Minerwa McGonagall z ulgą rozpuściła swoje włosy z ciasnego koka. Miała za sobą ciężki dzień. Albus miał kilka spraw do załatwienia, a ktoś musiał zabawiać Knota do czasu kolacji. Na szczęście Filius i Hagrid zaoferowali swoją pomoc – Minerwa wiedziała, że nie wytrzymałaby tak długo z Knotem bez nich. Zabrali ministra do Trzech Mioteł – co było fatalnym posunięciem, bo pojawiła się Rosmerta ze swoją ujmującą ciekawością, a wszędzie wokół panował gwar, który sprawiał, że Minerwie dzwoniło we wrażliwych uszach.

Czuła się okropnie też z innego powodu. Rozmowa oczywiście zeszła na Syriusza Blacka i jego udziale w zdradzie Potterów. Hagrid nigdy nie był najdyskretniejszy, minister przyzwyczajony był do powtarzania plotek, a ona sama nadal nie uwolniła się od dławiącego poczucia winy. Zaklęcie Fideliusa, nierozpoznanie zdrajcy w Blacku, Pettigrew i wiele ostrych słów, jakie wypowiedziała kiedyś pod jego adresem. Wreszcie sprawa rodziców chrzestnych Harry'ego. Knot oczywiście wiedział o tym, że Black został wpisany jako ojciec chrzestny – to wszystko było w jego aktach. Nikt w ministerstwie nie wiedział jednak, że w teczce Harry'ego powinni dopisać matkę chrzestną.

Tylko jaką ona była matką chrzestną?

Fatalną i było to raczej łagodne określenie. Potrząsnęła głową, a ciemne włosy ze srebrnymi nitkami rozsypały się po jej karku. Nawet nie mogła podpisać Harry'emu głupiego zaświadczenia, by wyszedł do Hogsmeade jak wszyscy w jego wieku. Jakiś głos w umyśle podpowiadał jej, że to byłoby dla niego zbyt niebezpieczne, ale z drugiej strony czy Hogwart stanowił jeszcze jakąś gwarancję bezpieczeństwa, po tym, jak wtargnął tu Black?

Z niechęcią spojrzała na stosy prac do sprawdzenia. Najchętniej zostawiłaby to wszystko i poszła do Albusa, na partyjkę szachów, by nieco uspokoić rozbiegane myśli. Wiedziała jednak, że dyrektor pewnie nie marzy o niczym tylko o śnie – kolacja z Knotem była dla niego wyjątkowo nieprzyjemna, gdyż minister ciągle próbował przekonać go do wpuszczenia dementorów na teren szkoły. Albus kategorycznie odmawiał.

Ostatecznie postanowiła zrobić sobie herbaty i zabrać się za którąś z nieprzeczytanych książek, gdy usłyszała pukanie do drzwi swojego gabinetu. Zmarszczyła lekko brwi. Było już dobrze po dziesiątej wieczorem. Zdecydowanym krokiem przecięła swój salon, a gdy znalazła się w gabinecie, machnęła różdżką, otwierając drzwi.

- Profesor McGonagall? – z progu Minerwa usłyszała niepewny głos panny Granger. Szybko zapaliła więc światło. Hermiona patrzyła na nią zdumiona.

Dopiero po chwili Minerwa zrozumiała co tak zamurowało dziewczynę, więc znów machnęła różdżką i jej włosy splotły się znów w zwyczajowy kok.

- Słucham, panno Granger? – spytała uprzejmie. Jednocześnie odnotowała, że Hermiona jest zupełnie blada, szczuplejsza niż zwykle, jej włosy są suche i matowe, a oczy podkrążone, zdradzające ogólny poziom wyczerpania.

- Właściwie to… chodzi o ten zmieniacz czasu. – zaczęła nieśmiało Hermiona, robiąc krok do przodu. Minerwa pokiwała głową, lekko marszcząc brwi, gdy Gryfonka podskoczyła na dźwięk zamykanych drzwi.

- Miałaś z nim jakieś kłopoty?

Hermiona przełknęła ślinę.

- Ja wczoraj miałam cofnąć go tylko o godzinę, ale przez przypadek cofnęłam o dwie i nie wiedziałam co robić, więc postanowiłam po prostu zaczekać, ale wtedy zasnęłam i nie dotarłam już na numerologię. Profesor Vector chyba tego nie zauważyła, ale ja już nie chciałam cofać czasu po raz drugi… - Hermiona mówiła coraz szybciej, a jej policzki robiły się coraz bledsze. Minerwa tym razem nie zignorowała głębokiego niepokoju, który ją ogarnął. Od jak dawna panna Granger funkcjonuje na krawędzi wyczerpania? Dlaczego ona, jako opiekunka domu Hermiony, nie zauważyła tego wcześniej?

- Wystarczy. Chodź. – przerwała Hermionie nauczycielka i ruszyła do swojego salonu, pokazując dziewczynie, by szła za nią. W salonie Minerwa szybko usunęła z sofy stos sprawdzonych już klasówek. Hermiona tymczasem rozglądała się wokół nieśmiało.

- Zaczekaj tutaj. – mruknęła Minerwa i ruszyła do małej kuchni, która należała do jej apartamentów. Minerwa nie miała czasu gotować, ale trzymała tu herbatę, ciastka i zapas kakao dla Albusa. Teraz jednak podejrzewała, że to nie wystarczy. Klasnęła w dłonie. Obok zmaterializowała się skrzatka domowa.

- Madam? – skłoniła się.

- Możesz przysłać mi tu talerz kanapek? – spytała uprzejmie Minerwa, jednocześnie zagrzewając mleko na kakao. Dla siebie przygotowała herbatę. Skrzatka pojawiła się po kilku sekundach, z wielkim talerzem kanapek. Minerwa podziękowała jej i zabrała przygotowane rzeczy do salonu.

Hermiona stała do niej zwrócona tyłem, w dłoniach trzymając jakąś książkę. Na dźwięk kroków Minerwy dziewczyna podskoczyła, a książka wypadła jej z dłoni.

- Pani profesor, jak przepraszam najmocniej, ale… - zaczęła się tłumaczyć blada Hermiona, lecz Minerwa przerwała jej.

- Nie szkodzi. – sięgnęła po książkę, a w tym samym czasie Hermiona podniosła kartkę, która wypadła z książki.

- Interesujesz się animagami, Hermiono? – zapytała Minerwa, z zaskoczeniem zauważając, że książką, którą zainteresowała się dziewczyna była rozprawą na temat animagów jej autorstwa.

- Trochę, madam. – przyznała dziewczyna, lecz jej oczy oglądały kartkę, którą podniosła. Westchnęła cicho.

- A cóż tam znalazłaś? – Minerwa podeszła do uczennicy, która cofnęła się, a potem oddała jej kartkę z poczuciem winy.

- Wypadło z książki. Przepraszam.

Minerwa zerknęła na kawałek papieru. Była to magiczna fotografia, dobrze jej znana. Przedstawiała ją dokładnie w wieku Hermiony, stojącą pod fontanną Magicznego Braterstwa w atrium ministerstwa. Obok stał Albus, wpatrujący się w nią z dumą, a z drugiej strony wyniośle wyglądająca babcia i uśmiechnięty ojciec, patrzący wprost w obiektyw. Dzień, w którym została zarejestrowana jako animag. Jeden ze szczęśliwszych dni i jeden z najważniejszych w jej naukowej karierze.

- Dawne dzieje. – rzekła Minerwa, a potem wskazała dłonią na sofę i kanapki. – Usiądź proszę, panno Granger i zjedz coś, wyglądasz jak trzy ćwierci do śmierci. – sama Minerwa usiadła naprzeciw, nie wypuszczając zdjęcia z dłoni.

- Była pani wtedy w trzeciej klasie, prawda? – przerwała ciszę Hermiona, z wahaniem biorąc jedną z kanapek.

- Owszem, ale o zostaniu animagiem marzyłam jeszcze przed Hogwartem. – odparła Minerwa, przypominając sobie godziny spędzane w bibliotece rezydencji na czytaniu książek o zaawansowanej transmutacji. Hermiona uniosła brwi.

- W bibliotece mojej babki były książki na ten temat. – wyjaśniła Minerwa, przypominając sobie, że Hermiona do jedenastego roku życia nie miała pojęcia o magii.

- Ta dama na tym zdjęciu to pani babka, pani profesor? – odważyła się zapytać Gryfonka.

- Tak, obok stoi mój ojciec Robert, no a profesora Dumbledore chyba rozpoznajesz. – Minerwa oddała Hermionie zdjęcie. Dziewczyna przyjrzała się badawczo fotografii. Potem uniosła głowę i zawstydziła się lekko.

- Pani rodzina musiała być z pani bardzo dumna. – rzekła dziewczyna cicho. Minerwa uśmiechnęła się.

- Tak, chociaż wątpię, by byli zadowoleni z tego, kim jestem teraz. – wyznała ze szczerością, która zdumiała ją samą. Hermiona podniosła głowę i spojrzała jej w oczy. Tym razem to Minerwa odwróciła wzrok, choć zaraz tego pożałowała. Tak, babka zganiłaby ją za takie użalanie się nad sobą. McGonagallowie nie narzekali, tylko brali los w swoje ręce.

- Ale przecież jest pani nauczycielką najtrudniejszego przedmiotu w najbardziej prestiżowej szkole magii i czarodziejstwa na świecie, ba, jest pani nawet zastępcą dyrektora i w dodatku pani osiągnięcia w dziedzinie transmutacji są wybitne! – zaprotestowała Hermiona.

Minerwa jedynie pokiwała głową. Oczywiście Hermiona miała rację. Ale z drugiej strony, cichy głos, w tonie podobny do tonu matki Minerwy szeptał jej zjadliwe słowa: ,,Pohańbiłaś dziedzictwo swojej rodziny."

- Miło mi, że doceniasz mój życiowy dorobek, panno Granger. – rzekła w końcu Minerwa, starannie ukrywając gorycz w swoim głosie. – Miałam jednak zamiar porozmawiać o innej sprawie.

Hermiona zarumieniła się nieco i by to ukryć, sięgnęła po kolejną kanapkę. Minerwa odnotowała jej chude ręce.

- Śmiem przypuszczać, że wzięłaś nieco zbyt wielki ciężar na siebie, panno Granger. – stwierdziła Minerwa.

- Dlaczego, pani profesor? – spytała niepewnym tonem Hermiona.

- Nikt przed tobą nie miał jeszcze tak napiętego programu, a incydent z zmieniaczem czasu o którym wspomniałaś to ilustracja tego, że powoli tracisz nad tym kontrolę. Poza tym nie wysypiasz się, za mało jesz i za dużo się zamartwiasz. I proszę nie zaprzeczać. Uczę zbyt długo, no i sama byłam kiedyś ambitną uczennicą. Czasem trzeba jednak zwolnić, Hermiono. – Minerwa celowo użyła imienia dziewczyny, która już otwierała usta. Teraz jednak Gryfonka je zamknęła i spuściła głowę.

- Chciałabym, żebyś obiecała, że zadbasz o siebie i nie zatracisz się całkiem w nauce. Jeśli twój ogólny stan się nie poprawi, będę musiała rozważyć ograniczenie twoich zajęć. – dodała Minerwa, nieco ostrzejszym tonem niż chciała.

Hermiona podniosła głowę i szybko nią pokiwała – jej oczy błyszczały.

- Pani profesor, ja po prostu bardzo lubię się uczyć, a pani poświęciła tyle energii na sprowadzenie tego zmieniacza, nie chciałabym, żeby to poszło na marne. – rzekła z zaskakującą odwagą.

- To pójdzie na marne, jeśli będziesz się przepracowywać. – stwierdziła Minerwa z mocą.

Dziewczyna westchnęła. Minerwa pozwoliła sobie na uśmiech.

- Zatem? – spytała nauczycielka.

- Obiecuję, że nie będę się przepracowywać, pani profesor. – rzekła uroczyście Hermiona, choć jej uśmiech był bardzo blady.

- Tak lepiej. Ale nie przyszłaś tu tylko z powodu zmieniacza, prawda? – spytała Minerwa, zdając się na swój belferski instynkt. Hermiona najpierw spojrzała na nią ze zdumieniem, a potem pokiwała głową.

- Chodzi o profesora Lupina. – wyznała dziewczyna, ale zaraz urwała i sięgnęła po kubek z kakao, ukrywając rumieniec.

Minerwa lekko zmrużyła oczy. Intuicyjnie wyczuwała dyskomfort Hermiony, lecz jednocześnie nie miała wątpliwości, że Gryfonka jest przekonana o wadze obecnej sytuacji.

- Tak? – Minerwa przysunęła się do przodu, by pokazać swoje zainteresowanie i zachęcić Hermionę do wyjaśnienia sprawy.

- On coś ukrywa, pani profesor. Coś związanego z Syriuszem Blackiem. – wypaliła wreszcie Hermiona, a potem wbiła spojrzenie w twarz Minerwy.

Nauczycielka zachowała całkowite opanowanie i odpowiedziała:

- Profesor Lupin, Hermiono, znał Blacka, podobnie jak większość dorosłych w zamku. Był z nim w jednej klasie i w jednym domu, w moim domu. – wyjaśniła.

Hermiona przez chwilę analizowała zasłyszane informacje. A potem pokręciła głową.

- Jest coś jeszcze, pani profesor. Ta dziwna choroba… - dziewczyna spojrzała na Minerwę, jakby oczekując jakiegoś zaprzeczenia, zapewnienia, że jej podejrzenia są bezpodstawne.

Lecz nie były.

Minerwa zrozumiała, że od teraz będzie stąpać bo bardzo cienkim lodzie. Nie mogła kłamać, Hermiona była na to zbyt inteligentna. Nie mogła też zdradzić sekretu Remusa. Przełknęła ślinę. Musiała coś wymyślić.

- Profesor Lupin nie zostałby nauczycielem w Hogwarcie, gdyby nie cieszył się zaufaniem dyrektora, panno Granger. – rzekła wreszcie Minerwa, mając jedynie nadzieję, że jej głos nie brzmi ostro.

W duchu miała ochotę roześmiać się sarkastycznie – czym było zaufanie Albusa, skoro ona nadal uczyła w Hogwarcie?

- Martwię się o Harry'ego, pani profesor. – wyznała Hermiona, jakby potulniejsza i bardziej zrezygnowana. Minerwa zastanawiała się czy dziewczyna jest rozczarowana jej reakcją, czy też jej się spodziewała.

- Wiem. Ja również. – Minerwa odwróciła wzrok.

Remus… po śmierci Jamesa i Petera oraz zdradzie Blacka Minerwa nie miała głowy do wyciągnięcia do niego pomocnej dłoni. Sama była zbyt zdruzgotana i zrozpaczona, by pomyśleć o innych. Lupin wyjechał z kraju, a Albus stwierdził, że najwyraźniej tak będzie najlepiej. Jednak teraz, kiedy wrócił do Hogwartu, Minerwa bardzo się starała, by otoczyć go troską i łagodzić nieprzychylną mu postawę Severusa. Nauczyciel eliksirów ważył dla Remusa wywar tojadowy, to nie były te czasy, gdy musiała czuwać przy jego przemianie, ale nie wątpiła, że okres pełni nadal jest dla niego trudny. A jednak ufała mu. Nadal widziała w nim tego przerażonego chłopca, którego zostawiała w Wrzeszczącej Chacie po tym, jak pełnia mijała.

Lecz nawet wobec ostatniego z wiernych dobrej sprawie Huncwotów nie żywiła tak silnych opiekuńczych uczuć jak wobec Harry'ego Pottera. Nie wiedziała już, na ile jej troska wynika z frustracji, poczucia winy czy chęci wypełnienia danej obietnicy. Wiedziała jednak, że dla tego chłopca poświęciłaby bardzo wiele.

Hermiona musiała wyczuć troskę w jej głosie, bo kojącym gestem położyła drobną dłoń na ramieniu Minerwy. Przez chwilę trwały w milczeniu. Trzynastoletnia dziewczyna i stara wiedźma, obie zjednoczone w chęci chronienia tego, co dla nich drogie. Potem Minerwa otrząsnęła się z apatii.

- Powinnaś już wracać do dormitorium, Hermiono. I pamiętaj, że masz nie przesadzać z nauką i nie wahać się przyjść tutaj z jakimkolwiek problemem. – rzekła nauczycielka, zmuszając się do lekkiego uśmiechu.

- Oczywiście, pani profesor. – Hermiona podniosła się i ruszyła do wyjścia. Była już przy drzwiach, gdy nagle odwróciła się:

- Och, przepraszam, zabrałabym je. – podbiegła i z rumieńcem na twarzy oddała Minerwie zdjęcie z dnia rejestracji na animaga. Minerwa poczuła dziwne ciepło w sercu, patrząc na to zdjęcie. Jakaż była wtedy szczęśliwa! Ojciec był taki zadowolony, babka rozpromieniona, a Albus patrzył na nią z dumą i dziecięcą radością.

- Dobranoc, profesor McGonagall. – Hermiona dygnęła lekko i wyszła.

- Dobrej nocy, Hermiono. – wyszeptała Minerwa, nie odrywając oczu od zdjęcia.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Minerwa McGonagall z lekką ulgą myślała o nadchodzącym semestrze. Minioną przerwę świąteczną zaliczała raczej do mało wesołych – każdy w zamku był podenerwowany sprawą Blacka, a Sybilla postanowiła zatruć świąteczny posiłek swoimi wróżbami.

Nauczycielka transmutacji nie potrafiła wyzbyć się swojej irytacji do profesor Trelawney. Już nawet nie chodziło o incydent sprzed kilkunastu lat, gdy Moody stracił oko, próbując ochronić Sybillę przed porwaniem przez śmierciożerców. Chodziło raczej o wszystko, co reprezentowała sobą jasnowidzka i jej dziedzina magii. Minerwa od dziecka gardziła wróżbiarstwem, lecz jednocześnie na własnej skórze doświadczyła mocy, jaką mają przepowiednie – nawet jeśli nie były logicznie wytłumaczalne, to zmieniały bieg zdarzeń, wpływając na osoby, które w nie wierzyły.

Nadal pamiętała wróżbę profesor Vatblasky. Para cudownych magów, przechadzająca się po pełnych trupów gruzach Hogwartu. Gdy usłyszała tą wersję ,,alternatywnej przyszłości", nie przywiązała do tego żadnej wagi. Dopiero wiele lat później zrozumiała, że te kilka słów starej nauczycielki znacząco wpłynęło na jej relacje z Albusem – obraz, jaki wykreowała magia wróżbiarstwa, przeraził Albusa i trwale zapisał się w jego pamięci.

Machnęła ręką, a stojące przed nią ławki ustawiły się w idealnym rzędzie. Nie powinna tego roztrząsać. Użycie magii bez użycia różdżki nieco ją uspokoiło. Przypominało jej, że nadal była potężną wiedźmą, z którą należało się liczyć.

Ktoś zapukał do drzwi jej klasy. Minerwa nakazała drzwiom się otworzyć. Poczuła się znacznie gorzej, gdy zobaczyła w drzwiach Oliviera Wooda z wyraźnie zdeterminowaną miną.

Minerwa była bardzo zadowolona, gdy Hermiona przyszła do niej w święta i poinformowała o miotle przysłanej Harry'emu i podzieliła się swoim podejrzeniem co do nadawcy tajemniczej paczki. Jak się okazało, przyjaciółka Harry'ego obdarzyła Minerwę dużo większym zaufaniem niż wcześniej. Może jeszcze nie była to relacja na miarę tej z Lily Evans, ale Minerwa cieszyła się z zawierzenia Hermiony.

Niemniej jednak, sprawa samej miotły była raczej niepokojąca. Po pierwsze, Minerwa natychmiast wyczuła ten dziwny zapach psiej sierści. Po drugie, z częściowym dostępem do fortuny Blacków tylko Syriusz mógłby przysłać Harry'emu tak drogi prezent. Po trzecie, Minerwa była zupełnie po ludzku zła na samą siebie, że ona nie mogła sprezentować Harry'emu nowej miotły.

,, To wzbudziłoby zbyt duże podejrzenia, a nie chcesz być chyba oskarżona o faworyzowanie?" – chłodne słowa Albusa wbiły się klinem w jej umysł. Skrzywiła się i rzekła:

- W czym problem, panie Wood?

Olivier sprężystym krokiem przemierzył klasę i zatrzymał się przed jej biurkiem. Minerwa cieszyła się, że akurat stała – zawsze wolała mieć przewagę wzrostu przy trudnych rozmowach – co było często wykluczone w spięciach z Albusem.

- To prawda, że skonfiskowała pani nowiutką Błyskawicę Harry'ego? Pani profesor? – choć Wood się starał, nie zdołał ukryć oskarżycielskiego tonu.

- Tak. Nie znamy nadawcy miotły, a w obecnej sytuacji trzeba ją sprawdzić pod kątem czarnoksięskich zaklęć. – zmusiła się do chłodnego tonu.

- Ależ pani profesor, niedługo gramy z Krukonami, jeśli Harry nie będzie miał dobrej miotły, to możemy znów pożegnać się z pucharem quidditcha! – wykrzyknął Wood.

- Wood, nie wszystko kręci się wokół quidditcha. Nie będę ryzykować zdrowiem Pottera. – rzekła cicho Minerwa, ostatkiem sił trzymając swój szkocki temperament na wodzy.

- Ależ pani profesor, przecież pani też zależy na tym pucharze! Nie ważne, czy Potter spadnie z miotły, ważne by złapał dla nas znicza! – Wood gestykulował żywo.

Minerwa poczuła jak mury jej kontroli upadają.

- Wood! W głowie coś ci się poprzestawiało! Jak może ci zależeć bardziej na jakimś głupim pucharze niż na życiu Harry'ego!? Jestem rozczarowana twoją postawą, Wood. Kapitan przede wszystkim powinien dbać o swoją drużynę! – krzyczała Minerwa, a jej dłonie zaczęły błyszczeć niebezpiecznie.

Olivier cofnął się z wyraźnym lękiem, ale miał w sobie zbyt wiele gryfońskiej odwagi, by tak po prostu się wycofać, choć na pewno zdawał sobie sprawę, że wyprowadzanie Minerwy z równowagi nie było rozsądne. Chłopak zapytał:

- Jak długo zatem zamierza pani trzymać Błyskawicę, pani profesor?

- Tak długo, jak to będzie konieczne, Wood. – warknęła Minerwa, patrząc ze złością prosto w oczy kapitana drużyny Gryfonów.

Wood pokiwał głową, ale usta miał zaciśnięte z niesmakiem. Minerwa ręką wskazała mu drzwi, sygnalizując, że zarówno jej cierpliwość, jak i długość ,,audiencji" mają swoje granice.

- Do widzenia, profesor McGonagall. – mruknął tonem pełnym złości i wyszedł.

Minerwa rozprostowała palce, a drzwi zatrzasnęły się za nim z hukiem.

Nie zdążyła nawet do końca się uspokoić, gdy znów rozległo się pukanie.

- Proszę! – rzekła, nie przestając wściekle wertować sprawdzianów pięciorocznych – szelest kartek obficie poznaczonych czerwonym atramentem działał na nią uspokajająco.

- Co powiedziałaś temu chłopcu, co wyszedł? Wyglądał jakby jakiś rogogon węgierski chciał go rozszarpać.

Minerwa odwróciła się ze zdumieniem. W progu stał wysoki czarodziej o długich siwych włosach i brodzie oraz błękitnych oczach.

- Aberforth! – Minerwa zostawiła kartki i podeszła do czarodzieja.

Podobieństwo do Albusa było uderzające, ale po latach pracy z Aberforthem w Zakonie zdążyła się do tego przyzwyczaić. Polubiła tego maga – był zrzędliwy i sarkastyczny, ale miał bystre spojrzenie na świat i podobnie jak ona, nigdy nie bał się otwarcie krytykować Albusa.

- Nie chciałbym przeszkadzać… - zaczął mężczyzna, ale Minerwa już chwyciła go za łokieć i zaczęła prowadzić do swojego gabinetu.

- Mam akurat wolne popołudnie. Dawno cię nie widziałam, czemu nie wpadłeś w święta? – zapytała, otwierając drzwi do gabinetu i potem do salonu.

- Święta… - Aberforth skrzywił się. Minerwa przypomniała sobie gorzkie słowa Albusa, że jego brat woli spędzać Boże Narodzenie ze swoimi kozami niż ze swoją rodziną.

- Herbaty? – spytała, nie dociekając więcej.

- Masz może Ognistą Whisky? – spytał mag. Minerwa stłumiła uśmiech, ale przywołała napój.

- Jak tam interes? – zapytała uprzejmie, siadając naprzeciw. Aberforth tylko wzruszył ramionami.

- Gorzej, odkąd dementorzy krążą po Hogsmeade. No i odkąd wolisz Trzy Miotły niż moje skromne progi. – rzekł z lekką ironią.

- Daj spokój, ostatni raz byłam w Hogsmeade żeby niańczyć Korneliusza. Jego chyba nie chciałbyś widzieć w swoich skromnych progach? – odparła, unosząc brwi.

- Ach, Minnie, twoje cięte poczucie humoru marnuje się przy takich zadaniach. – Aberforth zachichotał. Minerwa mrugnęła do niego.

- Ale nie masz chyba nakazu pozostawania w zamku? – spytał nagle mag, poważniejąc.

Minerwa zmarszczyła czoło.

- Dlaczego miałabym mieć taki nakaz? – spytała, mrużąc oczy. Aberforth odwrócił wzrok.

- Źle to ująłem. Tylko no wiesz, mój rycerski brat i jego nadopiekuńczość… - zaczął niezdarnie Dumbledore. Minerwa wyczarowała szklankę whisky dla siebie.

- Albus nie kieruje każdym moim ruchem. A ostatnio trzymam się zamku, bo chcę mieć oko na Pottera. To cię chyba nie dziwi? Chłopak ma talent do pakowania się w tarapaty. – rzekła, choć zaskoczyła ją defensywa we własnym tonie.

- Jak jego ojciec. Wypijmy za Chłopca, Który Przeżył. – mruknął Aberforth. Pokiwała głową.

- Zdrowie Pottera! – ich szklanki stuknęły się dźwięcznie.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Albus Dumbledore z zmarszczonym czołem czytał kopię noty dołączonej do błagalnego listu Korneliusza. Knot miał problem z Malfoy'ami. Pani Malfoy nagle przypomniała sobie o fortunie swojej dawnej rodziny i teraz żądała dostępu do funduszy Blacków. Z prawnego punktu widzenia jej roszczenia były bezpodstawne – cała fortuna Blacków przypadła Syriuszowi. Po nim w kolejce do dziedziczenia była siostra Narcyzy, Bellatriks. Jej druga siostra, Andromeda, już za życia rodziców została wydziedziczona. Z racji tego, że zarówno Syriusz, jak i Bellatriks byli przestępcami, Narcyza domagała się unieważnienia ich praw do majątku.

Knot nie chciał narazić się Malfoy'om, ale nie chciał też zwracać uwagi opinii publicznej na cokolwiek związanego z Blackiem, bo musiałby się przyznać do porażki w złapaniu go.

Jak zwykle, prosił Albusa o pomoc. Sam Albus miał dziwne przeczucie, że Narcyza nie powinna otrzymać tych pieniędzy- miała ich dość, o wiele bardziej przydałyby się one Andromedzie. Nie chciał się też mieszać w zawiłości prawne dotyczące dziedziczenia w magicznych rodzinach arystokracji. Nie miał wiedzy w tej dziedzinie. Jedyną osobą, która mogłaby wyjaśnić mu te niuanse była Minerwa.

Albus wsunął listy do kieszeni i wyszedł ze swojego gabinetu. Nucił cicho pod nosem – droga do apartamentów Minerwy i jej gabinetu w wieży Gryffindoru zawsze zajmowała mu około kwadransa – niejednokrotnie ubolewał, że ich gabinety dzieli tak duża odległość. Po drodze zajrzał do jej klasy – drzwi były zamknięte. Ruszył więc w stronę wieży Gryffindoru.

Minerwa miała apartamenty poniżej pokoju wspólnego Gryfonów. Dostać się do nich można było albo poprzez jej gabinet, do którego prowadziły normalne drzwi, albo poprzez jeden z zamkowych portretów, po podaniu uprzednio hasła.

Albus był jedyną osobą, która znała hasło – wszyscy inni pukali uprzejmie do drzwi gabinetu. On sam oczywiście też pukał przed przejściem przez dziurę za portretem, ale teraz coś go zdumiało.

Z salonu Minerwy dochodził jej chichot. To był tak niecodzienny dźwięk, że Albus najpierw się zawahał, a potem tchnięty ciekawością zapomniał zapukać.

Gdy wszedł do jej salonu, zbladł lekko.

Minerwa siedziała w swoim ulubionym fotelu z karafką whisky w ręku, a przed nią, plecami do Albusa stał jego brat i wyraźnie kogoś parodiował.

Albus poczuł zimny dreszcz, gdy zrozumiał z kogo wyśmiewa się jego brat. Miał ochotę uciec stamtąd, ale było za późno – Minerwa go zauważyła.

- Och! – wyrwało się jej, a jej chichot stał się bardziej nerwowy. Aberforth wyczuł to i odwrócił się.

- Aberforth. – Albus zmusił się do spokojnej miny.

Jego brat zupełnie nie wyglądał na zbitego z tropu. Skrzywił się lekko na widok papierów w dłoni Albusa.

- Chyba nie przyszedłeś zarzucać Minerwy swoją robotą, Albusie. Doprawdy, jak ten Knot poradzi sobie bez was to ja nie wiem… - Aberforth potrząsnął głową.

Albus zawahał się, nie wiedząc, jak wybrnąć z tej sytuacji, więc to Minerwa się odezwała:

- To coś ważnego, Albusie? Bo jeśli nie, to siadaj z nami. – jej głos był dziwnie pozbawiony zwyczajowej dźwięczności.

- Nie, nie będę wam przeszkadzał. – odpowiedział odruchowo, a ostra nuta w jego głosie zdumiała go samego. Minerwa uniosła brwi – znała go zbyt dobrze.

- Wszystko w porządku? – spytała.

Albus miał ochotę wrzasnąć, że nic nie jest w porządku, że Black jest na wolności, że mury Hogwartu nie stanowią dla niego przeszkody, że minister z niczym sobie nie radzi, że dementorzy ciągle krążą wokół szkoły.

Jednocześnie jednak miał pełną świadomość, że jego roztrzęsienie wynika z zupełnie czegoś innego.

- Chodź, naleję ci. – mruknął Aberforth i wyczarował trzecią szklankę. Albus gwałtownie pokręcił głową:

- Nie, mam jutro kilka ważnych spotkań.

- Jutro…. – Minerwa wyraźnie straciła humor. – Mam lekcje od rana. – jęknęła, odstawiając z wyraźnym żalem szklankę.

- Albus cię zwolni, należy ci się trochę urlopu. – rzekł Aberforth, dolewając jej złocistego trunku.

- Nie, za dużo wypiłam. – wymamrotała czarownica, pocierając skroń. Albus nie mógł powstrzymać się przed rzuceniem oskarżycielskiego spojrzenia bratu.

- No co? – Aberforth rzucił wyzywająco. Zazwyczaj Albus zachowywał zimną krew w tego typu sytuacjach, ale tym razem chodziło o Minerwę.

- Co ty tu w ogóle robisz? – wypalił do Aberfortha.

- Przyszedłem odwiedzić Minnie, moją przyjaciółkę. Chyba nie zakażesz jej kontaktów ze światem zewnętrznym? – odpowiedział zjadliwie Aberforth. Albus cofnął się o krok.

- Nie powinieneś tyle pić, nie w zamku. – dyrektor potrząsnął srebrną głową z dezaprobatą.

- Och, nie mów mi co powinienem. Nie masz żadnego autorytetu w tej dziedzinie. Tyle rzeczy powinieneś zrobić, a ty jedynie pociągasz za sznurki, manipulując i wyręczając się innymi ludźmi. Pogrążasz się w swojej paranoi, bojąc się wszystkiego, czego nie możesz kontrolować. – warknął Aberforth.

Albus otworzył usta ze zdumienia. Nie rozumiał, jak będąc pijanym jego brat może wypowiadać się z taką elokwencją i czynić tak trafne, choć bolesne spostrzeżenia. Teraz był zupełnie zaskoczony i jednocześnie bezsilny – nie miał żadnej odpowiedzi na oskarżenia brata. Czuł się dokładnie tak jak kilka miesięcy temu, gdy Aberforth wymierzył mu siarczysty policzek – w głębi serca czuł, że zasługuje na to wszystko.

Teraz jednak pojawiła się mała, ale zasadnicza różnica.

Albus nie rozumiał dziwnego protekcjonizmu Aberfortha względem Minerwy.

Tymczasem obydwaj mężczyźni zapomnieli o niej. Błędnie założyli, że będzie siedzieć i patrzeć, jak skaczą sobie do oczu.

Obaj zareagowali instynktownie, gdy Minerwa wstała gwałtownie i zachwiała się pod wpływem wypitej whisky. Aberforth chwycił ją za jedną rękę i odskoczył z okrzykiem:

- Auć!

Albus złapał ją za drugą rękę i nie puścił, mimo potężnego wyładowania elektrycznego.

- Spokojnie, stoję! – Minerwa zamrugała, odzyskawszy równowagę. Spojrzała na skrzywionego Aberfortha.

- Wybacz, zapomniałam, że tak się dzieje, gdy wypiję zbyt dużo. – rzekła, jednocześnie wysuwając rękę z dłoni Albusa.

- Powinnaś odpocząć. – zasugerował Albus, nie zwracając uwagi na wściekłe spojrzenie, które posłał mu Aberforth.

- Nie martw się, jutro będę w pełni zdolna do pracy. Przykro mi, Aberforth, ale zrobiło się dość późno… - zaczęła przepraszającym tonem.

Aberforth wyglądał na wściekłego, ale pokiwał głową.

- Jasne. Jak uda ci się wyrwać z tego dyktatu narzuconego przez mojego szacownego brata, to wpadnij do gospody. – Aberforth skinął jej głową, nie ryzykując kolejnego porażenia prądem i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

Albus patrzył przez chwilę na drzwi, bojąc się odwrócić do Minerwy.

- Trzeba było się z nami napić. – dobiegł go jej głos. Spojrzał na nią – patrzyła z dziwną melancholią na szklankę.

- Alkohol wyniszcza organizm. – rzucił.

Minerwa zaśmiała się, ale jej śmiech był pusty, gorzki.

- Och, Dumbledore. Cóż zostało z naszych organizmów – dwie stare skorupy, ostatkiem sił chroniące chore umysły! – stwierdziła i machnęła różdżką, by sprzątnąć ze stolika.

Albus zmarszczył brwi – jak mogła tak myśleć, będąc tak pełną energii i piękna? Jak mogła tak mówić, posiadając ten unikatowy, jedyny w swoim rodzaju umysł? On może i był starą skorupą, ale ona?

- Nie zaprzeczaj. Masz coś dla mnie, poza dezaprobatą? – spytała wyczekująco, szukając wzrokiem papierów, z którymi przyszedł.

- Nie będę ci już zawracał głowy. – wymamrotał i ruszył do wyjścia. Pragnął jedynie ciszy i spokoju – miał okropne wrażenie, że cały jego umysł zamienia się w bezużyteczną papkę. Powinien wycofać się jak najszybciej, zanim powie albo zrobi coś, czego mógłby żałować. Z drugiej jednak strony chciał, by Minerwa go zatrzymała, by powiedziała, że cała ta sytuacja nie ma znaczenia.

Ona jednak nie odezwała się już ani słowem. Może usłyszał lekkie westchnienie, gdy domykał za sobą drzwi, ale uznał, że musiało to być raczej westchnienie ulgi. Albus nie miał ochoty wracać do swojego gabinetu, pełnego gwaru jego poprzedników, ani do swoich komnat, zimnych i pustych, mimo całego kolorowego wystroju. Udał się więc na szczyt Wieży Astronomicznej, gdzie poczuł się jeszcze gorzej, widząc majaczące w oddali sylwetki dementorów.