Rozdział 22

Chłopiec w ogóle nie poruszał się w ramionach Blacka, całkowicie sztywny. Nie chciał być związany ani uderzony, lub żeby zrobiono mu coś innego. Już sprawił, że mężczyzna mu tym groził i wiedział, że to tylko kwestia czasu, zanim Black będzie na tyle zły, by wcielił swoje słowa w czyn. Wredni ludzie bili i dorośli bili. Harry został uderzony wystarczająco dużo razy w swoim życiu, aby wiedzieć, że Black jest również bijącym mężczyzną. Że mógł być tak samo wredny jak Dziudziaczek.

Niosąc chłopca, Black cicho schodził po schodach – powiedział, że muszą być cicho – a jego ręka wciąż przykrywała usta Harry'ego, tak mocno, że ten ledwo mógł oddychać. Ale nie musiał dobrze oddychać, jeśli mężczyzna tego nie chciał. Udowodniono mu to w wannie, kiedy tamta kobieta go wcześniej krzywdziła. Przeważnie wredni ludzie nie zabijali, ale ten człowiek zabił jego rodziców. Ale czy tak było? Powiedział, że nie zrobił tego, ale czy nie kłamał?

Chłopiec w głowie wciąż i wciąż krzyczał: „Tatusiu! Proszę, przyjdź i mi pomóż, tatusiu! PROSZĘ, PRZYJDŹ!".

Na dole schodów znajdował się długi, ciemny korytarz pokryty kurzem i pajęczynami, które były większe od jakichkolwiek pajęczyn, jakie chłopiec sprzątnął u Dursley'ów. Kiedy Black się poruszał, kurz wlatywał mu do oczu, podrażniając je i sprawiając, że łzawiły. Obaj wkradli się do dużego pokoju ze stołem. Black zdjął chłopca z biodra i posadził go stanowczo na twardym krześle.

— Siedź tutaj. — Mężczyzna powiedział mu prosto do ucha, a potem wskazał na jego twarz palcem z zarośniętym paznokciem. — Zdobędę dla nas trochę jedzenia.

Chłopiec przetarł kurz z oczu, a potem spojrzał na mężczyznę, który podszedł do szafek wiszących na ścianach… kuchni. Czarodziej otworzył każdą z nich i pozostawił je otwarte, jeśli były puste, a większość z nich taka była.

— Chcę do Sev'rusa— powiedział cicho. — Mojego tatusia.

— Do cholery, nie jest on twoim tatusiem, chłopcze — warknął mężczyzna. — Powiedziałem ci, że nie miał pozwolenia na adoptowanie cię.

Jeśli to była prawda, czy musiałby wrócić do Dursley'ów? Nie mógł. Nie teraz. Nigdy. Tym razem zabiliby go. Był tego pewien. Wuj tak bardzo go nienawidził. Musiał sprawić, żeby mężczyzna to zrozumiał i chociaż nigdy nie miał o tym mówić, musiał teraz opowiedzieć o tym Blackowi. Przesunął się na krawędź krzesła, nie odważając się z niego zejść, gdy kazano mu na nim pozostać.

— Ale mnie uratował — upierał się. — Byli źli i krzywdzili mnie. Sev'rus mnie uratował.

— Przestań o nim gadać — powiedział Black, grzebiąc w dolnych szafkach.

— Trzymali mnie w schowku — dodał chłopiec.

— Hmm.

To było tak, jakby mężczyzna go nie słuchał, nie do końca. Po prostu chwycił worek z jednej z szafek, a potem wrócił do innych, żeby coś z nich wyjąć.

Chłopiec potrzebował, żeby Black go słuchał.

— I nigdy mnie nie karmili. Nie przy stole. Po prostu rzucali resztki na podłogę, jeśli prace domowe zostały zrobione i byłem dobrym… dobrym chłopcem — wyjąkał, gdy niemal się pomylił. Nie był psem. Nie był. Bez względu na to, co powiedzieli. Bez względu na to, do czego próbowali go zmusić, kazać mu jeść lub mówić o sobie. — Nie zjadłem psiej karmy, jak chcieli, chociaż przykuli mnie do szopy. Widzisz? — zapytał, unosząc głowę, pokazując bliznę na szyi, która nie zniknęła całkowicie, nawet jeśli Severus wcierał w skórę specjalne maści pachnące miętą, a czasami jaśminem. — Musiałem nosić obrożę, gdy wujek mnie przykuł. Bolało, bo była za mała. Metal przeciął mi szyję i bardzo bolało. Były okropne strupy.

W końcu mężczyzna go słuchał. Przestał szperać i wpatrywał się w chłopca z szeroko otwartymi oczami.

— Ci dranie przykuli cię?

— Na tylnym podwórku — przytaknął chłopiec. — I pani — stłumił automatyczny strach, który odczuwał wypowiadając jej imię na głos, kontynuował podnosząc jednocześnie ręce, aby pokazać mężczyźnie blizny na dłoniach i przedramionach — ciotka P… Petunia, paliła mnie czasami. Oparzyła mnie gorącym tłuszczem, gdy bekon się przypalił i położyła moje ręce na kuchence, gdy coś spadło na podłogę. To też bolało, ale nie dbała o to. On również nie dbał.

— On?

— W… Wuj Ve… Vernon — szepnął chłopak, jakby wyjawiał tajemnicę, czując się tak, jakby się dusił. Nie widział wyraźnie, tak jakby wujek dusił go za bycie dziwakiem, którym był, ale kontynuował: — Nienawidzi dziwaka. Nazywa go brzydko, uderza go i nazywa… — Odetchnął głęboko i przycisnął dłonie do oczu, aby się skupić, gdy zwinął się w kłębek osłaniając brzuch, aby nikt nie mógł go uderzyć ani kopnąć go w to miejsce. Nawet jeśli nie mógł przypomnieć sobie teraz swojego imienia, to sprawi, aby Black go zrozumiał. — To znaczy mnie, nazywał mnie dziwakiem, nieużytecznym, bezwartościowym i głupim szczeniakiem, którego należało zabić wraz z jego obrzydliwymi rodzicami. Kopał mnie i uderzał pasem i kijem, który miał ze szkoły Smelltings. To on przykuł mnie na podwórku po tym, jak złapał mnie… złapał na…

— Na czym? — Głos Blacka był napięty.

Chłopiec zacisnął mocno oczy, zawstydzony.

— Na grzebaniu w koszu, poszukując jedzenia. Byłem głodny. Wykonałem wszystkie swoje prace, wybieliłem szopę, przycinałem, zamiatałem i usunąłem wszystkie chwasty w całym ogródku, ale Dziudziaczek pobrudził podłogę brudnymi butami, więc powiedział, że nie dostanę nic do jedzenia.

Chłopiec spojrzał ponownie na Blacka i zobaczył łzy w oczach mężczyzny. Zastanawiał się nad tym, nawet wtedy gdy czuł, że jego własne spływają mu po policzkach. Ale nikt go teraz nie bił i może mężczyzna go wysłucha. Dlatego kontynuował, opowiadając czarodziejowi o innych rzeczach, które zrobili mu Dursley'owie, ale o których nikomu nie powiedział. O ohydnym niebieskim napoju, który podała mu pani, przez który przez wiele dni piekło go gardło i sprawił, że bolało go, nawet gdy wymiotował. O tygodniach spędzonych w szafce, mając tylko wilgotny ręcznik do ssania w celu oszukania żołądka, który po pewnym czasie przestał burczeć i nie mógł się już poruszyć. O tym, że pierwszego dnia szkoły był bity przez Dudley'a i jego gang, aż nie zwymiotował na siebie i od tamtej pory inne dzieci nazywały go „śmierdzącym dzieckiem". O wielu innych przypadkach zranienia, pragnienia i potrzeb.

Kiedy przestał mówić, nie dlatego że zabrakło mu kolejnych przykładów, do tego było jeszcze daleko. Ale z powodu tego, że po policzkach Blacka spływały łzy, a mężczyzna mamrotał:

— Harry, och Harry, bardzo mi przykro…

Chłopiec, nie Harry, zastanawiał się, czy mężczyzna mówił prawdę, nie tylko o tym, że Severus nie był naprawdę jego ojcem bez pozwolenia, ale na temat tego, że nie zabił rodziców Harry'ego. Czy ktoś, kto tak bardzo przepraszał za to, co się stało później, spowodowałby, żeby mu się to stało?

— Rozumiesz? Dlatego muszę zostać z Severusem — powiedział na koniec Harry. — Bo mówią, że jestem szczeniakiem i głupi. Bezwartościowy. Nienawidzą mnie i zabiją mnie i… i… nie chcę umierać. — Przełknął łzy. — Ale Sev'rus mnie uratował, kiedy miałem umrzeć. Dbał o moje rany, przytulał i czytał mi. Nazywał mnie swoim synem. Nie możesz…. Nie możesz zmusić mnie do powrotu do nich. Musisz pozwolić mi zostać z Severusem. Proszę.

— Nie, Merlinie. Nie…

Pan Black wyglądał tak jakby szukał słów, ale nie miał okazji ich wypowiedzieć, ponieważ w pokoju rozbłysło oślepiające światło.

Chłopiec zakrył głowę rękami i schował się pod krzesłem.

OoO

We Wrzeszczącej Chacie Albus Dumbledore przekręcił gałkę w drzwiach do sypialni na piętrze po sprawdzeniu jej pod kątem magicznej energii. Drzwi otworzyły się cicho, a ramiona Dumbledore'a opadły z ulgą, gdy z wewnątrz nie nastąpił atak. Ale Severus Snape wiedział, że nie będzie ataku. Był pewien, że Blacka tutaj nie było i Harry'ego również. Dubledore jednak chciał, żeby mimo tego przyszli tutaj.

Dyrektor zasugerował, żeby najpierw sprawdzili to miejsce, a nie jakiekolwiek inne, a Snape bał się. Bardzo. Nie chciał mieć nic wspólnego z Wrzeszczącą Chatą, nie po tym, co mu się tam przydarzyło ponad dziesięć lat temu. Mimo to, gdy dyrektor nalegał, że Black mógł się tam dostać z Harry'm za pomocą aportacji bez różdżki, Snape zgodził się w końcu sprawdzić z nim chatę. Mimo że Dumbledore prowadził poszukiwania – i w ten sposób pierwszy wpadłby w jakąkolwiek pułapkę zastawioną w tym miejscu – Severus mógł zrobić niewiele więcej, niż liczyć swoje oddechy, aby się uspokoić i mieć nadzieję, że opuszczą to okropne miejsce – w którym Black go niemal zabił za pomocą wilkołaka – jak najszybciej.

Albus odwrócił się do niego i potrząsnął głową.

— Niestety, nie ma go tutaj.

Te słowa uspokoiły Severusa, ale dopiero gdy znaleźli się pod rozgwieżdżonym niebem, mógł zaczerpnąć tchu bez poczucia, że jego klatka piersiowa była ściskana w imadle. Nienawidził tej chaty i wszystkiego, co oznaczała.

Ale przede wszystkim musiał znaleźć Harry'ego.

— Coś nie tak, mój chłopcze? — zapytał cicho Albus.

Severus wpatrywał się w dal, na południowy zachód, jeśli musiał podać konkretny kierunek i potrząsnął głową, ale wciąż słyszał głos w swojej głowie. Proszę, tatusiu. Przyjdź, pomóż mi, proszę.

— Słyszę…

— Tak?

Tatusiu! Pomocy, tatusiu! PROSZĘ, PRZYJDŹ!

— Harry mnie woła.

— Wyobrażam sobie, że to robi — powiedział dyrektor łagodnym tonem. — Słyszysz go?

Proszę, tatusiu. Proszę, przyjdź mi pomóc.

Severus skinął głową, a jego gardło zacisnęło się.

— Potrzebuje mnie. Boi się.

— Znajdziemy go. Przysięgam ci to.

Severus zerknął na starego czarodzieja. Dumbledore nigdy niczego nie przysięgał. Wiedział, co znaczyło złożenie komuś przysięgi, ale oczywiście nie powiedział, że znajdą Harry'ego żywego. Zawsze zostaje… Tatusiu! Przyjdź, pomóż mi, tatusiu. PROSZĘ!

— Woła mnie — powtórzył Severus. Wskazał na południowy zachód. — Stamtąd.

— Z Trzech Mioteł?

— Merlinie, nie, Albusie. Z daleka. Anglia… Może Londyn…

— Londyn, mówisz?

— Może. Nie wiem. — Tatusiu! Przyjdź, pomóż mi, tatusiu. — Wydaje mi się po prostu daleko, a Harry nie mówi nic konkretnego, tylko to, że mnie potrzebuje. Potrzebuje mojej pomocy.

— Chodź, Severusie. — Albus chwycił go za ramię. — Wierzę, że wiem, gdzie oni są.

Dyrektor zapalił światło na końcu swojej różdżki za pomocą Lumos. Światło było tak jasne, że drażniło oczy Severusa, który prawie rozważał wyrwanie czarodziejowi różdżki, ale potem poczuł, jak mężczyzna zaczyna się aportować. Przeniósł się razem z nim.

W następnej chwili wylądowali w ciemnym, dużym pokoju, a różdżka Albusa oświetlała wszystko wokół. W pokoju rozbrzmiewało wycie psa, syk koguchara, a potem można było usłyszeć krzyk chłopca:

— Tatusiu!

Severus rzucił się w stronę syna, nie zwracając uwagi na nic innego. Chłopiec ukrywał się pod krzesłem. Dobiegał od niego wstrętny zapach moczu. Musiał być przerażony – pomyślał tylko Severus, biorąc swojego syna w ramiona.

Harry! Och, dziękuję Merlinie, wszystko w porządku?

— Okej, tatusiu. Gdzie jest Black?

Przytulając chłopca mocno do piersi i zakrywając małe ciało Harry'ego własnymi rękami i szatami, aby nie mógł zostać ponownie zraniony, nawet z różdżki sojusznika, Severus odwrócił się szybko, widząc tylko wielkiego, czarnego psa pochłoniętego walką z małym kogucharem Harry'ego. Dumbledore jedynie obserwował, najwyraźniej zdezorientowany tym wszystkim. Koguchar syczał, gryzł i drapał. Pies nie mógł zbliżyć się do niej wystarczająco, by zrobić cokolwiek innego, niż tylko skamleć, gdy przesuwała swoimi pazurami po jego nosie.

Nagle Severusa olśniło. Pies, który wyglądał trochę jak ponurak, to był Black.

— Jest animagiem, Albusie. Ogłusz go!

I tak Albus zrobił.

Melasowa Tarta po raz ostatni uderzyła dużego psa swoją łapą z odsłoniętymi pazurami i syknęła w stronę bestii, zanim nie podeszła do Harry'ego i Severusa, trzymając ogon wysoko w górę. Po raz kolejny uratowała jego syna.

Severus opadł na krzesło, przytulając Harry'ego i nie zwracając uwagi na zapach.

— Bogowie, czy nic ci nie jest? Jesteś ranny? Czy cię skrzywdził, synu? — zapytał chłopca, widząc łzy i smarki, spływające po wargach i brodzie chłopca.

Harry ciężko oddychał, ale odpowiedział:

— Nie. Wszystko dobrze, proszę pana.

Severus zmrużył oczy w zmieszaniu.

— Proszę pana? Wiesz, jak powinieneś się do mnie zwracać.

— Ale, proszę pana? — odparł Harry i nowe łzy popłynęły z jego jasnozielonych oczu. — Nie jestem… powiedział, że nie jestem twoim synem. Powiedział, że nie, bo nie dał ci pozwolenia na adoptowanie mnie.

— Och, Harry… — Severus przytulił syna mocniej, głaszcząc dłonią głowę biednego chłopca i szepcząc miękkie, kojące rzeczy, nawet gdy patrzył na stos czarnego futra na podłodze. Jak ten człowiek mógł powiedzieć coś takiego Harry'emu, jego słodkiemu, kochanemu synowi? Ale to był skutek nie powiedzenia od samego początku prawdy chłopcu. Severus kontynuował cicho: — Black nie musiał dawać mi pozwolenia. Nie mógł. James nigdy nie był twoim ojcem. Zawsze byłeś mój. Przepraszam, że nie powiedziałem ci, kiedy dowiedziałem się o tym kilka tygodni temu, ale myślałem, że masz już dość rzeczy do dźwigania na swoich barkach.

Łzy osłabły, aż w końcu całkiem znikły. Harry spojrzał na niego pytająco.

— Nie jestem adoptowany? Nawet nie adoptowany poprzez krew?

— Nie, synu. Jesteś i zawsze będziesz moim synem. Zawsze będziesz mój. Sam nie wiedziałem przed ceremonią, ponieważ twoja mama rzuciła na ciebie urok, który zmienił twój wygląd, chociaż tylko trochę. Nigdy nie powiedziała mi prawdy, ani Jamesowi, za którego wyszła będąc w ciąży. — Zamilkł, wiedząc, że było to zbyt szczegółowe jak na ten czas i dla dziecka w wieku Harry'ego. Chociaż najwyraźniej jedna rzecz musiała zostać wyjaśniona. — Ponieważ jednak wykonaliśmy ceremonię krwi, mamy jeszcze bliższą wieź, niż większość ojców i synów. Więź ta pomogła mi dzisiaj cię znaleźć, ponieważ słyszałem, jak wołasz mnie, swojego ojca. Jesteś moim synem, Harry. Na zawsze. Nigdy nie pozwól, żeby ktoś ci wmówił inaczej.

Harry skinął głową i przytulił się do niego, obejmując go swoimi chudymi ramionami, tuląc się do Severusa równie mocno, jak mężczyzna do niego, tak jakby żaden z nich nie mógł pozwolić, by drugi odszedł.

— Kocham cię, tatusiu — wyszeptał chłopiec w jego pierś.

— Też cię kocham, Harry — odszepnął Severus.

Na podłodze przed nimi wielki, czarny pies zmienił się z powrotem w mężczyznę o ciemnych włosach i jasno niebieskich oczach o nawiedzonym spojrzeniu. Nadal był oszołomiony, ale grube łzy spływały mu po policzkach, gdy obserwował Harry'ego i jego ojca.