Minerwa McGonagall wciąż z lekkim uśmiechem na ustach leżała na swoim łóżku w apartamencie w wieży Gryffindoru. Było już późno, ale nie na tyle, by próbowała zasnąć – wolała jeszcze rozkoszować się wspomnieniem dzisiejszego dnia.

Jej utalentowane lwiątka w wielkim stylu pokonały Krukonów i teraz jedynie Slytherin dzielił ich od upragnionego pucharu quidditcha!

Nie mogłaby być z nich bardziej dumna, a szczególnie z Harry'ego. Oczywiście wiedziała, że na niego dementorzy działają podobnie jak na nią, ale nie miała pojęcia, że chłopiec razem z Lupinem ćwiczy zaklęcie patronusa. Srebrzyste światło, które wystrzeliło z jego różdżki podczas meczu, nie było cielesnym patronusem, ale jak na trzeciorocznego i tak było sporym wyczynem. Co naturalnie nie umniejszało gniewu Minerwy na Malfoy'a i jego popleczników. Nie znosiła ślizgońskich podstępów, a ten był wyjątkowo okropny. Dopiero po odjęciu stosownej liczby punktów i udzieleniu szlabanów uznała, że sprawiedliwości stało się zadość. Albus naturalnie się z nią zgodził.

Z jej ust wydobyło się ciche westchnienie. Albus chyba miał do niej żal o tamten wieczór z Aberforthem. Ukrywał to, ale przecież obserwowała go już tyle lat… Początkowo to odkrycie rozbudziło w niej dawne, głęboko zaszufladkowane uczucia, ale potem poczuła się winna. Albus po prostu w typowo przyjacielski sposób dbał o jej surową reputację. Co pomyśleliby sobie uczniowie, gdyby następnego dnia przyszła na lekcje ledwo trzymając się na nogach?

W każdym razie dyrektor odrzucił jej zaproszenie na świętowanie zwycięstwa Gryfonów. Minerwa jednak nie miała czasu by się tym martwić – Poppy i Rolanda przyszły, spędziła więc wieczór w wesołym towarzystwie. Cieszyła się z tego ogromnie – nic tak nie jednoczyło jak quidditch i dawne sympatie. Jakkolwiek sprawiedliwe mogłyby się wydawać, instruktorka latania i szkolna pielęgniarka w głębi serca nadal były prawdziwymi Gryfonkami. Radosna pogawędka przeciągnęła się dość długo – Rolanda i Poppy wyszły jakąś godzinę temu. Minerwa zdążyła jeszcze się wykąpać i ukrócić przedłużające się świętowanie w Wieży Gryffindoru – mieszkając tuż pod pokojem wspólnym i mając wyczulone zmysły, doskonale wiedziała, co się tam dzieje.

Teraz zaś leżała na twardych, zbitych poduszkach i mogła w spokoju rozpamiętywać co lepsze akcje Gryffindoru. Latali wyśmienicie – prawie tak dobrze jak drużyna z czasów, kiedy ona sama była kapitanem. Wood był dobrym przywódcą drużyny i utalentowanym obrońcą. Weasley'owie znakomicie sprawdzali się jako pałkarze. Ścigające grały dobrze, choć nie miały na miotle tego naturalnego wdzięku, który cechował na przykład Rolandę. Minerwa o mało nie parsknęła śmiechem, wyobrażając sobie, co powiedziałaby jej matka na dziewczęta, siedzące okrakiem na miotle. Jak bardzo zmieniały się czasy – ona sama rzadko używała miotły, ale z przyzwyczajenia siadała na niej po damsku, z nogami z jednej strony.

Najlepszy oczywiście był Harry, ale to nie powinno być zaskoczeniem – chłopak oddziedziczył naturalny talent po Jamesie. Miotła zdawała się być całkowicie zależna od jego woli, a wszystkie skomplikowane manewry przychodziły mu z łatwością. Minerwa już nawet przymykała oczy na tajemniczego nadawcę Błyskawicy – to była wspaniała miotła, godna swojej sławy. Zatrzymanie jej, bez dowodów na majstrowanie przy niej magią byłoby okrutne. Minerwa żałowała, że nie może zabrać Harry'ego do rezydencji i po prostu z nim polatać, jak robiły to matki chrzestne małych czarodziejów. Całą swoją chęć pomocy chłopcu przelewała w zakulisowe obserwowanie go, w proste, ukryte działania, jak na przykład kibicowanie z całych sił Gryffindorowi.

- AAAA! NIEEEE!

Minerwa błyskawicznie zerwała się z łóżka. Ktoś krzyczał w wieży Gryffindoru . To nie był raczej okrzyk radości z wygranej, tym bardziej, że od kilkunastu minut na górze było już spokojnie. Minerwa nie polegała w stu procentach na swoim słuchu – miała świadomość, że nawet przemiany nie opóźnią procesów starzenia, ale mogłaby się założyć, że krzyczał któryś z Weasley'ów.

Porwała szlafrok, przebiegła przez salon i wybiegła na korytarz. Natychmiast skierowała się ku schodom. Była na pierwszym stopniu, gdy wychyliła się przez barierkę i spojrzała w dół.

Na dół, piętro niżej, po schodach przesuwał się ciemny kształt. Gdyby nie wrodzona niechęć Minerwy do wróżbiarstwa, uznałaby, że właśnie zobaczyła legendarnego ponuraka – kształt ten przypominał wielkiego, czarnego psa. Mrugnęła i zniknął, uznała więc go za wytwór wyobraźni i strachu. Mimo jednak tego sceptycyzmu, przyspieszyła jeszcze.

Gdy wpadła do pokoju wspólnego trzaskając portretem, przez chwilę poczuła ulgę, a potem gniew. Wszyscy wyglądali na całych i zdrowych, a co więcej wszystko to wyglądało, jakby postanowili jednak jeszcze trochę poświętować.

- Jestem zachwycona z wygranej Gryffindoru, ale to już przestaje być zabawne! Percy, tego się po tobie nie spodziewałam! – krzyknęła, natychmiast żałując podniesienia głosu. Percy zaczął się tłumaczyć, ale Ronald mu przerwał:

- TO WCALE NIE BYŁ SEN! PANI PROFESOR, OBUDZIŁEM SIĘ, A NADE MNĄ STAŁ SYRIUSZ BLACK Z NOŻEM W RĘKU!

Minerwa najpierw poczuła jak jej serce powoli zwalnia, a magia wypiera krew z żył. Zewnętrznie jednak była opanowana – przyjrzała się Weasley'owi badawczo – nie wydawało się by kłamał. Jak jednak Black miałby dostać się do wieży?

Zapytała o to syna Molly, a on wskazał jej na sir Cadogana, który od czasu napaści na Grubą Damę pilnował wejścia do pokoju wspólnego. Nauczycielka zapytała więc rycerza. Gdy potwierdził, że wpuścił Blacka, odruchowo zapytała o hasła:

- Miał listę z hasłami na cały tydzień, moja pani! Wszystkie mi odczytał! – oświadczył rycerz.

Minerwa nie musiała patrzeć w lustro, by wiedzieć, że krew odpływa jej z twarzy.

Syriusz Black, najbardziej poszukiwany przestępca w Wielkiej Brytanii dostał się na teren zamku, wszedł do wieży Gryffindoru i o mały włos nie dopadł Harry'ego!

Najpierw zalała ją fala znajomego poczucia winy – leżała zaledwie piętro niżej, a nie zdołała przeszkodzić Blackowi. Lecz zaraz potem praktyczna część jej umysłu zadała zasadnicze pytanie: skąd Syriusz mógł znać hasła?

Wróciła do wieży, obrzuciła wzrokiem zgromadzonych Gryfonów i spodziewając się odpowiedzi, zapytała:

- Który z was... - zaczęła rozdygotanym głosem. - Co za bałwan zapisał sobie hasła na cały tydzień i zostawił gdzieś listę na wierzchu?

Na chwilę przymknęła oczy, gdy rękę podniósł Neville Longbottom. Dlaczego jej przypuszczenia zazwyczaj się sprawdzały?

Minerwa uznała, że zajmie się Longbottomem później – nadal istniała możliwość, że Black był w zamku. Poleciła uczniom, by pod żadnym pozorem nie opuszczali pokoju wspólnego, a sama wyszła, z różdżką w gotowości.

Najpierw wysłała patronusy do Albusa i reszty nauczycieli, a potem transmutowała swój kraciasty szlafrok w zwykłe, czarne szaty. Najchętniej od razu pobiegłaby w dół schodów, szukając Blacka, ale wiedziała, że chaotyczne przeszukiwanie zamku było jak szukanie igły w stogu siana. Czekała więc na resztę, jednocześnie rozglądając się czujnie. Zadziwiające, że znów wyczuwała ten zapach psiej sierści. Gdyby jeszcze w zamku był jakiś animag, mogłaby z nim skonsultować tę woń niewychwytywaną dla ludzkiego węchu. Ale tak, mogła jedynie obserwować ciemne błonia przez okno obok portretu broniącego wejścia do Gryffindoru.

Tak jak się spodziewała, pierwszy zjawił się Albus. Nie pytał jej o nic – wiedział, że opowie wszystko, gdy przybędą pozostali. Zaczął natomiast mamrotać skomplikowane zaklęcia, a biały strumyk białej energii z jego różdżki wsiąkał w zamkowe mury. Nie zapytała go, co właściwie robi – kiedyś zdradził jej, że choć niektórzy mogą wyczuwać żywą świadomość zamku, dyrektor może się z nim otwarcie komunikować. Podejrzewała, że właśnie to teraz miało miejsce.

Nauczyciele zjawili się w ciągu kwadransa – większość w gotowości, choć Pomona miała szatę narzuconą na koszulę nocną, a Filius pocierał energicznie oczy. Minerwa pokrótce przedstawiła relację Weasley'a.

- I Black nie próbował atakować Pottera? – zapytał Lupin, mrużąc oczy.

- Nie, zamieszanie musiało go spłoszyć. – rzekła Minerwa, choć jednocześnie wzruszyła ramionami. Jej też to nie pasowało. Jeśli Blackowi udało się dostać do dormitorium Harry'ego, to czy tak łatwo odstąpiłby od okazji zrobienia mu krzywdy?

- Dobrze. Podzielimy się dwójkami i ruszymy na przeszukiwanie zamku. Poppy, Pomona, przeszukajcie okolice skrzydła szpitalnego i cieplarnie, Severus i Rolanda, sprawdźcie lochy i okolice boiska. Filius i Argus, obejdźcie wieże. Hagrid, sprawdź w Zakazanym Lesie. Ja będę krążył po zamku. – zarządził Albus.

- A ja? – zapytała Minerwa dokładnie w tym samym momencie co Remus.

Albus obrzucił ich szybkim spojrzeniem, a potem odpowiedział.

- Pójdziecie razem. – zdecydował.

- Dokąd? – odezwał się Remus, ale Minerwa już pojęła intencję Albusa, który zawahał się, a potem rzekł:

- Tam, dokąd zaprowadzi was… intuicja.

Nie oglądając się na nauczyciela obrony przed czarną magią, pobiegła w dół schodów, usiłując wyczuć jakiekolwiek nuty okropnego zapachu brudnej, psiej sierści.

Tak jak mogła się tego spodziewać, wrota prowadziły do pustej, otwartej klasy na pierwszym piętrze, gdzie zastali szeroko otwarte okno. Remus wychylił się i pokręcił głową:

- Skąd wiedziałaś, że uciekł właśnie tędy?

Minerwa, która rozważała wyskoczenie przez okno, zamrugała, wybita z rytmu myśli. Nie wiedziała, skąd Albus podejrzewał, że jakoś wyczuwała Blacka, ale najwyraźniej nie uważał tego za nic złego. Równie dobrze mogła powiedzieć o tym Remusowi.

- Koci węch. Zarówno w Azkabanie, jak i podczas pierwszego wtargnięcia do Hogwartu wyczułam zapach psiej sierści. Nie wiem, czemu akurat ten zapach ma związek w Blackiem, tym bardziej, że jedynym psem w Hogwarcie jest Kieł, ale on pachnie inaczej. – wyjaśniła.

Remus zbladł. Minerwa zmarszczyła brwi – spodziewała się zaskoczenia, albo pochwały swoich zmysłów, ale nie dziwnego przerażenia, czy nawet poczucia winy na twarzy dawnego ucznia.

- Remus? O co chodzi? – zapytała, przypominając sobie, że Lupin miał podobną minę, gdy nakryła go na jakiś psotach z resztą Huncwotów.

-O nic. Możesz w ten sposób wyczuć wszystkie osoby w zamku? – spytał czarodziej, znów wstępując w maskę chłodnego racjonalizmu.

- Nie. Blacka wyczułam, bo po nim nikt nie szedł tym korytarzem. W zamku jest mnóstwo ludzi, których zapachy nakładają się na siebie. Niektórzy są charakterystyczni – Sybilla pachnie sherry, Pomona świeżą ziemią, Albus cytryną i czekoladą a ty… chyba się domyślasz. – mówiła szczerze Minerwa, w międzyczasie przerzucając jedną nogę przez parapet.

- Wilkiem. – odpowiedział natychmiast. Minerwa rzuciła mu pocieszające spojrzenie.

- To i tak dużo lepiej niż Filch. – rzekła i zeskoczyła z wysokości pierwszego piętra na trawę poniżej, lądując miękko na czterech kocich łapach.

Przebiegła parę metrów, usiłując wyczuć psi zapach, który jeszcze doskonale wyczuwała w zamku. Jednak na świeżym powietrzu jej trop zniknął. Ruszyła w stronę Zakazanego Lasu – nic. Potem poszła w stronę bramy – też nic. Wreszcie wróciła do stojącego na środku błoni Remusa i zmieniła się w ludzką postać.

- Nic. – mruknęła, nawet nie ukrywając rozczarowania w głosie.

- Obejdźmy jeszcze błonia. – rzekł Lupin i ruszył przed siebie. Minerwa westchnęła. Nie mogła podejrzewać, że tę noc spędzi spacerując z wilkołakiem po mrocznych błoniach, szukając groźnego przestępcy. Na szczęście mogła sobie wyobrażać, co zrobi z Blackiem, kiedy wreszcie go znajdzie.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Minerwa McGonagall z uśmiechem odbierała raczej sztywne gratulacje od Severusa. Oto dziś nadszedł dzień, na który długo czekała: jej ukochana drużyna Gryfonów właśnie zdobyła Puchar Quidditcha, wygrywając z Ślizgonami w widowiskowym meczu. Pokój nauczycielski został zamieniony przez Rolandę w wesołą zbieraninę profesorów, cieszących się z każdej możliwości spędzenia nieco radośniejszego i luźniejszego popołudnia. Instruktorka quidditcha była centrum tego małego tłumu, nie przestając rozpływać się w zachwytach nad grą Gryfonów i Błyskawicą. Minerwa ograniczyła się do odbierania gratulacji, choć miała ochotę śmiać się i podskakiwać z radości. Niemniej jednak takie zachowanie zupełnie nie pasowałoby do jej surowego belferskiego wizerunku, który utrzymywała nawet wśród kolegów.

- Hmm, Severus nie chciał przyłączyć się do świętowania? – obok Minerwy pojawił się Lupin. Pełnia niedawno minęła, wyglądał więc nieco lepiej, choć cienie pod jego oczami były doskonale widoczne – on w przeciwieństwie do Minerwy, nie próbował ich ukrywać.

- Za duże zagęszczenie Gryfonów, jak na jego gust . – Minerwa mrugnęła do dawnego ucznia. Ten uśmiechnął się w odpowiedzi.

Przez chwilę rozmawiali o meczu i Harrym. Minerwa była tak pochłonięta rozmową, że dopiero po paru sekundach zorientowała się, że Albus podszedł do nich.

- Och, czyżby dyrektor postanowił nieco nagiąć swoją bezstronność i wyrazić swoją radość z wygranej Gryffindoru? – zapytała przekornie. Albus rozpromienił się i odpowiedział:

- W zasadzie to przyszedłem wyrazić moją radość w związku z pani wyśmienitym humorem, profesor McGonagall. – jego błękitne oczy zamigotały, gdy wymawiał jej nazwisko. Minerwa lubiła, gdy to robił – miała wrażenie że majestatyczne ,,McGonagall" traci wtedy swoją szorstkość.

Zanim Minerwa odpowiedziała, Poppy chwyciła ją za łokieć i wyszeptała wprost do ucha:

- Jest sowa do ciebie przy południowym oknie.

Minerwa podziękowała Poppy, uprzejmie przeprosiła Albusa i Lupina, a sama udała się do parapetu, na którym stała stara, nieco sfatygowana sowa. Czarownica szybko odwiązała list od jej nóżki – nie znała samej sowy, ale pismo było jakby znajome…

List był od Aberfortha. Już dowiedział się o zwycięstwie Gryfonów i gratulował jej. Zapraszał ją też do Hogsmeade. I właśnie to uruchomiło alarmowy dzwonek w głowie Minerwy.

Czy Aberforth wyciągnął niewłaściwe wnioski z ich ostatniego spotkania?

Jej uśmiech zbladł, gdy dotarło do niej, że być może oto jest nią zainteresowany Dumbledore, ale nie ten…

- Złe wieści? – oczywiście Albus nawet z drugiego końca pokoju musiał zauważyć u niej zmianę nastroju. Zanim zdążyła zareagować, wyjął list z jej dłoni.

- Mogę? – zapytał miękko. Minerwa stłumiła odruch by zaprzeczyć – to byłoby dziwne. Pokiwała więc głową i wbiła wzrok w Albusa.

Dyrektor przebiegł wzrokiem list, a jego twarz nadal pozostawała spokojna i łagodna. Minerwa powoli zaczynała wątpić, czy Albus jest ogromnym manipulatorem, czy naprawdę nie obchodzi go jej relacja z jego bratem.

- Jeśli zdecydujesz się pójść, uważaj na dementorów. Nadal pilnują bram. – rzekł, a jego głos był zupełnie przyjacielski, bez śladu zawodu.

- Dementorzy nie reagują na animagów. O ile sama przezwyciężę swoją niechęć do nich, nawet mnie nie zauważą. – odpowiedziała odruchowo.

A potem nagle coś zrozumiała.

Przypomniała sobie błagalne spojrzenie orzechowych oczu Jamesa Pottera:

,,Chciałem porozmawiać o animagach, pani profesor."

Twarz Jamesa została zastąpiona przez oblicze Lupina:

,, Nie ma już potrzeby by towarzyszyła mi pani we Wrzeszczącej Chacie."

A potem Peter, wołający do Blacka:

,,I znowu cię nie dostrzegli, Łapo!"

Umysł Minerwy pracował na najwyższych obrotach, w zawrotnym tempie wytwarzając argumenty i kontrargumenty dla tej zupełnie szalonej teorii, która pojawiła się w jej głowie.

Jej przypuszczenie byłoby doskonałym wytłumaczeniem tego, jak Black mógł uciec z Azkabanu, jak Huncwoci mogli przemieszczać się niezauważeni po całym zamku, jak nawet najtrudniejsze misje Zakonu im udawało się przejść bez uszczerbku.

Lecz pewna część jej umysłu buntowała się przeciw tej teorii. Jakim cudem nikt o tym nie wiedział?

Jak ona mogłaby nie wiedzieć, że ma pod swoją opieką niezarejestrowanych animagów?

- Minerwo? – dopiero pełen troski głos Albusa wyrwał ją z rozmyślań. Skupiła się na jego migoczących oczach.

- Coś mówiłeś? – mruknęła, jednocześnie wciąż analizując obrazy podsuwane jej przez umysł.

- Wracam do siebie, to był emocjonujący dzień. Miłej zabawy. – rzekł Albus i choć uśmiechnął się, odnotowała, że migotanie w jego oczach nieco przygasło.

Nie zatrzymała go. Nie zamierzała mu mówić o swoich podejrzeniach. Najpierw musiała je skonfrontować z jedyną osobą, która mogłaby wiedzieć więcej na ten temat. Rozejrzała się po pokoju nauczycielskim, pełnym barwnych proporców Gryffindoru i radosnych profesorów.

Nie widziała jednak nigdzie Remusa Lupina.

Minerwa na powrót przybrała na twarz maskę uprzejmego zadowolenia i ruszyła do drzwi, z gracją lawirując między kolegami i koleżankami. Była już prawie przy klamce, gdy zatrzymała ją Rolanda:

- Chyba nie masz zamiaru już się wycofać? – spytała instruktorka latania z błyskiem w oku.

- Muszę ukrócić nieco entuzjazm w Wieży Gryffindoru, ale potem wrócę. – skłamała gładko Minerwa. Rolanda nie wyglądała na przekonaną:

- Należy im się nieco świętowania. Ale idź, może to część twoich obowiązków, jako opiekunki Gryffindoru. – rzuciła przyjaciółka i na powrót wtopiła się w krąg nauczycieli.

Minerwa cicho zamknęła za sobą drzwi pokoju nauczycielskiego. Następnie zamieniła się w kocią formę i pobiegła ciemnym korytarzem w stronę skrzydła, w którym mieściło się mieszkanie nauczyciela obrony przed czarną magią. Dotarcie tam zajęło jej kwadrans. Zmieniła się znów i dała sobie kilka sekund na złapanie oddechu. Kolejny raz uderzyło ją jak szybko się męczyła – jej dawna energia jakby kurczyła się z każdym dniem. Najgorsze, że nie wiedziała, czy przypisywać to nieprzespanym nocom, codziennym stresom czy normalnemu starzeniu. Co więcej, czy ta magia, którą w sobie magazynowała, wystarczy w razie czego do ochrony Hogwartu i uczniów?

Zapukała energicznie. Drzwi otworzyły się, a Minerwa śmiałym krokiem weszła do środka i rozejrzała się. Apartament Lupina stanowił zbieraninę wygrzebanych na zamku mebli oraz przedmiotów potrzebnych do prowadzenia zajęć. Wyposażenie znacznie różniło się od wystroju jej własnego mieszkania – ona jednak sprowadziła większość mebli z rezydencji –Lupin, o ile wiedziała, nie miał stałego domu, a przez ostatnie lata tułał się po Europie, szukając własnego miejsca.

- Minerwo! Proszę, usiądź. – sam Remus siedział na fotelu, któremu brakowało jednej nogi, a którą obecnie stanowił stosik książek. Czarownica przycupnęła na sofie, wcześniej dyskretnie naprawiając przetarcia na tapicerce. Sięgnęła do kieszeni i z ulgą wyciągnęła z niej małą papierową torebkę.

- Szybko opuściłeś nasze towarzystwo. Przyniosłam ci trochę gryfońskich słodyczy. – przelewitowała torebkę w jego stronę.

- Och, żurawinowo-miodowe karmelki! – na twarzy maga pojawił się szeroki uśmiech.

- A więc? Severus, jako wysoce antygryfońska jednostka jest w moich oczach usprawiedliwiony, wychodząc wcześniej, ale ty? – Minerwa patrzyła Lupinowi prosto w oczy.

Wilkołak odwrócił głowę.

- Nie czuję się najlepiej. – wyznał, a jego spojrzenie powędrowało ku kociołkowi stojącemu przy drzwiach. Teraz sagan był pusty, ale Minerwa wiedziała, że właśnie w nim Snape przyrządza dla Remusa wywar tojadowy.

- Wywar nie pomaga? – spytała z troską.

- Pomaga. Dzięki niemu nie muszę już ukrywać się we Wrzeszczącej Chacie, choć całe szczęście, że drzwi, w odróżnieniu od całej reszty, są tu solidne. – Remus porozumiewawczo wskazał podbródkiem na sofę, na której siedziała Minerwa. Ta jednak nie dała się zmieszać. Wciąż obserwowała go bacznie.

- Dlaczego tu przyszłaś Minerwo? Martwisz się o uczniów? - zapytał bezpośrednio, jakby zmęczony uprzejmą rozmową.

Minerwa pokręciła głową. Nie miała wystarczająco dużo odwagi, by zapytać go wprost o swoje podejrzenia. Nie chodziło już nawet o jej takt czy dbałość o uczucia Remusa – chodziło raczej o więź, która już dawno się wytworzyła między nimi. W gruncie rzeczy, byli do siebie bardzo podobni – obydwoje przeklęci magią, niezdolni do miłości ze strachu, że ich miłość może przynieść jedynie ból drogim im osobom.

- Remusie, mój drogi chłopcze. Oczywiście że martwię się o swoich uczniów, a ty również się do nich zaliczasz. Teraz akurat martwię się o ciebie. – rzekła, dokładnie kładąc nacisk na poszczególne słowa.

- Niepotrzebnie. Hogwart zawsze był dla mnie domem, tu czuję się najszczęśliwszy. – odparł Remus, lekko wzdychając. Mimo, że mężczyzna był o wiele młodszy od Minerwy, coś w nim przez chwilę przypomniało jej obraz ponurego starca.

- Remusie, czy jest coś, o czym chciałbyś mi powiedzieć? – spytała ostrożnie, cicho, nie odrywając wzroku od twarzy Lupina. Ten zbladł jeszcze bardziej, ale wytrzymał jej spojrzenie. A potem uśmiechnął się krzywo.

- Wiesz, co mi się teraz przypomniało, Minerwo? – spytał cicho, jego głos zdawał się być mieszaniną smutku i gorzkiej satysfakcji. Ona w odpowiedzi uniosła pytająco brwi. Na to Remus wyprostował się, uniósł głowę i tonem zupełnie groźnym rzekł:

- ,,Jestem wysoce rozczarowania twoją postawą, panie Lupin."

Minerwa nie wiedziała co na to odpowiedzieć.

- Gdybym miał jakikolwiek problem, przyszedłbym z nim do ciebie. Wiem, że jesteś jedną z niewielu osób, które umieją patrzeć obiektywnie na moją sytuację. – powiedział wreszcie Remus, szczerym tonem.

Minerwa pokiwała głową. Teraz już nie mogła go zapytać o to, czy Black może być animagiem. Przecież ufała Remusowi.

- Dobrze, zatem nie będę już ci przeszkadzać. Wracam do świętowania. – rzuciła i ruszyła do wyjścia. W drzwiach jednak się odwróciła – na policzku Remusa błyszczała pojedyncza łza. Widząc zawahanie Minerwy, nauczyciel szybko ją otarł i rzekł udawanie radosnym tonem:

- Dobrej nocy, profesor McGonagall.

- Dobranoc, Remusie. – odpowiedziała i zamknęła za sobą drzwi.

Minerwa postanowiła na ten moment porzucić swoje podejrzenia co do tego, że Black może być animagiem. Zamierzała jedynie mieć oczy szeroko otwarte i czekać na rozwój sytuacji.