale stałe są stałymi i może...
Nie dokończył myśli, wpatrując się w drogę umykającą przed reflektorami samochodu. Po wielu miesiącach, po chorobie i ucieczce, należało w końcu wrócić do wojennej gry, którą dobrze znał od setek lat, pogadać z paroma dowódcami. Jeśli w tym czasie nic się nie zmieniło na stanowisku związanym ze zwalczaniem partyzantki, to wiedział, kto prawdopodobnie tłumi polskie powstanie w Warszawie.
Mam nadzieję, że tym razem nie będziesz wciskać mi kitu o tym swoim nazwisku, von Zelewski.
Nie ufać nikomu poza bratem.
To była zasada, którą kierował się od lat, dlatego teraz śledził każdy ruch towarzyszącego mu człowieka, nawet jeśli Kölzow został przez niego rozbrojony. Był człowiekiem wywiadu; chociaż nie dał rady w walce z Gilbertem – i ślady tej bijatyki wciąż nosił na swojej twarzy – był porządnie przeszkolony.
To nie był byle szeregowy, gdyż w przeciwieństwie do nich Kölzow posiadał mózg i myślał samodzielnie i nawet jeśli dotąd nie wykazał się zbytnim sprytem, kto wie, co miał w zanadrzu.
– Madame, który do Paryża?
Wiejska kobieta, która na widok ich mundurów znieruchomiała, wskazała niepewnie rozgałęzienie drogi. Ludwig minął ją bez jednego spojrzenia, myśląc przelotnie, że przynajmniej w jednej rzeczy Kölzow był przydatny.
Ludwig nie musiał mówić w tym paskudnym języku, a szpieg najwyraźniej posiadał doń talent. Coś w sposobie, w jaki Kölzow mówił, w jego idealnym akcencie i manierze, sprawiało, że napotkani mieszkańcy francuskich wsi nie zamierzali sprawiać im problemów i zastępować drogi z widłami w rękach.
Ludwig miał broń, ale byli tylko we dwóch – a to mogło sprowokować tutejszych do głupich akcji.
– Dlatego cię wysłali z Meierem? – spytał chłodno, gdy znaleźli się poza zasięgiem wzroku wieśniaczki.
– Zawsze miałem smykałkę do języków – Kölzow uśmiechnął się lekko. – Trop prowadził do Szwajcarii, ale kto wie, gdzie naprawdę moglibyście się znajdować, Sie... Umiem francuski, rosyjski, angielski. Poza tym... domyślam się, że to na tyle delikatna sprawa, że mieli problem, komu to rozkazać.
Beilschmidt przyjrzał mu się kątem oka. Kölzow, w przeciwieństwie do Meiera, wykazywał się zaskakującym entuzjazmem odnośnie ich planu, a przynajmniej tych części, o których im powiedzieli. Właściwie nie sprawiał kłopotów. Ludwig miał nadzieję, że to nie jest próba uśpienia jego czujności.
– Nie boisz się, Kölzow? To zdrada stanu – zapytał spokojnie, chcąc go wybadać.
Szpieg wzruszył ramionami.
– Miałem czas nad tym pomyśleć. Miał pan rację – powiedział z niknącym uśmiechem na wargach. – Trzeciej Rzeszy zaraz nie będzie. To, czy powieszą mnie alianci za szpiegostwo, czy niemiecki rząd za złamanie rozkazu... Jaka to różnica? Nawet gdybym go wypełnił, gdybyśmy przywieźli was do Berlina, ile cieszyłbym się pochwałą przełożonych? Pół roku? Współpracując z Niemcami, prawdziwymi Niemcami, mam większe szanse na przeżycie.
Wyglądał, jakby chciał dodać coś jeszcze; szpieg zatrzymał się w pół kroku i zmarszczył brwi, przesunął palcami po brodzie, skubiąc jasny zarost.
– Jeśli działam dla pana – powiedział w końcu cicho. – To nie jest zdrada stanu. To działanie dla stanu. Pan jest stanem. Pan jest ojczyzną. Pan i pana brat. Wykonam każdy rozkaz, jaki mi wydacie.
Ludwig również przestał iść. Zdumiony, obejrzał się na Kölzowa; ten wyprostował się i zasalutował, tutaj, na polnej, francuskiej drodze, niedaleko szwajcarskiej granicy, wpatrując się bacznie w personifikację swego narodu. W oczach mężczyzny Ludwig ujrzał wierność i oddanie i nie wiedział, jak ma na to odpowiedzieć.
– Umrzeć za Niemcy jest moim najwyższym honorem! – wyrecytował pewnie Kölzow.
Niemcy nagle zdał sobie sprawę, że się uśmiecha, niepewnie, jakby jego twarz nie wiedziała, jak to jest okazywać radość, którą nagle odczuł gdzieś pod warstwą lodu i kamienia, na dnie serca. Zaskoczony uczuciem ciepła, które tam się rozlało, zaskoczony, że w ogóle potrafi je czuć, przez chwilę stał w bezruchu.
Czuł, że Kölzow nie kłamie; szpiegom nie wolno było ufać, nie wolno było wierzyć w żadne ich słowo, bo potrafili bez zmrużenia oka omamić, okłamać, oszukać, nawet poddani największym torturom... ale Ludwig Beilschmidt w tej chwili był całkowicie pewny, że stojący przed nim szpieg chociaż w tej kwestii jest z nim całkowicie szczery.
Uniósł kącik warg jeszcze wyżej.
– Spocznij. Żywy będziesz przydatniejszy. Ruszaj się, trzeba nam samochodu, rowerów albo chociaż koni, nie będę szedł do Paryża na piechotę.
– Tak jest!
Chyba w końcu zaczynał rozumieć, o co chodziło w istnieniu ich przeklętego gatunku.
To wciąż było piękne miasto, bardzo piękne. Poddane szybko, nietknięte, prawie nic nie straciło ze swojego uroku, ale i tak kiedyś miało przygasnąć przy Berlinie, Stolicy Świata, gdy już Niemcy wygrają wojnę, a architekci powołają do życia Germanię, wzniosą najpiękniejsze budynki, jakie ujrzy świat.
Miało. Wygranej nie będzie, a i okazywało się, że sytuacja wygląda tu gorzej, niż się spodziewał.
Przybywając do Paryża zarekwirowanym autem, Ludwig dowiedział się, że strajkowała kolej i poczta, z miasta zwiali nie tylko niemieccy cywile i administracja, ale i część służb mundurowych, a Francuzi właśnie obchodzą swoje święto narodowe, machając na ulicach swoimi flagami.
To ostatnie widział na własne oczy i zastanawiał się, kiedy dojdzie do walk – za trzy godziny czy może jednak dopiero następnego dnia. Bo dojdzie, tego był pewny – Warszawa powstała, gdy w okolicy pojawili się Rosjanie, a tu alianci byli już o rzut kamieniem.
– Ilu masz ludzi? – zapytał chłodno, obserwując z okna świętujący tłum.
– Łącznie dwadzieścia tysięcy.
Służba w Paryżu, mieście bez spojrzenia, dla wielu żołnierzy była szczytem marzeń, pomyślał Ludwig. Francuskie kawiarnie, francuskie kina, francuskie burdele, miasto, które wzięli, uznali za własność i korzystali z jego dobrodziejstw, a przez ostatnie lata Francuzi jedynie opuszczali wzrok, gdy na ulicy mijali ich umundurowani Niemcy. Kto nie chciał służyć tutaj, w tym cudownym mieście, zamiast zdychać w mrozie gdzieś na dzikim wschodzie czy w kurzu gorącej Afryki?
Ludwig spędził tu jeden krótki urlop, ale wielu wybierało Paryż rok w rok, by odetchnąć od wojny. A teraz tę perłę, te marzenie, stracą, bo jeśli wroga armia dołączy do powstania, nie będą mieli już czego tu szukać.
Spojrzał na swojego rozmówcę. Generał von Choltitz wydawał się być wdzięczny, że Ludwig pojawił się niemalże znikąd i teraz nie musi zajmować się wyślizgującym się z rąk Paryżem w pojedynkę; zwracał się do niego z olbrzymim szacunkiem, co upewniło Beilschmidta w przekonaniu, że wieść o ich oskarżeniu nie dotarła ani do Francji, ani do okupowanych Włoch, skąd von Choltitz przybył do miasta, by dowodzić jego obroną.
O zniknięciu braci i uprzedniej chorobie Gilberta generał jednak wiedział; o szczegóły nie pytał, ale przywitał go z taką radością, że Niemcy poczuł się nieswojo. Z tego, co się dowiedział, wynikało, że większość armii uznawała, że rzeczywiście wpadli w ręce wroga.
Dziwnie było znów czuć się tak szanowanym; przez ostatnie tygodnie Ludwig przywykł do nazywania siebie mianem dezertera, a teraz znalazł się wśród ludzi, dla których jego rozkazy miały moc i którzy czuli do niego respekt, nie wiedząc, że nie jest już wierny idei. Ale wojna wciąż trwała i miną jeszcze miesiące, nim Berlin wpadnie w łapy aliantów, więc trzeba było zachowywać pozory. Jeśli się wykażą na frontach, wrócą do domu może i jako przegrani, ale wierni do końca, zadając kłam podejrzeniom…
– Co z francuską policją?
– Nakazałem ich rozbroić – generał również spojrzał przez okno na powiewające niebiesko-biało-czerwone flagi. – Kto wie, na co wpadną...
– Słusznie – Ludwig mógłby przysiąc, że w tłumie widział policyjne mundury. To tyle w kwestii lojalności, pomyślał.
– Francuzi i Amerykanie są coraz bliżej – westchnął generał. – Nie wiem, czy zamierzają atakować miasto, ale...
– Ale jeśli ruch oporu ogłosi mobilizację cywilów, istnieje szansa, że się dołączą – dokończył Niemcy. – Wtedy, generale, nie obronimy Paryża.
Dietrich von Choltitz milczał. Uniósł wzrok i spojrzał nad górującą nad miastem Wieżę Eiffla. Ludwig uczynił to samo. W uszach rozbrzmiewały im krzyki wiwatujących i słowa francuskich pieśni.
– Kölzow, co tam te żabojady śpiewają?
Szpieg, do tej pory stojący przy ścianie, wychylił się przez okno i wsłuchał w tłum.
– Marsyliankę, Herr Deustchland, Herr General – powiedział po chwili, rozpoznawszy słowa hymnu. – Szczególnie powtarzają refren. O tym, że ziemię trzeba napoić krwią. Domyślam się, czyją... – mruknął do siebie, wycofując się.
Ludwig i von Choltitz wymienili spojrzenia, nie wypowiadając żadnego słowa. Nie było trzeba. Obaj wiedzieli, jak będzie brzmiał kolejny rozkaz, który nadejdzie z Berlina, jeśli stracą stolicę Francji.
Zrównać ją z ziemią.
W mojej ojczyźnie, do której nie wrócę,
Jest takie leśne jezioro ogromne,
Chmury szerokie, rozdarte, cudowne
Pamiętam, kiedy wzrok za siebie rzucę.
I płytkich wód szept w jakimś mroku ciemnym,
I dno, na którym są trawy cierniste,
Mew czarnych krzyk, zachodów zimnych czerwień,
Cyranek świsty w górze porywiste.
Śpi w niebie moim to jezioro cierni.
Pochylam się i widzę tam na dnie
Blask mego życia. I to, co straszy mnie,
Jest tam, nim śmierć mój kształt na wieki spełni.
(Czesław Miłosz – W mojej ojczyźnie)
Feliks Łukasiewicz i ludzkie dramaty bezimiennych ludzi, część piętnasta! Czyli dalej Feliks w Warszawie robi co może, a co nie może, to też robi, bo trzeba, a bracia ruszają do Paryża i Warszawy.
Jak zwykle, źrodła wiki, histmag i ciekawostki-historyczne.
zupa-plujka - nazwa zupy gotowanej z jęczmienia w czasie powstania. Zboże pochodziło z magazynów browaru Haberbusch i Schiele. Zgromadzone tam duże zapasy były ważnym źródłem żywności dla głodującej ludności cywilnej i powstańców. Nazwa zupy pochodzi od ostrych łupin jęczmienia, które trzeba było wypluwać w czasie jedzenia.
Żart o nagim Göringu jest autentyczny, pochodzi z Trzeciej Rzeszy, podobnie jak ten o prawdziwym Niemcu. Żart o Niemcach poległych pod Stalingradem jest też z epoki, chyba polski.
obóz KL Warschau - obóz koncentracyjny utworzony na terenie byłego getta warszawskiego. Pod koniec lipca 1944 Niemcy przystąpili do ewakuacji obozu. 5 sierpnia obóz został zdobyty przez żołnierzy batalionu „Zośka", którzy wyzwolili 348 przebywających w nim jeszcze Żydów. Wiadomo, że spośród uwolnionych tylko 89 osób było obywatelami polskimi. Większość uwolnionych Żydów zgłosiła się ochotniczo w szeregi oddziałów powstańczych.
Litwacy – Żydzi z Litwy, też potoczne określenie Żydów przybywających do Królestwa Polskiego z rosyjskiej strefy osiedlenia, głównie z zachodnich guberni – obecnych terenów Litwy i północnej Białorusi. Główne fale emigracyjne odbyły się w latach 1891–1892 i 1905–1907. Większość litwaków zginęła podczas Holocaustu na okupowanej przez Niemców Litwie. Spośród ok. 210 000 Żydów zamieszkujących ten obszar, do końca wojny przetrwało ok. 15 000. Pierwotnie „Litwak" oznaczało tyle co „człowiek pochodzący z Litwy, Litwin", ale to słowo wyszło z użycia przed XIX stuleciem.
Postać kapelana jest fikcyjna, ale nawiązuje do księdza Cieciory, członka polskiego ruchu oporu, któremu kapitan Wilm Hosenfeld ocalił życie, dostarczając fałszywe dokumenty.
Użyta piosenka - "Pałacyk Michla", druga zwrotka, piosenka powstańcza.
Abwehra - nazwa niemieckiego wywiadu i kontrwywiadu wojskowego w latach 1921–1944.
Umrzeć za Niemcy jest moim najwyższym honorem - cytat z Panzerlied, pieśni niemieckich czołgistów, jednej z najbardziej znanych piosenek marszowych wojsk pancernych Wehrmachtu.
Plan Germania -także Stolica Świata Germania - plan przebudowy Berlina pod nazistowskim przewodnictwem. Była to część wizji Adolfa Hitlera dotycząca przyszłych Niemiec po oczekiwanym zwycięstwie w II wojnie światowej.
Miasto bez spojrzenia - określenie wymyślone przez Niemców po zdobyciu Paryża przez to, że Francuzi opuszczali wzrok na widok mundurów niemieckich.
