Wiem, dawno mnie nie było. Ale postanowiłam doprowadzić historię do jakiegoś zakończenia. Z braku czasu dałam sobie spokój z tłumaczeniem.


Nimwen nie tylko rozmawiała o polityce po Festiwalu. Podczas długo oczekiwanego spotkania z rodziną wyraźnie zapowiedziała, że nie chce słuchać nic o polityce i sprzeczkach z Finarfinem. Syn Finwëgo nie miał lekko i z pewnością spadły na niego gromy, leczona musiała znosić jego maniery wyższości. Nie było sposobów by ubłagać Manwëgo o zmianę decyzji i zdjęcie z niej tego obowiązku, dlatego dała sobie spokój.

Zwróciła uwagę na postać siostry oraz jej wyraźnie zaokrągloną figurę. Uśmiechnęła się widząc ową zmianę i serdecznie pogratulowała krewnej. Naprawdę ogromnie pragnęła by wreszcie ciemna noc doszła odeszła w zapomnienie i mogli dalej świętować radosne wydarzenia. Coś na dnie serca odczuwało dziwne drżenie na samą myśl o dziecku, ale na razie nic nie wskazuje by miała szanse na takowe.

- Gdybym wiedziała, że doszło do tak wspaniałego wydarzenia, przyniosła bym wino – powiedziała Nimwen, obejmując siostrę – gratuluję!

Starsza elfka oddała uścisk, ku wielkiej uldze Nimwen. Od jakiegoś czasu ich relacje ochłodły, wyraźnie z powodu zazdrości siostrę i uwagę jaką przyciągała. Pewnie dlatego przez ostatnie lata, poprzedzające koszmar, ich spotkania były raczej zimne i nieprzyjemne. Teraz jednak najwyraźniej odmienny stan nieco zmienił podejście.

- Dziękuję – odparła – zaczynam się denerwować, czy dziecko zdrowe i samego porodu.

- Na pewno będzie dobrze, ja zaś zostanę dostanę siostrzeńca lub siostrzenicę.

Rozmawiały jeszcze przez jakiś czas, a Nimwen wydawała się wielce poruszona. Przez całą drogę do domu wymieniały wiele opinii na temat typowo kobiecych spraw związanych z narodzinami i dziećmi. Kilka razy nawet dotknęła brzucha siostry, ze zdumieniem wyczuwając delikatny ruch pod ciepłą skórą. Była wzruszona samą myślą o posiadaniu dziecka, oraz istocie rosnącej pod sercem. Gdyby kiedyś ktoś ją pokochał...

- Wielu mówi, że masz bardzo dobry kontakt z dziećmi – zaczęła siostra – tylko ty zostałaś w rodzinie niezamężna. Nie spotkałaś żadnego interesującego elfa?

- Nie mam czasu na schadzki i.. nie planuję małżeństwa – wyjaśniła.

- Wiem, masz księgi i swoje pisma, ale nic nie jest lepsze od uczucia gdy wracasz do łóżka a tam czeka na ciebie kochający mężczyzna. Mam nadzieję, że kiedyś tego zaznasz.

- Dziękuję, ale nie wiem, gdyż samotność mi nie dokucza. Nie szukam też jakiej miłości.

- Nie wiesz co tracisz – wyjaśniła starsza z nich – miłość to cudowny dar a pocałunki i czułość ukochanego, czego nie zastąpią ci księgi czy najbardziej wzniosłe rozmowy. Cieszy mnie twoje szczęście, ale uwierz mi komnaty w wielkim pałacu nie zastąpią ci miłości.

- Czy nie jesteś już na mnie zła? – Zapytała Nimwen – nie chciałam byś ..

- Nie – zapewniła siostra – byłam, ale widzę jak się cieszyłaś z mojego stanu i że byłaś wobec mnie uczciwa. To nasz ojciec przesadnie się chwali tym wszystkim, a przecież najpierw byłaś przedmiotem nieustannych żartów. Byłam zazdrosna, ale cóż mój mąż mnie kocha, nie miesza do polityki i będziemy mieli dziecko i nic innego nie ma znaczenia. Życzę ci byś znalazła miłość, bo nawet nie wiesz ile tracisz. Twoje suknie i klejnoty nie utulą cię gdy dławi smutek.

Miłość? Wbrew temu co mówiła siostra nie mieszkała w jakimś lodowym miejscu i była otoczona opieką i troską, po prostu nikt nie darzył jej romantyczną miłością. Ona takowej nie chciała i przed takową się wzdrygała, zdecydowanie woląc zażarte dyskusje o poezji i możliwych konsekwencjach działań z Idhrenionem czy kimś innym z otoczenia Calanona. Jej mentor także okazywał jej troskę, co mu nie przeszkadzało stawiać bardzo wysokich wymagań i zmuszać do regularnych spotkań z Finarfinem i do tego zachowywać uprzejmie.

Rozmawiały jeszcze przez jakiś czas a siostra zachwalała zalety małżeństwa. Kwitła w swoim związku i niewątpliwie bardzo kochała męża. Nimwen doceniała, że pragnie dla niej czegoś, co uważała za największe szczęście. To najwyższy wyraz uczuć, a skoro najwyraźniej przestała żywić irracjonalną zazdrość winny korzystać z okazji i świętować.

Im dłużej Nimwen myślała o swoich relacjach z siostrą, tym większą odczuwała złość na ojca. Gdyby miała wskazać winnego, to właśnie jego. Najpierw zawsze chwalił rękodzieła i hafty starszej córki, nieustannie żartując z niezdarności młodszej. Potem naraz wszystko uległo zmianie, po tym jak Nimwen została Uczennicą i naraz to ona dostała całą uwagę i zachwyt, a starsza z nich została odtrącona co zabolało. Chociaż ten problem zdołała rozwiązać!

Xxxxxx

Wróciła do pałacu woląc nie myśleć o nadchodzącej konieczności rozmowy z Finarfinem. Lata spędzone wśród Vanyarów kazały postrzegać nawet niezrozumiałe wyroki Valarów jako mające służyć dobru elfów, ale niestety nie rozumiała co też mogło przynieść ich ludowi zmuszenie jej do odgrywania roli doradcy Finarfina, skoro tamten nie słuchał. Sam Finarfin musiał opanować chaos jaki zapanował ostatnimi czasy, ale nie rozumiała za co kara spada na nią.

Jej relacje z Finarfinem były trudne i skomplikowane i nic nie zapowiadało by miały kiedykolwiek ulec poprawie. W chwili zamyślenia i szczerości przyznawała, że sama dolewała nieraz oliwy do ognia, nieraz przesadnie pozwalając się ponieść emocjom. Niestety maniera „wielkiego księcia z królewskiego rodu" nie pomagała. Spędziła młodość wśród Vanyarów, którzy chociaż byli elfami różnili się od Noldorów. Zapewne dlatego Nimwen po prostu musiała drzeć koty z wychowanym w całkiem innej tradycji Finarfinem. Rzecz jasna sami Noldorowie patrzyli rozmaicie na kwestie statusu, lecz Finarfin uczepił się go rozpaczliwie niczym ostatniego połączenia z szczęśliwszymi czasami, gdy ojciec żył, a rodzinne podziały nie wychodziły poza spory przy kolacji. Nimwen rozumiała przyczyny takowego postępowania, ale słysząc pogardliwe „córka rzemieślnika" po prostu wybuchała i uderzała w czuły punkt.

Rodowa duma nakazywała królowi bronić czynów ojca i jego imienia, wspominać jako największego z ich plemienia. Nimwen w tym czasie uczyła dzieci. Mahtan czynił podobnie, bowiem pragnął rozwoju dla swego ludu (a przede wszystkim chronić Nerdanelę przed gniewem). Nie, wbrew złośliwym komentarzom nie chwalili pod niebiosa swoich Opiekunów i nie nakazali ich podziwiać a jedynie mówili coś w stylu „Valarowie chcą by elfowie rozwijali swą kulturę i tworzyli nowe dzieła sztuki i rzemiosła", ale na ogół po prostu nauczali. Finarfin nosił ciężkie szaty, berło i diadem ilekroć pojawiał się publicznie, co uważał za część ceremoniału i szacunek jaki król okazuje ludowi, zaś tak Nimwen jak i Mahtan znacznie lżejsze, choć nie mniej kosztowne, stroje i ozdoby. Gdyby nie panujące powszechne potępienie wobec książąt Noldorów, wszyscy zapewne by usiedli do spokojnej rozmowy. Nie trudno więc było przewidzieć kto zyskiwał szerszą sympatię w czasie, gdy wciąż jeszcze nie minął szok wywołany czynami Fëanora i znacznej części Noldorów. Po odejściu Fingolfina, w interesie Stronnictwa leżało zachowanie spokoju między mieszkańcami Tirionu i porozumienie z Telerimi i Vanyarami, tak by do Noldorów nie przylgnęła łatka buntowników i bratobójców.

Finarfin zgrzytał zębami na wyrok Valarów, dobitnie pokazujące ogromną nieufność wobec jego rodu. Fëanor źle zrobił używając przemocy, ale przecież gdy Finwë podszedł na wygnanie do Formenos, skrzywdził tylko rodzinę, a Fingolfin pragnął ochraniać Noldorów przed szaleństwem najstarszego brata. Dlaczego więc od razu cały ród jest podejrzany? Finarfin miał dość sprzątania bałaganu jakiego sam nie wywołał! To wszystko było nie tak, Fëanor nie należał do spokojnych lecz to Morgoth namieszał i doprowadził do nieszczęścia! Do tego zarówno matka, jak na Vanyarkę przystało, ale także i tak znienawidzona Nimwen raz po raz powtarzały jakiż to wyrok jest miłosierny i sprawiedliwy. „Manwë mnie dręczy i nazywa to miłosierdziem i każe dziękować. Fëanor miał wiele racji w ocenie Valarów i tego, że wszyscy chcą nas kontrolować i nami rządzić. Ciekawe czy Nimwen ma w ogóle świadomość, że jest niczym więcej jak batem w rękach swego pana?". Czy zatem dziwne, że nie mógł powstrzymać języka w obecności tej drugiej?

Do jednej z najgorszych kłótni doszło dość niedługo Właśnie wtedy Thorondor, największy z Orłów Manwëgo przyniósł wieść o uwięzieniu Maedhrosa przez siły Angbandu. Oczywiście Władcy wiedzieli, że żyli tak niewinni, którzy po prostu żyli tam wśród lasów, nie chcąc porzucać swoich domów dla Amanu. Niczym nie zawinili, a na nich pierwszych spadł gniew Czarnego Władcy. Orły mogły same decydować komu pomagać i jak działać, bowiem największym z wrogów był Morgoth, nie zaś zbuntowani elfowie. Regularnie informowały swego pana o coraz gorszych wydarzeniach i strasznych nieszczęściach jakie spotykały wygnańców, lecz trzeba było dłuższego czasu by Valarowie zaczęli im współczuć. Na razie Manwë pozwolił po prostu działać swoim Orłom wedle uznania nie wnikając w szczegóły, publicznie jednak deklarując współczucie dla Telerich a o wygnańcach mówiąc niewiele.

Wieści o śmierci Fëanora nie zmartwiły nikogo w pałacu, ale zwycięstwo Morgotha już tak. Pojmanie Maedhrosa zostało skomentowane chłodnym „skoro pragną z nim walczyć i się z nim układać zobaczą czego pragną". Nimwen nieomal zadławiła się winem słysząc lód w głosie mentora. Spojrzała na niego i zadrżała, chociaż w komnacie panowało przyjemne ciepło: w pobliżu siedział nie ten łagodny, wyrozumiały i pełen współczucia duchowy przewodnik jakim go widzieli Vanyarowie, ale potężny i nieco przerażający Władca. Wciąż z nimi siedział i rozmawiał i nosił niezmienne swe szaty nawiązujące do żywiołu powietrza, ale spojrzenie miał zimne i nie znoszące sprzeciwu. Także zasiadająca obok Varda, wciąż niezmiennie piękna i olśniewająca, sprawiała wrażenie o wiele bardziej chłodnej, chociaż rozmawiała i żartowała z Ilmarë i Idhrenionem, to jednak elf wyglądał na równie bladego co i ona. Zmiany w Błogosławionym Królestwie nie obejmowały domostw Valarów i ci nie zmienili swego podejścia do Uczniów. Przybierali tylko chłodne postawy słysząc czy to o czynach Morgotha czy Fëanora i synów, co sprawiło że Nimwen i Idhrenion mieli ochotę zniknąć.

- Przepraszam, ale muszę dokończyć pracę nad wierszem – zaczął Vanyar a Nimwen poczęła szybko wymyślać wymówkę.

- Porozmawiamy potem o twoich strofach, ale musimy dokończyć wino – powiedziała Varda.

- Idhrenion na pewno wspaniałe wiersze na twą część – Nimwen odetchnęła słysząc bardziej normalny głos Manwëgo – nie traćmy więcej czasu na przeklętych buntowników, dość już nam napsuli kolacji. Fëanor zapłaci jak ze zbrodnie.

- W jaki sposób? – zapytała Nimwen.

- Czekałem aż zadasz pytanie – uśmiechnął się do elfki – trafi do specjalnej celi w Halach Mandosa, gdzie przez wieki będzie oglądał los na jaki skazał swych synów i innych, do końca świata oglądając każdą z klęsk- kontynuował z pozbawionym wesołości uśmiechem – o widzę, że masz pusty kielich, niedobrze to o mnie świadczy.

Nimwen zbladła, a ów uśmiech wywoływał lodowate ciarki na plecach. Nadpiła wino, zmuszając samą siebie do wypicia aromatycznego, rubinowego napoju. Zastanawiała się też kto i w jaki sposób powinien powiadomić Finarfina o śmierci brata, bo przecież Fëanor był mu bratem!. Nie chciała tego czynić samodzielnie, czując, że równie straszne wieści winny zostać przyniesione przez przyjazną duszę. Nie lubiła Finarfina, lecz winien wiedzieć i wieści winne zostać przekazana łagodnie. Słowne potyczki i animozje to jedno, lecz tragedia to co innego.

Z perspektywy czasu nawet nie pamiętała jak do tego doszło. Zapewne znowu toczyli na temat nastrojów panujących w Tirionie. Noldowie z tego pięknego miasta pragnęli władcy, który otoczył by ich opieką i był niczym ojciec narodu, ktoś jak Olwë dla Telerich, podczas gdy Finarfin nazbyt mocno pragnął im przypomnieć o Finwëm nie rozumiejąc w porę, że odejście za Fëanorem na Formenos niektórzy potraktowali jako porzucenie. Królewscy doradcy mu to wyjaśnili a on pojął jak nierozważnie wygłaszał płomienne mowy na cześć ojca, tylko drapiąc zbolałe serce swego ludu. Dlatego ku komu innemu zwrócili uwagę. W chwili złości winił za wszystko Nimwen, ale w chwili opamiętania rozumiał, że Stronnictwo po prostu wykorzystało okazję którą on sam dla nich stworzył.

- Pani Nimwen ma wielką wiedzę i wyczucie – mawiał jego najbliższy towarzysz, Aradan – wiem, że często mówi w sposób trudny do zniesienia, ale…

- Wiem – skinął głową Finarfin – po prostu ona mnie wybitnie drażni, jak prawie mało kto. Ma wiedzę, ale ..

- Twoja niechęć jest przesadna panie.

Finarfin po cichu przyznawał rację, ale tego nie powiedziałby nawet przy wiernym towarzyszu. Nie był głupcem, ale po prostu bardzo dumnym elfem. Dlatego pewnie z Nimwen skakali sobie do gardeł, docinając przy każdej okazji. Kto wie, może w innych okolicznościach i bez całego bagażu zdołali by znaleźć porozumienie, a może i zostali przyjaciółmi?

Spóźnił się na jedno z regularnych spotkań z Nimwen i Mahtanem. Nie zrobił tego specjalnie czy ze złości, ale po prostu nieco zmarudził przy poprzedniej czynności. Wybrał się w towarzystwie dworzan za miasto, by nieco odpocząć od codziennych obowiązków. Jechał konno nie chcąc myśleć o tym, że żona nie chce z nim rozmawiać i obwinia o wszystkie nieszczęścia. Z kolei spóźnienie spowodowało rzecz jasna pretensje. Aradan prawie zawsze mu towarzyszył, nieco łagodząc napiętą atmosferę i tonując spory. Podobnie czynił Mahtan, którego zdanie Nimwen ceniła.

- Jesteś spóźniony królu Finarfinie – powitała go oschle – my zaś nie mamy całego dnia wolnego czasu.

- Oczywiście, Uczennica Manwëgo ma wiele zajęć i tyle czasu spędza na miejskich targach, że brakuje jej czasu dla swego króla! – Syknął zaczepnie.

- Gdyby król Noldorów zszedł ze swego tronu i wyszedł z pałacu wiedział by, czego potrzebują elfowie – nie pozostała dłużna.

- Może przejdziemy do ustaleń – Mahtan nie zamierzał dopuścić do kolejnej kłótni między nimi.

- Oczywiście, bo to mnie Valarowie zmusili do błagania na kolanach o łaskę i narzucili kowala oraz córkę rzemieślnika jako osoby, z którymi muszę się konsultować. Jestem wielce rad!

Aradan dawał znak swemu panu by zamilkł i nie kontynuował rozmowy, która niewątpliwie doprowadzi do kłótni. To był naprawdę okropny dzień, kiedy wszystko szło nie tak. Finarfin był spokojny i mądry, lecz obecność Nimwen po prostu działała na niego fatalnie, a skrajna irytacja nieraz prowadziła do nierozważnych uwag. W gniewie często mówi się złe rzeczy, których potem żałuje. Wedle świadków tych dwoje łączyła jakaś niezdrowa relacja, niezdrowego napięcia, które można by rozładować być może aktem namiętności. Podobno miłość i nienawiść stanowiły dwie strony jednej monety, a tych dwoje reagowało na siebie w sposób wysoce podejrzany. A poza tym ostatnie czasy naprawdę nie były dobre dla Noldorów.

- Przynajmniej jesteś cały i zdrowy królu – syknęła – i nic ci nie grozi w pięknej, spokojnej krainie. Ci co poszli na wygnanie za Fëanorem nie mieli tyle szczęścia. Nie cierpisz strachu, głodu, zwątpienia ni rozpaczy i nie grozi ci nic gorszego niż moje towarzystwo. Ale wyraźna kuratela to boli?

- A żebyś wiedziała Nimwen – odparł – a ty pani, nie pozwalasz zapomnieć jak Valarowie zwątpili w moje umiejętności i prawo do tronu, który należał do mnie z racji urodzenia! – podniósł głos.

-Objąłeś tron Noldorów mój panie, bo Valarowie postanowili pozwolić nam byśmy rządzili się wedle własnych praw, nie narzucając niczego siłą – przypomniała.

- Valarowie mi nie pozwalają zapomnieć i ich wysłannicy – odparł jadowicie..

- Tak ci źle? Protestujesz przeciwko sprawiedliwemu i miłosiernemu wyrokowi mego Pana? Czy masz choćby pojęcie jak cierpią ci, co uwierzyli w słowa Fëanora o wolności i królestwach czekających na elfów? Ktoś już na nich czekał, ktoś kto nienawidził naszej rasy przez niezliczone wieki. On.. Czarny Władca bezlitośnie morduje i torturuje elfów. Fëanor, główny prowokator nie żyje. Nie zaznał nawet odprysku bólu, na jaki skazał swoją rodzinę i lud. Czy wiesz królu, że twój bratanek Maedhros zaginął? W bitwie w której zginął Fëanor, padali wszyscy: wysoko urodzeni i prości żołnierz! Ale co znaczy śmierć i tortury w porównaniu ze zranioną dumą - syknęła, nim zrozumiała, że powiedziała za dużo.

Blada twarz Finarfina przywróciła ją do rzeczywistości. Przygryzła wargę, zawstydzona wybuchem. Nawet nielubiany elf nie zasługiwał by w podobny sposób słuchać o losie krewniaków, nawet jeśli ich relacje nie należało do najlepszych. Król wydawał się zaszokowany jej słowami i zapomniał całkowicie o wcześniejszych pretensjach. Okrutne tortury czy śmierć to było coś niewyobrażalnego i szybko zrozumiał jak dziecinnie brzmią wygłaszane przez niego szalone pretensje.

Nimwen wybąkała przeprosiny za swoje nieodpowiedzialne zachowanie oraz okrutne słowa. „Nie powinnam była mówić w ten sposób, Fëanor umarł bardzo dzielnie z rąk samego Czarnego Władcy. Niech Eru się zlituje nad pozostałymi Noldorami". Nic nie powiedział na jej słowa i nawet jeden mięsień na twarzy nie zadrgał po owych przeprosinach. Po prostu zamilkł słysząc o owej tragedii. Kiedy szepnęła raz jeszcze jak bardzo żałuje mało delikatnego przedstawienia sprawy i współczująco dotknęła ramienia, ale on odrzucił ów gest i wyszedł z pokoju pobladły.

Mahtan i Aradan wymienili zatroskane spojrzenia. Doszło do jeszcze gorszej awantury niż zwykle, czy kiedykolwiek zapanuje między nimi zgoda? Chyba to nie było możliwe. Nimwen spojrzała na niego raz jeszcze, po czym wyszła szybkim krokiem z komnaty. Nie odwróciła się ani razu za siebie, jedynie witając uprzejmie podsłuchujących dworzan i pokojowe, nie chcąc wyładować złości na przypadkowych osobach. Kłótnie elfki z Finarfinem stanowiły nieskończone źródło plotek.

- Tak mi przykro panie – powiedział Aradan – to straszne!

- Czułem że działo się źle, czułem – szepnął Finarfin – i też ze wszystkich osób to ona musiała mi powiedzieć! Ta kobieta uwielbia mnie dręczyć.

- Nie powinna była wykrzyczeć tego w gniewie – skinął głową – lecz i ty panie nie powinieneś odrzucać jej gestu współczucia, przeprosiła za swe słowa.

- Wiem, ja jej po prostu nie cierpię, a ona mnie! – krzyknął Finarfin – dlaczego Manwë postanowił jednym wyrokiem dręczyć nas oboje? Rozumiem karę dla mnie, ale co ona mu zrobiła że ją zmusza do spotkań ze mną?

Nimwen wróciła czując się źle. Nie powinna była wykrzyczeć podobnych słów w złości. Wyraźny smutek oraz zawód w oczach mentora zabolał bardziej niż jakiekolwiek wyrzuty sumienia. Nie krzyczał, nie podnosił głosu, ni nie zrobił niczego gwałtownego, a mimo to powietrze ścinał lód. Chyba by wolała podobne zachowania, od owej zimnej irytacji. Mocniej zacisnęła dłonie na rękawie swej szaty i słuchała. Nawet nie śmiała podejść bliżej.

- Powinnaś bardziej panować nad emocjami i słowami. Winniśmy dawać przykład spokoju i uprzejmości nawet wobec osób nam niemiłych – tłumaczył.

- To trudne – szepnęła.

- Wiem Nimwen, ale musisz podołać temu zadaniu. Tobie stawiam znacznie wyższe wymagania moje dziecko. Mam świadomość jak bardzo cię drażni swoimi kąśliwymi uwagami na temat bliskich, lecz odpowiadając na prowokacje sugerujesz, że naprawdę tak zwane wysokie urodzenie znaczy więcej niż praca i talenty.

- To nie tak – zapewniła – zostałam nauczona cenić te właśnie cechy, ale jego kąśliwe uwagi bolą.

- Wiem, lecz nie myśl tyle o nim. Nie zapominaj co naprawdę ma znaczenie.

Pożegnał ją chłodniej niż zwykle i odszedł szybkim krokiem, na znak swej dezaprobaty. Zrozumiała przesłanie i podjęła mocne postanowienie by częściej milczeć w towarzystwie króla Finarfina. Nie powinna dać się aż tak opanować irytacji, bo czyż nie przyznawała w ten sposób racji? Miewała już wcześniej rzecz jasna wątpliwości, ale naprawdę potrzebowała potrząśnięcia by to zrozumieć.

Następnego dnia było już lepiej, lecz zrozumiała przesłanie. Dlatego pewnie podczas kolejnego spotkania z Finarfinem milczała a i król milczał, oboje bowiem pozwolili swoim emocjom ponieść się zdecydowanie za bardzo. Elf przywitał ja uprzejmie, chociaż jak zwykle chłodno i oboje próbowali opanować własne emocje i charaktery. Także Finarfin wiele myślał tej nocy i zrozumiał, dzięki Aradanowi, szansę na poznanie losu swoich dzieci. Jeśli musi prosić o pomoc tę kobietę, tak uczyni. Kilka razy nawet uderzył się ze złości pięścią w czoło, że nie dostrzegł wcześniej oczywistej prawdy.

Uczennica Manwëgo, nie ważne czy z rodziny królewskiej czy rzemieślniczej, ale należy do domowników Valara, o którym mówiono powszechnie, że sięga wzrokiem najdalszych krain. Na pewno znajdzie sposób by jakoś zapytać o swoich pobratymców na wygnaniu, przecież coś tam musi robić, nie tylko przebierać w piękne suknie. Musi ją tylko przekonać by zechciała pomóc, a miał już ku temu plan. Duma dumą, ale chodzi o dzieci!

- Niepotrzebnie cię prowokowałem pani, i … wbrew pozorom nie gardzę rzemieślnikami- nic bliższego przeprosinom nie wyszło z jego ust, a ona tylko skinęła głową.

- I ja nie powinnam tak krzyczeć królu Finarfinie, ja … znasz moje zdanie na temat twego ojca i Fëanora, ale on umarł szybką śmiercią. Lecz twoi bratankowie..

- Pani – zapytał błagalnie – nie wiem jak, ale możesz widzieć co się dzieje daleko stąd. Czy, czy mogłabyś dojrzeć co z Noldorami, to twoi pobratymcy. Nikt inny nie może pomóc mi dostrzec co z moimi dziećmi, a ja wciąż drżę z niepokoju.

- Rozumiem – powiedziała powoli – lękam się, że to będą straszne wieści, bo on, Czarny Władca, nienawidzi elfów z całego serca – ostrzegała.

- Lepsze straszne wieści niż niepewność – wyjaśnił – proszę jak elf elfa.

- W porządku, wysłucham jak elf elfa. Ale … być może wieści będą za przerażające.

- Dziękuję i .. oboje jesteśmy Noldorami, zawrzyjmy rozejm. Nie musimy być przyjaciółmi, ale powinniśmy przynajmniej zachować się spokojnie.

- Niech tak będzie .. królu Finarfinie. Nie kocham twego rodu, bo nas zawiódł, ale nie jesteśmy wrogami. Noldorowie muszą odbudować swoje życie, musimy żyć dalej pomimo tego, że tak wielu z nas odeszło. Wbrew temu co sądzisz moim zadaniem jest pomóc. Zawrzyjmy rozejm.

- Twój Pan chciał mnie ukarać za czyny brata i bratanków a także próbę odejścia za Fëanorem. W jego oczach pewnie jestem buntownikiem, co sieje zamęt w jego krainie co w jakiś sensie rozumiem – wyznał Finarfin – Nie rozumiem tylko czemu ukarał ciebie Nimwen tym wyrokiem.

- To nie kara, ale konsekwencja – wyjaśniła kobieta czując się dziwnie w tej rozmowie - zaczęłam rozmawiać z Noldorami i działam z Mahtanem w Stronnictwie, nie ma już powrotu do czasów młodzieńczej niewinności dla nikogo. Fëanor uczynił coś strasznego, chociaż nie wiem na ile miał świadomość konsekwencji. Tu nie chodziło o to, że chciał odejść, ale że zabijał i krzywdził niewinnych. Przelał krew na uświęconej ziemi i kto wie ile jeszcze przeleje. Oby Eru dał mądrość Fingolfinowi.

- Oby i jeszcze jedno – powiedział nim odeszła – mój brat zwykł zapraszać ciebie pani i Mahtana na przyjęcia i wypady za miasto myślę, że… warto kontynuować tę tradycję.

- Dziękuję – odparła – i do naszego następnego spotkania.

Patrzył za odchodzącą kobietą. Ich rozmowa przebiegała może w sztywnej i wymuszonej atmosferze, ale zachowali wszelkie zasady kultury i dobre maniery. Na nic więcej nie mogli liczyć, zaś zaproszenie z pewnością pomoże w poprawie relacji. Aradan słusznie prawił, że Noldorka nie jest jego wrogiem. Musiał odzyskać względy żony i teścia zaś otwarta wojna ze Stronnictwem mu nie pomoże. Mógł zgrzytać zębami, ale wedle uczonych w czasie bezkrólewia mieli prawo podejmować decyzję i w imieniu Noldorów słać pomoc do Telerich, ratując tym samym jego lud przed ostracyzmem. Miał i bez niej dostatecznie wielu wrogów w Łabędzim Pałacu.

Wiedział o Nesseldë, Uczennicy Irma i Aerionie, pobierającym nauki u Estë, którzy nawet nie kryli niechęci, a wręcz nienawiści, do książąt Noldorów. Z tego co mówił Aradan, stracili bliskich w czasie bratobójstwa i podobnie jak wielu rodaków pałali żądzą zemsty. On do nich nie dotrze, ale Nimwen może.. potrzebuje wsparcia kobiety, czy tego chce czy nie.

Xxxxx

Podczas jednego z Festiwali Finarfin i Nimwen postanowili dać wyraz swej zgodzie. Uzgodnili to wcześniej listownie, oboje świadomi, że to doskonała okazja, kiedy zgromadzeni będą wszyscy mieszkańcy. Noldorowie muszą stanowić publicznie jedność, jeśli mają odbudować swoje relacje z Teleri.

Nimwen stała sztywno na swoim miejscu. Już jak co roku nosiła szaty i klejnoty księżniczki, zaś Idhrenion księcia. Inni Uczniowie także nosili kunsztowne stroje, wyraźnie odróżniając się od innych elfów. To już zostało nową tradycją, tak samo jak to, że Valarowie, w lśniących szatach i koronach, zasiadali wyłącznie podczas formalnej części. Nimwen przestępowała z nogi na nogę, nieco zmęczona długim staniem.

Podchwyciła spojrzenie Finarfina, mającego najwyraźniej dość słuchania przemów. Tamtego dnia miała wrażenie jakby czekała dłużej niż zwykle czekała na pierwsze tańce. Zwykle nie brała udziału w tej części zabawy, nie odkąd została Uczennicą. Teraz jednak podszedł do niej Finarfin i poprosił by do niego dołączyła w świętowaniu.

Ich taniec wywołał wielkie zaskoczenie. Widziała jednak zaskoczone i pełne złości spojrzenie Nesseldë. Czeka ją nieprzyjemna rozmowa, bowiem najwyraźniej zakopanie jednego topora wojennego powoduje nowe spory. Sama Nesseldë wciąż głęboko przeżyła żałobę po swej rodzinie, wciąż nosząc ciemne szaty, ale nie zrezygnowała ze swej pracy uzdrowiciela. Nie mogła porzucić potrzebujących z powodu swego bólu, ni ukryć w domu. Teraz patrzyła na Nimwen jak na zdrajczynię, zdecydowanie zamierzając wyżyć na niej.

Z czasem król Finarfin musiał przyznać, że Nimwen potrafiła udzielać cennych wskazówek gdy chodziło o historię, ale także sprawy bieżące. Mieszkając w pałacu na szczycie Taninquentilu wiedziała całkiem sporo a poza tym umiała ubierać słowa w ładne zdania i niewątpliwie wkładała wiele starania w swoją pracę. Przyznał w duchu, że poważnie traktuje swe obowiązki, a czegokolwiek uczył ją Manwë niewątpliwie obejmowało szkolenie polityczne. Momentami nawet za to dziękował, bowiem kobieta bywała pożyteczna.

Xxxxx

Nimwen, niejako uporawszy się z problemami w relacjach z Finarfinem, musiała stawić czoło Nesseldë. Teleri nie zareagowała dobrze na ocieplenie relacji z kimś, kogo uważała za współwinnego tragedii swojej i swego ludu. Nie zamierzała wybaczać nikomu związanemu z nieszczęściem i raz po raz powtarzała królowi Olwëmu by nie zapomniał. Dlatego pewnie potraktowała ugodę zawartą przez Nimwen nieomal jako zdradę. Teleri byli wściekli na Noldorów i nic nie wskazywało by złość miała im kiedykolwiek przejść.

Nimwen nie chciała dłużej ciągnąć sporów, zaś odkąd Finarfin zaczął ją traktować w sposób uprzejmy, nie rozumiała dlaczego ma odpowiadać nieuprzejmością. Poza tym, poza tym oboje byli Noldorami a ich lud już dość stracił z powodu knowań Morgotha i wyborów Fëanora. Idhrenion, Calathiel, Nesseldë oraz Aerion zadbali by Vanyarowie i Teleri usłyszeli, że królewski syn w ostrych słowach odrzucił prośbę Yavanny, nie chcąc nawet słyszeć o oddaniu cennych Klejnotów. Nimwen zaś zaczęła łagodzić plotki, chcąc wesprzeć Finarfina, gdyż byli Noldorami, a ona zaczęła w którymś momencie mu nawet współczuć. Stracił ojca znacznie wcześniej niż tamten został zamordowany, bowiem obecnie otwarcie mówiono, że Finwë wyrzekł się żony, dzieci i ludu. Ingwë długo czekał na okazję odgryzienia się za lata docinek i teraz rozgrywał polityczną grę, mając jako wsparcie Idhreniona, Calathiel i innych Vanyarów. Nawet niezbyt lubiący go Calanon przyłączył się do politycznej akcji. Mahtan, chcąc odsunąć wszelkie złe emocje od Nerdaneli, przyłączył do chóru potępienia. Wspominał, że zięć chodziło do niego po nauki, niedwuznacznie wspominając, że ten chłonął pomysły innych by potem zabierać im należną chwałę. Nimwen była momentami zmęczona awanturami.

Siedziała na sofie usiłując zebrać myśli. Naprawdę pragnęła nauczać o historii i prawach, kiedy została Uczennicą, nie mając ambicji politycznych. Kiedy Mahtan poprosił o pomoc, pragnęła po prostu przekazała słowa uspokojenia, nawet nie zauważając gdy ojciec i brat zaczęli intensywnie budować pozycję polityczną. Nie przeszkadzało jej to, wierzyła bowiem, że to nic poważnego, że tylko ojciec zacznie spotykać przyjaciół bo przecież mają Ród Finwëgo by nimi kierował. Teraz jednak, kiedy postanowiła zakopać topór wojenny z Finarfinem wykopała inny.

Nesseldë nie pozostawiała wątpliwości, że nie zmieni zdania. Jako praktycznie dama dworu u Olwëgo, przy każdej okazji powtarzała historię o rozmowie Valarów z Fëanorem w Kręgu Przeznaczenia, podkreślając jak elf odmówił, nawet świadom konsekwencji. Pragnęła by nikt nigdy nie zapomniał co uczynili książęta Noldorów, oskarżając Finarfina i Fingolfina o „bierne mordowanie".

Olwë słuchał jej uważnie i kiwał głową. Wielu Telerich słuchało i uważało podobnie. Zranieni pragnęli pomsty, a przynajmniej kogoś by zrzucić nań winę. Królewska rodzina Noldorów idealnie się do tego nadawała. Tak też powtarzali Vanyarowie, na czele z Ingwëm. Olwëgo nigdy nie łączyła przyjaźń z Najwyższym Królem, ale też nie byli wrogami. Teraz zaś zostali sojusznikami w potępianiu czynów Noldorów. Finarfina nie atakowali wprost, ale jego najbliższych już tak.

- Jak możesz popierać Finarfina po tym … ty tym jak cię traktował – zapytała Nesseldë wyraźnie zła.

- Nie chciałam cię urazić przyjaciółko – zapewniła elfka – ale my, Noldorowie potrzebujmy odbudować naszą przyszłość, nie zaś toczyć wewnętrzne spory.

- Mądre słowa – wtrącił Olwë – gardzę książętami Noldorów – zapewnił patrząc na jasnowłosą kobietę – ale zwykli mieszkańcy Tirionu, ci co teraz żyją i pracują nie są niczemu winni, polityczna zawierucha im nie pomoże.

- Ktoś winien kontrolować syna Finwëgo – zauważyła Nesseldë.

Dlatego pewnie Nimwen nie mogła spać i spędziła noc spacerując po komnacie, by wreszcie zasiąść na sofie. Nesseldë, podobnie jak rodziny innych zamordowanych, szukała sensownego wyjaśnienia wszystkiego co zaszło w Alqualondë, potrzebowali mieć winnych i żądali kary. Nimwen to rozumiała, ale zaczynała patrzeć na Finarfina także jak na kogoś kto wiele stracił: ojciec został zamordowany, dzieci i bracia odeszli, żona nie chce go znać. Uważała za właściwie by poniósł konsekwencje swoich czynów, ale nie płacił za cudze zbrodnie, to by było niesprawiedliwe.

Postanowiła porozmawiać z Nesseldë na neutralnym terenie, w osadzie Vanyarów. To nie był dom żadnej z nich, ani miejsce powiązane z bratobójstwem. Elfka przyjęła zaproszenie, co Nimwen przyjęła z ulgą. Vanyarowie na przyjmą ze zrozumieniem jedną z Teleri, a Uczennicę Irma wręcz z entuzjazmem.

- Mam nadzieję, że długo nie czekałaś, starałam się przybyć na czas- zaczęła Nimwen, widząc sylwetkę kobiety o srebrnych włosach.

- Nie, przyszłam wcześniej, chcąc popytać o sztuki medytacji.

- Powinnaś spróbować – poradziła Nimwen – to nie rozwiąże problemu, ale nie zaszkodzi. Rozumiem co przechodzisz, ale zakończenie sporu jest dobre dla mego ludu.

- Wiem – zapewniła Nesseldë – zrozumiałam to po długiej rozmowie i przemyśleniach. Zachowamy nasze poglądy, ale będziemy się wspierać.

Pomimo owych deklaracji, Teleri miała żal. Nie mówiła nic przeciwko ani jej, ni Stronnictwu lecz w ich relacji wyczuwała chłód. Nimwen czuła się zagubiona, ale szczęśliwa, że przynajmniej mentor nie zamierzał żywić do niej pretensji. Wyraźnie chwalił załatwienie sprawy z Finarfinem, co upewniało ją w słuszności decyzji. Skoro muszą ze sobą przebywać i współpracować, przynajmniej mogą uczynić koegzystencję znacznie łatwiejszą.

- Czy to zawsze takie trudne? – zapytała któregoś dnia gdy spacerowali po tarasie.

- Tak – odpowiedział po chwili – Kompromisy … nigdy nie są łatwe, ani zadowalające.

- Nie lubię Finarfina, ani on mnie, ale kłócąc się do niczego nie dojdziemy.

- Nie ufam nikomu z rodu Finwëgo dowiedli bowiem, że nie szanują zasad panujących w moim kraju. Nigdy nie chciałem ingerować aż tak głęboko w sprawy elfów, lecz Fëanor mnie zmusił. Szanuję wolność każdej żywej istoty, ale nie jeśli oznacza ona wprowadzanie chaosu.

Nimwen skinęła głową patrząc uważnie na swego mentora. Podziwiała jego mądrość i oddanie obowiązkom, ale w takich chwilach wyczuwała też zmęczenie. Odczuwał ciężar swych obowiązków i nie ukrywał, że pragnął po prostu pokoju i harmonii, ale były to ciężkie zadania, wymagające trzymania spraw krótko i twardego rządzenia. Fëanor mówił wiele o tyranii Valarów, ale sam był znacznie gorszy bowiem nic go nie obchodziło.

Rozmawiała z Nesseldë na temat umiejętności im przekazanych. Chciała przekonać elfkę, by wędrując przez sny i wizje, dostrzegła to, co ona dzięki Orłom Manwëgo: ci, co poszli na wygnanie skazali siebie na nieszczęścia znacznie większe niż cokolwiek, co mogło być ich karą w Amanie. Valarowie przysięgli im nie pomagać i teraz tamci zostali zostawieni na łaskę Czarnego Władcy. Pragnęła, by Teleri zobaczyła, że sprawiedliwa kara ich dosięgła a ofiary mogą żyć dalej.

- To niesprawiedliwe, że Fëanor umarł tak szybko i bezboleśnie, zamiast cierpieć za swe zbrodnie.

Razem obserwowały trudne losy wygnanych, jedna przez sny ma druga poprzez Wielkie Orły. Przekazywała też informacje Finarfinowi, który chociaż czynił ogromne wysiłki by ukryć swe emocje, był wielce poruszony i zmartwiony. Okazywała mu współćzucie, a on nie odrzucał drobnych gestów. Ich relacje uległy poprawie, a i Nesseldë dała się chyba w końcu przekonać, że ci, co poszli za Fëanorem cierpią dość na wygnaniu i sprawiedliwość ich dosięgła.

Te wieści Teleri przekazywała potem Olwëmu, który ponuro kiwał głową. Król uważał za właściwe by oprawcy jego ludu cierpieli, co przekazywał swoim poddanym, których nazywał podopiecznymi. Co tydzień wygłaszał mowy na miejskim rynku, informując mieszkańców o losach wygnanych Noldorów, ale też bardziej bieżących sprawach. Wieści o śmierci Fëanora zostały przyjęte pomrukiem niezadowolenia, że prowodyr i buntownik umarł szybko, nim owoce jego działań dojrzały. Poczucie złości nieco złagodziły słowa o uwięzieniu Maedhrosa, ale większość Telerich marzyła by wszyscy książęta Noldorów cierpieli za swe zbrodnie.