Podczas jedno z Festiwalu podano informację o śmierci Ognistego Ducha, informując, że nigdy, ale to przenigdy nie wróci do żywych i na wieki będzie odbywał pokutę. Nie wspomniano jak zginął, lecz za to Valarowie wyjaśnili jaki zapadł wyrok dbając by każdy, ale to każdy elf usłyszał o losie buntownika.
Faktycznie Fëanor zginął dość szybko, razem z innymi nieszczęśnikami, kiedy zaatakował siły Morgotha. Umierając po raz pierwszy poczuł strach. Widział potęgę przeciwnika i demony na jego usługach pojmując przeciw czemu naprawdę postanowili wystąpić. Słyszał żal i rozpacz synów i w przedśmiertnym przebłysku jasnowidzenia, dostrzegł tragedie jakie ich czekają. Lecz odszedł, nim choćby jedno słowo opuściło jego usta.
Trafił do Hal Mandosa, wiedział gdzie przebywa chociaż nigdy wcześniej tam nie przebywał. Chociaż nie miał ciała, lodowaty chłód mroził każdy element świadomości. Słyszał wściekłe pomruki innych dusz, niewątpliwie należących do Telerich. Lecz on się nie przejmował, bowiem jakaś siła pchała go dalej, aż do tronu samego Mandosa. Wiedział, że Valarowie chcieli go ukracać osobiście, nie chcąc pozwolić by cokolwiek im przeszkadzało. Będąc postacią bezcielesną każdy elf zyskiwał świadomość, której nie miał wcześniej. Rzucił im wyzwanie i uciekł, pokazując ich słabość za co musieli go znienawidzić.
Dostrzegł tam innych, czternaście postaci już na niego czekało. Biła od nich zimna furia, coś czego nie okazywali elfom w Valinorze. Fëanor nie liczył na łaskę i nie zamierzał o takową zabiegać. Wywołał przeciw nim całe powstanie więc na pewno nie przyszli go uściskać. Zapewne wydarzą na niego wyrok. Od każdego z nich bił chłód i onieśmielająca aura. Nie mieli fizycznych ciał, w każdym razie nie takich jak zwykle, co ich upodobniało do sennych marzeń, a raczej koszmarów biorąc pod uwagę przejmujące dusze zimno. Wyglądali jak duchy, odbicia form przyjmowanych w kontaktach z elfami, znacznie bardziej wyniosłych i onieśmielających. Być może ukazali się w swych duchowych postaciach, zaledwie z zarysów podobnych elfom.
Jego ojciec, podstępnie zamordowany ojciec, stał obok, trzymając za rękę kobietę o srebrnych włosach. To była jego matka, co stało się naraz pewnym.
-Przepraszam synu, że nie było mnie przy tobie być może nigdy by nie doszło do tego koszmaru, jakbym była.
- Ale ja przecież .. – zaczął.
- Nie wiem jaki wyrok Valarowie wydadzą, ale są na ciebie zagniewani. Zostaniesz ukarany surowo i przykładnie – zaczął Finwë – nic nie wskóram, bowiem me słowa tylko wzmocnią ich gniew. Być może gdybym okazał mnie pobłażliwości, rozumiał byś konsekwencje, potrafił zwracać uwagę na uczucia i potrzeby innych.
Nic więcej nie usłyszał, nie od ojca w każdym razie. Nie pozwolili mu na żadne słowa pociechy, a Fëanor zrozumiał, że znajduje się na łasce Valarów a ci nie zamierzają mu takowej okazać. Jakaś siła odepchnęła Finwëgo od syna, niedawno zmarły elf poczuł lodowate porywy wiatru. Ale pomimo strachu, zamierzał przyjąć wszystko co dla niego zaplanowali z dumą należną Noldorowi z królewskiego rodu.
- Wróciłeś do nas synu Finwëgo – zaczął Mandos lodowato – czas na wyrok.
- Zginąłeś nieomal od razu, nim zaznałeś nieszczęść, do których doprowadziłeś – zaczął Manwë podobnym tonem, a Fëanor ledwie go poznał: nie był już tym łagodnym, spokojnym królem z Valinoru, ale istotą znacznie bardziej wyniosłą, otoczoną chłodnym, bladoniebieskim światłem. Jego głos był zimny i wróżył kłopoty – lecz je dostrzeżesz, będziesz biernym świadkiem klęski swych synów i twej bluźnierczej Przysięgi. Jak śmiałeś elfie użyć imienia mej ukochanej i mojego dla uzasadnienia zabijania? Zapłacisz za to, zapłacisz za wszystko i nikt ci nie da pociechy, gdy będziesz patrzył jak twoja sprawa obraca się w proch!
W niczym nie przypominał łagodnego króla znanego mieszkańcom Valinoru. Elfowie nigdy go takim nie widzieli, a i Nimwen, należąca do domowników także nie dostrzegła nawet cienia prawdziwej furii swego mentora. Być może by uciekła by ze strachem, gdyby zamiast znajomej postaci, łagodnego, jasnowłosego Pana, zobaczyła postać ogarniętą lodowatą furią. Sprawiał wrażenie wyższego niż zwykle, a może podobne wrażenie wywoływała onieśmielająca aura potęgi? Nosił szaty w szarościach i błękitach, ale teraz przypominały bardziej huragan niż wiatry. Szafiry w jego diademie lśniły ostrzegawczym światłem, lecz to błękitne oczy, teraz ciskające lód przerażały najbardziej. Znikła łagodna otoczka, a pozostało onieśmielające dostojeństwo. Nawet w takiej chwili Fëanor dostrzegł podobieństwo stojącej przed nim postaci do Czarnego Władcy, chociaż otaczająca aura była czysta i pozbawiona nienawiści. Mimo to odczuwał strach.
- Moi synowie mogą wygrać! – zaprotestował.
- Nie – On był nawet za silny dla nas, a cóż dopiero dla twego rodzaju. Każda śmierć będzie twoją winą i ciężarem na twej nikczemnej duszy. Nie wygracie wojny z nim, my mieliśmy problem gdy zaatakowaliśmy Utummo. Teraz on się zemści za to, że chcąc was chronić uwięziliśmy go, to będzie twoje dziedzictwo synu Finwëgo: dziedzictwo łez, bólu i porażki. Bądź z siebie dumny morderco i podpalaczu.
- Co mi zrobicie? – zapytał elf.
- Będziesz patrzeć na cierpienie i łzy tych, którzy za tobą poszli przez wieczność, choćbyś miał oglądać ten sam obraz wiele razy. Trafisz do odosobnionej celi w tych Halach i ani obecność, ani ciepła myśl nie da ci pociechy, dopóki nie zrozumiesz co zrobiła twa duma i nie okażesz pokory.
- Nigdy się nie ukorzę! – odparł hardo Fëanor.
- Zatem kara potrwa do końca świata, ty zaś albo się ukorzysz i koszmary znikną, albo doprowadzą cię do szaleństwa a ty tak czy siak zegniesz dumny kark i pojmiesz, że każda żywa istota musi się liczyć z innymi – kontynuował Manwë tym samym przerażającym tonem – abyś nie uznał kary za jednostajną, zobaczysz też wspomnienia wielkości i miłości, które poświęciłeś dla martwych kamieni. Nikomu nie pozwolę mordować niewinnych w granicach mego kraju, ani palić ich dobytku, jestem miłosierny i bardzo nie lubię jak ktoś uważa miłosierdzie za zaproszenie do zabijania.
- Proszę o łaskę to bardzo surowa kara, a Fëanor.,.. – zaczął Finwë przerażony.
- Milcz, przekleństwo twego syna to częściowo twoja wina, nie zapominaj o tym – tym razem przerwał mu Mandos bezlitośnie – ty go rozpieściłeś. Zmusiłeś nas do rodzinnej interwencji, gdyż w swej ślepocie nie potrafiłeś być sprawiedliwy dla rodziny. Królu Noldorów, przekleństwo twego syna i nieszczęście twych wnuków to twoja zasługa, bądź z siebie dumny. Tylko duma ci pozostała.
- Moi poddani – zaczął.
- Cierpią za sprawą czynów twego syna – zakończył Manwë lodowato.
Fëanor próbował protestować, ale został uciszony. Czeka go wieczność patrzenia na cierpienie i klęski. Valarowie zamierzali przykładnie ukarać. I nie zamierzają okazać miłosierdzia a on nigdy się przed nimi nie ukorzy, nie ważne do mu pokażą. Nigdy. To była ostatnia myśl nim dostrzegł jak oprawcy Morgotha torturują jego najstarszego syna, Maedhrosa a błagania o litość kwitują śmiechem.
Finwë zaciskał zęby widząc załamaną postać syna. Próbował coś powiedzieć, lecz Miriel go powstrzymała. Valarowie spełnili swą groźbę i dostrzegł synów: jednego na wygnaniu w obozie wojskowym a drugiego samotnego w pałacu w Tirionie. Cierpi za czyny innych. Vanyarowie, Teleri a i spora część Noldorów wypluwała jego imię z gniewem. Kiedy ich podziw i miłość zmieniły się w gorycz? Kiedy świat i szczęście, które zdawało się móc trwać wiecznie rozpadło się na tysiące kawałków i rozbiło niczym szkło?
Skończył się czas opieki i miłosierdzia. Kara wymierzona Fëanorowi była surowa, a wręcz okrutna, bez nadziei na koniec. Bo Fëanor nigdy, a w każdym razie nieprędko, się nie ukorzy, zawsze był taki dumny. A mężczyzna w aurze błękitnego światła porzucił moralne opory i hamulce wobec kogoś, w kim widział mordercę niewinnych Teleri. Nie trzeba używać noży by zadać ból, a Valarowie potrafią być gwałtowni w gniewie, do którego ich sprowokował Ognisty Duch. Nie należało zabijać Telerich, co innego sarkanie i narzekanie na panujące zwyczaje, marzenia o dalekich krainach, a co innego zabijanie. Wszystko wymknęło się im spod kontroli, sen został zmieniony w koszmar. Finwë dostrzegł też Indis, która mieszkała wśród Vanyarów, unikając razem z Findis od politycznego tsunami w Tirionie. Oficjalnie czekała na powrót jego, swego męża z Hal Mandosa. Faktycznie znalazła sobie przyjaciół i zaczęła nowe życie, którego istotną część stanowił uczony Vanyarów, imieniem Calanon.
Xxxxx
Relacje Finarfina i Nimwen wbudziły spore zainteresowanie. Nimwen nie musiała wiele zgadywać z tego co zaszło, bowiem wiele zostało jej po prostu powiedziane. Po wydaniu wyroku na Fëanora, Valarowie wrócili do swych domów i na nowo przybrali wyraz łagodnych i opanowanych, bowiem gniewne oblicza porzucili odkąd zaprosili do siebie elfów. Ciemnowłosa elfka była zaszokowana, bowiem chociaż książę Noldorów nie budził jej sympatii nikomu nie życzyła podobnego losu.
- Czy nie postąpiliśmy za ostro wobec Fëanora? – Manwë zadawał pytanie raz po raz.
- Nie – Varda dotknęła jego ramienia i wskazała na wpierw na Idhreniona debatującego z ojcem nad poematem, który razem pisali, a potem Nimwen nauczającą dzieci – są tacy niewinni, obiecaliśmy im i reszcie elfów ochronę. Nie wiedzieliśmy tylko, że będą potrzebowali ochrony przed własnymi książętami. Dla ich bezpieczeństwa i szczęścia musimy być czasem stanowczyi. Wiem jak nienawidzisz przybierać postawy surowego króla, ale czasem nie sposób postąpić inaczej.
- Wiem i dziękuję za wsparcie, ale nie rozumiem jak do tego wszystkiego mogło dojść.
- Nie chcieliśmy widzieć cienia w duszy Fëanora i jeśli chcesz czegoś żałować, to braku wcześniejszej reakcji. Za długo tolerowaliśmy samowolę i przymykaliśmy oczy na nieudolność Finwëgo, on przecież uznał, że to w porządku by jego synowi grozić mieczem i my musieliśmy bronić Fingolfina! Gdyby Fëanor zadźgał brata na oczach ojca, ten by go nie ukarał.
- Nie masz o nim zbyt wysokiego mniemania.
- Tak, bo to Finwë nie widział wad syna. Nie powinniśmy więc się dziwić jego zachowaniu, ani temu, że miał czelność użyć naszych imion by uzasadnić szaleństwo – zapewniła.
Calanon dużo czasu poświęcał Indis, nawet za dużo zdaniem niektórych. Varda wyraziła opinię, że zaczyna zaniedbywać swoich przyjaciół, a potem powtórzyła kilka razy podczas kolacji. Nie stanowiło tajemnicy, że Królowa Valarów bardzo ceniła i lubiła swego niedoszłego Ucznia, toteż długą nieobecność brała za osobistą obrazę. Nimwen natychmiast zaświtały w głowie słowa o zaborczości Władców wobec innych, zastanawiając się czy gdyby zaczęła spotykać jakiegoś przystojnego elfa byłoby podobnie. Ale nie, ona nie potrzebowała przystojnych elfów, czując, że ma obecnie wszystko o czym mogła marzyć. Wymieniła jednak z Idhrenionem porozumiewawcze spojrzenie, by wyjaśnić to i owo Calanonowi. Naprawdę nie potrzebowali prowokować plotek!
Nieraz widziała Calanona rozmawiającego z jasnowłosą elfką. Nimwen jak przez mgłę pamiętała królową u boku Finwëgo, a już na pewno nie skojarzyła by uprzejmej, łagodnej kobiety z wielką damą Tirionu. Początkowo nie zwróciła uwagi na nową damę w bliskim otoczeniu dawnego nauczyciela, bowiem otaczali go uczniowie, ich rodzice oraz przyjaciele. Spotkanie nowej kobiety nijak nie zaskoczyło. Pamiętała też, że nauczyciel prowadził dom otwarty i niespodziewani goście podczas kolacji stanowili raczej normę a i ona czasem zostawała na noc w dawnym pokoju. Zasady życia dworskiego nakazywały by informowała kiedy wychodziła na dłużej, ale nikt nie zabraniał by odwiedzała Vanyarów.
- Dawno cię nie było w pałacu – zaczęła nadpijając herbatę.
Idhrenion poszedł do swego ojca, tłumacząc, że jako kobieta lepiej wszystko wytłumaczy. Wywróciła oczami na podobne tłumaczenie, będące dla niej wyłącznie zwykłą wymówką. Ale mimo wszystko siedziała teraz na poduszce, prowadząc naprawdę przedziwną rozmowę.
- Wiem, ale tyle się dzieje – zaczął – skoro przyszłaś do mnie, zapewne ktoś zwrócił uwagę.
- Królowa kilka razy podniosła ową kwestię przy kolacji i wyraźnie nie jest zadowolona z twej nieobecności – wyjaśniła Nimwen.
- Valarowie są naprawdę zaborczy – westchnął Calanon –nie sądziłem tylko, że i mnie to spotka, wszak Idhrenion został wybrany.
- Mnie też ciebie brakuje – zauważyła Nimwen.
- Chyba faktycznie zacząłem zapominać o dawnych przyjaciołach, ale Indis …- zaczął, ale szybko przerwał.
- Królowa Indis? – pisnęła Nimwen – nie wiedziałam, że ty i ona..
- Poznałem ją bliżej niedawno, to naprawdę wspaniała kobieta. Nie patrz tak na mnie – tłumaczył - pani Indis, przybyła tutaj przygnieciona wydarzeniami, toteż nie pozostało nam nic innego jak pomóc. To mój obowiązek wobec drugiego Vanyara
Nimwen oczywiście rozumiała, lecz jednocześnie odnosiła wrażenie, że Calanon po prostu bardzo lubi towarzystwo elfki. Nie doszukiwała się niczego zdrożnego w ich przyjaźni, bowiem ceniła i znała swego nauczyciela, który na pewno nie zrobił by czegoś niewłaściwego. Ona przecież darzyła swego mentora uwielbieniem podobnym do tego jakim dziecko darzy rodzica. Wiedziała od Idhreniona, że podobnie ocenia swą Opiekunkę i ze szczerego, młodzieńczego serca poświęcał jej wiersze oraz sonety. Nie tkwiła w tym chęć przypodobania się.
Sama Nimwen już dawno zrozumiała, że naprawdę ceni zdanie ledwie kilku osób. Jako dziecko próbowała wywrzeć wrażenia na rodzinie, ale nigdy nie umiała ni wyszywać czy też używać dłuta. Potem z sukcesem zdołała zdobyć uznanie Calanona a teraz naprawdę interesowała ją opinia mentora, kogoś kto ją akceptował w sposób jakiego nie zaznała w domu. To z nim, ale okazjonalnie i dawnym nauczycielem, rozważała co też powinna czynić w sprawie Finarfina, czy też ogólnie kwestii polityki.
Powstał pewien nowy ład. Vanyarowie jeszcze bardziej odcinali się od reszty elfów, zaś Teleri odbudowali swoje życie. Noldorowie przez długie lata musieli udowadniać, że nie rozpętają kolejnej rewolty. Król Finarfin pytał o radę wybranych członków Stronnictwa, tworząc z nich rodzaj rady królewskiej, która w dużej mierze podążyła na wygnanie i musiał odbudować także i tę cześć pałacowego życia. W atmosferze względnego spokoju unowocześniali swe miasto i domostwa, rozumieli bowiem pojęcie wspólnego dobra. I chociaż wciąż dochodziło do sporów pomiędzy nowymi i dawnymi członkami królewskiej rady, zapanował jako taki porządek. Nolodorów zostało zbyt mało, by mogli sobie pozwolić na większe sprzeczki. Musieli działać razem by odzyskać zaufanie innych szczepów elfów.
Nimwen opowiadała Finarfinowi o losach jego krewnych. Elf tylko zaciskał zęby w bezsilnej złości bowiem rodacy tymczasem spotkali głównie troski, wojnę i cierpienie. Zaczynał już powoli tracić nadzieję na pogodzenie z Earwëną. Elfka nie zamierzała z nim rozmawiać częściej niż podczas a on doszedł do ponurego wniosku, że tylko cud może sprawić, że nadejdą zmiany. Nimwen męczyła w gruncie rzeczy polityka. Kochała debaty, uwielbiała nauczać dzieci i dorosłych lecz znacznie mniej ciekawiły ją sprawy rządzenia. To ojciec i brat stanowili bardziej aktywne osoby, a złośliwi mawiali, że są gdzie są tylko z racji pozycji córki. Ona jednak puszczała plotki mimo uszu.
Xxxxx
Po tym wszystkim relacje między Nimwen a Finarfinem uległy poprawie. A po bliższym poznaniu, lub paru kieliszkach wina Valarów zabójczego dla osób nieprzystosowanych, okazywał całkiem ciepłym i uprzejmym elfem. Ciężko mówić o wielkiej przyjaźni czy zaufaniu, lecz osiągnęli coś, co mogło przerodzić w nie tylko poprawną ale może i serdeczną relację. Nimwen zaczęła współczuć królowi, którego dzieci odeszły na wygnanie, gnane raczej obietnicami przygody niż Przysięgą, oraz którego żona trzymałna dystans. Dostrzegła w nim elfa jak i ona pewnego dnia, a prawie polubiła kiedy okazał zrozumienie i jej. "I ja walczyłem o miłość ojca, przez co wiem co czujesz Nimwen". Te słowa zmieniły wszystko.
Któregoś razu oboje popili zdecydowanie za dużo i poczęli ochlapywać wodą z pałacowej fontanny. Nie wiadomo które z nich wpadło na pomysł, może Nimwen która poczuła chęć wyjścia na dwór? Nie miało to znaczenie. Niedługo potem do zabawy dołączył Aradan i jeszcze parę osób, a owa zabawa dworzan i członków Stronnictwa chyba usunęło wszelkie granice spory i podziały między nimi. Nimwen płonęła ze wstydu na samo wspomnienie, chociaż świetnie się bawiła. Calanon kpił bezlitośnie z jej słabej głowy, zaś Indis taktownie milczała, acz usta królowej drgały.
Nimwen nieraz spotykała Indis, gdyż ta odwiedziała swego wuja, Najwyższego Króla w pałacu Ilmarin. Nimwen wówczas pełniła rolę przewodnika i nieraz rozmawiała z królową. Polubiła jasnowłosą elfkę, którą tak wielu niezłusznie obwiniało o rozpad jedności domu królewskiego Noldorów. Indis kochała żonatego króla i chciała dać jemu oraz jego dzieciom dom. Lecz Feanor nie akceptował macochy, a i powtórne małżeństwo króla stanowiło coś szokującego. Dlatego pewnie po całym zamieszaniu Indis dosłownie uciekła do osad swego ludu przed gniewnymi szeptami.
Finarfin ze swej strony zrobił całkiem sporo. Począł, pod wpływem matki, traktować Nimwen niczym jedną z dwórek czy innych elfek ze znajomych rodzin. Ku swemu zdumieniu odkrył, że zareagowała bardzo dobrze i chociaż może nie przestała być sztywna, stała się bardzo uprzejma i chętna do pomocy. „Miłe słowa mają w sobie magię, niewielu odpowie na nie złością"- potrzebował czasu by pojąć ową prawdę. Jego małżeństwo wciąż było rozbite, bowiem Earwëna nawet nie myślała rozmawiać wciąż odczuwjaąc złość. Nimwen kilka razy zaaranżowała spotkanie, ale żona była wściekła i niechętna słuchać. Na szczęście miał sojuszników i bardzo dużo czasu.
Można powiedzieć, że wszyscy osiągnęli jako taką harmonię w swoim życiu. Finarfin przestał uważać Nimwen za boską karę i począł dostrzegać w niej zalety, chociaż maniera nauczycielki i wyraźne zamiłowanie do rządzenia, co nie dziwiło, nie należała do cech które lubił u kobiet. Teleri pozostali nieugięci i nawet połączone wysiłki Mahtana i Nimwen wiele nie pomogły, bowiem złość i żal elfów morza trwały. Tylko gwałtowne zmiany mogły odmienić sytuację Noldorów, a przez długie wieki nic nie wskazywało na takowe. Zaś zarówno powrót Finroda, jak i Wojna Gniewu to już kwestie na całkiem odmienną opowieść
~koniec~
A/N: dziękuję wszystkim, którzy dotarli aż tutaj. Jak wspomniałam nie przepadam za postępkami Feanora i wydaje mi się, że sam JRR Tolkien opisując jego losy chciał pokazać upadek, geniusz który z czasem poparł w szaleństwo. Feanor był geniuszem i największym z elfów, lecz jego duma doprowadziła do tragedii, w każdym razie jak tak rozumiem jego losy. JRR Tolkien był człowiekiem wierzącym zaś pycha to pierwszy z Siedmiu Grzechów głównych, zaś Silmarillion pełen jest postaci, których duma (taka zdrowa duma) przeszła w pychę i doprowadziła do tragedii jak chociażby przeraźliwie dumna Morwena, która była tak dumna, że rzadko się odzywała do mniej znamienitych od siebie, a duma tej rodziny wywołała lawinę nieszczęść o czym możemy poczytać w opowieściach o losach dzieci Hurina. Bo owszem Morgoth przeklął Hurina, lecz czy taka przeraźliwa duma nie prowadzi do nieszczęść i bez klątwy a i sam Hurin nie musiał aż tak prowokować Morgotha swoją butną przemową. A i sam Melkor, ongi największy z Valarów, to chyba też ofiara pychy (a pycha wyrasta z dumy) przez co stracił wszystko. Dlatego myślę, że w wielu powieściach JRR Tolkien ostrzega przed przeraźliwą dumą, przechodzącą w pychę. Pycha bowiem zawsze poprzedza upadek, nawet jeśli dzisiejszy świat robi z niej cnotę kardynalną.
