Mapa wojskowa doprowadziła ich dokładnie tam, gdzie chcieli trafić – do wsi pod Warszawą. Wieczór niósł ze sobą wytchnienie, chłodniejszy powiew, który omiatał pokryte potem plecy i ramiona, przemykający ponad opuszczonymi szybami auta. Na zachodzie, w czarnej linii koron pobliskiego lasu, tonęło upalne słońce, przemalowując błękit nieba na czerwień i złoto.
Nie patrzył na niebo; przyglądał się mijanym domom, w większości skromnym obejściom, podwórkom i zagrodom. Ktoś zaganiał do obory chudą krowę, gdzieś na drodze bawiły się dzieci, które na widok auta rozpierzchły się na boki niczym spłoszone ptactwo. Wokoło tańczyły tabuny kurzu, wznosiły się z suchej, utęsknionej deszczu ziemi.
Jakiś stary mężczyzna, widząc w samochodzie umundurowane postacie, przystanął na moment przy płocie, a potem, krokiem na tyle szybszym, na ile pozwalał mu wiek, wszedł do środka najbliższej chaty. Gilbert był pewny, że przypatruje się im spomiędzy firanek.
W końcu zajechali autem w okolice polskiego dworku; w świetle ostatnich minut dnia bielone ściany przybrały złotawo-różany odcień, dokładnie taki, jak nieliczne róże posadzone przed wejściem. Krzewy i drzewa pobliskiego parku od dawna nie widziały wody ani czułej ręki ogrodnika, na wpół zdziczałe świadczyły o złych czasach, które nadeszły dla majątku.
Dookoła pełno było patrolujących teren żołnierzy, a oni dwaj przybywali incognito, Meier zatrzymał więc samochód w bezpiecznej odległości od dróżki prowadzącej do drzwi wejściowych – na tyle blisko, by zwrócić uwagę strażników i na tyle daleko, by nie uznali tego za wtargnięcie.
Na widok obcego samochodu wartownicy natychmiast unieśli broń. Gdy ze środka wysiadły dwie postacie w niemieckich mundurach, napięcie, które widoczne było w ich ramionach i sztywnych karkach, zelżało odrobinę, nadal jednak pozostawali w gotowości. Ich spojrzenia prześlizgnęły się po zarzuconej na plecy broni i dystynkcjach na rękawach.
Te ostatnie niewiele im powiedziały; mundury, które przywieźli ze sobą szpiedzy, nosiły jedynie oznaczenia starszego szeregowego, a więc w żaden sposób nie odpowiadały faktycznej pozycji Gilberta.
Właściwie, pomyślał Prusy, takie nie istniały. Nigdy nie były potrzebne. Uniósł dłonie na wysokość piersi, krótko wskazując, że nie ma złych zamiarów i pewnym krokiem ruszył do przodu, odruchowo zdejmując czapkę.
Kilkoro żołnierzy wyszło im na spotkanie.
– Kim jesteście? Meldować się!
Gilbert zatrzymał się zaskoczony. Najpierw zmarszczył brwi, ale szybko zorientował się o co chodzi. Zirytowany, przewrócił oczami. Przywykł, że rozpoznawano go z daleka; pofarbowane włosy może i pomogły mu przekroczyć szwajcarską granicę bez zwracania na siebie uwagi, ale jednocześnie zmuszały do całkowicie dotąd zbędnych tłumaczeń.
– Wiedziałem, że te włosy to poroniony pomysł – rzucił głośno, by barwa jego głosu dobiegła wszystkich wartowników w okolicy. Kątem oka dostrzegł, jak szpieg, miłośnik subtelności, mruży oczy. – Pochwalam ostrożność, chłopcy, ale akurat we mnie celować nie musicie.
Patrz, Meier, jak to się robi po mojemu.
Żołnierz, ten, który pierwszy się odezwał, opuścił lufę karabinka o kilka centymetrów, postąpił do przodu i zajrzał Gilbertowi w oczy. Gdy dostrzegł ich czerwień, a jego spojrzenie przebiegło po rysach twarzy, całkowicie opuścił broń. Nagle na jego nieufnej, zmęczonej twarzy pokrytej dwudniowym zarostem pojawił się szeroki uśmiech.
– Herr Preußen! – zawołał entuzjastycznie, powodując wśród pozostałych poruszenie. Potem, nieco zmieszany wybuchem swojej radości, zasalutował. – Wrócił pan!
W mgnieniu oka wszystkie karabinki zostały zarzucone na plecy, a pozycje opuszczone. Gilberta otoczył salutujący żołnierski krąg, a na widok twarzy, na które nagle wstąpiła radość i nadzieja, Prusy poczuł się odrobinę wzruszony.
– Herr Preußen, przepraszamy, nie poznaliśmy... Wrócił pan... Wrócił pan do nas, już myśleliśmy...
Gilbert posłał żołnierzom uśmiech. Morale, pomyślał. Dowództwo mogło się krzywić na to, jak od lat bratał się z żołnierzami, ale to było zdecydowanie tego warte. Zerknął na szpiega, stojącego z boku. Z jego twarzy wyczytał dobrze skrywane zaskoczenie.
Widzisz, Meier, podwładny, który cię szczerze lubi i szanuje, zawsze będzie wierniejszy od tego, który się tylko boi. Szkoda, że niewiele osób w tym kraju to rozumie.
– Dobra, koniec honorów, chłopaki, opuście te ręce – rzucił spokojnie, unosząc kącik ust do góry. – Chętnie bym z wami posiedział, ale mam trochę do obgadania z von Ze... von dem Bachem – poprawił się w ostatniej chwili. Wątpił, czy prawdziwe nazwisko dowódcy było powszechnie znane, a nie chciał wprowadzać zamętu.
Żołnierze skinęli głowami ze zrozumieniem i natychmiast poprowadzili go w stronę zabudowanego ganku. Gilbert powiódł wzrokiem po ich twarzach i rozpoznał jednego z nich,
– Pamiętam cię – powiedział cicho, gdy zrównał kroku z żołnierzem o zmizerniałym obliczu i pustce w oczach. – Byłeś pod Stalingradem. Bieler, tak?
– Tak, to ja – potwierdził żołnierz wygasłym szeptem. – Dobrze, że... pan był wtedy przy nas.
Pamiętam twój oddział. Zabrakło żywności, zabrakło koni, zabrakło psów. Byliście tak głodni, że zjedliście poległego towarzysza broni, pomyślał Gilbert. Połowa z was potem zamarzła, a ty, dzieciaku, parłeś do przodu jak żywy trup, błagając o kolejne tabletki pervitinu, kuśtykając na odmrożonych nogach.
Szybko przestał to wspominać; gdy któryś z żołnierzy wyciągnął dłoń ku klamce, drzwi dworku otworzyły się od zewnątrz. Gilbert przystanął, widząc sędziwego duchownego, wychodzącego w towarzystwie dwóch wyższych rangą niemieckich oficerów.
– Proszę tędy – powiedział uprzejmie jeden z nich, prowadząc księdza w kierunku jednego z kilku aut zaparkowanych przy ganku. Omiótł Gilberta spojrzeniem, nie rozpoznał go jednak. Cała trójka szybko odjechała; wchodząc do środka, Prusy słyszał oddalający się pomruk silnika.
Szybko przeszedł przez obwieszony obrazami, ładny, chociaż nieco zaniedbany hol. W nozdrzach czuł niknący zapach prochu. Zatrzymał się przed drzwiami gabinetu, które mu wskazano i obejrzał się za siebie.
– Mój kolega potrzebuje jakiegoś posiłku, nie jadł dwa dni – rzekł spokojnie, widząc jak oczy Meiera mrużą się jak u rozdrażnionego kota, ale nie pozwolił mu dojść do słowa, chociaż ten już otwierał usta. – Zorganizujcie mu coś na ciepło, dobra?
– Tak jest, Herr Preußen! – młody, entuzjastyczny żołnierz, do którego Gilbert skierował te słowa, bez namysłu chwycił szpiega za ramię. Meier skrzywił się, ale pozwolił pociągnąć się do innego pomieszczenia, rzucając jeszcze na odchodne zimne spojrzenie.
Prusy, zadowolony z tego, jak łatwo pozbył się szpiega, pchnął drzwi i wszedł do gabinetu bez pukania, chcąc mieć tę rozmowę jak najszybciej za sobą.
– Spowiadasz się u Polaków? – zapytał, gładko wplatając w słowa kpinę.
Siedzący za biurkiem mężczyzna oderwał wzrok od czytanego listu. Zaskoczony wtargnięciem, uniósł brew, ale szybko rozpoznał Gilberta. On również nie wydawał się zadowolony z tego spotkania, ale zignorował zaczepkę.
– Beilschmidt – powiedział, chłodno kiwając głową. – Słyszałem o waszym powrocie. Miło widzieć cię w dobrym zdrowiu.
– Ciebie też, von Zelewski – rzucił obojętnie Gilbert, bez pytania rozsiadając się na krześle przed biurkiem. Powiódł spojrzeniem po rozsypanych na blacie dokumentach.
Oczy Niemca zwęziły się.
– Nie używam już tego nazwiska.
– Jasne, jasne – Prusy machnął ręką. – Stare przyzwyczajenia starego człowieka, wybacz – dodał nieszczerze i sięgnął do biurka. Generał skrzywił się, ale nie poczynił żadnego kroku, by Gilbertowi przeszkodzić w zapoznawaniu się z treścią raportów.
– Masz teraz pod sobą cały Wehrmacht, SS i policję, nie? – zagadnął Prusy, nie odrywając wzroku od zapisanych słów. – To był polski ksiądz?
– Był – odparł krótko generał. – Co chcesz wiedzieć, Beilschmidt? Po co tu jesteś?
– Wiem, że za sobą nie przepadamy, ale przyjechałem się przydać – Prusy uśmiechnął się zimno. – Co się dzieje teraz w Warszawie?
– W nocy zaatakowali cytadelę i dworzec – warknął von Zelewski. – Nie zadawaj głupich pytań, masz raporty w ręku.
– Mmm... – Prusy opuścił wzrok na treść dokumentów. – Wiedzieliście o ataku, dobrze się przygotowaliście... – złapał inny dokument i uniósł brew. – A to ciekawe... Anulowałeś rozkaz Hitlera o eksterminacji mieszkańców. Oszczędzasz amunicję? Co na to führer? – zapytał, chcąc wybadać grunt.
Spokojna rozmowa o morderstwie i rzezi, przydatna, chociaż gorzka umiejętność. Z czasem przyszła do niego sama, bo zbyt wiele śmierci już widział, poza tym, w Trzeciej Rzeszy trzeba było dbać o wypowiadane słowa, dokładnie pilnować ich tonu i tego, do kogo się je kieruje.
To było już instynktowne, ukrywanie siebie, zwłaszcza, jeśli rozmawiał z von dem Bachem, człowiekiem odpowiedzialnym za tłumienie buntów.
Wojna się zmieniła, pomyślał. A ja robię się na to wszystko za stary.
– Istnieje szansa, że ci bandyci się poddadzą. Wolę najpierw spróbować w ten sposób. Nie chcę wykrwawiać naszych ludzi tuż pod nosem Rosjan. Führer to rozumie i pochwala rozsądek.
– Myślisz, że to się uda?
– Parę dni temu zaproponowałem im kapitulację.
– I…?
– Nie raczyli nawet odpowiedzieć.
Polacy, pomyślał Gilbert. Uparci jak zwykle. A ty, najbardziej uparty z nich wszystkich, jesteś w samym środku tego piekła.
– Mam rozumieć, że tu zostajesz? – zapytał von dem Bach po długiej chwili, zirytowany jego przedłużającym się milczeniem.
– Ładny ten dworek – Prusy powiódł wzrokiem po ścianach pokrytych tapetą, po solidnym, dębowym biurku i dwuskrzydłowych, białych drzwiach. – W końcu jakaś przyzwoita kwatera. Nie wiedziałem, że mamy taką pod Warszawą.
– Bo nie mieliśmy – burknął generał. – Jestem tu od paru dni. Z tego co mi powiedziano, przejęliśmy to miejsce dopiero w tym miesiącu. Bandyci urządzili tu sobie radiostację i skład broni, ale Gestapo dostało cynk. Zlikwidowali właściciela.
– Ktoś znaczący? – Prusy przyglądał się kolejnym dokumentom, pobieżnie zainteresowany rozmową.
– Jakiś polski żyd, zaangażowany w ruch oporu. Wydał go znajomy ogrodnik – generał uniósł kącik ust w kpiącym uśmiechu.
– Odpowiednio przesłuchiwany człowiek wyda nawet własną matkę – Gilbert pozwolił sobie na fałszywe parsknięcie. – Tak, zostaję tutaj. Nie muszę chyba pytać o wolny pokój? – dodał znużonym tonem.
– Natychmiast każę jakiś przygotować – westchnął von Zelewski. Prusy uśmiechnął się w duchu; jego rozmówca brzmiał teraz jak niechętny hotelowy recepcjonista, a nie jak ktoś, kto ma władzę nad całymi siłami niemieckimi w okolicy.
– Jest ze mną szeregowy – dodał, kryjąc złośliwy grymas we własnym spojrzeniu. Generał wstał i przystanął przy oknie, nie patrząc na niego. – Dorzucam ci go do ludzi. Jak coś zje, przyda się na dodatkowej warcie na zewnątrz.
– Dworek jest dobrze pilnowany – mruknął basem von Zelewski, zerkając za firanki. Gilbert wiedział, że patrzy na widoczne w oddali domy.
– To polska wieś – powiedział Prusy zimno. – a to pomysłowy i złośliwy naród. Uwierz, von Zelewski, ja naprawdę nie chcę obudzić się w nocy i zobaczyć, że wszystko płonie, bo jakiś tutejszy postanowił spalić nas żywcem.
Generał wyglądał, jakby chciał się z nim kłócić, po chwili jednak zmarszczył brwi.
– Podwoję straże, skoro tego chcesz.
– Chcę – Gilbert tym razem uśmiechnął się otwarcie. – A teraz daj mi pięciu ludzi.
– Co tam sobie planujesz, Prusy?
– Ja? Planować? – Gilbert udał niewiniątko. – Chcę po prostu rozejrzeć się po Warszawie. Wypadłem z gry na parę miesięcy. Wrócę tu przed północą, jeśli tak bardzo zależy ci na tym, bym nie włóczył się po nocach. Swoją drogą, nie spodziewałem się po tobie takiej troski, Erich, zawsze miałem cię za bezlitosnego skurwysyna.
Generał westchnął. Nie skomentował w żaden sposób usłyszanej drwiny i obelgi, ale po jego twarzy było widać, że bardzo chce, by Prusy już opuścił gabinet.
– Dam ci oficerów Wermachtu. Jak wrócisz, kwatera będzie gotowa. Mogę liczyć na jakiś raport? – zapytał, starając się nadać głosowi uprzejmy ton.
Prusy prawie roześmiał mu się w twarz. Dobrze było wrócić do wojennej gry. On i Ludwig byli jak dwa laufry na szachownicy, przemykające między pionkami armii, po czerni i bieli, uzupełniające się wzajemnie. Jedyne rozkazy, których zwykle słuchali bezwzględnie, szły z samej góry – nawet ten człowiek mógł jedynie prosić.
– Ostatnio trochę boli mnie nadgarstek – odparł bezczelnie. – Ale może podyktuję któremuś z nich parę słów. Za godzinę mają być gotowi. I chcę szeregowych, a nie oficerów. Zwolnij Bielera z warty, resztę dobierz według uznania. Idę skorzystać z tego naszego nowego nabytku i doprowadzić się do porządku po podróży.
Gdy już wychodził, zadowolony z siebie, kolejne słowa generała zatrzymały go w miejscu.
– Plotki o twoim dawnym małym romansie są prawdziwe?
Ty sukinsynie, pomyślał. Obejrzał się za siebie i posłał von Zelewskiemu gniewne spojrzenie. Kiedy wstąpiłeś do cesarskiej armii, byłeś jeszcze małoletnim szczylem, pomyślał, patrząc na dobiegającego pięćdziesiątki mężczyznę. Mogłeś co nieco usłyszeć od starszych, te szybko zatuszowane plotki o Sali Luster.
A ja mogłem wtedy tyle nie pić, może nie byłoby teraz tego bałaganu.
– Miałem wiele romansów – odparł bezwstydnie. – O którym konkretnie mówisz? Bo jeśli pytasz o swoją rozwiązłą babkę, to nie, nigdy nie umawiałem się z Polkami.
Trafił prosto w czuły punkt; uśmiechnął się triumfalnie, widząc jak von dem Bach na wspomnienie o swoich korzeniach czerwienieje z gniewu. Potem wyszedł.
Meiera jak na razie ma z głowy, trzeba tylko pilnować tego farbowanego lisa, by nie zrobił czegoś głupiego.
Ja się naprawdę robię na to za stary.
Chcieli zaatakować jeszcze raz.
Feliks stanowczo się na to nie zgodził; padły ostre, wściekłe słowa, ale decyzja i tak zapadła. Krążył po pomieszczeniu, klnąc pod nosem, a dowództwo czekało w milczeniu, aż się podporządkuje.
Ta ich władza była tak pozorna, zdał sobie sprawę, gdy w końcu zatrzymał się pośrodku pokoju i skinął krótko głową.
– Idę z nimi – nadał swojemu głosowi brzmienie twardej stali, chociaż sam czuł się pustym naczyniem z gliny, które ktoś właśnie roztrzaskał o ścianę. Szczęki miał zaciśnięte, mięśnie napięte i nie był pewny, czy jeszcze kiedykolwiek będzie w stanie się rozluźnić.
Nie myśl, Łukasiewicz. Nie myśl, tylko walcz. Ostatnio ci się to udaje.
– Twoja decyzja.
– Ilu straciliśmy?
Gdy usłyszał odpowiedź, bezlitosną liczbę, o mało co się nie zachwiał; potem zamknął oczy, przebiegł myślami po najpospolitszej ostatnimi czasy modlitwie – wieczny odpoczynek – i znów nakazał sobie nie myśleć i ignorować ból. Tak funkcjonował przez ostatnie dni, mechanicznie, nie pozwalając sobie na żadne zbędne myśli.
O niczym. O nikim. Już nawet na sny nie pozwalał, wiedząc, kogo w nich ujrzy.
Więc poszedł, zaopatrzywszy się w amunicję, kolejnej nocy znów wtopił się w ciemność i gęsty strach, szedł wraz z resztą oddziału, żegnany wilczym spojrzeniem cywila, tego samego, co rankiem. Znów wiązali siły wroga, odwracali uwagę od dworca, który tak rozpaczliwie próbowali zdobyć, a przed nimi ciemniała cytadela.
Strzelaj. Strzelaj. Strzelaj. Przeładuj. Strzelaj. Strzelaj…
Kolejna noc walki, w sierpniowej, gorącej nocy, pod słabym blaskiem cienkiego sierpa księżyca.
Walcz. To jedyne, w czym jesteś dobry, Łukasiewicz.
Oddech znów zaczął mu się rwać. Ktoś padł obok, jęcząc, a potem ucichł, w ciemności jednocześnie żywy i martwy.
W końcu niebo zajaśniało raz jeszcze rakietami; jego zesztywniałe ręce odruchowo uniosły karabin, gdy ich blask oświetlił dotąd pozostającą w cieniu, przyglądającą się starciu nieruchomą ludzką postać w niewielkim oknie cytadeli.
Szarpnięciem głowy spróbował zrzucić z czoła i oczu splątane, mokre od potu włosy, wymierzył, bo w huku i szaleństwie świateł nie widział, czy mężczyzna jest uzbrojony, a zwłoka, wahanie, oznacza kolejną ranę…
Kolejny rozbłysk, może rakiet, może rodzącej się nad miastem letniej burzy, i ujrzał cień karabinu. Zsunął palec na spust, bezmyślnie, bezwiednie, automatycznie, zbyt wyczerpany, by myśleć, by zorientować się, że wróg nie składa się do strzału, a jedynie trzyma broń w rękach.
W zimnych falach światła oblewających okolicę niczym błyskawice, jego wyczerpany umysł zanotował jedynie, że mężczyzna jest brunetem.
Jakby miało to jakiekolwiek znaczenie w chaosie, który trwał, w piekle, które nie chciało się zakończyć.
Z ulgą zrzucił z siebie mundur. Wolnostojąca wanna wypełniona była gorącą wodą, para częściowo zamgliła duże lustro w rzeźbionej ramie, ale siniaki zdobiące jego ramiona, nogi i tors, teraz bardziej żółto-zielone niż czarne, wciąż widział doskonale.
Element planu, który nie wypalił, stwierdził. Gdyby szpiedzy uwierzyli w porwanie, te sińce byłyby dowodem.
Zaskakująco łatwo było dostać w skórę, jeśli się tego chciało. Wystarczył wiejski festyn, ładna, znudzona Szwajcarka i jej mąż, który bardziej interesował się płodami rolnymi niż tańcami.
Gilbert, wbrew temu, co sugerował mu wściekły celnik, nigdy nie musiał uciekać się do przemocy. Teraz też wystarczyło tylko powiedzieć kilka dobrze dobranych komplementów, posłać jedno lub dwa odważne spojrzenie i upewnić się, że ich rozmowa jest wystarczająco głośna, by postronni zauważyli zainteresowanie, jakim obdarzał młodziutką mężatkę, płonącą rumieńcem, ale odrobinę zadowoloną z otrzymanej uwagi…
Gilbert myślał, że dostanie w pysk od jej męża. Tego, że ten skrzyknie kolegów i rzucą się na niego w piątkę, jednak nie przewidział. Dobrze, że pozwolił Ludwigowi zobaczyć tylko część tych siniaków...
Skrzywił się, odwracając się od lustra i wsunął się do wody, po raz pierwszy od dawna mając okazję rozluźnić mięśnie. Umył głowę, z irytacją zauważając, że kolor farby zbladł tylko odrobinkę. Przeczesał włosy palcami.
Całe szczęście, że mieli ten dworek. Dopóki będzie miał dostęp do ciepłej wody, może uda mu się wrócić do naturalnego koloru włosów, nim ta wojna się skończy. Denerwowało go to bardziej niż powinno.
– Zabiję Meiera – mruknął do siebie, układając się wygodniej wśród wody i przymykając oczy. – Jeden wyskok, a przysięgam na Boga, że ukręcę mu łeb.
Dwadzieścia minut później ktoś zapukał do drzwi, przerywając jego odpoczynek.
– Herr Preußen? Jesteśmy gotowi.
Prusy oderwał się od myśli o czasach, które były mniej ponure niż te obecne i pozwolił sobie na westchnienie. Na moment odchylił głowę i zapatrzył się na wiszący ponad wanną obraz przedstawiający polowanie. Postacie w ramach dosiadali rączych koni i nosili kontusze. Prychnął, bo ubiór był zbyt znajomy, a bohaterowie łowów, chociaż ich namalowane twarze były kompletnie obce, kogoś mu przypominali. Zaklął.
Niech cię cholera. Nie dość, że dzisiaj mi się śniłeś, to jeszcze nie dasz się mi spokojnie wykąpać, co?
– Pięć minut, chłopaki. Idźcie do auta.
Wstał szybkim ruchem, sięgnął po ręczniki, a potem po mundur. Nie był jego i brakowało mu krzyża żelaznego.
Został w domu, w Berlinie, pomyślał przelotnie, szybko zapinając guziki wyćwiczonym gestem, nawet na nie nie patrząc. Nie byłem tam od kwietnia, a mamy już dwudziesty pierwszy sierpnia. Ciekawe, czy jeszcze stoi, ten nasz wspólny dom obrośnięty bluszczem, czy może bomby obróciły już go w perzynę pod naszą nieobecność. Ciekawe, czy będzie do czego wracać.
Zerknął szybko w lustro – odbicie pokazało mu beznamiętnego, czarnowłosego, niemieckiego szeregowego.
– Przemyśleliście to jeszcze raz? – zapytał, korzystając z rozproszenia stojącego obok mężczyzny.
Mauersee jaśniało błękitem i bielą w pełnym blasku zimowego, ostrego słońca, częściowo pokryte lodem. Feliks, otulony czarnym płaszczem, przyglądał się roziskrzonej przestrzeni zaśnieżonych łąk, czarnym zarysom drzew ogołoconych z liści i odległym dachom jakiejś wioski, może Reussen, może Pristanien albo Thiergarten. Prusy nigdy nie zaprzątał sobie głowy nazwami miejsc tak nieistotnych, osad złożonych z ledwie kilkunastu domów, których w okolicy było bez liku. Wiał lodowaty wiatr ze wschodu; zimy tu zawsze były ciężkie.
Polska obrócił głowę i uniósł brew, słysząc jego pytanie. To był ryzykowny manewr, Prusy doskonale o tym wiedział. Właśnie łamał ich niepisaną, nigdy nie ustaloną zasadę, wedle której żyli od kilkudziesięciu lat.
– Mówisz o tym sojuszu? – zapytał spokojnie Feliks, jakby pytał o jutrzejszą pogodę, a nie o to, jak po mapie kontynentu potoczą się kości grających. Prusy przyglądał się jego zaczerwienionej od mrozu skórze i sposobie, w jaki kulił ramiona, gdy kolejne powiewy niosły za sobą moskiewski oddech zimy.
Prusy znał już odpowiedź; usłyszał ją od brata, a ten od dyplomatów, ale szukał potwierdzenia, zawahania, iskierki w zieleni, która powie mu coś więcej. Polska odwzajemnił spojrzenie pewnie, spokojnie.
– Poprawienie relacji z Rzeszą byłoby przydatne – odparł krótko Feliks. Nigdy nie rozmawiali o polityce, o groźbach i interesach, sojuszach i tajemnicach, ale to było oczywiste. Nie łamał żadnej przysięgi wierności, nie, żeby kiedykolwiek jakąś składał. Był Polską; nie musiał. – Ale nie mamy ochoty konfrontować się kolejny raz z Rosją, Prusaku.
W głosie Feliksa zabrzmiało dobrze ukrywane zmęczenie, ale Gilbert znał go wystarczająco długo, by je odczytać. Uniósł kącik ust, akceptując decyzję i odwrócił się.
Musiał iść. Obowiązki wzywały; miał coś do zrobienia w Rastemborku, potem musiał wracać do brata. Mieli mnóstwo pracy w związku z Gleichschaltungiem i rosnącą potęgą Trzeciej Rzeszy.
– Zamknęli Eldorado – powiedział jeszcze. – Zostało Mikado. Na razie.
– I po co mi to mówisz?
– Na wypadek, gdybyś... szukał towarzystwa, to Berlin stał się w tej kwestii mało przyjazny – rzucił, ruszając przed siebie. – Sugeruję ostrożność, jeśli w ogóle znasz takie słowo.
– Martw się lepiej o siebie – burknął Feliks.
– Martwię – Prusy uśmiechnął się sugestywnie, raz jeszcze się odwracając. – Prusy to bardzo atrakcyjny kawałek ziemi. Każdy chce położyć na nich łapy. A może się mylę, Polsko?
Feliks gwałtownie odwrócił głowę.
– A pieprz się.
– Wedle życzenia.
Nie bywał sentymentalny. Nigdy.
A jednak właśnie przekraczał drzwi ich domu obrośniętego bluszczem, który tego lata wziął sobie w panowanie nie tylko balkon, ale i większą część fasady.
Berlin był po drodze, wytłumaczył sobie. Mógł zebrać jeszcze trochę informacji od wojskowych. Najnowszy rozkaz Hitlera chronił go i jego brata, nikt nawet nie pomyśli o zostawieniu nań pułapki.
Zajrzał do środka, pozostawiając Kölzowa na posterunku przed drzwiami, wsunął się do pustego holu, zaskoczony zatęchłym zapachem i warstwą kurzu w zawsze czystym domu.
Nie było mnie... to był początek lipca, pomyślał zdumiony. Minęły zaledwie dwa miesiące, a on czuł się, jakby minęły wieki, podczas których przekroczył Styks, trującą rzekę nienawiści, bez mostu i bez brodu, by oczyścić się w czarno-czerwonych wodach, zanurzając się w śmierci. Po to, by stanąć na jej drugim brzegu i ujrzeć krainę umarłych.
Nagle zdał sobie sprawę, że ktoś uprzątnął rozbite szkło i drzazgi. Zirytowany tym, że jacyś ludzie chodzili po jego domu, domu, który zawsze pozostawał zamknięty dla wszystkich poza ich dwójką, ruszył szybkim krokiem do swojej sypialni.
Tam również posprzątano; zniknęła zakrwawiona pościel, zmyto ślady z drzwi, nie było odłamków porcelanowej wazy. Obejrzał dokładnie sypialnię, widząc, że jego munduru nie tknięto; wisiał tak, jak go pozostawił. Przebrał się, wyciągnął ze szkatułki przy łóżku swój krzyż żelazny i przypiął go do munduru. Był zimny w dotyku, tak jak wszystko wokół.
Z niewielkiego lustra na korytarzu spoglądał na niego już nie zagubiony mężczyzna w mundurze szeregowca, ale Ludwig Beilschmidt, Trzecia Rzesza. Zacisnął dłoń w pięść, powstrzymując się od zadania ciosu odbiciu, wiedząc, że to głupie. Szybko przeszedł przez hol, wszedł do kolejnego pustego pokoju i ukląkł przy łóżku.
Znalazł tę skrytkę przez przypadek, lata temu, gdy sprzątał – nie lubił brudzić sobie rąk, ale dom był ich twierdzą, nigdy nie chciał, by ktokolwiek obcy się po nim pałętał – ale dopiero teraz sobie o niej przypomniał.
Sięgnął pod łóżko, odnalazł poluzowaną deskę podłogi. Najpierw wyciągnął stare czasopisma, przetarł kurz z połowy pierwszej okładki i czując rumieńce wstydu na policzkach, szybko odłożył je na bok. To było bardzo w stylu Gilberta, przykryć to, co ważne, erotykami.
Dwa miesiące temu Ludwig nigdy nie szukałby dalej, cofnąłby się jak oparzony, jakby jego dłonie skaziła zaraźliwa choroba, a potem próbowałby wyrzucić to, co zobaczył, z umysłu, dalej brnąc w swoją niewiedzę.
Poczuł się źle z myślą, że Gilbert we własnym domu potrzebował takich skrytek.
Cześć, Gabriel, list napisany niewprawną ręką, jakby nadawca nauczył się pisać w późniejszym wieku. Ludwig spojrzał na datę. Trzydziesty trzeci.
U mnie w porządku. Od miesiąca pracuję jako kelner, płacą przyzwoicie. Wiesz, co się dzieje z Henrim? Nie odpisał na mój list, gdy pytałem o jego nowego partnera. Obraził się? Słyszałem, że aresztowano Ingrid, to prawda? Alex
PS tym razem odpisz
Niemcy westchnął, przypominając sobie młodą twarz z fotografii z akt Gilberta, ale szukał dalej. Znalazł fotografię pustej sali zamkowej – długą chwilę po prostu się w nią wpatrywał.
– Sala Luster – mruknął do siebie.
Zdjęć było jeszcze kilka; wszystkie przedstawiały piękne wnętrza zamku w Königsbergu. Szybko zauważył, że każda fotografia była w dwóch kopiach. Każda poza jedną, tą, na którą natrafił jako pierwszą.
Zaciskając mocno usta, Ludwig wstał i zaczął dokładnie przyglądać się domowi, zerkać w kąt każdego pomieszczenia i zastanawiać się, co jeszcze ci, którzy zamierzyli się na Gilberta, mogli tu znaleźć.
Porównał warstwy kurzu na czasopismach i na meblach w pokoju i w kuchni, których dotykał tuż przed zniknięciem z Berlina i był już pewny, że grzebano w tej skrytce. Westchnął ciężko, zadowolony z tego, że wszystko to, co planował, spisywał szyfrem.
Hitler im uwierzył. Był też przekonany, że ci, którzy chcieli pozbyć się Gilberta, zginęli w czystce ruchu oporu. Ludwig nie miał żadnej pewności ani dowodu, ale sądził, że po rozkazach, które obiegły Berlin i każdego generała, kto był w zasięgu, nikt więcej nie ośmieli się spiskować przeciwko nim dwóm.
Po Wolfsschanze führer pokazał swój gniew, niemiecka krew jeszcze nie wyschła, krzyczała do niego rozpaczliwie i boleśnie.
Wiedział jedno. Nie wolno nikomu ufać. Nikomu poza Gilbertem.
Chociaż ta część samego siebie wciąż wydawała mu się znajoma.
Nie strzelił.
Zdając sobie sprawę, do kogo celuje, pomyślał, że to jakaś kpina, kolejny złośliwy żart losu. Zmyliły go włosy, a z tej odległości nie widział oczu, ale rozpoznał znajome rysy, sylwetkę i karnację, jaśniejącą jak pergamin w niekończących się eksplozjach powstańczego ataku i niemieckiej obrony.
– Gilbert – wyszeptał, opuszczając bezwładnie broń na bruk, a wszystko, każda myśl i każde wspomnienie, które w sobie tłumił, wróciło.
Los zdecydowanie go nienawidził.
Nie pozwól abym cię zwiódł
Niech nie zwiedzie cię moja twarz.
Noszę bowiem tysiąc masek – masek, których boję się zdjąć,
a żadna z nich nie jest mną.
Udawanie jest sztuką, która stała się moją drugą naturą.
Ale ty nie daj się oszukać.
Zaklinam cię na Boga, nie pozwól się oszukać.
Sprawiam wrażenie, że jestem pewny siebie,
Że jestem radosny i nie mam problemów,
Ani na zewnątrz, ani w środku mnie,
Że pewność siebie jest moim imieniem, a opanowanie moją zabawą,
Że wody są spokojne, a ja panuję nad wszystkim
I że nikogo nie potrzebuję.
Ale nie wierz mi, proszę.
(...)
(Charles C. Finn – Nie pozwól abym cię zwiódł)
Ożarów Mazowiecki - miasto pod Warszawą (do 1967 wieś), w którym znajdował się Dworek Reicherów. Budynek w czasie II wojny światowej należał do Kazimierza Reichera, działacza ruchu oporu, który udostępnił go jako magazyn broni i radiostacji. Po jego morderstwie przez Gestapo w lipcu '44 dworek przeszedł w ręce niemieckie - zainstalował się tam sztab von Zelewskiego i tam też podpisywano akt kapitulacji powstania.
Stalingrad - Bitwa o Stalingrad była jedną z największych bitew II wojny światowej. Toczyła się w okresie od 23 sierpnia 1942 do 2 lutego 1943 roku. W rejonie Stalingradu 23 listopada 1942 roku wojska radzieckie okrążyły 6 Armię, część 4 Armii Pancernej oraz jednostki rumuńskie. Żołnierze Wehrmachtu masowo umierali w wyniku odniesionych ran, z głodu i z zimna. Dochodziło też do aktów kanibalizmu. W całej operacji Niemcy i ich sojusznicy stracili ogółem pół miliona żołnierzy i jedną czwartą sprzętu wojennego. Spośród 110 tys. wziętych do niewoli żołnierzy Wehrmachtu tylko jakieś 5 tys. wróciło do ojczyzny.
pervitin - tabletki z metaamfetaminą, stosowane na masową skalę podczas II wojny światowej w armii niemieckiej.
Erich von Zelewski / von dem Bach - generał SS. W latach 1943-1944 dowódca oddziałów do walki z partyzantami w państwach okupowanych. Dowódca tzw. Korpsgruppe von dem Bach w trakcie tłumienia powstania warszawskiego, zbrodniarz wojenny, jeden z pomysłodawców utworzenia obozu Auschwitz. W sumie oblicza się, że von dem Bach jest odpowiedzialny za śmierć ok. 230 tysięcy ludzi w krajach bałtyckich, na Białorusi i we wschodniej Polsce oraz za tłumienie powstania. Po wojnie został skazany za moderstwa sześciu niemieckich komunistów praz za udział w nocy długich noży - za zbrodnie wobec ludności cywilnej nie poniósł odpowiedzialności. Urodził się w Lęborku, miał polskie korzenie, których się wypierał.
Reussen - Ruska Wieś, Pristanien/Passdorf - Przystań, Thiergarten - Trygort - wsie leżące w okolicach jeziora Mamry. Rastembork, inaczej Rastenburg to Kętrzyn.
Gleichschaltung - określenie pochodzące z nazistowskiej ideologii III Rzeszy, będące synonimem ujednolicenia realizowanego na obszarze życia społecznego, politycznego i instytucjonalnego. Jako datę pierwszego oficjalnego użycia należy uznać 31 marca 1933. W tym dniu weszła w życie pierwsza ustawa glajchszaltująca, wraz z którą niemieckie kraje związkowe utraciły swoją polityczną suwerenność. W powszechnym znaczeniu zglajchszaltowanie oznacza ograniczenie bądź utratę indywidualnej osobowości, względnie niezależności, wolności człowieka poprzez regulacje i ustawy lub inne zarządzenia zrównania i ujednolicenia mas.
Nikt nie spodziewał się Paragrafu w ten czwartkowy wieczór, i to o ludzkiej porze, a ni nocy! Ale jest, bo to ostatnio jedyna rzecz, jaka mi w życiu wychodzi. Rozdział odmienny, bo z niewielkim udziałem Ludwiga, a to przecież on jest głównym bohaterem tego PrusPola :D Ale w końcu dociągnęłam do tego momentu, w którym Prusy i Polska przebywają w jednym miejscu (gdybym wiedziała, jak ciężko będzie mi pisać Felka-powstańca, dalej by siedział w tej celi w Berlinie).
Komentarz daj fanwriterce, klawiaturą potrząśnij~
