Zapalono stojące lampy; w złocistym świetle padającym spod abażurów blat drewnianego stolika o rzeźbionych nóżkach, na którym stała prawie pełna butelka wyśmienitego wina, wręcz połyskiwał.

Zatopił się w miękkim, niskim fotelu, obrysowując opuszkiem palca brzeg kieliszka. Przez chwilę po prostu podziwiał pokój – wysokie, białe ściany pokryte złoconą sztukaterią i dziełami wybitnych artystów, migoczące kryształowe żyrandole i ciężkie, sięgające podłogi zasłony – a potem spojrzał przez duże okna.

Uchylone, wpuszczały do środka przyjemny, ciepły powiew z pogrążających się w ciemności ogrodów Tuileries rozciągających się po drugiej stronie ulicy. Gdyby wstał, podszedł do okien i wychylił się nieco, dojrzałby Luwr – majestatyczny, monumentalny, pusty.

Pusty, pomyślał, stukając palcami o gładki podłokietnik. To, czego tamci nie zdążyli wywieźć w sierpniu, przed wojną, trafiło do nich. Sam miał w domu, w Berlinie, kilka pięknych dzieł... Francuzi zawsze znali się na sztuce, pomyślał Ludwig i przytknął do zaciśniętych ust chłodne szkło. Wziął mały łyk wina, popatrzył jeszcze, jak pod jego butem ugina się niczym mech miękki, gruby dywan, a potem spojrzał na swojego rozmówcę.

Generał siedział sztywno na krześle o owalnym oparciu, wpatrując się w telefon na stoliku pomiędzy nimi. W przeciwieństwie do Ludwiga nie tknął alkoholu, drugi kieliszek nadal pozostawał pełny, kusząc głęboką czerwienią.

Ludwig nie zamierzał pokazać po sobie zdenerwowania; miał plan i zamierzał go wykonać, a na im bardziej pewnego siebie wyglądał, tym lepiej dla niego. Pozwolił sobie na kolejny łyk, bacznie obserwując każdy ruch siedzącego przed nim człowieka.

– Odbierzesz? – zapytał spokojnym, cichym głosem, gdy telefon się rozdzwonił. Widział, jak von Choltitz drgnął; odznaczenia na jego piersi błysnęły w świetle lamp, gdy pochylił się i sięgnął po słuchawkę.

– Generał von Choltitz.

– Czy Paryż płonie? – zapytał znajomy, zniecierpliwiony, wściekły głos.

Niemcy, mrużąc oczy, przyglądał się, jak twarz generała tężeje. Nie, pomyślał spokojnie. Nie płonie. Siedzimy w przepięknym hotelu, w środku przepięknego miasta. Nic tu nie płonie. Von Choltitz przełknął ślinę, jego palce na moment mocniej zacisnęły się na słuchawce.

– Jeszcze nie, Mein Führer!

– Ma płonąć!

– Tak jest!

Trzask. Ludwig poczekał, aż generał odłoży słuchawkę na widełki. Rozsiadł się wygodniej w fotelu, znad kieliszka obserwował beznamiętną twarz mężczyzny, wiedząc, że w jego głowie toczy się walka. Generał zerknął w okno, gdzie rozciągał się Paryż.

Tu cię mam, Dietrich, pomyślał Niemcy. Teraz trzeba to dobrze rozegrać.

– Napij się, generale.

– Nie powinienem...

Nalegam.

Von Choltitz znów poruszył się niespokojnie; tym razem sięgnął po kieliszek, bo w słowach Ludwiga czaił się zawoalowany rozkaz. Upił łyk, wpatrując się w postać Niemiec.

– Jak pan myśli... – zaczął cicho. – Ile dni nam zostało?

Ludwig przez moment też spoglądał na Paryż z wolna pogrążający się w letniej nocy. Powstańcy zdobyli już ratusz. Przed godziną w tym właśnie pokoju podpisywali z Francuzami zawieszenie broni, dając sobie nawzajem czas na zebranie ciał i opatrzenie rannych, ale nie wątpił, że ta cisza potrwa zaledwie chwilę.

– Są słabo uzbrojeni – powiedział sucho. – Ale mamy zbyt mało ludzi, generale. Słyszałeś rozkaz, prawda?

Pytanie było retoryczne; przyglądał się mężczyźnie, szukając w jego oczach wahania. Potem odchylił się do tyłu.

– Ten rozkaz pochodzi od führera – odezwał się, gdy von Choltitz nie odpowiedział. – Nie będziesz miał nawet okazji brać udziału we własnym procesie, generale, jeśli go nie wykonasz.

To, w jaki sposób mężczyzna nagle odwrócił głowę, powiedziało Ludwigowi, że trafił w sedno.

– Herr Deutschland, jestem wierny do końca...

– Nie kłam. Nie mi. Wiem, o czym myślisz.

Generał tym razem na niego spojrzał i uniósł lekko brew w zaskoczeniu, nie widząc na twarzy Niemiec żadnej emocji, żadnego gniewu.

– Poddasz miasto – powiedział spokojnie Ludwig. – To nieuniknione. Jestem pewny, że armia francuska skorzysta z okazji, by nas stąd wykurzyć. Nie mamy szans utrzymać Paryża. Nad tym nie ma co się już zastanawiać. Będziemy walczyć do końca, ale za parę dni będzie po wszystkim.

– To prawda – przyznał von Choltitz niepewnie. – Przywykam do myśli, że za parę dni pójdę we francuską niewolę, Herr Deutschland. Kto wie, co będzie potem... Proszę, by pan opuścił wcześniej miasto. Nie chcę, by znów pan wpadł w ręce wroga. Dam panu paru zaufanych ludzi i dobre auto.

Ludwig skinął głową.

– Co do Paryża... – zaczął znowu i urwał, znaczącym, acz oszczędnym ruchem podbródka wskazał generałowi lampkę wina. Ten sięgnął po nią nerwowym ruchem, wypił duży łyk. Niemcy poczuł satysfakcję, że to on rozdaje karty w tej rozmowie, ale szybko zepchnął to uczucie na dalszy plan.

Wino było przepyszne; najznakomitsze, jakie tylko można było dostać w tym mieście, ale pił niewiele, głównie dla zwilżenia warg i podrażnienia języka smakiem. Potrzebował jasnego umysłu. Generał nie skomentował w żaden sposób tego, że Ludwig systematycznie dolewał wina do jego lampki, podczas gdy z jego własnej niewiele ubywało.

– Musisz wiedzieć, generale, że doceniam szczerość.

Powiedział to, wpatrując się dokładnie w każdą zmarszczkę i każdy siwy włos swojego rozmówcy. Czekał, aż pod wpływem trunku twarz mężczyzny poczerwienieje, aż rozwiąże się język.

– On oszalał – wyrzucił w końcu z siebie generał.

Ludwig Beilschmidt uśmiechnął się kącikiem ust. Tak, coraz więcej osób to dostrzegało.

– Podejmij dobrą decyzję, Dietrich – powiedział cicho, gdy butelka była już pusta, a czujne spojrzenie jego rozmówcy zaszło mgłą i błąkało się niespokojnie po dziełach sztuki zawieszonych na ścianach. – A gdy nadejdzie czas, ja przekażę wiadomość.

– Komu, Herr Deutschland? – zapytał cicho von Choltitz.

– Komuś, kto będzie wdzięczny, że nie zniszczyłeś jego ukochanej stolicy. Z pewnością spojrzy na ciebie łaskawszym okiem.

Gdy generał głęboko się zamyślił, Ludwig wstał i podszedł do okna.

A potem wskażę mojemu wodzowi kolejnego tchórzliwego zdrajcę, zakochanego w Paryżu starego głupca.


Gruzy.

Chwilę stał, podziwiając zniszczenie, a gdzieś z tyłu jego głowy błąkała się myśl, czy po tym wszystkim potrafili będą spojrzeć sobie w oczy. Czy może jednak już przekroczyli ostateczną granicę, zza której nie miało być odwrotu?

Ostatni raz widział go, gdy poddano Warszawę. Teraz znów walczyła zajadle, ale prędzej czy później znów miała upaść, tego był pewny. Mieli tu ludzi, dużo więcej ludzi niż w Paryżu, chociaż Gilbert wątpił, by na długo odzyskali kontrolę nad miastem. Rosjanie byli zbyt blisko.

Mówiłeś, że wybraliśmy sobie najgorsze możliwe stulecie. Nie miałeś wtedy pojęcia, jak bardzo, Polen. Wielka Wojna i cały ten powojenny bałagan, który cię tak dręczył, jest przy tym niczym.

Pozwolił sobie na ciężkie westchnienie.

– Załatw sobie jakąś mapę od naszych – powiedział chłodno do Meiera, gdy już się napatrzył na zawalone budynki i osłuchał z terkotem karabinów. – Jedziemy pod miasto odwiedzić sztab i dowiedzieć się, jak im idzie. Ale jak Obergruppenführer będzie mi znowu próbował wmówić, że pochodzi od pruskich junkrów, a nie od polskiej szlachty, to nie zdziw się, jak strzelę mu w pysk.

Szpieg uśmiechnął się kącikiem ust.

– Nie przepadasz za von dem Bachem.

– Von Zelewskim – poprawił go Gilbert. Perspektywa spotkania z tym człowiekiem psuła mu i tak marny nastrój. – Nie. Zawsze mnie wkurwiał tym swoim poprawianiem genealogii. Tak się składa, Meier, że ja jestem Prusami. Znam bądź znałem większość tamtejszych rodzin. Takie ściemnianie to wręcz osobista obraza.

Meier przyglądał mu się, a z jego twarzy nic nie dało się wyczytać.

– Z takimi informacjami byłbyś niezastąpiony w wywiadzie – oznajmił po chwili.

– Latami szukać haków na ludzi? – Gilbert pokręcił głową, ale na jego usta wkradł się blady uśmiech. – To zbyt nudne, chociaż przyznaję, znalazłoby się też parę pikantnych kawałków.


To był błąd.

Koszmarny błąd.

Tam było więcej wrogów, dużo więcej niż się spodziewali. Jego oddział nie wziął udziału w bezpośrednim natarciu na dworzec i okolice; zamiast tego od świtu do nocy odpierali niemiecki atak na Muranów. Musieli się cofać, ustępując przed wrogiem i ponosząc straty.

Zapasy amunicji topniały w zastraszającym tempie; coraz rzadziej słyszał huk granatu, za to coraz częściej widział, jak jego ludziom brakuje tchu. Południe nadeszło i minęło, a kolejne tereny wyślizgiwały się im z rąk, aż nadszedł wieczór i nic nie wskazywało na to, że ta tendencja się odwróci.

Widział, jak Simonas, od poprzedniej nocy zawsze trzymający się blisko niego, chwieje się na własnych nogach, jak zaczynają omdlewać mu ręce, w których trzymał broń. Nie był jedyny; ciągła walka, którą przegrywali, osłabiała ich wszystkich coraz bardziej, a ciepło bijące z bezchmurnego nieba tylko pogarszało sytuację.

Jest ich tak dużo, pomyślał, ładując pistolet przedostatnim magazynkiem. Wywiad. Musieli wiedzieć.

Pękała mu głowa, w ustach zaschło już godziny temu, pot spływał po plecach, gdy wymierzył po raz kolejny, raz za razem chowając się za osłoną. Gdzieś z tyłu głowy krążyła nadzieja, że wieczór i noc przyniosą chłód, że Niemcy może zwolnią tempa – na litość boską, im to też przecież daje w kość – ale gdy zobaczył czołgi, zwątpił i stracił nadzieję.

Rozkaz brzmiał – utrzymać się za wszelką cenę, związać Niemców, dać czas oddziałom planującym atak.

W palcach Feliks już stracił czucie; strzelał coraz bardziej niecelnie, coraz niespokojniej rozglądając się dookoła, cofając się, świadom, że kolejny fragment miasta wymyka się im z rąk. Mieli połączyć Stare Miasto i Żoliborz, a nie poszerzać korytarz między nimi!

W nocy usłyszał strzały i na moment znów odżyła w nim nadzieja, gdy powstańcy ruszyli na dworzec. Potem niebo rozjaśniło się rakietami, niemieckimi rakietami i czytając z kakofonii dźwięków, która rozbrzmiała nad miastem, Feliks Łukasiewicz już wiedział. Huk artylerii, terkot dział na pancernym pociągu, karabiny i ból traconych ludzi, który nagle się wzmógł do takiego stopnia, że z trudem go ignorował, to wszystko powiedziało mu o przegranej.

Jedyne, co mógł zrobić, to zacisnąć zęby, jak zawsze, cholera jasna, jak zawsze i walczyć dalej, chociaż jego ludzie już ledwo trzymali się na nogach.

I ciągle się cofali, aż w końcu w okolicach dworca zapadła z wolna cisza, a przed świtem oddali dzielnicę wrogom, nie będąc w stanie utrzymać już żadnej ulicy. Pamiętał, że czując gorzki smak porażki, pociągnął za sobą młodego litwaka, bo ten nie miał już sił iść sam, przekroczył ponad czyimś ciałem, ciałem znajomego powstańca, który częstował go papierosami.

Muranów upadł, a ta myśl była bolesna i smutna. Całe to miasto upada, Łukasiewicz, pomyślał, wpatrując się w ziemię, zbyt przybity, by podnieść głowę. Gdy zarządzono odwrót, zarzucił sobie wychudłe ramię chłopca na szyję i prowadził go, lekkiego niczym mgła, z daleka od ulic, na których dopiero co walczyli.

Zobaczył kątem oka, jak ktoś wychyla się z piwnicy, cywil, mężczyzna, jak patrzy na nich wilkiem, wysunąwszy odrobinę głowę, a potem znika w szarości świtu, przeklinając ich cicho.

Czuł na wargach sól i nawet nie miał sił zatrzymywać tych łez, ale przestał myśleć o przegranej, bo był skupiony na tym, by nie pogubić kroku, by nie poplątać nóg, by przypadkiem nie zrzucić tego dzieciaka na ziemię. Nie zatrzymuj się, Łukasiewicz. Jak staniesz w miejscu, nie będziesz mieć sił ruszyć dalej.

Oddech mu się rwał, gdy tak szedł, obciążony niemal bezwładną postacią. Udało mu się dotrzeć do bezpiecznego miejsca i dopiero tam usadził Simonasa pod ścianą, zajrzał w jego puste jak tutejsze domy oczy i skłamał, że będzie lepiej. Mężczyzna poruszył słabo wargami w bezgłośnym podziękowaniu, a Feliks ciężko usiadł obok, schował twarz w dłoniach, czując jak wyczerpanie zalega w jego ciele, w każdej kończynie.

Dzień i noc, pomyślał. I nic z tego nie wyszło, jest gorzej, niż było.

Siedział tak może godzinę z przymkniętymi oczami, nie pozwalając sobie na sen, a potem pomyślał, że musi wracać na Stare Miasto, dowiedzieć się, co sądzi o klęsce dowództwo. Z trudem podźwignął się z podłogi, oparł o mur i próbował zebrać jeszcze trochę sił.

Potem rozejrzał się po schronieniu. Nie byli jedynymi powstańcami, którzy się tu zebrali, jednak było tu bardzo cicho, bo wszyscy wokoło milczeli, zbyt wyczerpani, by mówić.

Schwytano czterech żołnierzy Wermachtu, związano ich i usadzono pod ścianą, a niedługo później ktoś przywlókł związanego esesmana i tylko interwencja Feliksa Łukasiewicza sprawiła, że nie rozstrzelano go tutaj, w tej wilgotnej, ciemnej piwnicy, do której blask słońca nie miał wstępu.

– Nie będzie żadnego zabijania jeńców w mojej obecności – wysyczał, świadom, że może przedłużył życie tego człowieka o parę godzin, może parę dni, że rozkaz będzie miał moc tylko do chwili, w której opuści tych ludzi. Nie dbał o to. Miał swoje zasady.

Zauważył, jak żołnierze niemieccy uspokoili się nieco, chociaż i tak nie bali się za bardzo powstańczego gniewu. Żołnierzy traktowano przyzwoicie, pomyślał Feliks, ale jeśli w niewolę dostawał się oficer SS...

– Tak jest – rzekł niechętnie powstaniec, przyglądając się oficerowi ze szczerą nienawiścią. Feliks kojarzył go, wiedział, że pochodzi z Woli, że tam zamordowano mu matkę. Westchnął ciężko, ale zdania nie zmienił.

Łysiejący blondyn w czarnym mundurze milczał, nie odpowiedział na ten akt łaski, ale wodził za Polską ponurym spojrzeniem wodnistych oczu, odbierając mu jakąkolwiek chęć do działania. Pewnie jest mordercą albo gwałcicielem, albo jedno i drugie, przemknęło Feliksowi przez myśl. Może z kompanii karnej. Nie umknęło mu, że nawet niemieccy żołnierze się od niego odsunęli.

Spojrzał na związane, puste dłonie esesmana. Ale ja nie zabijam nieuzbrojonych. Nigdy. Przed oczami stanął mu Radke, którego puścił wolno.

Już niedługo minie miesiąc, odkąd to się zaczęło.

– Przekażcie ich dowódcy – powiedział spokojnie. Zerknął na dystynkcje na ramionach żołnierzy i rozpoznał dość niskie stopnie, Wątpił, że posiadają jakieś istotne informacje, ale esesmana zawsze było warto przesłuchać. – Ale najpierw opatrzcie tych rannych.

Kto wie, ile jeszcze dni to potrwa.


Czekał na połączenie, będąc całkiem sam w hotelowym pokoju. Nie zapalił lamp; mrok pokrył piękne meble Ludwika XVI i osłonił sobą jego sylwetkę. Za drzwiami stał Kölzow, broniący wejścia do środka z bronią w ręku.

Niemcy polecił mu strzelać bez rozkazu, jeśli ktoś ośmieli mu się przeszkodzić, wyglądało jednak na to, że to nie będzie konieczne. Sztab obrony Paryża usunął się w cień, gdy tylko tego zażądał, na tym piętrze nie było nikogo poza ich dwójką. Szpieg dokładnie przeszukał wszystkie pokoje, zaglądając w takie zakamarki, o których Niemcy nawet by nie pomyślał.

Czuł, że może działać swobodnie i z tego powodu uśmiechał się kącikiem ust.

Wiedział, że on weźmie do rąk słuchawkę, gdy tylko dowie się, kto dzwoni. Chociaż dzielił ich tysiąc kilometrów, czuł w powietrzu jego paranoję, jego strach, jego rozpaczliwą nadzieję, że wśród tych cholernych zdrajców nie będzie jego, że chociaż jego naród będzie mu wierny. A on da mu tę nadzieję.

Ludwig nie zamierzał go zawieść... a przynajmniej niech tak Hitlerowi się wydaje.

– Beilschmidt! – usłyszał swoje nazwisko, wyszczekane, pełne wściekłości, szału.

– Mein Führer – powiedział gładko, patrząc w ciemnozieloną ścianę paryskiej roślinności za oknem, nasączając swój głos głębokim oddaniem, tak, jak jeszcze przed kilkoma miesiącami. Musiał zachować spokój, chociaż serce biło mu szybko, zbyt szybko i dobrze, że ta rozmowa toczy się przez telefoniczne kable; kto wie, czy nie zdradziłby się nerwowym ruchem, króciutkim spazmem przebiegającym przez niewzruszoną maskę twarzy, przebłyskiem zdrady zza lodowej kurtyny oczu. Nad głosem łatwiej było mu panować.

– Gdzie ty byłeś, do cholery?

Oczekuje zaprzeczenia, zaprzeczenia plotkom, zaprzeczenia oskarżeniom, bo sam już nie wie, czy może w nie wierzyć. Osoby, którym do tej pory wierzył i ufał, tylko przez niefortunny zbieg okoliczności nie wysadziły go w powietrze, nie rozdarły jego ciała na dziesiątki krwawych strzępów.

– Melduję – zaczął spokojnie Ludwig. – Że wyrwałem się z rąk wrogów. Jestem w Paryżu.

W słuchawce słyszał jedynie niecierpliwy, chrapliwy oddech, był jednak pewny, że Hitler miota się po swoim gabinecie, jak wściekły pies na uwięzi, ograniczony telefonicznym kablem.

– Nazwali cię zdrajcą!

– Nic o tym nie wiem, Mein Führer – Niemcy nie pozwolił wyprowadzić się z równowagi. Nie jeden raz był świadkiem jego wściekłości. – Porwano nas i zaciągnięto do Francji przez Szwajcarię, ale udało nam się uciec. Usłyszałem o tym, co się dzieje i udałem się do sztabu w Paryżu, by pomóc zapanować nad sytuacją. Obawiam się jednak, Mein Führer, że von Choltitz nie zamierza wykonać twojego rozkazu.

– Paryż...?

– Nic nie płonie. Nie kwapi się do umieszczania ładunków wybuchowych. Uznałem, że powinien wódz o tym wiedzieć.

– Ten skurwysyn tak długo zwlekał... – coś w słuchawce trzasnęło, zupełnie jakby wódz strącił coś z biurka. – Jesteś wierny, Beilschmidt?! Jesteś wierny?! Ty i twój brat?!

– Zawsze – powiedział z naciskiem Ludwig, kłamiąc tak, jak jeszcze nigdy w życiu. – Prusy ma się już dobrze, wyzdrowiał. Pojechał do Warszawy, Mein Führer, upewnić się, że von Bach wie, co ma robić z tymi bandytami. Wróciliśmy, wodzu. Jesteśmy gotowi na rozkazy.

Przez kolejne długie minuty słyszał jedynie, jak Hitler oddycha i nagle poczuł ochotę, by uciszyć ten oddech, by zacisnąć palce na tej szyi i zakończyć życie, które sprowadziło na jego kraj takie szaleństwo, życie, które tak potwornie go omamiło. Zamiast tego ścisnął krawędzie stolika, widząc, jak bieleją jego opuszki, jak pot zostawia wilgotne ślady na pięknym drewnie, zaskoczony ogromem niechęci, która zastąpiła jego ślepą, dawną lojalność.

– Jeśli to prawda... – wysyczał w końcu führer do słuchawki, a on zamienił się w milczącą, słuchającą statuę, w symbol i w obecność. – generał von Choltitz zginie, gdy tylko wróci do Niemiec. Sukinsyny, zdrajcy, zdrajcy wszędzie... próbowali mi wmówić, że wy dwaj... ja wiedziałem...

Nie przerywał tego chaosu, tego wężowego syczenia, chcąc, by wódz zatracił się w paranoi, w strachu, w szaleństwie, w zamian dając mu to, czego pragnął – wierność i absolutne posłuszeństwo.

– Nie zrobiłbyś tego własnemu domowi... nie jesteś w stanie zdradzić Niemiec, Beilschmidt... nie ty... naprawdę was porwano, ale... wykorzystali to... moi właśni podwładni... chcieli, bym uwierzył, że to wasz jakiś spisek... sukinsyny to planowały od tylu lat... – Hitler przerywał zdania w połowie, jego głos drżał od wściekłości tak gorącej, jak sierpniowe słońce, jak miliony gwiazd rozkwitających letnią nocą nad Paryżem, miastem świateł. Niemcy słuchał. – Ten twój brat... cholerny awanturnik, jasne, ale... nawet jeśli jest... te jego obrzydliwe słabości... ale jest wierny, zawsze wy dwaj byliście wierni... nie może być inaczej... a oni próbowali was ode mnie odepchnąć... złapać, aresztować... żebym...

Wsłuchiwał się w każde słowo, gotowy zamienić je we własną broń.

– Mieli tego... tego szczura, Łukasiewicza... zawsze mówiłeś, jak bardzo go nienawidzisz... skamlał, że zdradziliście... udawali, że go przesłuchują... byli tacy przekonujący, aż uwierzyłem... prawie zdechł ze strachu przy wodnej torturze... Ale uciekł w tym samym dniu… widziałem rozcięte płoty... moi właśni ludzie wypuścili go z Wolfsschanze...!

Ludwig nastawił uszu. Więc to tam przenieśli Łukasiewicza, pomyślał zdumiony. Chcieli go wykorzystać podczas zamachu? To Czarna Orkiestra zadecydowała o przenosinach czy może zabrali się za niego już po decyzji dowództwa? W niemiecką niewolę Polska wpadł przypadkiem... Na pewno?

Nie, on nie współpracował z ruchem oporu, przynajmniej nie na początku, przynajmniej nie świadomie, stwierdził. Ludwig pamiętał jego złamane spojrzenie w ciemnej celi, gdzie trawiony gorączką starał się zachowywać trzeźwość umysłu po tygodniach okrutnych zabaw Fischera i Radke.

Ale mieli co do niego plany. Gdyby zamach się powiódł, byłby doskonałym łącznikiem między nimi a aliantami.

Miłość boli, prawda? głos Łukasiewicza, cichy i smutny, nagle znów rozbrzmiał mu w umyśle. Tak, Polen. Boli jak jasna cholera, ale ja już wiem wszystko. Wiem, że w chorobę, na którą nie pomagały żadne lekarstwa, wpędził Gilberta strach o dwie bliskie mu osoby. Teraz wiem też, że jesteś na wolności, gdzie jesteś... i wiem, co, kogo miałeś na myśli. Wszystko wiem.

– Mówili, że to prezent... dla mnie... – syczał Hitler, w tle znów coś trzasnęło, tym razem szkło. – Polska na kolanach! Co za podłe szuje, wymyślili razem z nim tę obrzydliwą historyjkę... wykorzystali wasze porwanie... wasz dom, wasz dom był cały zdemolowany... przywiozłeś brata ze szpitala, a oni próbowali mi wmówić, że uciekliście... żeby... żeby...

Co za piękna plątanina prawdy i kłamstwa, pomyślał Ludwig. Cześć z nich, wodzu, naprawdę chciała zniszczyć Gilberta za to, jaki jest – ta myśl, wizja Gilberta w męskich objęciach przestała wywoływać w nim dawny wstręt – ale ty już w to nie uwierzysz, nie po tym, co się wydarzyło. Na tym polega gra, führerze, na łapaniu fragmentów rzeczywistości i naginaniu jej do swoich planów, na dopasowywaniu usłyszanych słów do własnej mozaiki.

Gdy Hitler umilkł, chwytając łapczywie oddech, Ludwig odezwał się cicho:

– Żeby łatwiej było cię zabić, Mein Führer... Mam nadzieję, że zdrajcy z Wolfsschanze zostali ukarani – pozwolił, by to słowo rozbrzmiało głęboką odrazą, by nikt nie miał wątpliwości, jak bardzo potępia zamach i spiski, jak bardzo nienawidzi tchórzy, nienawidzi tak, że aż to boli, jak nie do pomyślenia jest akt zdrady wobec...

– Dawno już zostali powieszeni – syknął führer. – Jak w rzeźni. Tylko na to zasługiwali! Wracaj tu, Beilschmidt. Jeszcze dzisiaj wydam rozkazy, niech nikt nawet nie pomyśli o tym, by dalej rozpowszechniać te kłamstwa! Wracaj do Berlina! Albo nie, jedź do Warszawy, do tych cholernych Polaków! Zaprowadźcie tam z bratem porządek! Zostaw Paryż i von Choltitza, ja się już postaram o to, by pożałował swojej zdrady, a Paryż zmieciono z powierzchni ziemi!

– Ja wohl!

Ludwig odłożył słuchawkę, rozsiadł się wygodnie w fotelu i uśmiechnął się do siebie, czując satysfakcję i mając poczucie, że może i drugą światową wojnę przegrał, ale na froncie jego małej, prywatnej wojenki wszystko szło tak, jak planował. A więc to, co zaczęło się w Berlinie, skończy się w Warszawie, pomyślał.

– Kölzow! – zawołał w przestrzeń, gdy już bicie jego serca wróciło do normalnego rytmu.

Drzwi pokoju uchyliły się; szpieg zajrzał do środka.

– Herr Deutschland?

– Znajdź maszynę do pisania.

Kilka minut później, gdy przenieśli się do innego pokoju zamienionego na gabinet, Ludwig marszowym krokiem przemierzał miękkie dywany, układając w myślach słowa wiadomości.

– Pisz po francusku: do rąk własnych Francisa Bonnefoya, ściśle tajne...

Zatrzymał się przy oknie, słuchając stukotu klawiszy i wpatrując się w wartę przed wejściem do budynku. Przez ulicę przemknęła zwinnie ładna Francuzka, bez strachu podbiegła do jednego z wartowników. Zamienili kilka nerwowych słów, a potem niemiecki żołnierz mocno ją pocałował.

Ludwig Beilschmidt przyglądał się, jak zakochani łapią się za dłonie. Potem dziewczyna odeszła, oglądając się co chwila. Gdzieś w oddali rozwrzeszczały się karabiny. To tyle z zawieszenia broni, pomyślał.

– ...oddaję w twoje ręce człowieka, który ocalił Paryż. Decyzję co do jego losu pozostawiam tobie.

– Gotowe – powiedział cicho szpieg, stawiając ostatni znak, gdy Ludwig umilkł. Wyciągnął kartkę z maszyny.

Niemcy zbliżył się, podpisał zamaszyście pod wiadomością, starannie złożył ją na czworo, a potem powrócił do okna. Popatrzył przed siebie, mając przed oczami nie paryskie ogrody, ale szachownicę Polibiusza.

– W którym roku zacząłeś służbę?

– W dwudziestym dziewiątym.

– Dobrze – Niemcy kiwnął głową. Mała szansa, że Kölzow kojarzył ten szyfr, poza tym tylko on i Gilbert znali klucz do jego odkodowania. – Pisz to, co ci podyktuję, co do litery. Poślesz potem telegram do sztabu w Warszawie. Napisz na samej górze, że jest przeznaczony wyłącznie dla oczu Gilberta Beilschmidta, a próba odczytania go przez osoby nieuprawnione... – zawiesił na moment głos, myśląc, czy ta groźba wystarczy. – godzi w najwyższe interesy państwa niemieckiego.

Kölzow skinął głową, rozprostował palce, więc Ludwig zaczął dyktować. Pięć liter, tylko pięć, w najróżniejszych konfiguracjach, kolejne sylaby ukryte za szyfrem, ciąg wystukiwany na maszynie, wypełniony ukrytym znaczeniem.

Wiadomość była bardzo długa; szpieg pisał cierpliwie, a Ludwig, zwrócony plecami, patrzył w przestrzeń, na bieżąco zmieniając w swoich myślach i ustach słowa w szyfr, dobierając znaki zgodnie z ich własną szachownicą, przesuwając kolumny pełne liter, przekształcając zdania zgodnie z hasłem znanym tylko im.

Inuar. Insprinc haptbandun, inuar uigandun. Wątpił, by ktokolwiek inny na to wpadł, więc pozwolił, by w wiadomości oprócz skrótu rozmowy z Hitlerem i relacji z jego działań w mieście bez spojrzenia zawarło się też ważne, emocjonalne wyznanie. W czterech słowach zawarł cały swój niepokój, który prześladował go, odkąd się rozstali na granicy małej niemieckiej enklawy. Nie dał poznać po swoim głosie, co tak naprawdę dyktuje, stojąc nieruchomo, pozornie niewzruszony niczym maszyna, gdyż tak wychował go wiek dwudziesty.

FGAGDGFXGGGDXFGADDXXDAFDFXADDGDDXDAGXFGXGGAADDXDDX.

– Wyjdź – powiedział beznamiętnie, gdy maszyna do pisania umilkła. – I natychmiast to wyślij.

Kölzow pochylił przed nim głowę i niczym cień umknął, zniknął w korytarzu. Ludwig opadł na fotel, westchnął i ukrył twarz w dłoniach. Siedział tak długo, w całkowitym bezruchu, w jednym z wielu pokojów hotelu Le Meurice, czekając świtu, który już niedługo znowu zajaśnieje nad walczącym miastem.

W pewnym momencie oderwał ręce od skóry, spojrzał na nie, zdumiony ich wilgocią, zdumiony tym, jak pokój zamglił się i rozmazał, zdumiony dławieniem w gardle i smakiem, który czuł na swoich wargach, zupełnie jakby zrozumienie tego, do czego doszło w Europie z ich rąk – rąk Niemiec, jego rąk – obdarzyło go nagle słonym pocałunkiem.

Nigdy wcześniej tak bardzo nie tęsknił za obecnością brata.

Między nami nic nie było!

Żadnych zwierzeń, wyznań żadnych,

Nic nas z sobą nie łączyło

Prócz wiosennych marzeń zdradnych;

Prócz tych woni, barw i blasków

Unoszących się w przestrzeni,

Prócz szumiących śpiewem lasków

I tej świeżej łąk zieleni;

Prócz tych kaskad i potoków

Zraszających każdy parów,

Prócz girlandy tęcz, obłoków,

Prócz natury słodkich czarów;

Prócz tych wspólnych, jasnych zdrojów,

Z których serce zachwyt piło,

Prócz pierwiosnków i powojów

Między nami nic nie było!

(Adam Asnyk – Między nami nic nie było!)


Luwr - dawny pałac królewski w Paryżu, obecnie muzeum sztuki. Dnia 27 sierpnia 1939 po dwóch dniach pakowania wywieziono najważniejsze zbiory z Paryża. Generalna ewakuacja Luwru trwała do 28 grudnia. Aż do wyzwolenia Francji spod okupacji hitlerowskiej Luwr był niemalże pusty.

Dietrich von Choltitz – niemiecki wojskowy w stopniu generała piechoty, wojenny gubernator Paryża w czasie II wojny światowej. Zasłynął z tego, że sprzeciwił się wykonaniu rozkazu Hitlera, który nakazywał zniszczenie miasta, za co in absentia został skazany na karę śmierci, niewykonaną z uwagi na fakt znajdowania się w niewoli.

Junkrzy – właściciele dużych obszarów ziemi w Prusach, Meklemburgii i Holsztynie. W ich rękach znajdowały się ogromne majątki (w szczególności na wschodzie Prus), postrzegani jako przeciwnicy liberalizmu. Postępująca industrializacja wpłynęła na ograniczenia ich wpływów i pozycji w państwie. Junkrzy często zostawali oficerami w armii niemieckiej.

Powstańcze natarcia na Dworzec Gdański – kilkukrotne próby zdobycia stołecznego Dworca Gdańskiego podjęte przez żołnierzy Armii Krajowej podczas powstania warszawskiego

Dworzec wraz z zespołem sąsiednich obiektów tworzył jeden z najsilniejszych ośrodków niemieckiego oporu w północnej części Warszawy. Dwa nocne natarcia, przeprowadzone 20/21 sierpnia i 21/22 sierpnia, zakończyły się całkowitą porażką z powodu przewagi ogniowej nieprzyjaciela oraz błędów popełnionych przez polskie dowództwo przy planowaniu i organizacji natarcia.

Le Meurice - hotel w Paryżu, blisko Luwru. W sierpniu 1944 stanowił kwaterę generała von Choltitza.

FGAGDGFXGGGDXFGADDXXDAFDFXADDGDDXDAGXFGXGGAADDXDDX - zdradzę wam szyfr :D To po prostu "Ich liebe dich, Bruderherz".

A propos tego szyfru, zdałam sobie sprawę, że popełniłam pewien błąd. W pierwszym rozdziale napisałam za pomocą tego szyfru "La Locle", ale przypadkiem dodałam kilka liter z przodu. Znalazłam błąd wczoraj i zaczęłam walić głową w ścianę. Wisiał sobie ten błąd te dwa lata...