Rozdział 22
Prawda
Albus mógł tylko z przerażeniem się przyglądać, jak były nauczyciel rozpacza nad stratą swojej następczyni. Fairhart wciąż trzymał ciało Blackwood, jakby mógł przywrócić przyjaciółkę do życia, ale furia i smutek słyszalne w jego krzykach jasno wskazywały, że w rzeczywistości nie wierzył w tego typu rytuały. Ida po prostu leżała na ziemi – twarz i szyję miała splamione krwią, mgliste oczy szeroko otwarte, a wyraz twarzy zdezorientowany; odeszła zmieszana.
– Pro… profesorze – wyjąkał chłopiec, wstając. Do Fairharta, podobnie jak do Blackwood, nie był w stanie zwracać się inaczej. – Profesorze, prze… przepraszam…
Mężczyzna albo go nie słyszał, albo zwyczajnie zignorował. Koniec końców Albus był mu trochę wdzięczny za to milczenie – dzięki temu zyskał nieco czasu do namysłu. Teraz gdy minął szok spowodowany zdemaskowaniem Srebrnego Czarodzieja, mógł tylko zgadywać, w jaki sposób to, co widział, okazało się możliwe. Od zawsze przypuszczał, że w śmierci Fairharta było coś więcej, ale rozmyślanie na ten temat, a ujrzenie namacalnego dowodu potwierdzającego tezę, było czymś zgoła innym i wprawiło go w zdumienie. Jakim cudem Fairhart przeżył tamten atak? Czy Blackwood nie zadała ostatniego ciosu? Jeżeli nie, to dlaczego na niedługo przed śmiercią, dała się omotać szaleństwu…?
Ktoś chrząknął znacząco i Albus przypomniał sobie, że nie byli w salonie sami.
– Srebrny Czarodzieju! – Kiedy Fischer zabrała głos, brzmiała bardzo autorytarnie, choć sytuacja wcale tego nie wymagała. – Zostałeś złapany na gorącym uczynku! Rzuć różdżkę i wstań z rękami za głową!
Ślizgon nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał i wszystko wskazywało na to, że Fairhart także – mężczyzna wciąż tulił do siebie bezwładne ciało Blackwood i najwyraźniej nie docierało do niego to, że jest aresztowany. Coś się jednak zmieniło: przestał jęczeć z rozpaczy – zamiast tego tylko się trząsł ze złości.
– Czy mnie słyszysz, Srebrny Czarodzieju? – warknęła Fischer i mocniej zacisnęła dłoń na swojej różdżce.
– Zamknij się! – Albus podniósł głos, a następnie odwrócił się na pięcie. Wtem zdał sobie sprawę, że z jakiegoś powodu – najprawdopodobniej wtedy, gdy rzucał się pod klątwą torturującą – zranił się w głowę i teraz krwawił. – Zamilcz!
Przez większą część starcia był zadowolony, że Fischer z nim była, ale w tym momencie, kiedy jej cele powróciły do stanu sprzed ataku, zrozumiał, że władcze, natarczywe zachowanie tylko spotęguje wszechobecne napięcie.
– Nie waż się tak do mnie odzywać, Potter! – wypluła i spojrzała na niego z widoczną pogardą. – Czeka cię wydalenie ze szkoły, nie wspominając już o tym, że naprawdę wiele słyszałam na temat ukradzionej ministerialnej własności! Zważ więc na ton swojego głosu…
Fairhart coś wymamrotał i chociaż było to niewyraźne, Albus zignorował kazanie Fischer i nadstawił uszu, próbując rozszyfrować wypowiedziane przed chwilą zdanie. Niestety, pomruki także przykuły uwagę kobiety.
– Srebrny Czarodzieju, powtarzam: jesteś aresztowany! Zarzucono ci liczne morderstwa pierwszego stopnia, niszczycielską działalność, stawianie oporu podczas aresztowania, używanie magii w obecności mugoli oraz bardzo długą listę innych zarzutów, które zostaną ci przedstawione podczas oficjalnego przesłuchania w Ministerstwie Magii. Na proces będziesz oczekiwał w Azkabanie, a…
Fairhart znów coś mruknął i tym razem Albus usłyszał co nieco.
– Zabiłaś ją…
– Jeżeli będzie to konieczne, nie zawaham się użyć siły, Srebrny Czarodzieju!
– Zamknij się! – wrzasnął chłopiec. – Nie widzisz, że jest pogrążony w żalu? – dodał desperacko, choć nie wiedział, jak to może pomóc w tej sytuacji. Gdy tylko to powiedział, odwrócił się w stronę ciała Blackwood i skulił na samą myśl o tym, co wyprawiało się w głowie Fairharta – Ida była bliską, zakochaną w nim przyjaciółką…
– To ostatni raz, kiedy się powtarzam, panie Potter. Niech się pan w końcu przymknie! – Fischer nie poprzestała na słowach. Machnięciem różdżki wyczarowała kolejną srebrną papugę, która miała przekazać drugą wiadomość. – Udaj się do Ministerstwa Magii. Jestem w trakcie aresztowania Srebrnego Czarodzieja i potrzebuję potwierdzić…
– ZABIŁAŚ JĄ! – ryknął Fairhart, czym sprawił, że aurorka przerwała wpół zdania, a patronus odleciał, niosąc niedokończony komunikat. Wstał i skoncentrował się na Fischer. Splamione krwią Blackwood dłonie zacisnął w pięści – nie upuścił różdżki. Obnażył zęby i wyglądał na żądnego mordu; oczy mu pociemniały, zupełnie jakby był opętany. Wykrzywił tak paskudnie twarz, że Albus miał problem z odróżnieniem zdrowej połowy od oszpeconej; obie sprawiły wrażenie identycznych.
– Zostałeś ostrzeżony, Srebrny Czarodzieju! – oświadczyła Fischer, a chłopiec, pomimo powagi sytuacji, nie mógł się powstrzymać od zachwytu nad jej odwagą, gdy przecięła różdżką powietrze i wysłała na nieprzyjaciela zaklęcie oszałamiające. Przeleciało tuż nad głową Ślizgona.
– Nie! Przestań! – wykrzyknął i spojrzał na Fairharta. Ten delikatnym ruchem nadgarstka odbił je w bok.
– Incarcerous*! Incarcerous Metallum! – kontynuowała kobieta.
Srebrny Czarodziej odbił także i to zaklęcie. Podszedł do Fischer tak, jakby nie był w stanie dostrzec szczegółów otoczenia; był w pełni skupiony na swoim celu. Aurorka ponownie uniosła wyżej różdżkę…
Fairhart przystąpił do ataku – machnął w powietrzu różdżką i wydobyło się z niej coś przywodzącego na myśl błyskawicę. Fischer zaprzestała formułowania zaklęcia, na które się zdecydowała i w zamian wykonała skomplikowany okrężny ruch różdżką; w rezultacie powstał przezroczysty okrąg – Albus wiedział, że stanowił potężną tarczę ochronną. Urok Fairharta przebił się przez nią bez najmniejszego problemu i sprawił, że kobieta została uniesiona dziesięć stóp nad ziemią. Szamocząc się w powietrzu, wydawała z siebie okrzyki bólu, tylko po to, aby zostać rzuconą na ścianę za sobą. Zsunęła się po niej i upadła na pośladki. Włosy miała tak poskręcane, jakby naprawdę została porażona prądem; jej ciało co chwilę drgało niekontrolowanie.
– Proszę przestać, profe… – zaczął Albus i podszedł do Fairharta, próbując zablokować jego niewzruszony marsz. Starał się nie ugiąć i naciskać na niego, zatrzymać wpół kroku, ale – co zaskakujące – mężczyzna mocno go odepchnął. – Nie! Niech pan po prostu odpuści!
Czarodziej zatrzymał się, kiedy był pięć stóp od Fischer. Kobieta spojrzała na niego zapadniętymi, przerażonymi oczami – nie była choć trochę uparta, jak podczas próby aresztowania. Cokolwiek zrobiła jej ta klątwa, złamała jej wojowniczego ducha i kilka kości. Gdy atakujący uniósł różdżkę, niezdolna do wypowiedzenia choć słowa, pokręciła głową.
– Niech pan przestanie, profesorze Fairhart! To koniec! – krzyknął Albus i, mając świadomość, że i tak nie ciśnie żadnym czarem, sam przyjął bojową postawę. Srebrny Czarodziej nie był tym samym mężczyzną, który niegdyś doradził mu w rozwiązaniu problemów sercowych lub w szkolnym gabinecie wypił z nim butelkę kremowego. Ten Srebrny Czarodziej wyrządziłby mu krzywdę, gdyby odważył się stanąć mu na drodze.
Przez krótką chwilę Fairhart wpatrywał się w Fischer z obrzydzeniem.
– Crucio!
Ofiara natychmiast zaczęła się rzucać. Pod wpływem klątwy jej prawie że martwe ciało wyginało się niemal pod niemożliwymi kątami. Dźwięk wydobywający się z jej ust nie był krzykiem; to był długi, agonalny oddech.
– Przestań! Przestań! – wrzasnął Albus i pokuśtykał w stronę człowieka, który nie wykazywał żadnych chęci przerwania tortur.
– Crucio! Crucio! Crucio! Crucio! Crucio! Crucio! Crucio! Crucio! – powtarzał raz za razem Fairhart, a ciało Fischer wykręcało się pod niewyobrażalnymi kątami. Nogi i ręce latały wokół niej, jakby były przywiązane zaledwie sznurkami, a w miarę wydłużania się tortur ciche bólowe wzdychania przemieniły się w jeszcze cichsze jęki, a potem kobieta zamilkła – po prostu z zakrwawioną twarzą, trzęsąc się w tę i z powrotem, co chwilę odbijała się od podłogi i ścian.
– Przestań! – wrzasnął Albus i w końcu się przełamał – złapał Fairharta za ramię i mocno pociągnął do tyłu. Nie wiedział, co go teraz spotka, ale odmawiał biernego przyglądania się temu brutalnemu widowisku. Mężczyzna nawet na niego nie spojrzał i utrzymał drżącą rękę w miejscu, ale w jego twarzy było coś… coś w wykrzywiającym usta grymasie i wybałuszeniu oczu, co sprawiło, że przez moment Ślizgon pogardzał byłym nauczycielem. Nigdy wcześniej nawet nie przypuszczał, że Fairhart był aż tak okrutnym człowiekiem, a podczas obserwowania tego sadystycznego przedstawienia uświadomił sobie, że oficjalnie osiągnął on punkt krytyczny – powrócił do siebie z czasów dobrowolnego, aktywnego działania w Zbawieniu Różdżek.
Srebrny Czarodziej odepchnął chłopca ponownie i ścisnął różdżkę.
– Avada…
– Nie!
– …Kedavra!
Albus zacisnął szybko oczy, doskonale zdając sobie sprawę z tego, co się stanie; z tego, czemu nie potrafił zapobiec. Kiedy w końcu otworzył oczy, musiał odwrócić wzrok od widoku, który go przywitał. Krwawa masa – niegdyś Janine Fischer – leżała pod ścianą, równie martwa, co kobieta po drugiej stronie pokoju. Obie wyróżniały się na tle innych ciał.
Fairhart, niezależnie od zemsty, której najwyraźniej chciał dokonać, wycofał się niemalże w pokojowy sposób. Albus mógł tylko siedzieć na podłodze i z dłońmi na twarzy, potrząsać w niedowierzaniu głową. Był całkowicie oszołomiony i zdruzgotany aktami okrucieństwa, które się tutaj dokonały. Zginęło tak wielu ludzi… Zginęły dwie czarownice, które znał… Fairhart przeżył atak Zbawienia Różdżek… Darvy zdobył Zasłonę Skazańca…
Podniósł wzrok i obserwował, jak Srebrny Czarodziej znów podchodzi do ciała Blackwood, ale nie czuł już współczucia – a przynajmniej nie w stosunku do Fairharta, bo historia Idy w istocie była tragiczna.
Mężczyzna opadł na kolana i ponownie wziął kobietę w ramiona. Nie było tajemnicą, że nie będzie miał najmniejszych problemów, aby aportować jej ciało na prywatny, intymny pogrzeb – w końcu ta przeklęta posiadłość była jego własnością i to on zabezpieczył ściany zaklęciami.
– Więc jak to jest, co? – Albus przestał się kontrolować. – Powiesz, co czujesz? – dodał gorzko i po raz pierwszy tego dnia tak naprawdę się rozpłakał; ciepłe łzy moczyły mu policzki.
Fairhart odwrócił się do niego i rzucił mu pytające spojrzenie.
– Co? – skrzeknął; była to ich pierwsza rozmowa od ponad roku.
Chłopiec przełknął ciężko ślinę.
– Uczyłeś nas, że wszyscy walczą z uczuciami, z pewnego rodzaju emocjonalną siłą! Jaka jest więc twoja, hm? Nie wiesz tego, prawda? – zadławił się, a Fairhart wyglądał na szczerze zaskoczonego. Albus zauważył, że rzeczywiście nie potrafił odpowiedzieć na to proste pytanie. Być może naprawdę nie wiedział. – Odpowiedz mi! – dodał, na co Czarodziej się wyprostował. Ślizgon nie czuł strachu. Zdarzyło się dziś zbyt wiele przeokropnych rzeczy, aby bał się Fairharta, którego, pomimo magicznych umiejętności i wielu mocnych stron, teraz oficjalnie uważał za najsłabszą osobę, jaką znał. – ODPOWIEDZ MI WRESZCIE!
Mężczyzna wyciągnął różdżkę, a Albus, mimo wcześniejszych myśli, odskoczył w tył – nie został jednak zaatakowany. W gniewnym milczeniu obserwował, jak Fairhart dotyka czubkiem głowy, a następnie wyciąga z niej długie, srebrzyste wspomnienie. Przez chwilę wisiało ono w powietrzu, a potem profesor w końcu je strzepnął; spłynęło w dół niczym lekkie piórko na wietrze. Gdy schował różdżkę, zabezpieczył ciało Blackwood swoim płaszczem i zniknął bez słowa wyjaśnienia.
Albus natychmiast wprawił trybiki myślowe w ruch. Wyciągnął własną różdżkę i ze świadomością, że w tym momencie nie ma nic ważniejszego, skoncentrował się na odpowiednim czarze. Z powietrza uformowała się szklana fiolka, którą niezdarnie złapał. Następnie ostrożnie umieścił w niej srebrzystą substancję. Co konkretnie zawierało w sobie to wspomnienie?
Siedział tam w osłupieniu i przyglądał się wyczarowanemu naczyniu. Raz jeszcze pozwolił sobie na analizę poprzedzających atak wydarzeń. Zdał egzamin z Mugoloznawstwa, a chwilę później posprzeczał się z Mirrą…
Podekscytowanie związane z odczytaniem z pergaminu adresu okazało się bardzo krótkotrwałe, a wszystko, co nastąpiło potem, na zawsze wyryło się w pamięci Albusa. Powinien był posłuchać swojej dziewczyny i zostać w szkole. Z bólem serca uświadomił sobie, że na dworze zapanowała nieprzenikniona ciemność. O tej godzinie wszyscy najprawdopodobniej odchodzili od zmysłów, nadaremnie go szukali, zdezorientowani i zmartwieni. Nie był nawet pewien, czy patronusowa wiadomość Fischer dotarła do Ministerstwa Magii, czy też nie…
Odwrócił głowę w kierunku rogu salonu i przesunął wzrokiem po martwych ciałach, odzianych w czarne szaty ze srebrnym emblematem bądź z przymocowanymi do twarzy czerwonymi maskami. Mimo to jedyną ofiarą, na której mógł się w pełni skupić, była Janine Fischer – aurorka, leżąca w kałuży własnej krwi w pozostałościach niegdyś zadbanego i przytulnie urządzonego domu, starej posiadłości Sancticusa Fairharta.
Odkrycie, że były nauczyciel i mentor rzeczywiście przeżył – że, poczynając od ubiegłorocznej nadziei, Albus przez cały ten czas miał stuprocentową rację i jego podejrzenia były słuszne – okazało się jedną z najbardziej przygnębiających prawd dzisiejszego dnia. Fairhart był Srebrnym Czarodziejem… ale to, co miało dziś miejsce, położyło temu kres. Zresztą mężczyzna sam zrezygnował ze swojej maski – fasady sprawiedliwości. Nagle chłopiec uświadomił sobie, że spodziewał się, iż zastanie tu Fairharta; nawet się na to mentalnie przygotował.
Drżącą ręką sięgnął ku kieszeni szaty i wyciągnął z niej srebrny pierścień: własność Sam – zupełnie zapomniał go oddać. Czy Fairhart w ogóle by sobie tego życzył? W końcu nie był już tą samą osobą, która go nosiła zaledwie dwa lata temu.
Albus mocniej zacisnął dłoń na szklanej fiolce, wciąż zastanawiając się, co może w niej być; co takiego Srebrny Czarodziej chciał, aby zobaczył. Zanim ten zniknął z ciałem Blackwood, zażądał odpowiedzi. Czy uzyska je w formie wspomnienia?
Wstał z wysiłkiem – był obolały, ale nie na tyle, żeby go to powstrzymało. Na górze była myślodsiewnia; da radę się tam dostać…
Przeszedł nad rozwalonymi na podłodze ciałami i w końcu przylgnął do niemożliwie wciąż stojącej balustrady. Skorzystał z niej, aby wciągnąć się na piętro – gdy dotarł na miejsce, ciężko dyszał. Ledwo przytomny przekuśtykał przez korytarz, a po drodze starł plamę krwi z boku głowy. Wpadł do gabinetu i zobaczywszy leżące na podłodze zapisane skrawki pergaminu, uświadomił sobie, że to jedyna wskazówka, że Ida Blackwood kiedykolwiek przebywała w tym domu.
Myślodsiewnia stała na biurku, dokładnie w tym samym miejscu, gdzie ją wcześniej położył. Srebrzysta substancja, która stanowiła wspomnienie byłej nauczycielki, unosiła się aż po brzegi, sprawiając wrażenie żywej. Albus, niepewny, co dokładnie powinien z nią zrobić, zgarnął ją różdżką i bezradnie patrzył, jak rozpływa się w powietrzu. Odzyskawszy przytomność umysłu, zagapił się głupio w przestrzeń. Czy właśnie pozbył się wspomnienia z ataku?
To i tak najprawdopodobniej nie miało teraz żadnego znaczenia. Wlał zawartość szklanej fiolki do kamiennej misy i z niemałym trudem przełknął ślinę. Przysunął głowę bliżej, nie mając najmniejszego pojęcia, czego powinien się spodziewać. Nie minęła chwila, nim wspomnienie zaczęło go wciągać…
Tak jak wcześniej, wirował w nicości. Gdy scena wokół niego w końcu zaczęła nabierać ostrości, w pierwszej kolejności dobiegły go dźwięki, a dopiero potem obrazy.
– Dziękuję – powiedział miękko Fairhart, a potem rozległ się szloch. Podczas gdy zamazane widoki stawały się coraz to wyraźniejsze, Albus zapoznał się z całością otoczenia. Znów był w miejscu, w którym Srebrny Czarodziej wpadł w zasadzkę, a Blackwood ponownie celowała w niego różdżką. Moment ten idealnie wpasowywał się do urywka ostatniego obejrzanego wspomnienia.
Twarz kobiety zdobił brzydki, skrzywiony wyraz. Oczy miała przymknięte, a czubek jej różdżki unosił się tuż przed stoickim obliczem towarzysza. Za chwilę powinno dojść do morderstwa na życzenie…
– Nie mogę tego zrobić! – Blackwood wybuchnęła płaczem. Praktycznie tonąc we łzach, opuściła rękę i upadła na kolana. – Nie mogę, San.
Albusowi opadła szczęka. Czy to rzeczywiście było takie proste? Czy Blackwood naprawdę, ot tak odmówiła spełnienia prośby morderstwa? W jaki sposób udało jej się dochować tajemniczy, pomimo istnienia tak potężnie wpływowych mikstur, jak choćby Veritaserum? I, co najważniejsze, dlaczego była święcie przekonana, że Fairhart nie żyje?
Mężczyzna delikatnie złapał ją za ramiona i postawił na nogi.
– Ido…
– Nie mogę tego zrobić! – powtórzyła, zrozpaczona. – Po prostu… po prostu mnie zabij i…
– Omówiliśmy już ten wariant…
– Więc spraw, żebym myślała, że to zrobiłam! – wrzasnęła bez tchu, a gdy złapała oddech, jej usta drżały.
Zapadła krótka chwila ciszy, podczas gdy Fairhart gapił się na nią, najwyraźniej kompletnie oszołomiony. Albus także nic z tego nie rozumiał.
– Co takiego? – zapytał w końcu mężczyzna.
– Zmuś mnie, żebym myślała, że cię zabiłam! Jesteś ekspertem od zaklęć pamięciowych…
– To nie wchodzi w rachubę, Ido! – odpowiedział stanowczo. – Majaczysz. Bredzisz i nie rozważasz potencjalnych konsekwencji…
– Czy w ogóle mnie słuchasz? – splunęła, a jej oczy wyglądały, jakby płonęły żywym ogniem. Był to pierwszy moment, kiedy w obu wspomnieniach, pojawiła się kontrola nad przebiegiem rozmowy. – Możesz umieścić w mojej głowie fałszywe wspomnienie. Spraw, żebym pomyślała, że cię zabiłam, a nie zmuszaj, abym naprawdę tego dokonała!
– To dokładnie to samo, Ido! – Czarodziej pokręcił przecząco głową. – I w jednym, i w drugim przypadku skończysz dokładnie tak samo – będziesz równie nieszczęśliwa…
Blackwood uderzyła Fairharta tak mocno, że Albusa zapiekł policzek. Raz był świadkiem podobnej sceny – w innym wspomnieniu mentora – i dotarło do niego, że najwyraźniej miała ku temu tendencję; pusta mina byłego nauczyciela tylko potwierdzała tę tezę.
– Nie waż się tak mówić, Sancticusie! Nie waż się twierdzić, że to jedno i to samo. Możesz nie troszczyć się o własne życie, Sancticusie Fairhartcie, ale mi na nim zależy! – Głos kobiety był lodowaty. – Nie ma znaczenia, czy będzie to miało miejsce w przyszłości, czy też nie. Najważniejsze jest to, co czuję teraz… Nie mogę podnieść różdżki i zwyczajnie cię zabić! Po prostu nie potrafię!
– Czy przestałaś brać pod uwagę wszystko inne? Co się stanie, jeżeli zmodyfikuję w ten sposób twoją pamięć? Co będzie, jeżeli znów zobaczysz mnie żywego? Co się wtedy stanie?
– Istnieją pewne rozwiązania! – Na twarzy Blackwood zagościła determinacja. – Sam mi wcześniej to tłumaczyłeś. Można wszczepić komuś fałszywe wspomnienia, a następnie pozwolić im się z czasem rozrastać. To możliwe, prawda?
– Czy możliwe, Ido? Nie wiem, czy…
– Owszem, doskonale wiesz! – Blackwood przystąpiła do słownego ataku. – Powiedz! Powiedz, czy jest to wykonalne?
Fairhart patrzył na nią zupełnie bez wyrazu, a serce Albusa przyspieszyło swój rytm – także był głodny odpowiedzi.
– Tak – odpowiedział ostatecznie i powoli mężczyzna. – Niemniej jednak, nie mogę tego zrobić. Następstwa…
– Kogo one obchodzą! Mnie ani trochę! Zrób to!
– Nie postąpię w ten sposób, Ido! Nie pojmujesz zawiłości magii pamięci! – Fairhart nie zamierzał się ugiąć. – Umysł nie jest listą, którą można do woli czyścić bądź modyfikować wedle kaprysu. Wszystko jest w nim przechowywane! Jeżeli zrobię to, o co prosisz, z czasem twoja rzeczywistość się zatrze. To, co naprawdę się wydarzyło, i to, co miało miejsce tylko w twojej głowie, może się połączyć. Całkiem prawdopodobne, że doświadczysz halucynacji, a twoje poczucie czasu zostanie wypaczone…
– Nie zależy mi! – Blackwood nie dała sobie przemówić do rozsądku.
– Ale mi tak! – Był to najgłośniejszy ryk Fairharta, jaki kiedykolwiek Albus słyszał. – I jak już mówiłem, nie obchodzi mnie, czego ty pragniesz! Chcę dla ciebie jak najlepiej…
Kobieta zaklęła szpetnie, a taki ciąg wulgaryzmów chłopiec słyszał tylko w wykonaniu Ronalda Weasleya; to było bardzo dziwne, bo teraz, gdy o tym pomyślał, był święcie przekonany, że to wujek w przypływie złości w ogóle wynalazł te słowa. Kiedy Blackwood trochę się uspokoiła i odezwała, znów zaczęła mówić w spójny sposób.
– Więc również nie dbam o to, czego ty chcesz! – Wyglądała, jakby była bliska samozapłonu. Wręcz promieniowała piekielną furią. – Nie dbam o tego chłopca Pottera! Nie dbam o tę głupią Zasłonę! Nic mnie nie obchodzi!
– A więc… – zaczął Fairhart, lecz nie dane mu było dokończyć.
Blackwood wybuchnęła szyderczym, maniakalnym śmiechem, który pokazywał, jak zachowywała się przed śmiercią.
– Więc co? Więc co, San? W takim razie jestem kłamczuchą? Tak jak ty, kiedy codziennie mnie okłamywałeś? Liczysz każde kłamstwo, kiedy twierdziłeś, że już z tym skończyłeś? Uważam, że oboje jesteśmy łgarzami! Rozwiążemy tę sprawę po mojemu, a obiecam, że kiedy będziesz się ukrywał, będę dbała o te głupie pamiątki. Jeżeli postawisz na swoim, w nocy poderżnę chłopcu gardło. – W jej głosie słychać było zawadiacką nutę. – Tak bardzo będzie mi zależeć na twoich pragnieniach, gdy mnie przymusisz…
Albus się skulił, choć ta groźba uświadomiła mu, w jaki sposób zakończyło się to wspomnienie – na jego gardle nie było ani śladu noża; wciąż był cały.
Czarodziej patrzył na Blackwood tak intensywnie, że na czole pojawiły mu się krople potu.
– Naprawdę posunęłabyś się aż do tego…?
– Tak – odpowiedziała chłodno i nagle role się odwróciły. To nie kobieta była zmuszona wybierać między mniejszym złem, a Fairhart. Aby zapewnić bezpieczeństwo Albusowi i Zasłonie Skazańca, musiał się zgodzić na propozycję Blackwood – niezależnie od tego, jakie były jej konsekwencje.
Powoli skinął głową a twarz czarownicy momentalnie się rozjaśniła.
– A więc co teraz? – zapytała bez tchu i nagle akcja tak przyspieszyła, że Ślizgon musiał podejść bliżej, jeżeli nie chciał przegapić najdrobniejszych szczegółów; chciał usłyszeć każde słowo.
Fairhart pstryknął palcami, a odrzucona wcześniej różdżka, przyleciała do niego, zupełnie jakby była lojalnym chowańcem.
– Umieszczę w twoim umyśle fałszywe wspomnienie wskazujące, że mnie zabiłaś. Świadomość tego, że to kłamstwo, wciąż będzie obecna, ale przez dłuższy czas uśpiona. Kiedy zostaniesz poddana Veritaserum – bądź jakiemukolwiek innemu testowi prawdy – fałszywa pamięć zezwoli ci na kłamstwo, bo naprawdę będziesz to pamiętać. Sugeruję jednak, abyś pozwoliła zadomowić się temu wspomnieniu. Nie wracaj natychmiast do siedziby Zbawienia Różdżek i prześpij się trochę – właśnie wtedy osiągniesz najlepsze rezultaty.
– Wkrótce będę musiała powrócić do Hogwartu – stwierdziła Blackwood, a Albus musiał sobie przypomnieć, że ta rozmowa miała miejsce nie kilka tygodni temu, a w zeszłym roku. – Warren natychmiast zauważy, jeśli nie stawię się na posterunku i nie przekażę mu najnowszych informacji.
– Nie będziesz musiała długo zwlekać: do momentu, w którym wspomnienie nie będzie wystarczająco wyraźne. – Fairhart skrzywił się, gdy to powiedział. Nie trudno było zrozumieć dlaczego: był zmuszony wyjawić przyjaciółce szczegóły planu, którego i tak nie chciał zrealizować. – Przez niedługi okres czasu będziesz znała prawdę; będziesz wiedziała, że moja śmierć została sfingowana.
– A potem…? – wyszeptała.
Fairhart wziął głęboki oddech.
– Wspomnienie nie zniknie samoistnie, a nawet gdybym spróbował je usunąć, wciąż pozostałyby w twojej głowie przez wzgląd na silne, związane z nim emocje. Z czasem fałszywa pamięć zacznie zwalczać to, co się naprawdę wydarzyło. Przez dłuższy okres możesz wierzyć, że rzeczywiście jesteś moją morderczynią. Próby powrotu do korzeni prawdziwego rozwiązania tylko cię zdezorientują, a to będzie się działo na tyle często, że ciężko będzie ci odróżnić, co tak naprawdę jest fałszywe. W niektóre dni będziesz być świadoma tego, że żyję, a w inne święcie przekonana, że mnie zabiłaś.
– Rozumiem – powiedziała żywiołowo Blackwood, a Albus nie mógł uwierzyć, że po usłyszeniu bardziej szczegółowych następstw wciąż była taka chętna do wdrożenia tego planu. Czy posunęłaby się do wszystkiego, byleby tylko utrzymać ukochanego przy życiu?
Fairhart sprawiał wrażenie bliskiego wymiotów. Następne słowa wydusił z niemałym trudem i miały charakter typowo dydaktyczny.
– Inte… Intensywne zmiany zdolności poznawczych z pewnością doprowadzą do innych niedoborów neurologicznych. Z biegiem czasu możesz zacząć wchodzić w fazy, podczas których zaczniesz tracić podstawowe umiejętności motoryczne, a… a nawet poprawną mowę. – Zamknął oczy zupełnie, jakby nie mógł znieść takowych możliwości.
Blackwood skinęła głową, choć teraz i ona sprawiała wrażenie zaniepokojonej – niemniej jednak wciąż naciskała.
– Co w takim razie powinnam zrobić?
– Te rzeczy najprawdopodobniej nie będą miały miejsca jeszcze przez dłuższy czas. Miejmy nadzieję, że zaczną się dopiero po zakończeniu roku szkolnego. Intuicja podpowiada mi, że Warren może cię poprosić o skrzywdzenie Albusa Pottera, zanim do tego dojdzie. Konieczne jest, abyś chroniła go aż do momentu, w którym Waddlesworth nie odpuści. Gdy zapewnisz chłopcu bezpieczeństwo, proponuję ci się ukryć. Możesz nawet schronić się w moim starym domu i pilnować tam Zasłony.
– Czy… czy będziemy w kontakcie? – Blackwood brzmiała, jakby nie była dorosłą kobietą, a zaledwie pełną niewinnych nadziei nastolatką.
– W okresach, kiedy będziesz wierzyła, że żyję… istnieje szansa, że wyślesz do mnie list lub innego rodzaju podobną korespondencję. Byłoby jednak lepiej, gdybyś… gdybyś się od tego powstrzymała. Tak właściwie to przedłużający się kontakt ze mną, a nawet samo zobaczenie mnie, może jeszcze bardziej uszkodzić twoją kruchą pamięć – w konsekwencji uzyskalibyśmy tylko dalsze zatarcie się koncepcji czasu i rzeczywistości.
– A więc… nic z tego…? – Mina Blackwood zrzedła i nie trudno było wywnioskować, że nie postrzegała już tego pomysłu za wybitnie cudowny.
– Mam na myśli to, że jak napiszesz list, uważaj na treść. I niekoniecznie oczekuj odpowiedzi – wyjaśnił cierpliwie Fairhart. – Nie planuję, aby tak to wiecznie wyglądało, Ido. Liczyłem, że moja śmierć rozwiąże kilka spraw, ale twój pomysł jest o wiele bardziej skomplikowany i będzie wymagał zdecydowanie większej precyzji w swojej realizacji. Na przykład: to, że przeżyłem, będziemy musieli zachować w tajemnicy. Każdy przeciek w Zbawieniu Różdżek może skutkować twoją egzekucją… Obawiam się też, że gdy rzeczywiście do niej dojdzie, utracę nad sobą kontrolę.
– Gdzie będziesz? – zapytała nagle kobieta. – Wiesz, kiedy… kiedy wszystko się… zacznie…?
– W ukryciu, ale niedługo – przynajmniej dopóki plotki na temat mojej śmierci nie ucichną. Wciąż planuję przyczynić się do tej wojny, a co z kolei oznacza powstrzymanie wszystkiego, co zaplanowali Ares i Darvy oraz powstrzymanie Warrena od zdobycia większej mocy. Chociaż Waddlesworth tego nie wie, jego radykalne idee, jeżeli stanie się bardziej szanowany i powszechnie poważany oraz przyjmie aktywniejszą rolę w rzeczywistych bitwach, mogą tylko pogorszyć sytuację. – Przez chwilę milczał. – Proponuję, żebyś nie zwracała większej uwagi na moją „przerwę". Gdy mój status zmarłego zostanie oficjalnie zatwierdzony, zamierzam robić wszystko, co w mojej mocy, aby położyć kres wszelkim zagrożeniom.
– A co będzie, jeżeli usłyszę o twoim powrocie? – Blackwood zmarszczyła lekko brwi. – Co mi się stanie…?
– To wykluczone – oświadczył stanowczo Fairhart. – Planuję wznowić walkę, dopiero gdy nastąpił przełom w wojnie. Chcę skoncentrować moje wysiłki na tym, co ostatecznie będzie stanowić prawdziwe zagrożenie. Pamiętaj, że ani ja, ani Potter, nie jesteśmy całkowicie pewni, że plan Aresa został do końca ujawniony… i martwimy się o jego psychopatycznego brata. Kiedy wszystkie warunki zostaną spełnione i wrócę, dopilnuję, żebyś nie była tego świadoma. Będziesz odizolowana, lecz i tak znajdę sposób, by ukryć tożsamość.
– Ukryć tożsamość?
To słowo uderzyło w Albusa niczym tona cegieł. Schodząc do podziemia, Fairhart mógł zastraszyć swoich wrogów, ale jego prawdziwym celem okazało się powstrzymanie Blackwood od odkrycia prawdy. Wtem uderzyła go treść pierwszego tajemniczego listu, którego dostarczyła mu sowa niedługo po debiucie Srebrnego Czarodzieja: „to ty?".
– Zgadza się. – Mężczyzna nie wdawał się w szczegóły. – Mam nadzieję, że ten plan rzeczywiści wypali i że w pewnym momencie uda nam się to naprawić, Ido. Mimo to dziś będzie ostatni dzień twojej wiedzy…
Blackwood zaczęła się wiercić. Czyżby wciąż się nad tym zastanawiała? Fairhart natychmiast to zauważył.
– Nadal możesz się wycofać – powiedział szybko, a jego głosie zadźwięczała szczera nadzieja. – Ko… kontynuowanie mojego pomysłu to żaden problem. O ile dotrzymasz obietnic, pozwolę ci odebrać mi życie…
– Dotrzymam obietnic, ale wolę mój plan – stwierdziła zjadliwie, lecz mina jej zrzedła. – Po prostu… mam silną wolę, ale nie wiem, czy wystarczająco sił – wyznała i zwiesiła głowę; blond włosy opadły jej na twarz.
– Znajdziesz w sobie siłę, Ido – odpowiedział Fairhart, choć i on się zasmucił; najwyraźniej łudził się, że przyjaciółka zrezygnuje. – Będziesz wystarczająco silna, bo nie będzie innego wyjścia. Masz w sercu coś potężniejszego niż jakiekolwiek fałszywe lub nawet prawdziwe wspomnienie! W tym, co czujesz, jesteśmy powiązani, Ido. Uczucie, którym mnie darzysz, jest nie do pokonania – stwierdził, a Blackwood otworzyła szeroko oczy. – Zapamiętaj to.
Kobieta pokiwała głową, choć nadal wyglądała na zaniepokojoną. Zaczęła szybciej i płyciej oddychać, a jej czoło zrosił pot.
– Pomyśl o Albusie, Ido – kontynuował Fairhart, a Blackwood rzuciła mu zdumione spojrzenie. Chłopiec także się zagapił. – Chroń go nie przez wzgląd na niego samego, a na mnie. Użyj tego, aby przypomnieć sobie o łączącej nas więzi; tego, jak jest potężna. Kiedy będziesz myśleć o Albusie… myśl o mnie.
Na twarzy Ślizgona można było usmażyć grzankę, taka była czerwona. To… wiele wyjaśniało. Straszliwie zawstydzony uświadomił sobie, że to ostatnie zdanie tłumaczyło całą tajemnicę, jaką stanowił piąty rok nauki. Pogarszający się stan psychiczny Blackwood doprowadził do tego, że kobieta za bardzo skupiła się tej wyjątkowej więzi…
– Gotowa? – zapytał Fairhart, a Ida wbiła w niego przekrwione spojrzenie; sprawiała wrażenie osoby, która w życiu nie była na coś mniej przygotowana. Wyraźnie przestraszona, szybko skinęła głową. Być może pomyślała, że jeżeli natychmiast się nie zgodzi, w następnej chwili braknie jej odwagi. Czarodziej uniósł wysoko różdżkę, przez co role zdecydowanie się odwróciły oraz zmrużył oczy, zupełnie jakby chciał uciec wzrokiem od czynu, którego zamierzał dokonać. – Obliviate Fallacia! – krzyknął i po chwili rozległ się huk, a po nim błysk oślepiającego światła – a może nawet nastąpiło to równocześnie, a chłopcu wydawało się inaczej.
Albus, choć nie był integralną częścią tego wspomnienia, został zmuszony do zaciśnięcia powiek i przyciśnięcia dłoni do twarzy w celu ochrony przed oślepiającym blaskiem. Kiedy odzyskał zdolność normalnego widzenia, zobaczył, że Blackwood także zasłaniała się rękoma, a Fairhart celował w nią różdżką z dalekim od przyjemnego wyrazem twarzy. Poprzez palce kobiety chłopiec widział, jak i jej spojrzenie nabiera ostrości.
– Hm? – Mruknięcie czarodzieja przywodziło na myśl ochrypły szept.
– I to już? – Blackwood także wróciła do siebie i odetchnęła z ulgą. – Nie… nie czuję się szczególnie inaczej.
– Jeszcze – stwierdził ponuro Fairhart. – Ale będziesz… – Zaczął zapinać pelerynę, a potem rozejrzał się po pozostałościach zniszczonego domu, najprawdopodobniej po to, aby ostatni raz sprawdzić, czy jest coś, co warto zabrać ze sobą. Nagle zaczął sprawiać wrażenie bardzo spóźnionego. – Muszę odejść – zakomunikował ostrym tonem. – Nawet kiedy mnie tu widzisz, gromadzisz informacje, które będą przechowywane w twoim umyśle. Ten moment może utrudnić ci uwierzenie w moją śmierć. Muszę odejść…
– Czekaj! – wykrzyknęła czarownica, wściekle potrząsając na boki głową, jakby chciała się pozbyć mdłości towarzyszących urokowi. – Ko… kocham cię! – rzuciła po krótkiej chwili wahania.
Albus jęknął cierpiętniczo. Niespodziewanie zapragnął, żeby to wspomnienie tutaj się skończyło. Nie chciał słyszeć odzewu Fairharta; nie po tym, czego był świadkiem. Srebrny Czarodziej spojrzał na Blackwood ze zszokowanym wyrazem twarzy, a potem udzielił odpowiedzi, która sprawiła, że Ślizgon zadrżał.
– W… wiem… – stwierdził z bólem, a następnie przybrał przepraszającą minę. – Ja… także o ciebie dbam.
Blackwood natychmiast odwróciła głowę w bok, a mimo to Albus był w stanie ujrzeć jej zapłakane oblicze. Odpowiedź Fairharta nie była tą, której pragnęła. Mężczyzna wbił wzrok w podłogę i sprawiał wrażenie rozczarowanego swoją postawą, ale nie cofnął szczerych słów. Gdyby rzeczywiście kochał Idę – a przynajmniej w ten sam sposób, co ona jego – z całą pewnością odwzajemniłby to wyznanie.
– Wybacz – wymamrotał, mimo że Blackwood nawet na niego nie patrzyła. Odwrócił się na pięcie, ewidentnie przygotowując się do aportacji.
– Czekaj! – zawołała ponownie kobieta.
– Słucham? – Znów się odwrócił.
– Po… potrze… potrzebuję namacalnego dowodu – oświadczyła, przecierając napuchnięte oczy, a następnie bawiąc się palcami. – Muszę odnieść dowód Warrenowi. Że… żeby udowodnić, że… wykonałam zadanie; że cię zabiłam…
Fairhart wydał z siebie potężne westchnienie i zaczął główkować nad możliwościami. Blackwood nie musiała długo się namyślać – zawczasu miała przygotowaną odpowiedź.
– Twój pierścień! – zawołała pozornie bez zastanowienia. – Pierścionek może być dowodem.
Fairhart momentalnie się spiął, a Albus od razu się domyślił, że była to iście kobieca sztuczka – podstęp, który miał nakłonić mężczyznę do rezygnacji z części dawnego życia.
– Nie możesz…? – Czarodziej nie zamierzał tak łatwo odpuścić. – Nie możesz wziąć różdżki zamiast pierścienia?
– Dzięki twojej różdżce Warren będzie mógł zobaczyć, jakich zaklęć używałeś przed śmiercią. Od razu przejrzy nas podstęp, bo ujawni zaklęcie pamięci. Na… naprawdę, San? Wolisz zrezygnować z różdżki? – dodała ze złością.
Albus nie mógł się nie zgodzić z tym obłędem. Jakby na to nie spojrzeć, różdżka była przedłużeniem ręki czarodzieja. Fairhart przymknął powieki i wziął głęboki oddech, najwyraźniej wciąż niepewny tej opcji.
– To tylko pierścionek, San – powiedziała uspokajająco Blackwood. – A poza tym, nawet nie jest twój… Podarowałeś go w prezencie…
Mężczyzna powoli, ze skrzywioną miną, zsunął z palca sygnet i zmarszczył brwi. Podał go Idzie, która szybko zacisnęła go w dłoni.
– Tylko pokaż im dowód! – zażądał natychmiast, wyraźnie zatrwożony inną perspektywą. – Miej… miej go, dopóki nie będę w stanie go odzyskać.
– Nie martw się, San – stwierdziła kojąco Blackwood. – Będę o niego dbała. – Ton jej głosu się dziwnie zmienił. Fairhart najprawdopodobniej był zbyt zdenerwowany, żeby to zauważyć, ale Albus od razu wyczuł w nim udawaną słodycz.
Srebrny Czarodziej skinął głową, a potem, bez dalszych uwag, zniknął; wydawał się zbyt zrozpaczony, aby bardziej roztrząsać tę sytuację. Chłopiec także poczuł charakterystyczne szarpnięcie i wiedział, że to koniec wspomnienia. Fairhart zabezpieczył się i odszedł, a więc nie będzie mu dane więcej zobaczyć.
Magia myślodsiewni pozwoliła mu jednak przyjrzeć się sytuacji jeszcze przez kilka sekund – z przerażeniem więc obserwował, jak usta Blackwood wykrzywiły się w szyderczej pogardzie. Tuż po tym, jak Fairhart się aportował, schowała rękę za plecami i wyrzuciła pierścień tak daleko, jak tylko mogła. Warren Waddlesworth nie zażądał żadnego dowodu; nie musiała mu nic pokazywać, a więc fałszywe wspomnienie w zupełności by wystarczyło. Chciała tylko, aby ukochany oddał jej pamiątkę z przeszłości – nieożywione przypomnienie o jego miłości do innej kobiety; miłości, której w żaden sposób nie mogła się równać…
Pierścionek odbił się od ściany i finalnie wylądował na podłodze w ruinach spustoszonej posiadłości. Albus uświadomił sobie, że to tu znalazł go tata kilka dni później. Z kolejnym wstrząsem zdał sobie sprawę, że Fairhart nawet nie zawracał sobie głowy szukaniem sygnetu, zanim opuścił rezydencję ze zwłokami Blackwood...
Scena się rozmyła, a następną rzeczą, jaką chłopiec zarejestrował, był powrót do obskurnego gabinetu z porozrzucanymi wszędzie skrawkami poskreślanego pergaminu. Przez chwilę siedział zmrożony w pozycji posągu, pozwalając, by wszystko, czego się dowiedział, poukładało się w głowie. Nigdy wcześniej nie dostarczono mu tylu nowych informacji w tak krótkim czasie. Dzisiejszy dzień wyjaśnił każdy szczegół tajemnicy: status Fairharta, dziwaczny charakter listów, niespodziewaną ochronę ze strony Blackwood – nawet najdrobniejsze detale.
Albus nagle poczuł się chory. Od tak dawna poszukiwał odpowiedzi, że zapomniał, jak okropnie było czasem znać prawdę. Wszystko było ze sobą powiązane. Czy miał skąpane w krwi Blackwood – a także Fischer – dłonie? Minęło sporo czasu, odkąd był w stanie tak bardzo się obwiniać. Mimo to wcale się o to nie prosił. Większość z tego nie była nawet jego wyborami – w dużej mierze zostały podjęte przez innych…
Z dołu dobiegł trzask, a Albus odwrócił się w miejscu i przez przypadek łokciem uderzył w myślodsiewnię. Momentalnie przeszył go ból, ale był to najmniejszy z jego problemów. Misa zsunęła się ze stołu, przewróciła na ziemię i rozlazła srebrzystą zawartość na podłogę. Chłopiec z przerażeniem obserwował, jak wspomnienie wyparowuje w zaledwie kilka sekund.
Z parteru dobiegły go kolejne odgłosy. Nie mając innych opcji, Ślizgon złapał równowagę i przyjął postawę bojową. Schylił się i podniósł z ziemi potargany skrawek pergaminu i przyłożył go sobie do głowy, żeby choć trochę otrzeć wciąż spływającą z niej krew. Następnie wyciągnął różdżkę i cichaczem opuścił pokój.
Ruch w ciemności dostrzegł, gdy dotarł do podnóża schodów. Wtem usłyszał tak znajomy głos, że z radości serce mu fiknęło koziołka.
– Lumos Schatere!
Światło natychmiast zalało cały salon, a Albus, zachwycony tym, co zobaczył, zignorował obolałe ciało i szybko zeskoczył z pokruszonych stopni.
– Tato! – wrzasnął na całe gardło. W chwili, gdy stopami dotknął parterowej podłogi, ojciec porwał go w ramiona i wyściskał jak nigdy.
– Albusie! – sapnął Harry, a w jego głosie słychać było straszliwą ulgę. – Albusie, ty krwawisz! – wykrzyknął, całkowicie ignorując salon wypełniony około dwudziestoma trupami, a także fakt, że przypadkowo nadepnął na czyjeś martwe palce.
– Ze mną dobrze… – zaczął chłopiec, ale ojciec już go puścił i podniósł się z kolan. Przez chwilę wyglądał, jakby szykował się do udzielenia dziecku wykładu, ale potem wbił w coś – albo raczej w kogoś – wzrok.
– Nie! – wyszeptał, patrząc się wprost na krwawą masę, która niegdyś była Janine Fischer. Był blady niczym duch. – Nie! Albusie…? Co… co… co… co się tu wydarzyło?! – wyjąkał. – Co zrobiłeś? – dodał głupio.
– To nie moja sprawka! – odpowiedział natychmiast Ślizgon. – To dzieło Fairharta! – Potrząsnął przy tym głową.
– Fa… Fair… Sancticusa Fairharta? – Głos Harry'ego był pełen niedowierzania i irytacji. – Wskrzeszonego z martwych Sancticusa Fairharta?
– On nigdy nie zginął – jest Srebrnym Czarodziejem! – Albus palcem wskazał srebrną, zakrwawioną maskę, leżącą w pobliżu miejsca śmierci Idy Blackwood.
Ojciec sprawiał wrażenie bliskiego omdlenia.
– Musisz mi to lepiej wytłumaczyć, Albusie…
– Listy! To Blackwood je pisała. Miała zabić Fairharta, ale tego nie zrobiła. On włożył jej do głowy wspomnienie, że rzeczywiście go zabiła. Oszalała i myślała, że to ja jestem Fairhartem! Kiedy on się ukrywał, ona wysyłała mi listy. Potem przebrał się za Srebrnego Czarodzieja, aby ukryć to, że żyje, ale dopiero po tym, jak poprosił ją, żeby opiekowała się mną i Zasłoną. Zasłona była tu przez cały ten czas! – Chłopiec dość chaotycznie i bez tchu wyjaśnił sytuację.
– Poproszę o spokojniejsze streszczenie – powiedział poważnie tata.
Albus wziął głęboki oddech.
– Listy wysyłała mi Blackwood, a w jednym zapisała ten adres. Byłem pewien, że są zaadresowane do Puckerda, więc nie chciałem, żeby ktoś wiedział, że je czytam. Dostałem się tutaj przez kominek w gabinecie pani dyrektor…
Ojciec kiwną głową i przewrócił oczami.
– Szczerze mówiąc, byłbym bardziej zaskoczony, gdybyś tego nie zrobił. Co się tutaj wydarzyło?
– Blackwood tu siedziała i pilnowała Zasłony – wyznał, po czym się skrzywił. – Cóż, to naprawdę długa historia. W pewnym momencie pojawiła się Fischer, potem Mroczny Sojusz, potem Zbawienie Różdżek, a na końcu Fairhart jako Srebrny Czarodziej. Mroczny Sojusz przejął Zasłonę Skazańca, Fischer jakby przypadkowo zabiła Blackwood, a Fairhart… zamordował ją w imię zemsty.
Harry ukrył twarz w dłoniach i zaczął mamrotać coś niewyraźnie.
– Musimy się pospieszyć – powiedział po tym, jak skończył.
– Pospieszyć się i co zrobić?
– Nadchodzą.
– Kto? – zapytał chłopiec, nagle przerażony.
– Ludzie z Ministerstwa.
– Ty jesteś Ministerstwem! – zawołał.
Tata westchnął.
– Jestem pojedynczym człowiekiem, Albusie. To wszystko… nie wygląda za dobrze. Mamy naprawdę niewiele czasu do ich przybycia, żeby ogarnąć tę sprawę. Daj mi moment do namysłu. – Zaczął drapać się po brodzie, a po szyi spłynęła mu kropla potu. W międzyczasie oglądał rzeź na podłodze, a konkretniej: częściej zatrzymywał wzrok na zmasakrowanej Fischer.
– Co się dzieje, tato? – Ślizgon nie rozumiał, dlaczego Harry wyglądał na tak poruszonego. Owszem, Mroczny Sojusz uciekł z Zasłoną Skazańca, a Janine Fischer zginęła, ale wbrew wszystkiemu, wciąż zachowywał się, jakby największe niebezpieczeństwo wcale nie minęło.
– Jako pierwszy otrzymałem wiadomość Jan – powiedział w końcu ojciec. – Według instrukcji natychmiast spróbowałem dostać się w miejsce ostatniej zapisanej u nas w dokumentach lokalizacji, ale okazało się, że wejście jest zablokowane…
– Kominek został zniszczony podczas bitwy…
– Widzę, ale informacja dotarła już najprawdopodobniej do szerszego grona ministerialnych odbiorców – nie ulega wątpliwości, że są w drodze. Z pewnością aportują się do mugolskiego miasteczka niedaleko stąd… a potem dotrą i tutaj…
– Więc jakie ma to znaczenie?
– Naszym priorytetem jest wydostanie cię stąd najszybciej, jak to tylko możliwe, Albusie!
– Że co...?
– Nie możesz zostać zobaczony poza terenem szkoły, Albusie! Najpierw cię stąd zabiorę, a potem zajmę się resztą. Powiem wszystkim, że Fischer została zabita przez jednego z mężczyzn, leżących na ziemi. To się często zdarza podczas pojedynków – dwóch przeciwników wzajemnie się wykańcza. Dopóki nie udowodnimy, że Fairhart…
– Poczekaj chwilę, tato. Jest… jest coś jeszcze – wyjąkał chłopiec.
– Jeszcze? – Mina taty była niepocieszona.
– Fischer… Kiedy ty byłeś w drodze, Fischer wysłała drugą wiadomość. Wspominała, że walczy ze Srebrnym Czarodziejem, a przez to… będą wiedzieli, kto jest odpowiedzialny…
Harry gwałtownie wciągnął powietrze, a Albus po wyrazie jego twarzy mógł powiedzieć, że intensywnie nad czymś rozmyśla. Do czasu, gdy się w końcu odezwał, sprawiał wrażenie bardzo zagubionego.
– Nie żyje Szefowa Biura Aurorów – stwierdził, jakby tym jednym oświadczeniem chciał wskazać główny nurt rozmowy.
– Współszefowa… – Ślizgon poprawił ojca, ale szybko został stłamszony.
– Janine Fischer zajmowała wyjątkowo wysokie stanowisko w Ministerstwie Magii. Magiczne społeczeństwo nie dopuści do tego, aby jej morderca nie został ukarany. To, że potwierdziła obecność Srebrnego Czarodzieja, zmienia postać rzeczy. O ile nie będziemy umieli wskazać odpowiedniego podejrzanego zabójcy, Ministerstwo zostanie przyparte do muru i wskaże pierwszą lepszą osobę, która była na miejscu zbrodni.
– No przecież nie mogą sobie pomyśleć, że to moja sprawka! – Albus był przerażony. – I to tylko dlatego, że tu jestem? Pomyślą, że byłem zdolny do czegoś takiego? – ryknął retorycznie, ręką gwałtownie wskazując krwawą miazgę.
– Ministerstwo Magii nie ma kontroli nad mediami! Żeby odpowiedzieć na publiczne oburzenie, prawda zostanie przekręcona. – Harry wręcz wrzał. Jego twarz przybrała ciemnoczerwony odcień, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę z całkowitej powagi sytuacji.
– Mogę powiedzieć im o Fairharcie…
– Według danych Ministerstwa Sancticus Fairhart nie żyje…
– Ale przecież żyje! Zabił Fischer! – krzyknął nastolatek. W jego piersi z sekundy na sekundę narastał strach. Miał szczerą nadzieję, że skończył na dziś z tym nieprzyjemnym uczuciem. – Musisz mi uwierzyć…
– Wierzę, Albusie! Naprawdę ci wierzę, ale nie wszystkich da się tak łatwo przekonać. Nie w czasach, kiedy takie cuda, jak eliksir prawdy czy legilimencję można oszukać bądź zbagatelizować. I nie wtedy, kiedy do ludzi dotrze, że to niewiarygodne oświadczenie pada z ust syna Harry'ego Pottera…
– No to co powinienem zrobić? Co mam…? Wyląduję w Azkabanie! – oświadczył nieco sardonicznie; język mu się plątał.
– Nie – zaprzeczył tata i machnął różdżką; w konsekwencji zmienił kolor swych szat – z tradycyjnych ciemnych na srebrzyste. – Ja.
Albus wytrzeszczył oczy.
– Co to ma zna…
– W pierwszej wiadomości Fischer pojawiło się nazwisko „Potter" i nie zostało wyjaśnione, o którego konkretnie człowieka chodzi. Patronusy stawiały nacisk na obecność zarówno „Pottera", jak i „Srebrnego Czarodzieja" – tak więc można połączyć te notki. Musimy cię stąd wydostać, synu. Potem wezmę na siebie odpowiedzialność za śmierć Janine…
– Nie! – Chłopiec jeszcze nigdy wcześniej nie wrzeszczał tak głośno. Był porażony niesprawiedliwością i zbulwersowany. – Wykluczone! To po prostu absurdalne…
Harry przybrał zdeterminowany wyraz twarzy.
– Tylko wtedy wszystko ma sens! Połowa Ministerstwa Magii, tak czy inaczej, była przekonana, że jestem Srebrnym Czarodziejem i dopóki nie dotrzemy do Fairharta, nikt inny nie wyjaśni dzisiejszych wydarzeń. Z racji tego, iż nie spodziewam się, że w najbliższym czasie go odnajdę, ktoś musi odegrać rolę tajemniczego bojownika i tym samym rolę mordercy Fischer. Nikt nie będzie się niczego doszukiwał w moim zeznaniu. Przyznam, że moja renegacka działalność była wynikiem pragnienia obrania bardziej defensywnej drogi pod taktycznym reżimem Janine Fischer. Powiem, że ją zamordowałem, bo odkryła moją kryjówkę; kryjówkę, na którą natknęli się także zarówno członkowie Mrocznego Sojuszu, jak i Zbawienia Różdżek, kiedy próbowali mnie schwytać. W ten sposób nikt nawet o tobie nie pomyśli, Albusie. Co ważne, Ministerstwo uzyska odpowiedź zarówno na śmierć Fischer, jak i sporadyczne ataki Srebrnego Czarodzieja w ciągu ostatnich kilku miesięcy! Nie będą musieli dalej drążyć sprawy. Nie będzie potrzeby w ogóle dowiadywać się o twoim udziale w akcji, ani nawet o tym, że opuściłeś bezpieczny teren szkoły!
– Ale…
– Wysłuchaj mnie, Albusie! – poprosił cicho tata. – W ciągu ostatnich kilku minut w pełni zrozumiałem, jak istotne jest to, żebyś nie miał z tym incydentem nic wspólnego. Fischer wyszczególniła „Pottera", a więc kiedy przybędą posiłki, „Potter" musi być na miejscu. Jeżeli natkną się na ciebie, z pewnością zostaniesz wydalony ze szkoły i nawet ja nie będę mógł jakkolwiek wpłynąć na tę decyzję. A jeżeli to, co mówisz, rzeczywiście jest prawdą i Mroczny Sojusz wszedł w posiadanie Zasłony Skazańca, to oficjalnie jest w stanie siać spustoszenie w świecie! Hogwart może być jednym z niewielu bezpiecznych magicznych miejsc, a to z kolei oznacza, że nie zabiorę cię stamtąd.
– Ale kiedy…
– Stanowię jedyne rozwiązanie – powiedział Harry, zanim Ślizgon w ogóle dokończył myśl. – Wezmę na siebie winę za śmierć Fischer – powtórzył, a jego twarz zastygła w marmurowo zdeterminowanym wyrazie.
– Przecież to nie jest prawda!
– Prawdą jest to, że jesteś moim synem i bardzo cię kocham, Albusie – oświadczył bez tchu ojciec. – Zrobię wszystko, co konieczne, aby zapewnić ci bezpieczeństwo! Nawet jeżeli będę musiał udawać mordercę bądź rzeczywiście się nim stać. To jedyna prawda, która ma teraz znaczenie!
Chłopiec przez chwilę przyglądał się tacie w milczeniu. To wszystko było takie surrealistyczne. Polityka sprawiała, że ta sprawa była o wiele bardziej zagmatwana, niż niebezpieczeństwo, z którym się wcześniej zetknął.
– Na… naprawdę osadzą cię w Azkabanie? – wyszeptał.
– Oczywiście, będą musieli. Jestem mordercą – stwierdził po prostu Harry. – I na ten moment, tak właśnie ma być. Przypuszczam, że w przyszłości moje imię zostanie oczyszczone, ale obecnie zarówno Ministerstwo, jak i społeczeństwo, potrzebują tymczasowej odpowiedzi. To nie będzie żadna nowość – już wcześniej byłem wspólnym wrogiem. Nie mam nic przeciwko ponownemu wcieleniu się w tę rolę.
Albus mógł się tylko gapić, niezdolny do omiecenia wzrokiem zrujnowanych pozostałości po mugolskiej rezydencji Fairharta. Stojąc w samym środku zniszczenia, zdał sobie sprawę, jak wiele się zmieniło w ciągu kilku ostatnich godzin…
– Co… co się teraz stanie?
– Musisz się stąd wydostać. Nie odzywaj się i z nikim nie rozmawiaj, dopóki nie skontaktuje się z tobą mój człowiek – wujek Ron, tak właściwie.
– Dlaczego akurat wujek? – zapytał.
Harry westchnął.
– Ron będzie wiedział, co się dzieje, a jest bardziej niż niezawodny – zaufaj mi. Poczekam na Ministerstwo Magii, aż nie znajdziesz się z powrotem w Hogwarcie. Wyznam swe zbrodnie, a następnie dam się aresztować. Potem będę czekał na proces sądowy.
– Czy… czy nie złamią twojej różdżki…? – drążył Albus, a tata wydał z siebie zirytowane prychnięcie, co wydawało się zupełnie nie na miejscu, biorąc pod uwagę powagę sytuacji.
– Spokojnie, nie dojdzie do tego. Będą wiedzieć lepiej. Kiedy nadejdzie odpowiedni czas, poczynię przygotowania, wykorzystując ten niewielki wpływ, jaki pozostanie mi w Ministerstwie. – Mężczyzna kucnął i położył dłonie na ramionach syna. – Posłuchaj mnie uważnie, Albusie. Żeby to zadziałało, muszę na ciebie liczyć. Nikt nie może się dowiedzieć, że opuściłeś dziś szkołę…
– Dawno powiedziałem o tym kilku osobom! – wyznał, prawdziwie przerażony.
– Rodzina nie stanowi problemu; rodzina może wiedzieć…
– Przyznałem się Mirze, Scorpiusowi i Morri…
– Powiedziałem, że rodzina nie stanowi problemu – powtórzył ojciec. – Dopóki nie zostanę aresztowany i wujek się z tobą nie skontaktuje, nie możesz pisnąć nawet słowa. Krąg ludzi znających prawdę, będzie bardzo ograniczony: sam wybierzesz swoich powierników – panią dyrektor, profesora Longbottoma, Hagrida, resztę rodziny… Będziesz wiedział, z kim możesz porozmawiać.
– Tato…
– Jesteś w stanie to zrobić, Albusie? Czy mogę na ciebie liczyć?
Chłopiec wbił wzrok w szmaragdowe oczy rodzica. Miał wrażenie, że spogląda w lustro.
– Ja… Tak…
– Dobrze – powiedział stanowczo Harry. – Z czasem wszystko się wyjaśni. Mam pewien pomysł, ale na razie trzeba zrobić to, co konieczne. – Machnął różdżką i podleciał do niego kawałek drewna, który wyglądał, jakby pierwotnie był częścią dziś połamanego krzesła. W następnym momencie rozbłysnął na niebiesko.
Ślizgon, zdając sobie sprawę, że tak naprawdę to niema prośba o zniknięcie, natychmiast zmienił zdanie.
– Czekaj! Nie… Zostanę! Spróbuję wyjaśnić, co tak naprawdę się wydarzyło…
– Wiesz, że nie mogę na to pozwolić, Albusie – stwierdził ojciec, po czym wepchnął świstoklik w dłonie syna. Ten spróbował go wyrzucić, ale z jakiegoś powodu, nie był w stanie tego zrobić.
– Co zrobiłeś? – zażądał.
– Accio! – krzyknął Harry, rozproszony. Leżąca na podłodze maska, którą niegdyś nosił Fairhart, w momencie do niego przyleciała. Nie wahając się dłużej, zaczął ją zakładać. – Zaklęcie mocujące.
– Nie! – Albus zapłakał ze złości i uniósł różdżkę na wysokość zajętej dłoni. Wskazał na nią czubkiem. – Finite! Finite!
Nic się nie wydarzyło.
– Niezła próba, synu. – Głos ojca był stłumiony przez w pełni przywdzianą srebrną maskę. – Ćwicz, kiedy mnie nie będzie, dobrze?
– Nie…!
Albus poczuł, że zaczyna wirować, a kolory się ze sobą zlewają. Gdy świstoklik zaświecił się na niebiesko, ostatnim obrazem, który zobaczył, był tata ubrany w strój identyczny co ten Fairharta. Zanim zniknął, uświadomił sobie, że Harry się odwrócił, jakby coś usłyszał – Ministerstwo rzeczywiście przybyło, a co za tym idzie, odesłał dziecko w samą porę…
Chłopiec zamknął oczy i po gwałtownej podróży w końcu wylądował na drewnianej podłodze, którą momentalnie rozpoznał jako część wystroju gabinetu McGonagall. Był tak przyzwyczajony do wszechobecnego kurzu i zaniedbania, że złapawszy świeży oddech, zaniósł się kaszlem. W jednej dłoni wciąż ściskał różdżkę, a w drugiej świstoklik; pierścień Fairharta ukryty był w kieszeni.
Gdy opadł na posadzkę, przez głowę przeleciały mu wszystkie minione wydarzenia – ich kolejność kompletnie pomieszał. Co czeka teraz tatę? Gdzie podział się Fairhart? Co Darvy chciał zrobić z Zasłoną?
Wiedział, że miał wystarczająco dużo sił, aby wstać z podłogi, ale nie zrobił tego jeszcze przez dłuższy czas.
* Incarcerous – urok, który powoduje wypuszczenie z różdżki lin krępujących ofiarę i duszących ją. Najbardziej efektywny przypadek użycia tego czaru miał miejsce podczas piątej ekranizacji filmowej – Dolores Umbridge spętała tak centaura
