Nauczycielka transmutacji, Minerwa McGonagall, znów zmieniła się w ludzką postać, ale brakowało jej standardowej radości z możliwości pochwalenia się przemianą animagiczną. Była pedagogiem zbyt długo, by umknęła jej ponura atmosfera w klasie trzeciorocznych Gryfonów oraz ukradkowe spojrzenia, posyłane przez uczniów na koniec sali, gdzie siedział nienaturalnie przygaszony Harry Potter.

- Może mi powiecie, co w was dzisiaj wstąpiło? Nie mówię, że mi na tym zależy, ale po raz pierwszy moja transmutacja nie wywołała oklasków. – rzekła, mając nadzieję na rozluźnienie atmosfery, ale większość uczniów po prostu skuliła się w sobie lub odwróciła, by spojrzeć na Pottera. Jedynie panna Granger znalazła w sobie tyle gryfońskiej odwagi, by przyznać, że właśnie wrócili w pierwszej w tym roku lekcji wróżbiarstwa.

- Ach, już rozumiem – powiedziała Minerwa, marszcząc czoło. - Nie musisz nic więcej mówić, Granger. To kto ma umrzeć w tym roku?

Wszyscy spojrzeli na nią ze zdumieniem. Minerwa zachowała kamienny wyraz twarzy – w końcu co roku powtarzała się ta sama historia, bez względu na to, ile razy interweniowała u Albusa w tej sprawie.

- Ja. – odezwał się Harry z końca klasy.

Tym razem obok irytacji Minerwa poczuła gniew. Sybilla była zupełnie niepoważna, by w obliczu tego wszystkiego, co przechodził syn Jamesa i Lily, dokładać mu więcej trosk i zmartwień.

- Rozumiem. – Minerwa utkwiła spojrzenie w chłopcu. - Powinieneś więc wiedzieć, Potter, że Sybilla Trelawney co roku przepowiada śmierć któregoś z uczniów. Jak dotąd żaden jeszcze nie umarł. Straszenie omenem śmierci to jej ulubiony sposób witania się z nową klasą. Gdyby nie to, że nigdy nie wyrażam się źle o moich kolegach...

Urwała, oddychając powoli, by zachować kontrolę i nie wypowiedzieć o jedno słowo za dużo. Nie znosiła Sybilli od chwili gdy rzekoma jasnowidzka znalazła się w zamku i rzadko w jej obecności Minerwa była w stanie trzymać swój szkocki temperament na wodzy. Niemniej jednak wewnętrzny konflikt między nią a nauczycielką wróżbiarstwa nie powinien dotykać uczniów.

- Wróżbiarstwo jest jedną z najmniej ścisłych dziedzin magii - powiedziała po chwili, już bardziej spokojnym tonem. Mimowolnie przypomniała sobie własną pierwszą lekcję tego przedmiotu, z profesor Vatblasky. Jej przynajmniej nie można było odmówić daru jasnowidzenia i nie straszyła ona uczniów. - Nie będę przed wami ukrywała, że do wróżenia z fusów odnoszę się dość sceptycznie. Prawdziwi jasnowidze rzadko się zdarzają, a profesor Trelawney...

Znów przerwała swoją wypowiedź. Nie powinna podważać autorytetu koleżanki – byłaby wściekła, gdyby któryś z nauczycieli wyrażał się w podobnym tonie o niej. Z drugiej jednak strony, to, że żaden z nich nie śmiał jej skrytykować, z czegoś się brało.

- Wyglądasz bardzo zdrowo, Potter, więc wybacz mi, ale nie zwolnię cię z obowiązku odrobienia pracy domowej. Chyba żebyś umarł, wtedy możesz śmiało czuć się zwolniony. – rzekła, a Hermiona Granger wybuchła śmiechem. Harry chyba poczuł się lepiej, bo spojrzał na nią z wdzięcznością, a na jego twarz powróciły kolory.

Reszta dnia minęła Minerwie bardzo szybko. Do momentu, gdy w jej gabinecie pojawił się Severus z krzywą miną. Pracowali już razem ponad dekadę, więc Minerwa szybko zrozumiała, że sprawa jest poważna, skoro opiekun Slytherinu zjawił się u niej osobiście , przełamując swoją niechęć do niej i wszystkiego co gryfońskie.

- W czym mogę pomóc, Severusie? – spytała, odkładając na bok pióro, którym wypisywała notatki na kolejny dzień.

- Draco Malfoy został zaatakowany przez hipogryfa na lekcji opieki nad magicznymi stworzeniami. – odpowiedział bezpośrednio nauczyciel eliksirów, ignorując krzesło, które mu wskazała.

Minerwa otworzyła usta, ale potem zacisnęła je z mocą. Miała zbyt wiele zajęć, by przyjść obserwować pierwszą lekcję Hagrida. Gdyby jednak tam była… gdyby chociaż zainteresowała się trochę z pewnością zestresowanym półolbrzymem, może nie doszło by do tego. Odradziłaby mu przecież przyprowadzanie tak wielkich i stosunkowo niebezpiecznych stworzeń jak hipogryfy na pierwsze zajęcia.

- Jest ranny? – spytała jedynie, już przewidując larum, jakie podniesie Lucjusz, gdy się dowie o ataku na swojego syna.

- Powierzchownie . Ale domaga się kontaktu z ojcem i zawiadomienia dyrekcji. – odpowiedział Snape, wzdychając cicho. Minerwę to zdziwiło – była pewna, że jej dawny uczeń będzie cieszył się z kłopotów Hagrida.

- Rozmawiałeś z Hagridem? – spytała, przewidując odpowiedź.

- Nie. Powiadomisz dyrektora o zajściu? – Snape obrzucił ją krytycznym spojrzeniem.

Minerwa skrzywiła się – czasem naprawdę miała dość swojej roli – zbyt często przypadało jej bycie heroldem złych wieści.

- Oczywiście. Porozmawiam też z Hagridem. – rzekła, prostując się lekko na krześle.

Severus skinął głową i wyszedł, z lekkim szelestem szat. Minerwa odczekała chwilę, by jej oddech się uspokoił, a skrywane w kieszeniach ręce przestały lśnić. Potem wyszła z gabinetu i skierowała się do głównych drzwi.

Już na błoniach do jej uszu dotarło przeraźliwe zawodzenie Kła. Minerwa zadrżała – nie przepadała za psami, choć akurat psi przyjaciel Hagrida nigdy jej nie niepokoił, nawet w jej kociej formie.

Energicznie zastukała do drzwi chatki.

- Już, cholibka, idę! – głos Hagrida był jakby zduszony.

Minerwa mogła sama otworzyć drzwi, ale postanowiła zaczekać. Wreszcie zobaczyła pośpiesznie wytartą, lecz nadal zapuchniętą twarz Hagrida.

- Pani psor! – Hagrid cofnął się. Minerwie nie umknęło przerażenie na jego twarzy i tytuł, którym się posłużył.

- Witaj, Rubeusie. – powiedziała i przycupnęła na jednym z topornych krzeseł.

- Herbaty? – mruknął półolbrzym. Pokręciła głową.

- Nie, przyszłam tu w związku z incydentem, do którego doszło na twojej lekcji z trzeciorocznymi. – rzekła, starając się, by jej głos nie brzmiał szorstko.

- Pani profesor! Ja się starałem, ja tylko chciałem, żeby moje lekcje były interesujące, cholibka, czy ja już mam się pakować czy będę mógł zostać jako gajowy? – wypalił to jednym tchem Hagrid, a na jego policzkach pojawiły się łzy.

Minerwa uniosła brwi:

- O czym ty mówisz?

- No przecież to było od początku wiadome, ja nie powinienem uczyć tych dzieciaków. Byłem głupi, bo myślałem, że sobie poradzę… - rozkleił się Hagrid.

Nauczycielka transmutacji podała mu kraciastą chustkę do nosa i powiedziała:

- Pleciesz bzdury. Osobiście popierałam pomysł Albusa, by cię zatrudnić i moje zdanie pozostaje takie samo w tej kwestii – idealnie nadajesz się na tę posadę i na niej pozostaniesz. Niemniej jednak jako zastępczyni dyrektora muszę cię poprosić, byś lepiej rozplanował swoje zajęcia i był ostrożniejszy. Gumochłony byłby bardziej odpowiednie dla trzeciorocznych niż hipogryfy.

Hagrid hałaśliwie wydmuchał nos, a potem spojrzał na nią ze zdumieniem:

- Ale Malfoy… - zaczął.

- Ja i Albus poradzimy sobie z nim. Nie zamartwiaj się tym za dużo. – Minerwa bardzo starała się, by jej słowa niosły pociechę, ale Hagrid chyba zbyt mocno przejął się tą sprawą.

- Pani profesor… ja dziękuję… to zbyt wiele łaskawości dla mnie… kolejny kłopot.. – Hagrid mruczał żałośnie, co chwila pociągając nosem i z trudem powstrzymując łzy.

- Obiecaj mi jedynie, że będziesz ostrożniejszy i będziesz miał na oku wszystko wokół zamku. Albus nie ufa dementorom. – Minerwa zręcznie zmieniła temat.

- Boicie się, że Black zakradnie się do zamku? – Hagrid wytarł łzy w rękaw.

- Bardziej tego, że jacyś nieroztropni uczniowie postanowią wybrać się na spacer i spotkają strażników Azkabanu. – Minerwa utkwiła znaczące spojrzenie w oczach Hagrida. Półolbrzym lekko zmarszczył brwi, ale pokiwał głową.

- Obiecuję, pani profesor.

- Minerwo. – poprawiła go, wstając i wyciągając do niego dłoń.

- Minerwo. – rzekł nieśmiało Hagrid, prawie miażdżąc jej palce. Ona jednak dzielnie się uśmiechnęła i wyszła z jego chatki.

Musiała jeszcze poinformować Albusa, ale wiedziała, że będzie raczej zadowolony, że to ona zajęła się tym incydentem.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Minerwa szła energicznym krokiem przez zamkowe korytarze, niosąc na rękach kilkadziesiąt zwiniętych rulonów pergaminu. Jej obcasy postukiwały na kamiennej posadzce, a dźwięk ten niósł się głośnym echem po pustych przejściach. Trwała lekcja – sama Minerwa była zmuszona skończyć swoją wcześniej – jeden nieostrożny Puchon zamiast zamienić kolegę w borsuka, zamienił go w skunksa, a ten zareagował strachem i spowił jej klasę w oparach okropnego odoru. Musiała więc go odczarować i wypędzić resztę uczniów z klasy, oraz otworzyć wszystkie okna. Zdążyła się już przebrać i zabrać prace domowe do sprawdzenia, choć by była w stanie je sprawdzać, musiała zużyć na nie pół flakonu swoich ulubionych perfum. Żadne zaklęcia odświeżające nie działały na smród skunksa.

Kiedyś taka sytuacja może by ją bawiła, ale teraz, gdy musiała iść do pokoju nauczycielskiego, by sprawdzić te prace w znośnych warunkach, nie było jej do śmiechu. Westchnęła cicho – może powinna spędzać więcej czasu z Rolandą, by odzyskać nieco humoru?

Rozluźniła się lekko, widząc już drzwi do pokoju nauczycielskiego i strzegące je gargulce. Spodziewała się tam zobaczyć ewentualnie Severusa – reszta nauczycieli powinna mieć teraz lekcje. Podała hasło gargulcom i z pewną siebie miną weszła do środka.

I zamarła zdumiona.

Pokój nauczycielski pełen był uczniów – trzeciorocznych Gryfonów, co jej umysł zanotował błyskawicznie. Byli rozproszeni po całym pomieszczeniu – czarne plamy na tle pstrokatych, niepasujących mebli. Z jednej strony, przy jej ulubionym, szkarłatno-złotym fotelu stał Lupin, uśmiechając się lekko. Zupełnie przed nią, zwrócony do niej plecami był Longbottom, rozpoznała jego nieco przysadzistą sylwetkę. A twarzą do niego stała dziwna kreatura, którą Minerwa uznałaby za Severusa w koronkowej sukni, choć umysł podpowiadał jej, że to jest obraz nie do pogodzenia z rzeczywistością.

A potem dziwnie ubrany Severus uniósł głowę i spojrzał wprost na nią, ponad ramieniem Neville'a. Jego ciemne oczy zmieniły barwę na szarą.

I wtedy przeraźliwy, dobrze znany ból chwycił ją za serce. Pergaminy wypadły z jej rąk i posypały się po podłodze.

Sceneria pokoju nauczycielskiego zaczęła się zmieniać. Zrobiło się zupełnie ciemno, a całe pomieszczenie jakby się rozrosło. Oddechy zgromadzonych uczniów były widoczne w postaci mgiełki – temperatura spadła o kilkanaście stopni. Snape rozmył się, zamieniając się w szarość. Neville odskoczył na bok i ze zdumieniem spojrzał na Minerwę. Podobnie inni uczniowie, którzy teraz zdawali się stać na litej skale. Lupin otworzył szeroko oczy. Hermiona Granger odruchowo chwyciła Ronalda Weasley'a za rękę, a Harry Potter zadygotał. Nikt nie rozumiał, co właśnie się dzieje i gdzie się znaleźli – bo czy nadal byli w Hogwarcie?

Lecz Minerwa tego nie rejestrowała.

Jedyne co widziała, to kształtujący się powoli w oddali brzeg groty: ciemne sylwetki, coraz bardziej wyraźne, przyzywające ją do siebie. Ludzie, których twarze zaraz wynurzą się z cienia, ludzie, który za chwilę będą torturowani, a ich drgające konwulsjami ciała padną na ziemię. Wreszcie ludzie, który po wycieńczających i okrutnych mękach zostaną z zimną krwią zabici, a ich zwłoki przelecą przez krawędź skały w przepaść, gdzie na obrzydliwym stosie będą się rozkładać, zapomniane przez każdego.

Minerwa zrozumiała, że znów była w grocie. Znów była w centrum swojego koszmaru.

,,Ariana Theresa" – wyszeptał głos Albusa w jej głowie. To nie przestawało być przerażająco rzeczywiste.

- NIE! – czyjś krzyk dobiegł do niej jakby z oddali.

A potem ktoś z całej siły odepchnął ją na bok, tak, że upadła na jedno z biurek. Jej kości zaprotestowały w gwałtownym zderzeniu z twardym drewnem, ale nic sobie nie połamała. Jakimś cudem złapała równowagę i uniosła głowę.

Grota zniknęła, została po niej jedynie szara mgła i znajome ściany pokoju nauczycielskiego, a Minerwa zobaczyła wściekłego Albusa. Stał dokładnie tam, gdzie ona przed sekundą. Miał rozwianą brodę i zamglony gniewem wzrok.

To jednak błyskawicznie się zmieniło. Gniew został zastąpiony przez strach. Czysty, ludzki strach, który miało okazję niewielu widzieć na tym akurat obliczu. To skłoniło Minerwę do wychylenia się za jego ramię.

Szara mgła znów nabierała kształtu.

Minerwa doskonale rozpoznała dumną i tryskającą pewnością siebie sylwetkę mężczyzny. Piekielnie przystojnego, z wydatnymi ustami rozciągniętymi w triumfalnym uśmiechu.

Oto miała przed sobą zupełnie wyraźne wspomnienie Gellerta Grindelwalda.

Najpierw jej serce przeszyło ukłucie bólu – a więc nadal chodziło o Gellerta?

Lecz potem zobaczyła, że widmowy Gellert trzyma coś pomiędzy jedną dłonią a różdżką – coś, co na razie było wściekle miotającymi się obłokami mgły, wirującymi szaleńczo. Później zaś mgła na górze ściemniała, a ta na dole zaczęła formować ludzką sylwetkę.

Minerwa natychmiast pojęła, że widzi swoje pokryte bliznami, zupełnie patykowate i chorobliwie blade łydki.

Albus wyciągnął różdżkę z kieszeni i rzekł drżącym głosem:

- Riddi-kulus. – jego ręka zadygotała wyraźnie.

Rozległ się charakterystyczny trzask.

Na miejscu Grindelwalda Minerwa zobaczyła przystojną i rozpromienioną w zwycięskiej satysfakcji twarz Toma Riddle.

On też trzymał kogoś w ramionach.

Mgła pod jego lewą ręką zamieniła się w alabaster nagiego ciała.

I właśnie wtedy do Minerwy dotarła straszliwa świadomość, że jeśli ona to widzi, zgromadzeni tu przerażeni uczniowie również. Uczniowie, których ochrona właśnie przed urzeczywistnieniem się tych lęków była jej celem przez te wszystkie lata.

Wyszarpnęła różdżkę, stanęła za Albusem i zdążyła wykrzyczeć inkantację zaklęcia, zanim mgła zdążyła przybrać pełny kształt – jej kształt.

- RIDDIKULUS!

Mgliste postacie zamieniły się w ogromną szachową figurę królowej, która dygnęła przed Albusem i zniknęła z trzaskiem.

Zapadła cisza. Albus dyszał, jego klatka piersiowa unosiła się nienaturalnie szybko, a dłoń trzymająca różdżkę nadal drżała. Lupin omiótł pełnym niepokoju spojrzeniem uczniów, skupionych w grupkach, w które instynktownie się zbili.

Minerwa zwróciła się właśnie do niego:

- Zabierz ich stąd. – w jej głosie brzmiała czysta stal.

Uczniowie sami zrozumieli. Natychmiast rzucili się do drzwi, a Lupin wyszedł z nimi, zostawiając Minerwę samą z Albusem.

Umysł podsuwał Minerwie jedno wyjaśnienie: Albus najbardziej bał się jednej rzeczy - jej samej, a raczej niszczycielskiej mocy, jaką w sobie gromadziła.

On, który od dziesięcioleci był największym orędownikiem rozwijania jej potencjału. Tak naprawdę bał się jej, tak jak wszyscy inni. Tak jak jej starzy profesorowie, tak jak jej matka, tak jak jej koledzy i koleżanki, tak jak jej wrogowie na polu bitwy.

Położyła delikatnie dłoń na jego ramieniu. Nie strząsnął jej.

- Już dobrze. Jestem tu, pod twoją kontrolą. – wyszeptała uspokajającym tonem.

Albus nie odpowiedział.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Remus Lupin wcale nie był zdumiony, gdy Harry, Ron i Hermiona nie odeszli z innymi uczniami.

Rozumiał ich. Musieli mieć tysiące pytań, na które na pewno oczekiwali odpowiedzi. Obawiał się jedynie, że nie będzie im w stanie ich udzielić. W końcu sam niewiele z tego wszystkiego rozumiał.

Z drugiej jednak strony, czuł satysfakcję, że trio ufało mu na tyle, by podzielić się z nim swoimi wątpliwościami. Zaraz jednak zadowolenie zamieniło się w gorycz. Gdyby wiedzieli!

Nie mógł tak ich zostawić, z napiętymi, pełnymi wyczekiwania i żądnych wyjaśnień twarzami. Gestem pokazał im, by poszli za nim do jego gabinetu.

Gdy znalazł się już w swoim azylu, poczuł się nieco lepiej, choć miał ochotę zadrżeć na wspomnienie tamtego zimna, tamtego dziwnego uczucia. Usiadł w fotelu, a Gryfoni zajęli sofę naprzeciw. Przez chwilę panowała cisza.

- Co to było, profesorze? – pierwszy odezwał się Harry- Remus dobrze obstawiał, że syn Jamesa był najodważniejszy.

- Sam chciałbym wiedzieć. – odpowiedział szczerze, splatając palce.

- Ale czy to nadal był bogin, profesorze? One nie mają chyba takiej mocy by tworzyć tak rozbudowane iluzje. – zauważyła trzeźwo Hermiona. Remus zamyślił się.

- Zwykle nie, ale są specjalne przypadki. – rzekł enigmatycznie. Weasley prychnął z niecierpliwością, zatem Remus wyjaśnił:

- Jak wiecie, bogin przybiera postać tego, czego boi się osoba przed nim stojąca. To dość potężne magiczne stworzenie, ale nie kontrolujące w zasadzie swojej mocy. Byli w historii jednak magowie, którzy potrafili przeciwstawić się mocy bogina – na chwilę wyzbywali się strachu. To szalenie skomplikowane, tym bardziej, że na to bogin odpowiada natychmiastowo i instynktownie – wybierając dominującą emocję czy odczucie danego człowieka. To może być duma, radość, gniew. To może być ból. Następne bogin wyciska z tego odczucia jak najwięcej – jego celem jest oczywiście nadal obrona przed stojącym przed nim magiem. Jest przy tym tak zdesperowany, że jego moc gwałtownie wzrasta, a co za tym idzie, zdolność do kreowania iluzji.

- I to się właśnie wydarzyło? Jak to możliwe? Przecież choć profesor McGonagall to najodważniejsza kobieta jaką poznałem, to nie może być pozbawiona strachu. – Harry zmrużył oczy z niedowierzaniem.

Remus westchnął. Wiedział, że właśnie wkraczają na grząski grunt.

- Profesor McGonagall jest wybitnie utalentowaną czarownicą w magii umysłu- to dzięki temu dowiodła wielości natur patronusów czy animagów. Bogin w pokoju nauczycielskim musiał być jednak dla niej zaskoczeniem, mogła więc zareagować zupełnie intuicyjnie. – mówił, mimochodem przypominając sobie troskliwe, zielone oczy lwicy, pilnującej go podczas przemiany.

- Ale czym wobec tego była ta iluzja? Z czego się brała? Nagle miałem wrażenie, że znalazłem się w ogromnej jaskini, zimnej i wilgotnej. – odezwał się Ron.

- Tak, a na końcu tej groty bogin kształtował się w ludzkie sylwetki. – dodała Hermiona. Harry wyczekująco spojrzał na Remusa i wyszeptał:

- To był ból, prawda? To pan podejrzewa?

Wilkołak przełknął ślinę. Chłopak był zbyt podobny do Jamesa i Lily…

- Tak, Harry, takie jest moje przypuszczenie. Nie potrafię powiedzieć, co mogła symbolizować ta grota, ale wiem, że Minerwa przeżyła dużo więcej niż można by się spodziewać. Inaczej dyrektor nie wkroczyłby tak zdecydowanie. – wyznał. Hermiona zasłoniła dłonią usta, a Ron spojrzał na niego krzywo.

- Dlaczego profesor Dumbledore nie był w stanie pokonać tego bogina? – zapytał wprost Harry, wyrażając na głos to, co wszyscy widzieli. Remus popatrzył chłopcu w oczy.

- Ten drugi to był Riddle, rozpoznałem go. I trzymał kogoś. – dodał syn Jamesa, gdy nauczyciel obrony nie odpowiadał.

- Dyrektor nie boi się Voldemorta, jeśli tego się obawiasz. – rzekł Remus, ważąc słowa.

- Dlaczego więc bogin zamienił się w niego? – zapytał logicznie Ron.

- Riddle nie był sam. Dumbledore boi się, że Voldemort znajdzie potężnego poplecznika lub sługę, którego użyje jako broni i którego nikt nie będzie mógł powstrzymać, prawda? – zapytała cicho Hermiona, z przerażającą bystrością.

Tym razem Remus przypomniał sobie pewną dramatyczną dyskusję przy stole w kwaterze głównej Zakonu Feniksa.

- Ale kogo? – spytał Ron, zaś Harry spojrzał na koleżankę z podziwem dla jej zdolności dedukcyjnych.

- Mgła nie zdołała się uformować. Może to jest strach uniwersalny, a nie jakiś konkretny, jeśli rozumiecie co mam na myśli. – zasugerowała Gryfonka.

Remus w duchu dziękował Merlinowi, że dziewczyna poszła w tym kierunku.

- To jednak nie jest strach, który uniemożliwiłby czarodziejowi takiemu jak profesor Dumbledore pokonanie bogina. – zauważył trzeźwo Harry.

- Harry, strach czarodzieja czasem jest wprost proporcjonalny do jego mocy. – wyjaśnił cicho Lupin.

- Czy z nimi wszystko będzie w porządku? W sensie z profesorem Dumbledore i profesor McGonagall? – zapytała Hermiona.

Remus zerknął w okno. Nie miał wątpliwości, że jakkolwiek mocno dyrekcja przeżyła starcie z boginem, nie dadzą tego po sobie poznać. A troska Hermiony nieco go wzruszyła.

- Hermiono, obydwoje byli prefektami Gryffindoru – potrafią mierzyć się ze swoimi lękami. Wolałbym jednak, byście nie rozgłaszali tego co zaszło – nie jest wskazane, by wiedza o boginie dyrektora dotarła do niepowołanych uszu. – rzekł Remus.

- Za późno. Już teraz pewnie cała wieża Gryffindoru o tym plotkuje. – mruknął Ron.

Nauczyciel westchnął.

- Profesorze? – to odezwała się znów Hermiona.

- Tak?

- Czy gdy pan chodził do Hogwartu, uczył pana profesor Dumbledore?

To było nieoczekiwane pytanie dla Remusa, odpowiedział więc odruchowo.

- Nie, gdy ja przyszedłem tu jako uczeń, profesor Dumbledore był już dyrektorem, a profesor McGonagall jego zastępcą.

Dziewczyna pokiwała głową. Remus lekko zmarszczył brwi, ale nie wyraził na głos trawiącej go ciekawości. Zamiast tego rzekł:

- Powinniście już iść. Chyba że jeszcze macie jakieś pytania.

- Ja mam. – rzekł Harry. Remus wyczekująco uniósł brwi.

- Kim był ten blondwłosy mag? Rozpoznał go pan?

Remus zagryzł wargę. W rzeczywistości ten pełen triumfu czarodziej wydawał mu się dziwnie znajomy, choć nie potrafił powiedzieć, gdzie mógł go widzieć.

- Nie, Harry. – odparł, choć umysł podsunął mu myśl, że fryzura maga była modna na długo przed narodzinami Remusa. Nie chciał jednak, by trio wiedziało zbyt wiele.

- Do widzenia, profesorze Lupin. – rzekła Hermiona i trio wyszło.

Remus z rezygnacją spojrzał na resztki wywaru tojadowego, zalegające w szklance na biurku.

Sekrety, tajemnice, kłamstwa. Ile z nich jeszcze pojawi się na drodze Harry'ego Pottera, zanim pozna on całą prawdę?

Wilkołak wypił duszkiem okropny wywar i skrzywił się. Zbyt wiele.