Rozdział 21
Melasowa Tarta, przyczepiona do rąbka śmierdzącego, brudnego materiału okrywającego Wroga była całkowicie zirytowana. Razem z wrogiem i jej chłopcem, kręciła się w kółko, aż była pewna, że pochoruje się lub umrze. Ale nagle wirowanie skończyło się, jakby się nigdy nie rozpoczęło. Znajdowali się w ciemnym, ponurym miejscu z dziwnymi zapachami – i smrodem szczura! –oraz wypełnionego pudłami i skrzyniami i dużym łóżkiem znajdującym się niedaleko nich.
Jej chłopiec był zdenerwowany, a kiedy jej chłopiec był zdenerwowany, zawsze szybko podejmowała działania, najpierw coś robiąc, a później przepraszając. Tak więc, gdy tylko Melasowa Tarta odzyskała równowagę, ponownie rzuciła się na Wroga, drapiąc delikatną skórę wokół oczu, aby puścił jej chłopca, by móc się bronić przed nią.
Wróg puścił jej chłopca, ale tylko po to, aby znów ją odrzucić od siebie, tym razem mocniej niż wcześniej. Wystarczająco mocno, by uderzyła w ścianę. Wystarczająco brutalnie, aby została zraniona.
OoO
Kątem oka Harry zobaczył, jak jego białofutrzasta Melasowa Tarta poleciała w powietrze i uderzyła w ścianę, gdzie później upadła nieruchomo na podłogę.
— Nie! — krzyknął. Próbował wstać, ale czuł mdłości, a głowa bolała go tak, jakby wuj Vernon uderzył go paskiem. Potknął się i upadł na kolana, a następnie poczołgał się na czworakach do swojego kociaka.
— Melasa! Melasa!
— Harry — odezwał się mężczyzna, który zabrał go od ojca. Harry zaczął czołgać się jeszcze szybciej, by uciec.
Dotarł do Melasowej Tarty, gdy mężczyzna ponownie próbował go złapać.
— Zostaw Melasę w spokoju!
Harry wyrwał się z uścisku nieznajomego i wpół obrócił się, by spojrzeć na niego, używając swojego ciała do ochrony Melasy. Gardło miał ściśnięte, tak jakby było wypełnione syropem i ledwo mógł oddychać ze strachu na myśl, co ten człowiek mógł zrobić. Czy to był mężczyzna, o którym wszyscy mówili, że zabił rodziców Harry'ego? Przełknął ślinę, pokonując strach, po czym cofnął się o kilka cali, aż jego ręka dotknęła futra Melasy. Kotka dotknęła nosem jego dłoni, więc wiedział, że żyje, chociaż była ranna. Mężczyzna również go jeszcze nie zabił.
— Gdzie jesteśmy? Gdzie jest mój ojciec? Co mu zrobiłeś?
Mężczyzna przykucnął tuż przed nim. Pachniał okropnie, jakby nie mył od dłuższego czasu, pachniał, tak jakby jego wujek przykuł go łańcuchem na podwórku. Zarośnięta broda mężczyzny i jego włosy na głowie były zmatowione od brudu i skołtunione w węzły, tworząc okropny wygląd. Jego ubrania były poplamione i podarte, a oczy… jego oczy miały najbardziej niebieski odcień, jaki Harry kiedykolwiek widział, ale jego spojrzenie było dzikie. Szalone spojrzenie, jak u szaleńca.
— Twój ociec zmarł dawno temu, Harry. Tamten człowiek nie jest twoim tatą.
— Jest.
— Nie jest. Porwał cię…
— Nieprawda! — Harry krzyknął mu prosto w twarz. — Uratował mnie, kiedy Dursleyo'owie chcieli mnie zabić. — Przełknął ślinę i uniósł wyzywająco głowę. — Też chcesz mnie zabić?
— Nie! — Szaleniec zatoczył się do tyłu, tak jakby Harry go uderzył. — Nie, Harry. Jestem twoim ojcem chrzestnym.
— Syriusz Black. — Harry niemal wypluł to imię. Ojciec powiedział mu, co zrobił Black, jak zdradził rodziców Harry'ego. Black powiedział Czarnemu Panu, gdzie byli James i Lily, aby mógł ich zabić, a także spróbować go zabić. Piekły go oczy i mrugając odgonił łzy, zanim te popłynęły. — Zabiłeś moją mamę i tatę.
Mężczyzna potrząsnął głową i ruszył do przodu z zamiarem ponownego dotknięcia Harry'ego.
— Nie. Nie zrobiłem tego. To był Glizdogon, Peter Pettigrew…
— ZABIŁEŚ MOJĄ MAMĘ I TATĘ! — wrzasnął Harry.
— Nie. Nie zrobiłem tego. Proszę, Harry, nie zrobiłem tego, musisz mi uwierzyć…
— ZABIŁEŚ ICH! ZABIŁEŚ! TO TWOJA WINA, ŻE NIE ŻYJĄ!
Potykając się, jakby był pijany, szaleniec oddalił się od Harry'ego. Jakby chłopiec uderzył go w żołądek. Czując się dobrze widząc to, Harry krzyknął raz jeszcze:
— ZAUFALI CI I TY ZABIŁEŚ ICH! A POTEM… — Jego gardło nie wytrzymało tego krzyku, ale Harry kontynuował, krzycząc chrapliwie i prawie szlochając przy tym. Nigdy wcześniej nie pozwolił sobie wyrazić tej szczególnej udręki, a teraz mógł. Przed jedynym człowiekiem, którego nienawidził bardziej niż kogokolwiek na świecie. — Dursley'owie głodzili mnie i przykuli mnie na łańcuchu na podwórku. Bili mnie i złamali kostkę i krzywdzili mnie. Mój ojciec przyszedł i uratował mnie. On… adoptował mnie i KOCHA. .MÓ Ś?!
Potem Harry zaczął płakać przez długi moment z kogucharem na kolanach. Szaleniec spoglądał na niego z otwartymi ustami.
OoO
Severus wpatrywał się w miejsce, gdzie przed chwilą był jego syn. Wciąż trzymał różdżkę w ręce i przez krótką chwilę rozważał możliwość śledzenia aportacji. Wiedział, że to niemożliwe, ale taki sam był pomysł o SYRIUSZU BLACKU w jego domu!
W następnej chwili, Severus bez słowa przywołał szklany kinkiet. Po tym jak wylądował w jego dłoni, rzucił go gwałtownie w palenisko, roztrzaskując przedmiot na milion kawałków, kiedy krzyczał niespójne ze względu na swojego syna. Severusowi pękło serce. Jak do cholery to się stało? Jak ten potwór wszedł do ich domu i zabrał Harry'ego? I gdzie mógł pójść?
Albus. Albus musiał coś wiedzieć.
Severus obrócił się na miejscu i złapał garść proszku Fiuu, by wrzucić go do kominka. Zielone płomiennie iskrzyły się wokół szkła z kinkietu, gdy Severus wrzasnął:
— ALBUS DUMBEDORE! Obudź się w tej chwili! Albusie, obudź się! — Nie mógł wściekać się z powodu zaginięcia syna, nie przez sieć Fiuu, która mogła być monitorowana przez Ministerstwo, nie mówiąc już o Lucjuszu Malfoy'u i jego sługach. Kiedy więc sekundę później pojawił się Albus, powiedział tylko: — Stało się to, o co się martwiliśmy. Ta… ta plugawa bestia zabrała… — tutaj zawahał się, nie chcąc powiedzieć „chłopiec", jak nazywali ci okropni krewni Harry'ego, ani też nie mógł nazwać syna czymś jak „paczka" lub „przedmiot", nawet jeśli ukrywałoby to jego tożsamość. Było to zbyt nijakie, mało znaczące. Jego syn znaczył więcej! Mimo to wahał się przez chwilę, zanim Dumbledore uratował go od podjęcia tej decyzji.
— Odsuń się — powiedział Albus i w następnej chwili stał obok Severusa w sypialni Harry'ego, patrząc na rozrzuconą pościel i rozbity kinkiet. — Co się stało?
— Sam chciałbym to wiedzieć — powiedział ostro Severus. Jego tak dobrze utrzymywana samokontrola zniknęła. Oddychał gwałtownie, jakby miał atak serca. Wsunął dłoń we włosy, pociągając je. Nie mógł myśleć. Jednak zmusił się do wyrecytowania zdarzeń, wiedząc, że musi się, na Merlina, zebrać w garść. — Obudziłem się, słysząc krzyki Harry'ego. Myślałem, że ma koszmar, ale kiedy przyszedłem, Black chwycił mego syna i unieruchomił mu ramiona. Deportował się, zanim zdążyłem go przekląć. Co zamierzam zrobić? Zabić tego łajdaka! Gdzie zabrał mojego syna?!
— Severusie, mój drogi chłopcze. – Dyrektor, splótłszy przed sobą dłonie, próbował go pohamować. — Proszę, uspokój się. Oddychaj. Nic dobrego nie przyniesie Harry'emu, jeśli zemdlejesz, bo nie oddychałeś prawidłowo…
— Oczywiście, że wiem to – warknął Severus, nie będąc w stanie poradzić sobie z uspokajającym go Albusem, kiedy nigdy wcześniej nie wymagał tego. Nawet stawienie czoła Czarnemu Panu nie spowodowało, że był tak zdenerwowany. Krążył tam i z powrotem przed dyrektorem, zdając sobie sprawę, że bełkocze, ale nie mogąc przestać tego robić. — Gdzie Black mógł go zabrać? Gdzie mógł pójść z Harry'm? Muszę go odzyskać. Będzie taki przerażony. Powiedziałem mu, że jest tutaj bezpieczny, że nie ma się czego bać, że zawsze będę go chronić. Merlinie, pomyśli, że go okłamałem, a obiecałem, że nigdy mu nie skłamię. Merlinie, mój syn, teraz nigdy się nie dowie…
— Severusie! — Tym razem Dumbledore krzyknął, aby zwrócić jego uwagę. Niebieskie oczy błyszczały, jakby były w nich uwiezione błyskawice, gdy chwycił Severusa za oba ramiona i mocno nim potrząsnął. — Uspokój się! W ten sposób nie pomożesz swojemu synowi!
Severus przytaknął nieprzytomnie. Zacisnął pięści i zapytał przyciszonym głosem:
— Co mam zrobić?
— Znaleźć go.
— Znaleźć go…
— Oczywiście. Mogę pomyśleć jedynie o jednym lub dwóch miejscach, do których Black mógł się aportować bez różdżki, zakładając oczywiście, że nadal jej nie ma. Pójdziemy tam i odzyskamy twojego syna.
Severus wpatrywał się w niego. Oczywiście. Wezwał Albusa, licząc na to, że mu pomoże, ale… tak naprawdę nie odważył się mieć nadziei na to.
— Wiesz, gdzie on jest?
— Może. — Dumbledore przyjrzał mu się od stóp do głowy. — Ubierz się, Severusie — powiedział łagodnie. — Zobaczę, czy mogę go znaleźć.
OoO
Z szeroko otwartymi ustami, Syriusz Black obserwował szlochającego Harry'ego. Nie miał pojęcia, co zrobić. To nie tak miało się to potoczyć. Chłopiec miał być szczęśliwy, że został uratowany, a nie wypłakiwać sobie oczu. Nie płakał za Jamesem, który był martwy i nie był w świecie żywych przez sześć długich, niemożliwie ciężkich lat.
— Przestań natychmiast — powiedział Syriusz. Siedział na skraju swojego dziecięcego łóżka w domu swoich przodków, Szlachetnego i Najstarszego Domu Blacków. W jego pokoju wciąż wisiały czerwono-złote zasłony, sztandary i dywaniki, jak wtedy gdy był w Hogwarcie i jednym z Huncwotów. To było tak bardzo dawno temu, choć czasem wydawało mu się, że było to zaledwie wczoraj. Zacisnął dłonie i pochylił się w stronę chłopca, który kucał w kącie. — Przestań płakać, Harry. Proszę.
Chłopiec zakrył twarz dłońmi. Był skulony w najmniejszą kulkę, jaką kiedykolwiek Syriusz widział. Futrzasta, z piekła rodem, biała kotka koguchara ocierała się o kolana Harry'ego, pocieszając go i zapewniając mu komfort, jaki Syriusz pragnął mu dać.
— Chcę… — chlip —…mojego… — chlip —… tatusia!
— Harry,… — Syriusz starał się przemawiać w bardzo łagodny sposób —…twój tata umarł, gdy byłeś dzieckiem.
— Nie prawda! – Jest… — chlip —… w moim domu. Chcę… — chlip —… iść do domu!
— To jest teraz twój dom.
Nawet gdy to mówił, wiedział, że nie mogło tak być. Przynajmniej jeszcze nie. Aurorzy będą go tutaj szukać, nie wspominając o dementorach i powinien być bardzo daleko od tego miejsca, zanim przyjedzie minister lub Dumbledore. Ale to było jedyne miejsce, o którym mógł pomyśleć w tamtej chwili paniki. Jedyne miejsce, o którym wiedział, że mógł się aportować, nie rozczłonkowując ani siebie ani szczeniaka.
Ale Harry nie chciał od niego zapewnienia komfortu.
— Nie! Chcę Sev'rusa! Chcę mojego tatusia!
Severus warknął. Nie mógł nic na to poradzić. Musiał to zniszczyć w zarodku. Rozzłościło go to, że chłopiec uwierzył temu kłamcy.
— Ten tłusty, brudny paskudny śmierciożerca NIE JEST twoim OJCEM! Wybij to sobie z tej pustej głowy, chłopcze! Porwał cię…
— TY mnie porwałeś!
—… i traktował cię jak skrzata domowego. Nienawidził twojego ojca bardziej niż cokolwiek innego.
— Zabiłeś ich! — krzyknął chłopiec. — Powiedział mi, że ich zabiłeś!
To ochłodziło gwałtowny gniew Syriusza. Mógł tylko potrząsnąć głową, mimo że słowa Harry'ego zawierały w sobie ziarnko prawdy. Wiedział o tym i James również o tym wiedział. Jego następne słowa były ochrypłe, kiedy przyznał:
— Zasugerowałem, by Peter był strażnikiem tajemnic. Peter powiedział Sam-Wiesz-Komu, gdzie byli. Gdzie byliście. Ale nie ja. Nie byłem strażnikiem tajemnic.
— Kłamiesz — powiedział Harry, ale tym razem przynajmniej nie krzyczał.
— Nie kłamię.
Harry przetarł dłońmi swoją brudną, zasmarkaną twarz.
— Ja także. Severus Snape jest moim tatą. Jestem adoptowany poprzez krew.
Jeśli to nie był kopniak prosto w jądra, to Syriusz nie wiedział, co innego mogłoby być. Technicznie, zgodnie z prawem czarodziejów, adopcja poprzez krew uczyniłaby Harry'ego pełnoprawnym synem Smarkeusa. Z wyjątkiem jednej drobnej rzeczy. Snape nie miał prawa adoptować Harry'ego, dopóki Syriusz żył. Black nie wyraził zgodę na adopcję. Dlatego też powiedział dziecku:
— To nie ma znaczenia. Nie dałem mu pozwolenia na adopcję, więc nie była ona legalna. Jesteś moim chrześniakiem, a James był i zawsze będzie twoim ojcem. Teraz, kiedy tu jestem, zostaniesz ze mną.
Harry patrzył na niego z szeroko otwartymi oczami ze zdumienia. Pokręcił głową.
— Nie. Sev'rus to mój tata. Sev'rus jest moim tatą!
— Nie był i po tym, jak wrzucę jego tyłek do Azkabanu za porwanie, nie będzie nim. — Syriusz wstał z łóżka i złapał Harry'ego za ramię. Obrócił chłopca, by móc mu spojrzeć w oczy. Harry musiał coś wiedzieć, zanim otworzy drzwi na korytarz, który prowadził na schody. Walburga nie żyła około roku, ale nie mógł sobie wyobrazić, jak piekielna byłaby dla najeźdźców jej domu. — Musisz być cicho, kiedy wyjdziemy przez te drzwi, bo obudzisz moją matkę. Gwarantuję, że nikomu z nas się to nie spodoba. Okej?
Harry skinął głową, wyglądając na przestraszonego, ale Syriusz w ogóle nie poluźnił uścisku. Gdy tylko Black otworzył drzwi, chłopiec otworzył usta i odetchnął, jakby miał zamiar krzyczeć. Syriusz zakrył dłonią jego usta i unosząc oparł go o swoje biodro, szepcząc mu szorstkim głosem do ucha:
— Nie wydaj żadnego dźwięku, chłopcze. Musimy się stąd szybko wydostać. Zwiążę cię, jeśli będę musiał. — Nienawidził mówić tego do syna Jamesa, ale będzie miał później czas, aby przeprosić. James zrozumie. — Rozumiesz mnie? — wyszeptał Syriusz niemal warcząc. Czekał, aż chłopiec przytaknie pod jego dłonią. Zielone oczy chłopca były niewiarygodnie szeroko otwarte. Lekkie drżenie przebiegało przez małe ciało Harry'ego i zanim Syriusz poczuł, wiedział, że chłopiec stracił kontrolę nad pęcherzem. Ciepły płyn wsiąkał im ubrania. — Merlinie, James — syknął.
Twarz chłopca zaczerwieniła się za ręką Syriusza. Siedmiolatek był wyraźnie zawstydzony. Jego małe nozdrza rozszerzyły się, jakby nie mógł oddychać zbyt dobrze. Ale Syriusz chciał ich stamtąd zabrać jak najszybciej. Może najpierw zabrałby jakieś zapasy, żeby nie musieli od razu ukraść czegoś do jedzenia. Dlatego też podniósł Harry'ego nieco wyżej na biodrze, chwytając go mocniej, żeby chłopiec nie mógł się odsunąć i sprowadził ich na dół po schodach na pierwsze piętro. Wiedział, że później dzieliło go tylko parę kroków, aby znaleźć się w kuchni, a potem przy tylnym wyjściu. Mogli uciec, zanim przyszliby aurorzy, zanim ktokolwiek by się dowiedział, że tam byli. Po prostu musiał być szybki.
