Albus Dumbledore jadł swoją porcję tortu dyniowego bardziej z przymusu niż z chęci. Trwała właśnie Noc Duchów i kolejne urodziny Minerwy. Zazwyczaj to był dla niego jeden z milszych dni w roku – uwielbiał zarówno pełną magii atmosferę święta czarodziejów, jak i sprawianie radości jubilatce, swojej przyjaciółce.
Jednak teraz żadne z nich nie mogło zapomnieć o swoich boginach.
Wydrążone dynie świeciły pomarańczowym blaskiem, nietoperze przelatywały nad ich głowami z szelestem błoniastych skrzydeł, pomarańczowe serpentyny unosiły się leniwie w powietrzu. Nauczyciele jedli z zadowoleniem, pogrążeni w uprzejmych rozmowach. Uczniowie radowali się wyszukanymi potrawami i swoimi codziennymi radościami.
Albus nie cieszył się, a przynajmniej nie tak jak zwykle. Doskonale wiedział, że siedząca obok Minerwa zmusza się do grzecznego uśmiechu i spokojnego tonu.
Ani ona, ani on nie umieli już ze sobą rozmawiać. A może tak naprawdę nigdy ze sobą nie rozmawiali? Może jedynie wymieniali się informacjami, może jedynie prowadzili skomplikowaną grę pozorów?
Nigdy nie zastanawiał się, co może być najgłębszym lękiem Minerwy. Gdyby miał na coś postawić, pewnie zasugerowałby coś związanego z bezpieczeństwem uczniów i Hogwartu lub okropieństwami wojen, jakie przeżyła. Żadna z tych możliwości nie mogła zostać tak po prostu pokazana trzynastoletnim Gryfonom. Dlatego gdy zamek poinformował go o dziwnym zdarzeniu rozgrywającym się w pokoju nauczycielskim, Albus połączył fakty – Remus uprzedził go, że zamierza pokazać uczniom bogina zamieszkującego szafę w pokoju profesorów. Nie mógł pozwolić, by dzieci były narażone na widok najgłębszych lęków Minerwy. Nie chciał, żeby ona cierpiała.
Kiedy jednak się tam znalazł, było za późno. Bogin już zdążył nabrać formy, choć była to forma zupełnie niespodziewana dla Albusa.
Po pierwsze, Minerwa musiała nauczyć się blokować strach, inaczej stworzenie nie byłoby w stanie zastosować tak potężnej iluzji. Po drugie, odczuciem, które dominowało w Minerwie i do którego przylgnął bogin musiał być ból, Albus nie miał wątpliwości. Po trzecie, zupełnie nie rozumiał znaczenia szarej, naturalnej groty z majaczącymi w oddali ludzkimi sylwetkami.
Znów zostało mu brutalnie przypomniane, że tak naprawdę zupełnie nie zna Minerwy, jej najgłębszych lęków i emocji.
Albus wierzył, że w jego przypadku bogin przybierze postać Ariany – ufał, że jego lęk przed posądzeniem o morderstwo siostry pozostał najgorszym strachem. Oczywiście się mylił.
Od chwili spojrzenia w zwierciadło Ein Aingarp nic się nie zmieniło. Nadal nie wyzbył się swoich dziwnych uczuć wobec Minerwy. Jego największym strachem była jej krzywda. Widok jej w morderczym ucisku Grindelwalda, widok jej w zimnych ramionach Toma… Albus nie bez powodu trafił do Gryffindoru, jednak nie potrafił uporać się z tym konkretnym lękiem. Nie był w stanie pokonać tego bogina.
A ona?
Co musiała sobie pomyśleć, gdy rozpoznała w mglistej sylwetce siebie? Czy teraz gardziła nim, czy w duchu nie mogła go znieść, czy wreszcie pojęła, że to on jest jedyną przyczyną jej wszystkich krzywd?
Nie znał odpowiedzi na te pytania. Minerwa nie zadawała też własnych. Po prostu zapewniła go o swojej lojalności i puściła wszystko w niepamięć. Przynajmniej pozornie.
- Jak ci się podobał korowód duchów? – jej dźwięczny głos nadchodził jakby z innego świata.
- Słucham? Wybacz, zamyśliłem się. – Albus potrząsnął głową .
- Wszystko w porządku? – Minerwa bardzo ostrożnie musnęła palcami wierzch jego dłoni, sięgając po piernikową traszkę. Albusa przeszedł ciepły dreszcz. Spojrzał na nią, wkładając w to spojrzenie całą swoją wdzięczność.
- Oczywiście, moja droga. – odpowiedział, usiłując zamaskować zakłopotanie uśmiechem.
Był pewien, że mu nie uwierzyła. Nie spierała się jednak z nim – odwróciła się do Pomony, a on postanowił porozmawiać z Severusem, który dość sztywno siedział obok Remusa.
Gdy uczta dobiegła końca uczniowie z niechęcią zaczęli wychodzić z Wielkiej Sali frontowymi drzwiami, tworząc czarną rzekę z kolorowymi akcentami. Nauczyciele ruszyli do bocznego wyjścia, przeznaczonego jedynie dla nich. Jak zwykle, wszyscy mieli udać się do pokoju nauczycielskiego, by lampką wina świętować urodziny Minerwy i kolejną Noc Duchów. Albus jednak zawahał się.
- Dyrektorze, idziemy? – Pomona zapytała z uniesionymi brwiami. Albus był boleśnie świadomy siły spojrzenia Minerwy, które czarownica posyłała mu ponad głową nauczycielki zielarstwa. Może to było głupie, ale nie był tam od czasu gdy musiał stanąć naprzeciw swojego lęku. Perspektywa pójścia tam teraz budziła w nim dziwny dyskomfort – Albus miał głębokie przeczucie, że coś było nie tak. Z drugiej jednak strony, odmowa uczestniczenia w starej, belferskiej tradycji byłaby odebrana jako tchórzostwo z jego strony i afront wobec Minerwy.
- Ach, Pom! Nie widzisz, że dyrektor liczył, że teraz uda mu się niepostrzeżenie wykraść resztę tego pysznego tortu? – odezwała się Rolanda. Ku uldze Albusa większość profesorów zaśmiała się. Minerwa lekko uniosła kąciki ust, ale uśmiech nie sięgał jej oczu. Nie oponowała jednak, gdy Rolanda chwyciła ją za łokieć i poprowadziła do drzwi, opowiadając o tym, jak kiedyś znalazła ukryte przez Albusa słodycze w jednym z magazynów na miotły.
Albus w myślach postanowił, że musi większe fundusze przeznaczać na lekcje latania i quidditch – Rolanda nie pierwszy raz ratowała go z opresji – żółtooka czarownica miała niesamowity dar rozluźniania napiętej atmosfery – przychodziło jej to naturalnie i intuicyjnie, a oszczędzało wielu stresów innym.
Prawie mechanicznie Albus transmutował stos serwetek w małe pudełko i zapakował do niego resztę tortu – Wielka Sala powoli robiła się pusta. Postanowił jeszcze zabrać piernikowe traszki – musiał mieć coś na udobruchanie Minerwy. Uznawszy, że oto zrobił dość, by zachować pozory, z westchnieniem ruszył ku wyjściu.
Był na schodach, gdy dobiegł do niego krzyk.
- Dyrektorze! Dyrektorze!
Albus rozejrzał się zdumiony. Był zupełnie sam na korytarzu. Dopiero po paru sekundach zrozumiał, że głos dochodzi ze ściany obok, a precyzyjniej z portretu szacownej Anny Boleyn. Kobieta, która zazwyczaj z melancholijną miną obserwowała toczące się obok jej ram życie, teraz była zdyszana i czerwona na twarzy.
- Słucham, milady? – Albus uprzejmie skłonił głowę.
- Doszło do dziwnego incydentu w wieży Gryffindoru! Ktoś chyba zaatakował Grubą Damę! – wykrzyknęła Anna, a grzeczny uśmiech zniknął z twarzy Albusa. Zimny dreszcz przebiegł po jego plecach.
Wieża Gryffindoru. Miejsce, gdzie właśnie zmierzali studenci z domu lwa, gdzie mieszkali i uczyli się, stanowiące dla nich substytut domu i azylu. Oaza bezpieczeństwa, silnie strzeżona ze względu na Harry'ego. Wreszcie wieża mieszcząca na swoich niższych poziomach gabinet i prywatne apartamenty Minerwy.
Nie wahał się już. Pudełko z ciastem wypadło mu z dłoni, gdy pobiegł w stronę wieży Gryffindoru. Biegł tak szybko, że brakowało mu tchu, a włosy wpadały do oczu. Jego tiara przekrzywiła się na jedną stronę, ale w końcu zobaczył ogromną grupę Gryfonów stojących nieruchomo przed szczątkami portretu.
Na szczęście uczniowie rozstąpili się, robiąc mu miejsce. Przyjrzał się obrazowi – Gruba Dama zniknęła, a płótno było całe pocięte, prawdopodobnie nożem, tak że paski krajobrazu stanowiącego tło leżały na posadzce, a obraz pełen był dziur.
Albus odwrócił się i jego spojrzenie natychmiast skrzyżowało się z zaniepokojonym spojrzeniem szmaragdowych oczu. Minerwa zatrzymała się przed nim, obok niej przystanęli Severus i Remus. Cała trójka usiłowała zobaczyć szczątki obrazu za jego plecami. Albus zrozumiał, że to nie moment na sianie paniki – musiał szybko objąć dowodzenie.
- Musimy ją odnaleźć - powiedział. - Profesor McGonagall, proszę iść zaraz do Filcha i powiedzieć mu, żeby przeszukał wszystkie obrazy w zamku. – jego słowa brzmiały ostro, ale jeśli poczuła się urażona, nie dała tego po sobie poznać. Odwracała się, gdy rozległ się skrzekliwy głos Irytka.
- Powodzenie murowane!
Albus w myślach policzył do dziesięciu – współpraca z poltergeistem nie należała do łatwych. Teraz było jeszcze gorzej, bo w grę wchodziło bezpieczeństwo uczniów, a w tej kwestii Albus zupełnie nie miał cierpliwości.
Irytek potwierdził jego najgorsze obawy.
- Ale się wściekł ten Syriusz Black!
Dyrektor odruchowo spojrzał na Minerwę. Zbladła, ale dłoń, którą zaciskała na różdżce, nie drżała. Zrozumiał, że gdyby udało jej się dopaść Blacka, nie miałaby żadnych skrupułów.
- Uczniowie! Udacie się za mną z powrotem do Wielkiej Sali. Opiekunowie pozostałych domów niech również przyprowadzą tam swoich uczniów. Profesor McGonagall, proszę podzielić resztę nauczycieli do przeszukiwania zamku. Ja zaraz dołączę. – zarządził Albus. Nawet jeśli Minerwa chciała sama upewnić się, że uczniowie jej domu bezpiecznie znajdą się w Wielkiej Sali, nie protestowała.
Gdy kilka dobrych godzin później Albus opuścił Wielką Salę po niezbyt miłej rozmowie z Percym Weasley'em i Severusem, czuł okropne poczucie porażki. Nie uchronił Hogwartu przez wtargnięciem ze strony Blacka. Tylko łut szczęścia sprawił, że nikczemnik dostał się do zamku w czasie, gdy wszyscy byli zgromadzeni w Wielkiej Sali. Albus wolał nie wyobrażać sobie, co by się mogło stać, gdyby Syriusz postanowił zakraść się do wieży w środku nocy, albo co gorsza, trafił na Minerwę.
Minerwa. Albus nie miał siły by teraz się z nią mierzyć – w końcu ufała mu, wierzyła, że zdoła zapewnić bezpieczeństwo uczniom. A on znów przysporzył jej lęku i rozczarowania. Nie sprzeciwił się, gdy oświadczyła, że będzie czuwać pod drzwiami Wielkiej Sali. Nie sądził, by Black wrócił tej nocy do zamku. Musiał jeszcze powiadomić dementorów. Na samą myśl o tym wzdrygnął się – nie znosił tych istot, a jego niechęć wzmacniał fakt, że oto znów okazały się nieskuteczne.
Nie wiedział, jak Black mógł wywieźć w pole tak potężne istoty. Nie wiedział, jak zdrajca mógł dostać się do Hogwartu, mimo barier i zaklęć ochronnych, mimo czarów alarmowych przy każdym tajnym wyjściu z zamku. To wszystko dodatkowo wzmacniało poczucie winy Albusa.
Wszedł na most prowadzący z głównego dziedzińca na błonia. Natychmiast spowiło go lodowate zimno. Albus zacisnął dłonie w pięści, z żalem myśląc, że oto kolejne urodziny Minerwy kończą się niepokojem i rosnącym poczuciem zagrożenia w zwykle bezpiecznym Hogwarcie.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Minerwa McGonagall szczelnie otuliła się swoim szalikiem w barwach Gryffindoru. Dawno nie widziała tak okropnych warunków na mecz quidditcha. Wiał przeraźliwie zimny wiatr, niejednokrotnie zdmuchując zawodników z kursu, a zacinający deszcz nie tylko utrudniał śledzenie piłek, ale również moczył grających do suchej nitki. Minerwa żałowała, że nie może wspomóc swojej drużyny magią – nie chciała, by się przeziębili. Ze szczególną uwagą śledziła Harry'ego, który przez swoje okulary nie widział zupełnie nic. Martwiła się o niego. Była zdumiona, gdy oświadczył jej, że wie, iż Black pragnie go dopaść. Jego dojrzałość zaimponowała jej – przypominała jej o Lily. Zaś jego miłość do quidditcha rozumiała jak nikt inny. Długo musiała przekonywać Albusa, by pozwolił Gryfonom trenować pod okiem Rolandy. Teraz nieco tego żałowała, ale przecież wtedy nie mogła przewidzieć, że nawet pogoda spróbuje pokrzyżować szyki Gryfonom.
Gdzieś błysnął piorun, w oddali rozległ się grzmot. Minerwa instynktownie przysunęła się do siedzącego obok Albusa, ale zaraz odsunęła się, lekko zarumieniona. On jakby nie zauważył.
Doskonale wiedziała, że jest poirytowany ciągłą obecnością dementorów wokół zamku i że obwinia się o incydent z Grubą Damą. Minerwa nawet nie próbowała go pocieszać, że nie mógł mieć na to wpływu – w końcu sama miała bardzo podobne wyrzuty sumienia – jak mogła pozwolić, by Syriusz dostał się do zamku? Jak mogła go nie wyczuć?
Przypomniała sobie dziwny zapach psiej sierści pod portretem. Przypisałaby ten zapach do Remusa, ale on pachniał inaczej – bardziej dziko. Z tego co pamiętała, żaden z Gryfonów nie miał psa, bo psy nie były uznawane za stworzenia posiadające magię w takim stopniu jak koty czy ropuchy.
Rolanda gwizdnęła – wyglądało na to, że Wood poprosił o czas. To było mądre posunięcie. Satysfakcja Minerwy wzrosła, gdy dostrzegła pannę Granger podbiegającą do Pottera. Dziewczyna na pewno już wpadła na to, jak pomóc swojej drużynie. Choć Minerwa wiedziała, że Hermiona nie jest wielką entuzjastką quidditcha i niepewnie czuje się na miotle, to była wierna drużynie swojego domu.
Gracze wrócili do rywalizacji. Cokolwiek zastosowała Hermiona, zadziałało – Potter latał lepiej, z większą swobodą i gracją charakteryzującą utalentowanych zawodników. Teraz jednak zawisł w powietrzu, jakby unieruchomiony. Wood krzyknął coś do niego. Minerwa mocno zacisnęła dłonie na swoim szaliku- tak, znicz się pojawił! Harry pomknął w jego kierunku. Niestety, Diggory też zauważył złotą kulkę!
Minerwa wstała, by lepiej widzieć.
I nagle poczuła przeraźliwe zimno. Chłód tak silny, jakby ktoś wlał w jej trzewia wiadro kruszonego lodu. Musiała użyć całej swojej siły woli, by to zignorować. Skupiła wzrok na boisku. Zobaczyła jak Harry zatrzymuje się i obraca. Mimo odległości, mogła jednoznacznie stwierdzić, że z jego twarzy odpłynęły wszelkie kolory. A potem ujrzała co go tak przeraziło.
Setka dementorów sunęła w kierunku stadionu. Ich czarne kaptury upodabniały ich do rycerzy z orszaku samej Śmierci. Ich świszczące w oddali oddechy zdawały się być jedynym dźwiękiem – burza jakby ustała. Z czeluści ciemnych szat wynurzały się kościste palce, podobne do palców topielca. Widziała to wszystko zupełnie wyraźnie – tak wyraźnie, jak odczuwała na sobie ich niszczycielską moc.
Minerwa poczuła jak nogi się pod nią uginają. Wiedziała, co zaraz nastąpi. Grota.
Zamknęła oczy, próbując odgrodzić się od zimna dementorów, od ich straszliwej mocy. Nie miała jednak przed nimi żadnej obrony – byli jak katalizator, wywołujący w niej najgorsze wspomnienia, najokropniejsze koszmary. Cała moc jej umysłu, cała siła jej woli, wszystkie techniki, którymi odgradzała się od przeżytego bólu, teraz znikały, zastąpione przez porażającą bezsilność. Minerwa czuła się kompletnie bezradna, wystawiona na łaskę upiorów teraźniejszości i demonów przeszłości.
Wtem ktoś otoczył jej talię ramieniem. Chłód zniknął, zastąpiony przez rozlewające się po ciele ciepło, doskonale znajome. Palące wspomnienia zostały zatamowane, pozostawiając po sobie pustkę. Jej serce wróciło do normalnego, miarowego rytmu.
Albus. Tylko jego kojąca obecność mogła ją przed tym uratować.
- Harry! – dobiegł do jej uszu ryk stojącego obok Hagrida. Nagle jej umysł przecięła błyskawica strachu. Nie tylko ona była wyjątkowo podatna na atak starych lęków.
Gdy otworzyła oczy, zobaczyła małą figurkę Harry'ego Pottera lecącego w dół z pełną prędkością, bez żadnej kontroli. Zareagowała instynktownie, dokładnie tak samo jak dawno temu, gdy jako jedenastoletnia dziewczynka widziała podobnie spadającego chłopca.
- Wingardium Leviosa! – wrzasnęła, choć tym razem nie miała w dłoni różdżki.
Tuż obok niej w powietrze wzbił się srebrzysty feniks.
A potem gwałtowny odpływ mocy zbił ją z nóg. Zdążyła jeszcze zauważyć, że Harry zwalnia nieco przed uderzeniem o ziemię.
Ocknęła się równo pięć minut później.
- Minerwo?
Zamrugała. Siedziała na trybunie, a ktoś niezdarnie podtrzymywał ją w pozycji siedzącej. Nie był to jednak Albus. Patrzyła wprost w czarne oczy Severusa. Odruchowo odsunęła się. W oczach nauczyciela eliksirów błysnęło coś, czego nie potrafiła zidentyfikować. Zignorowała to i spojrzała na boisko.
Albus właśnie lewitował bezwładną postać Harry'ego Pottera do wyjścia. Uczniowie szli za nimi, opuszczając boisko.
- Harry? – zapytała cienkim głosem – właśnie w jej głowie włączyło się tępe pulsowanie, charakterystyczne dla zbyt gwałtownego spadku mocy.
- Nic mu nie będzie, jakimś cudem wyhamował na tyle, by nie skręcić sobie karku. – odpowiedział Severus tonem nie pozostawiającym wątpliwości, że wie, kto stoi za uratowaniem Pottera.
-Dementorzy? – rozejrzała się, ale nigdzie nie widziała czarnych postaci.
- Dyrektor je przegnał, jego patronus był dość bezwzględny. – wyjaśnił cierpliwie nauczyciel eliksirów. Minerwa kiwnęła głową – Albus wyczarował patronusa w momencie w którym ona spróbowała ratować Harry'ego.
- Muszę zobaczyć co z nim. – rzekła i wstała, ale zachwiała się.
- Dyrektor zasugerował, byś odpoczęła. Potterowi nie stało się nic poważnego, a ty ledwo trzymasz się na nogach. – zauważył cierpko Severus, podnosząc się, a napięcie na jego twarzy zdradzało, że jest gotów w każdej chwili ją złapać, gdyby upadła.
Minerwa miała ogromną ochotę zaprotestować i pobiec wprost do skrzydła szpitalnego. Zwalczyła jednak niepokój – Albus był z Harrym, Albus zajmie się dementorami i wszystkim. A ona… w tym stanie i tak nie przedstawiała żadnej wartości.
- Dobrze, ale niech Poppy co dwie godziny powiadamia mnie o stanie zdrowia Pottera. – zarządziła i zaczęła powoli schodzić z trybuny. Za sobą słyszała ostrożne kroki Severusa.
Myślami była jednak z Harry'm Potterem. Bo co z tego, że uratowała go przed upadkiem, jak nie ochroniła go przed dementorami i bólem, jaki musieli mu sprawiać? Znajome uczucie zalało jej zmęczony umysł – znów zawiodła.
