Minerwa McGonagall ostrożnie wspinała się po schodach Wieży Astronomicznej. Jej ruchy były spokojne i wyważone, choć kurczowo zaciśnięte pięści i usta zamienione w wąską kreskę sugerowały jej prawdziwy nastrój.
Była wściekła na Knota i ministerstwo. Jej złość ujawniała się w iskrach, które strzelały z jej szat. Tak wyraźne użycie magii bez użycia różdżki nie zdarzało się jej ostatnio zbyt często, ale dziś czuła, że ma dobry powód.
Bo zamiast szukać Blacka, który nadal zagrażał uczniom i Harry'emu, Knot zajmował się hipogryfem. Więcej, była przekonana, że minister robi to z powodu nacisków Lucjusza, który oczywiście z rozkoszą wykorzystał niegroźny incydent, w którym brał udział jego synalek, do uderzenia w Hagrida i Albusa.
Minerwa od wielu lat traktowała Hagrida jako jednego z bliższych przyjaciół, a nawet rodzaj młodszego brata. Od chwili, gdy zrozumiała, że półolbrzym nie jest winien śmierci Marty Warren, Minerwa stała za nim murem. Czasem była zmuszona przywołać go do porządku, nawet w kwestii tego nieszczęsnego hipogryfa, lecz z drugiej strony widziała jego zaangażowanie w opiekę nad magicznymi stworzeniami. Wiedziała, że pewnie teraz musi czuć się okropnie i była nawet u niego, by zaoferować swoją pomoc, ale Hagrid nie chciał, by oglądała egzekucję hipogryfa.
Dlatego teraz pięła się w górę Wieży Astronomicznej, wiedząc, że gdyby ministerstwo próbowało przeprowadzić egzekucję jakiegokolwiek smoka znajdującego się pod jej opieką, prawdopodobnie pomogłaby uciec magicznemu stworzeniu, nie bacząc na konsekwencje. Z wysokości najwyższej wieży Hogwartu nie zobaczy samej egzekucji, ale będzie miała oko na wszystko, w razie gdyby coś poszło nie tak.
Kiedy jednak dostała się na górę i wyszła na blanki, zrozumiała, że już było po wszystkim - głuche zawodzenie Hagrida doskonale niosło się po zamkowych błoniach. Minerwa oparła się o kamienną blankę i westchnęła głośno. Spojrzała na majaczące obok bram sylwetki dementorów. Zadrżała. Miała w sobie zbyt wiele emocji, zbyt wiele magii, choć nie był to okres oczyszczania. Dlatego zamknęła oczy i zaczęła stopniowo zwalniać tempo swojego oddechu, rytm swojego serca, bieg swoich myśli. Techniki relaksacyjne, które wypracowała w Ameryce, wielokrotnie ratowały ją przed wybuchem złości czy dominującym smutkiem. Musiała wierzyć, że teraz też jej pomogą, że uda jej się odciąć od lęku uczniów, od niepokoju nauczycieli, od bólu Hagrida.
Nie miało znaczenia ile to trwało – liczył się tylko efekt – poczucie obojętności. Nie pustki, gdyż ona towarzyszyła jej ciągle, czasem bolesnym skurczem serca przypominając o swojej porażającej nieobecności. Chodziło o to, by jej umysł pozbył się wszelkich emocji, odczuć, wszystkiego, co mogło potem zamienić się w ból. Czasem stan ten udało jej się osiągnąć po kwadransie, lecz dzisiaj chyba musiała minąć co najmniej godzina, aż otworzyła oczy.
Powoli zapadał zmrok. Drzewa Zakazanego Lasu rzucały złowrogie cienie na błonia, a księżyc w pełni odbijał się w tafli jeziora. Okna chatki Hagrida były ciemne. Jedyną niezmienioną rzeczą były dalekie postacie dementorów. Minerwa już miała odwrócić się do wyjścia z tarasu widokowego wieży, gdy jej uwagę przykuł jakiś ruch.
Bijąca wierzba okręciła się w charakterystyczny sposób. Minerwa, która kiedyś raz na miesiąc korzystała z ukrytego pod jej korzeniami przejścia, natychmiast rozpoznała ten ruch. Zacisnęła więc dłonie na kamiennej krawędzi blanki i zmrużyła oczy.
Widok, jaki się jej ukazał, był tak nierzeczywisty, że aż zamrugała.
Najpierw z dziury pomiędzy korzeniami wyłonił się rudy kocur. Potem wyszły trzy osoby, chyba skute kajdankami. Minerwa rozpoznała Remusa i dziwnie utykającego Ronalda Weasley'a, którego rude włosy wyraźnie odznaczały się na tle ciemnego krajobrazu. A osoba pomiędzy nimi… nie, to było niemożliwe.
Otworzyła szeroko oczy. Dalej pojawiło się bezwładne ciało Severusa, w które różdżką celował ktoś, kogo Minerwa rozpoznała natychmiast.
Na końcu zobaczyła Harry'ego i Hermionę.
Nauczycielka odruchowo spojrzała w górę, jakby oczekiwała od niebios potwierdzenia, że to jedynie halucynacja, że to jedynie urojenia jej chorego, wyniszczonego umysłu. Ale wtedy zobaczyła okrągłą tarczę księżyca. Przerażenie zalało ją z siłą tsunami. Znów wbiła wzrok w ciemne sylwetki na błoniach. Nadal tam byli. To nie był zły sen.
Minerwa zrobiła pierwszą rzecz, która przyszła jej do głowy. Cofnęła się o kilkanaście kroków, wzięła ogromny rozbieg, odbiła od krawędzi blanki i poszybowała kilkadziesiąt metrów w dół.
Miała wrażenie, że leci w zwolnionym tempie. Zobaczyła jak Remus dostrzega księżyc, zobaczyła jak skuta z nim postać nagle znika, jakby rozpłynęła się w powietrzu. Minerwa przemieniła się w momencie, w którym Black zmienił się w ogromnego, czarnego psa i rzucił na przeobrażającego się Lupina. Doskonale widziała, jak wilkołak wbija pazury w ciało psa, jak ogarnia go szał, jakiego jeszcze nie widziała w jego wykonaniu.
Wylądowała miękko na czterech łapach w momencie, gdy wilkołak odrzucił zakrwawione ciało psa na bok i zrobił krok w kierunku Harry'ego, Rona i Hermiony.
Zanim zrobił kolejny krok, ona już pędziła w jego stronę. Jej ciało było teraz wypadkową ludzkiego strachu i zwierzęcego instynktu. Nie zważając na nic, odbiła się z tylnych łap i całym ciężarem wylądowała na piersi wilkołaka. Przez chwilę patrzyła w jego brzydki pysk, w ogarnięte szaleństwem oczy. Ryknęła ogłuszająco. Kiedyś Lupin położyłby uszy po sobie i spotulniał, ale teraz on użył całej swojej siły, by zrzucić ją z siebie. Nie z zostało w nim w tym momencie chyba nic z tego dobrodusznego człowieka, który głęboko brzydził się przemocą. Przez kilka minut zmagali się w śmiertelnie poważnej walce – Minerwa, kierując się jedynie chęcią ochrony swoich uczniów, nie zwracała uwagi na krew Remusa, on zaś widział w niej jedynie wroga, a jego przypadłość zatruwała mu umysł. Miała rację, byli podobni. Obydwoje byli bestiami, pozbawionymi już człowieczeństwa i pragnącymi jedynie zniszczyć przeciwnika. Minerwa warknęła, gdy jego zęby zatopiły się w jej prawej łapie, a ta chwila nieuwagi wystarczyła, by uwolnił się spod jej ciężaru i z przeraźliwym wyciem pobiegł w las.
Odwróciła się. Weasley leżał z szeroko otwartymi oczami. Patrzył na nią z mieszaniną strachu i ciekawości, oraz jakby niezupełnie był pewien ile z tego, co właśnie widzi, to wytwór jego wyobraźni. Gdzieś obok leżał Snape, nadal nieprzytomny.
Harry i Hermiona zniknęli.
Z oddali dobiegł skowyt psa. Spojrzenie Minerwy skrzyżowało się ze spojrzeniem syna Molly. Chłopak drżącą ręką wskazał w stronę jeziora.
Nie wahała się dłużej. Popędziła w tamtą stronę, niesiona na mocarnych łapach. Biegła, choć nie wiedziała, skąd czerpie siły. Nie rozumiała już nic z tego. Black był z Harry'm i Hermioną, próbował obronić ich przed Lupinem. Była jeszcze jedna postać i Minerwa rozumiała, że jej obecność jest kluczem do zrozumienia całej sytuacji.
No bo jakim cudem mogła widzieć żywego Petera Pettigrew, skoro wszyscy sądzili, że został on zamordowany przez Syriusza dwanaście lat temu!?
Minerwa dotarła do brzegu jeziora. Rozejrzała się. Zamarła, widząc trójkę ludzi na przeciwległym brzegu. Znieruchomiała też z tego względu, że z prawej strony nadciągali dementorzy.
Była ich około setka – ciemnych, sunących powoli postaci, które zdawały się wyłaniać ze wszystkich stron. Pojawiająca się za ich sprawą mgła przysłoniła nieco jej widok. Minerwa widziała jak Syriusz pada na ziemię, ogłuszony spotkaniem ze stworami, które musiały zatruć poważną część jego umysłu. Widziała jak Hermiona traci głowę w obliczu niebezpieczeństwa. Wreszcie zobaczyła Harry'ego, bezskutecznie usiłującego wyczarować patronusa.
A ona nie mogła nic zrobić. Trwała nieruchomo, patrząc jak dementor zbliża się do chłopca, jak odrzuca kaptur. Nie była w stanie ruszyć się z miejsca, przemienić, krzyknąć. Wyzuła się ze wszystkich uczuć, bo gdyby pozwoliła im wypłynąć, równolegle odblokowałaby koszmar groty. Była bezradna, bezsilna, okaleczona własnymi wspomnieniami. I znów miała wrażenie, że zawodzi wszystkich na całej linii. Była bezużyteczna, nawet nie będąc w stanie zrobić tego, co nie powinno sprawić jej żadnego problemu.
Harry osunął się na kolana.
Harry nadbiegł z drugiej strony i wpatrywał się w samego siebie, jakby wyczekując czegoś.
Minerwa uznała, że dementorzy musieli ostatecznie pomieszać jej w głowie. A potem Harry z prawej strony spojrzał prosto na nią. Ich zielone oczy się spotkały na moment. Wyraz twarzy chłopca nagle się zmienił, jakby podjął jakąś decyzję. Wyciągnął różdżkę i krzyknął:
- Expecto Patronum!
Z różdżki wystrzelił srebrny jeleń. Zaszarżował na dementorów, zmuszając ich, by zostawili drugiego Harry'ego, Hermionę i Blacka w spokoju. Okrążył jezioro, odpędzając strażników ciemności. Mijając Minerwę, lekko pochylił uwieńczoną porożem głowę. Wskazał też na coś za nią.
Dopiero teraz, gdy dementorzy uciekli, Minerwa mogła się ruszyć. Odwróciła się. Coś poruszało się w trawie za nią.
Był to szczur.
I Minerwa pewnie zignorowałaby go, gdyby nie dotarła do niej pewna prawda – Syriusz był animagiem. James zapewne też. Co zatem z Peterem? To jego widziała z wieży, była pewna. Gdy zniknął jej z oczu, nie mógł się przecież aportować. ,,Glizdogon" – czyż tak go nie nazywali?
Zawahała się, widząc jednego Harry'ego leżącego nieprzytomnie na brzegu jeziora. Drugi gdzieś zniknął. Umysł Minerwy szybko jednak powiązał to zduplikowanie postaci z zmieniaczem czasu, jaki dała Hermionie.
Jej wyczulony wzrok zobaczył Severusa, niezdarnie biegnącego w stronę jeziora. Podjęła decyzję.
Odwróciła się i pognała za uciekającym szczurem.
Minerwa była urodzoną łowczynią. Jej animagiczne zdolności jedynie zwiększały jej pragnienie dopadnięcia ofiary za wszelką cenę. Teraz zmysły powoli brały górę nad logiką – druga forma Minerwy, do której rzadko się uciekała, było o wiele bardziej oparta na instynkcie i podstawowych odruchach. Dlatego właśnie biegła przed siebie, z oczyma utkwionymi w małym, niepozornym szczurze, uciekającym jakieś kilkanaście metrów przed nią.
To nie był zwykły szczur – z wyraźną determinacją kierował się ku głównej bramie Hogwartu. Odkrycie to jedynie umocniło Minerwę w postanowieniu dogonienia go. Nie było to proste – jej wahanie w podjęciu pogoni dało mu znaczącą przewagę, poza tym zaskakująco szybko przebierał łapkami, od czasu do czasu nawet ginąc w wyższej trawie. Na jego korzyść przemawiało też zmęczenie Minerwy – gdy zobaczyła bramę zwieńczoną skrzydlatymi dzikami jej mięśnie drgały rytmicznie, nieprzyzwyczajone do takiego wysiłku, a serce uderzało tak mocno, jakby miało jej wyskoczyć z piersi.
Nie mogła pozwolić mu przejść przez tę bramę. Chroniące ją zaklęcia nie działały na animagów, a żelazne kraty nie stanowiły problemu dla tak małego stworzenia. Z kolei za nią, Pettigrew będzie mógł się aportować, jeśli to on był tym szczurem i jeśli to było jego celem.
Przyspieszyła. Konsekwentnie zmniejszała dzielący ich dystans. Z rykiem wpadła na żwirową ścieżkę prowadzącą do bramy. Jeszcze trochę… jeszcze tylko kilka metrów… już prawie….
Instynktownie ugięła nogi, szykując się do skoku. Już miała je wyprostować i wyrzucić całą swą masę do przodu, gdy poczuła lodowate zimno.
Za bramą stał oddział dementorów.
Zawahała się.
To wystarczyło, by szczur dotarł do bramy.
Rozbłysnęło niebieskie światło, gdy przecisnął się przez jej pręty.
Minerwa odbiła się z tylnych łap. Zebrała całą swoją moc by transmutować żelazo w prętach bramy w szkło. Uderzyła w nie z impetem, zamykając odruchowo oczy. Odłamki poleciały na wszystkie strony, a wiele utkwiło w jej sierści. Cudem wylądowała na czterech łapach.
Szczur chyba się tego nie spodziewał, bo odwrócił się i zamarł.
Minerwa skoczyła na niego, ale zdołała jedynie przejechać pazurami po jego grzbiecie – zaraz potem aportował się z głośnym trzaskiem, a ona została z strzępkami szczurzego futra pod pazurami.
Wydała z siebie ryk czystej złości. Nie mogła uwierzyć, że tak po prostu jej umknął. Z niedowierzaniem wpatrywała się w swoją prawą łapę, w krople krwi na pazurach. A potem poczuła gwałtowny odpływ sił.
Łapy się po nią ugięły. Upadła ciężko na ziemię. Zdołała się przemienić – zobaczyła, że jej prawa dłoń jest zakrwawiona. Gorączkowo próbowała ją otrzeć o szaty, ale jej wzrok się rozmazywał. Czuła chłód, czuła zimno i błyskawicznie uciekającą z ciała energię. Była także doskonale świadoma obecności kilkunastu dementorów, otaczających ją z każdej strony, podlatujących coraz bliżej, wietrzących nową ofiarę, aczkolwiek niezbyt wyposażoną w pozytywne uczucia.
Minerwa usiłowała wyciągnąć różdżkę z kieszeni, bronić się jakoś, ale nie miała już sił. Ostatnie dawki energii zużyła na transmutowanie bramy i jednoczesne nagięcie zaklęć ochronnych. Nie była w stanie nawet utrzymać się w pozycji siedzącej – poleciała na prawy bok, policzkiem w żwir. Zobaczyła unoszący się nad ziemią i zbliżający rąbek ciemnej peleryny. A potem nadpłynęły wizje groty…
To nie było tak, że się poddała, choć naprawdę nie miała siły walczyć. Samą wolą próbowała odepchnąć od siebie straszliwe obrazy, skupiając się na wszystkim, co było dla niej jakąś namiastką szczęścia. Nie mogła pozwolić sobie na utratę przytomności.
Najbardziej niezależnym zmysłem pozostał jej słuch – wzrok już był mamiony przez skutki zaklęcia Grindelwalda, nie czuła nic oprócz dominującego bólu, a węch wychwytywał jedynie odór śmierci i rozkładu. Lecz jej uszy, poza zbliżającym się świszczącym oddechem dementora, wychwyciły też czyjś okrzyk.
- Minerwa! Expecto Patronum!
Pod powiekami rozbłysnęło jej srebrzyste światło. Targana wizją torturowanych rodziców i babki, Minerwa ostatkiem wszelkiej energii zmusiła się do otworzenia oczu. Zobaczyła dementory rozpierzchające się przed srebrzystym patronusem. Ujrzała wysokiego maga z siwą brodą, biegnącego w jej stronę.
- Minerwa! – po chwili czyjeś ramiona otoczyły ją ochronnym gestem. Mimo wielkiej ochoty na odpłynięcie w niebyt i pozwolenie, by ktoś się nią zajął, Minerwa otworzyła usta i wydała z siebie coś na kształt charkotu.
- Cii, już jesteś bezpieczna. – rzekł czarodziej, zaskakująco troskliwym tonem.
- Albus. – zdołała rzec, choć gardło miała suche, jakby przebiegła maraton po pustyni.
- Zaraz, najpierw trzeba się tobą zająć. – odpowiedział mag.
- Albus! – uparcie odparła, tym razem z większym naciskiem, zmuszając się do odsunięcia od swojego wybawcy.
Na obliczu Aberfortha Dumbledore pojawił się cień.
- Jesteś ranna? – spytał, ignorując jej słowa.
Minerwa pokręciła gwałtownie głową, a potem wrzasnęła:
- Potrzebuję Albusa! – nie obchodziło jej jak desperacko brzmiał jej zachrypnięty głos, jak bardzo nasycony był ukrywanymi przez lata i spychanymi na samo dno umysłu uczuciami. Rozpaczliwie spojrzała na Aberfortha, czując, że zaraz straci przytomność. A jednak ktoś musiał poinformować Albusa o tym, co się wydarzyło, o tym, że Pettigrew uciekł.
- Wyślę mu sowę. – rzekł brat Albusa przez zaciśnięte usta. Minerwa nie zwracała już uwagi na urazę w jego tonie, na głębokie rozżalenie na jego twarzy.
- Teraz. Albus. – wychrypiała, odwracając się ku Hogwartowi. Zdążyła jeszcze usłyszeć gniewny ton Aberfortha, gdy znów osuwała się na ziemię:
- Uparta wiedźma.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
- Mam nadal znakomitą pamięć, Severusie. – rzekł spokojnie Albus Dumbledore, choć zaraz jednak miał ochotę ugryźć się w język – bo czyż właśnie nie to, doskonała pamięć wszelkiego cierpienia tak bardzo go dręczyła?
Dyrektor widział zarówno irytację, jak i zrozumienie w oczach Snape'a, który rzucił mu ostre spojrzenie i wyszedł za Knotem. Sam Dumbledore w myślach próbował pocieszyć się, że przynajmniej nadal to on sprawuje władzę w tym zamku, jakkolwiek dziwne wydarzenia miały w nim miejsce.
Harry i Hermiona naturalnie zaczęli mówić równocześnie. Albus nic nie rozumiał z ich potoku słów, zatem uniósł rękę, niewerbalnie prosząc ich o ciszę.
Przede wszystkim Albus musiał im wyjaśnić, że cokolwiek nie będą mówić, ich wersja jest zupełnie nieprawdopodobna, w porównaniu z racjonalnym wyjaśnieniem, jakie Severus udzielił ministrowi.
Sam Albus oczywiście im wierzył – długo rozmawiał z Syriuszem i nie doszukał się w nim kłamstwa. Poza tym, dla niego, od dawna wyczulonego na sprawę zdrady Potterów i ucieczki ich dawnego przyjaciela, pewne elementy wreszcie zaczęły się składać w logiczną całość. Syriusz uciekł z Azkabanu, bo jest animagiem, jest niewinny i bardzo zdeterminowany by chronić Harry'ego. Pettigrew jest rzeczywistym zdrajcą, a w dodatku szczurem, od lat ukrywającym się w rodzinie Weasley'ów. To były proste fakty, ale Albus nadal nie mógł sobie darować, że Harry od tak dawna znajdował się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Jak mógł nie wyczuć animaga? Jak mógł tak po prostu przyjąć do wiadomości fakt, że Syriusz zdradził? Albus czuł potężne wyrzuty sumienia, także z tego względu, że nie dał Syriuszowi drugiej szansy, że nie poszedł z nim porozmawiać, że bez wahania zaświadczył przeciwko niemu, nie wysłuchując jego wersji zdarzeń. Nie za wiele miał na swoje usprawiedliwienie – bo czy żal po śmierci Potterów lub potężna kłótnia z Minerwą były wystarczającymi powodami do takiego zaniedbania?
Minerwa. Albus, choć cały czas rozmawiał z Harrym i Hermioną, instynktownie szukał jej umysłem. Powinna już tu być, złapanie Blacka było zbyt ważną rzeczą, by jego prawa ręka mogła to zignorować. Prawdę mówiąc, spodziewał się, że przybędzie natychmiast, by sprawdzić co z Harrym. Liczył też, że pomoże mu z odpowiednim naświetleniem sprawy ministrowi. Lecz ona gdzieś zniknęła, on musiał porozmawiać z Blackiem, a Severus już zdołał kompletnie przekonać Knota do swojej wersji. Albus martwił się. Coś było nie tak.
- Profesorze? – ciche pytanie Hermiony uświadomiło Albusowi, że znów odpłynął myślami.
- Wybaczcie. Jak powiedziałem, nie zdołam przekonać ministra do dostrzeżenia prawdy.
Dyrektor jednak myślał intensywnie. Nie mógł wydać Syriusza na pastwę dementorów. Trzeba było jakoś go uwolnić. Potrzebował błyskotliwego planu, odpowiedniej strategii. Potrzebował Minerwy, jej taktycznego podejścia do sytuacji bez wyjścia.
- Jest coś jeszcze. – odezwał się cicho Harry, patrząc na Albusa oczami swej matki. Zielonymi, ale jednak nie tak wyrazistymi…
- Tak? – Albus odpędził od siebie pewien obraz.
- Czy… gdy wyszliśmy z tunelu i profesor Lupin prawie pokonał Syriusza, pojawił się lew i obronił nas przed nim. – rzekł Harry z wyraźną nadzieją w głosie.
Albus otworzył szeroko oczy.
- Lew? – spytał odruchowo.
- Był nieco dziwny. Nie miał grzywy… - dodała niepewnie Hermiona.
Dyrektor zesztywniał, a w jego błękitnych oczach błysnął niepokój.
- Lwica. Widzieliście dokąd pobiegła? – spytał szybko.
- Nie, popędziliśmy za Syriuszem i Pettigrewem nad jezioro. Ona i Lupin zniknęli. Kto to był, profesorze? – spytał Harry.
Albus zignorował jego pytanie. Gorączkowo szacował siły Minerwy. Niestandardowa przemiana musiała kosztować ją dużo sił, czy była więc w stanie pokonać rozwścieczonego wilkołaka? A może teraz potrzebowała jego pomocy, leżąc gdzieś samotnie, w Zakazanym Lesie i wykrwawiając się na śmierć? Gdyby tylko miał…
- Potrzebujemy więcej czasu… - rzekł Albus, a sens jego słów dotarł do niego po chwili.
Czas! Tego użyłaby Minerwa! Nie zawahałaby się nagiąć czasu, by uratować życie niewinnego człowieka.
- Och! – Hermiona najwyraźniej podążyła za tokiem jego myślenia. Skupiony, by przekazać istotną misję ratowania Syriusza dwójce trzynastolatków, Albus zaczął mówić:
- Posłuchajcie mnie teraz uważnie - Syriusz Black jest zamknięty w gabinecie profesora Flitwicka na siódmym piętrze. Trzynaste okno na prawo, licząc od Wieży Zachodniej. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, dziś w nocy będziecie mogli uratować więcej niż jedno niewinne życie. Ale zapamiętajcie: nikt nie może was zobaczyć. Panna Granger dobrze zna prawo... więc wie, o co toczy się gra... NIKT NIE MOŻE WAS ZOBACZYĆ.
Albus nie tracił więcej cennych minut. Odwrócił się i ruszył do wyjścia. W drzwiach jeszcze udzielił ostatnich instrukcji Hermionie i życzył dwójce Gryfonów powodzenia. Gorąco wierzył, że im się uda. On sam nie mógł ratować Syriusza – musiał najpierw znaleźć Minerwę.
Na zewnątrz przez chwilę zbierał myśli. Co powinien zrobić? Gdzie szukać Minerwy?
Zanim zdążył cokolwiek uczynić, przez okno na korytarzu wleciała srebrna koza i przemówiła głosem Aberfortha:
- Jest u mnie. Chce się z tobą widzieć. Bezpieczna.
Albus odetchnął z ulgą i oparł się plecami o drzwi skrzydła szpitalnego. Strach, jaki go opanował, nieco zelżał. Zanim zdążył wrócić całkiem do siebie, zza zakrętu wybiegł Harry i Hermiona.
- No i jak? – spytał dwójkę zdyszanych uczniów, choć myślami widział siebie pędzącego główną ulicą Hogsmeade.
Tak jak przypuszczał, doskonale wypełnili powierzone im zadanie. Był z nich naprawdę dumny – pogratulował im, a następnie znów zamknął w skrzydle szpitalnym.
A potem zatrzymał się w pół kroku, niezdecydowany. Powinien teraz pójść za ministrem i Severusem. Powinien być z nimi, gdy odkryją ucieczkę Blacka. Z drugiej jednak strony, Minerwa chciała się z nim zobaczyć…
Była z Aberforthem. I choć ta myśl powinna dodać mu otuchy, Albus czuł jedynie ucisk w klatce piersiowej. Jego brat… miał rację, sugerując, że Albus okropnie wynagradza Minerwie całą jej lojalność. Z drugiej jednak strony, sposób, w jaki Aberforth patrzył na Minerwę…
Albus ruszył w górę schodów. Może tak było lepiej. Może nie powinien się teraz wtrącać. Minerwa pewnie uznałaby, że ważniejsze jest opanowanie sytuacji w zamku po ucieczce Blacka.
Jak się okazało, to wszystko wcale nie było takie proste. Severus wpadł w szał, gdy dowiedział się o ucieczce Syriusza. Albus nie spodziewał się, że jego nienawiść do Blacka, jeszcze z nastoletnich czasów, jest tak silna. Z kolei minister chyba przyjął to wszystko w lekką pokorą – ku uldze Albusa zgodził się nawet usunąć dementorów z terenu szkoły.
- Odprowadzę cię, Korneliuszu. Mam jeszcze pewien interes w Hogsmeade. – rzekł Albus, gdy Knot ruszył ku głównemu wyjściu z zamku.
Szli do bramy uprzejmie rozmawiając o Blacku, a świta ministra podążała kilka metrów za nimi. Albus w głębi duszy gotował się z niecierpliwości, ale byłoby podejrzane, gdyby opuścił Hogwart przed ministrem. Musiał jednak schować ręce do kieszeni, by ich lśnienie nie zdradziło jego zdenerwowania.
Tuż przy bramie Albus zatrzymał się. Mimo, że potężne skrzydła i filary ze skrzydlatymi dzikami wyglądały całkowicie normalnie, on wyczuwał potężną magię. Ktoś musiał transmutować bramę. Jego podejrzenie się potwierdziło, gdy za bramą dostrzegł małe drobinki szkła.
Zalała go fala niepokoju. Transmutacja tak wielkiego i nasączonego magią obiektu mogła powieść się tylko magowi o ogromnej mocy. Minerwa była zdolna tego dokonać, ale nie w stanie wyczerpania walką z wilkołakiem. Czego jednak szukała za bramą?
Albus nie dał po sobie poznać, że odkrył coś, jedynie grzecznie pożegnał ministra i jego współpracowników. Gdy ostatni z magów zniknął z trzaskiem, dyrektor już się nie zastanawiał. Puścił się biegiem przez puste ulice magicznej wioski.
Jak burza wpadł do pustego pubu Aberfortha. Dysząc, niezmordowanie wspinał się po schodach do pokojów brata. Gdy wpadł do salonu, powitał go okrzyk pełen ulgi.
- Albus!
Minerwa uniosła się na łokciach na kanapie, na której leżała. Wyglądała okropnie – blada jak kreda, z potarganymi włosami, porwaną szatą i wyraźnym zmęczeniem w oczach. Od razu też można było wywnioskować, że jest potwornie wyczerpana, na tyle, by nie być w stanie się podnieść.
- Już, już jestem. – Albus kilkoma krokami przemierzył pokój i uklęknął przy jej boku.
- Pettigrew uciekł! Jest szczurem, animagiem! Black też! Lupin… nie panował nad sobą… - Minerwa mówiła gorączkowo, wyrzucając z siebie słowa jak z procy.
- Ciii, wiem o wszystkim oprócz tego, co się działo z tobą i Peterem. – przerwał jej Albus.
Opowiedziała mu, choć dopiero gdy wskazał na szkło za bramą przyznała się do transmutacji.
- A potem on się teleportował, nie zdołałam go złapać. – zakończyła z poczuciem winy w głosie.
- To nie twoja wina. W każdym razie Syriusz jest niewinny. To Pettigrew okazał się zdrajcą. - Albus w kilku zdaniach streścił jej całą sytuację i opowiedział o ucieczce Syriusza. Minerwa nie wydawała się być zaskoczona.
- Przypuszczałam, że Black może być animagiem. Kiedyś… James ujawnił zaskakujące zainteresowanie tą dziedziną. Zabroniłam mu zgłębiania tej wiedzy w praktyce, ale wiesz, że oni mieli w nosie moje zasady. Teraz… wszędzie gdzie pojawiał się Black wyczuwałam zapach psiej sierści. Żałuję, że nie posłuchałam swojej intuicji. Może udałoby się to zakończyć wcześniej…
- Harry i Hermiona uwolnili Syriusza i Hardodzioba. Pettigrew… trudno. Przynajmniej pozbyliśmy się zagrożenia w Hogwarcie. – rzekł Albus.
- Poradzili sobie znakomicie. Muszę im pogratulować, jak tylko się stąd wydostanę… - Minerwa próbowała się ruszyć z kanapy, ale na jej twarzy pojawił się grymas.
- Minnie, jesteś na skraju wyczerpania! Teleportuję nas do zamku, ale zanim cokolwiek zrobisz, będziesz musiała mi obiecać, że odpoczniesz i prześpisz się chociaż parę godzin. – Albus uspokajająco położył dłoń na jej ramieniu. Cofnął ją jednak, gdy usłyszał głos za sobą:
- Może ty wybijesz jej z głowy zamęczanie się na śmierć. Mnie nie chciała słuchać, jedynie uparcie domagała się powiadomienia ciebie. – Albus odniósł wrażenie, że w głosie Aberfortha usłyszał twardą nutę.
- Zabiorę ją do zamku. Dziękuję, że się nią zaopiekowałeś. – Albus wstał i spojrzał w oczy brata. Aberforth skrzywił się.
- Głupiec zostawiłby ją na pastwę dementorów, jakkolwiek irytujący jest jej niepokój o Hogwart. – mruknął barman.
- Nadal tu jestem! – Minerwa fuknęła z oburzeniem. Albus odwrócił się do niej z uśmiechem. Czuł niesamowitą ulgę – choć wyczerpana, była cała i zdrowa.
Ostrożnie podał jej dłonie i pomógł wstać. Oparła się o niego, zupełnie drobna. Albus objął ją lekko i skinąwszy głową Aberforthowi, teleportował ich oboje.
Był zupełnie pewny, że na twarzy brata dostrzegł rezygnację, a na obliczu Ariany na portrecie ponad ramieniem Aberfortha cieniutki uśmiech.
ooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo
Oficjalnie, dwadzieścia rozdziałów tej części za nami, kolejne dwadzieścia w perspektywie!
Co sądzicie o ostatnich rozdziałach? Czego spodziewacie się po kolejnych? Napiszcie, że jesteście i czytacie, wasze reviews są cenniejsze niż wszystkie galeony Gringotta.
Moje serdeczne podziękowania dla Kitii, która jest tak cudowna, że komentuje prawie każdy rozdział - twoje reviews są wspaniałe, a zawarte w nich przewidywania zazwyczaj trafne. Wiem, że Minnie i Albus są zupełnie zagubieni jeśli chodzi o swoje uczucia, a dodałam w to wszystko Aberfortha, żeby nie było tak przewidywalnie, poza tym zazdrość w wykonaniu Albusa zawsze wydawała mi się urzekająca.
Greenispretty - nawet nie wiesz ile radości sprawia mi każdy nowy Czytelnik, a jak jeszcze pisze takie ładne komentarze to już w ogóle mam ochotę skakać i śmiać się. Podziwiam przeczytanie całości w trzy dni, chociaż wiem co to znaczy, przepaść w fanfiku na długie godziny, niemniej jednak nigdy nie śmiałam mieć nadziei, że mój okaże się być na tyle wciągający. Tym bardziej, że oczekiwanie na rozwiązanie kluczowych wątków wymaga wiele cierpliwości.
zxc - bardzo dziękuję za Twoje miłe słowa, ja mam uśmiech od ucha do ucha z każdą nową review ;) i nie martw się, do końca będziemy się zbliżać baaardzo powoli i ostrożnie, w końcu jest tyle wątków, które należy jakoś sensownie zakończyć!
A jeśli chodzi o kolejne dzieło w tym klimacie i coś ładnego hmm... jestem w trakcie pisania alternatywnej wersji tej historii, gdzie jest dużo ładnych momentów, takich jak ten:
- Ufałem ci na tyle, by oddać ci moje serce, Minerwo. – odezwał się cicho, a ona żałowała, że nie widzi w tym momencie jego oczu.
- Oddaj mi swoją magię, Albusie. – poprosiła.
To stało się tak szybko, że Minerwa zdołała ledwie odnotować, że dzieje się naprawdę – Albus wzniósł zaklęciową tarczę, obrócił się do niej, jedną dłoń położył na jej sercu, drugą okręcił wokół jej prawej ręki, tak że ich różdżki, wzniesione w górę, stykały się końcami, a potem wyszeptał:
- Co moje, to twoje. Co nasze, to potężne. Co słabe, to niczyje.
Minerwa miała wrażenie, że porywa ją fala ognia, która przetacza się przez jej żyły, która dociera do każdej komórki jej ciała, naładowując ją magią, jego magią. Oddawał jej wszystko, oddawał jej całą swoją esencję - nawet jeśli na kilka chwil, to i tak doświadczenie tego miało pozostać dla niej jednym z najwspanialszych wspomnień życia.
Ekhm, tak, mam już 112 tys. słów, ale nie wiem czy będzie się nadawało do publikacji, bo wygląda na to, że nie jestem w stanie wyleczyć się z marysuizmu, niestety. Także może ewentualnie kiedyś, w dalekiej przyszłości, jak ktokolwiek będzie zainteresowany i nie znudzi mu się czekanie na koniec tej serii...
Wszystkich czytających (także tych nieujawniających się) serdecznie pozdrawiam ( i pamiętajcie, jest taka opcja żeby podzielić się swoją opinią, gorąco zachęcam) i widzimy się w rozdziałach opisujących wydarzenia z ,,Czary Ognia" .
Moc uścisków
Emeraldina
