I zaczynamy rozdziały związane chronologicznie z Czarą Ognia! Co nas czeka? Stres i odmienne spojrzenie na Turniej Trójmagiczny spowodują rozdźwięk między dwójką naszych głównych bohaterów, dlatego oprócz wzlotów i upadków w ich wzajemnych relacjach będziemy też pochylać się nad innymi postaciami, co chyba już widać po tym rozdziale. Syriusz, Hermiona, Poppy, *Alastor, Severus a nawet Draco to dla mnie zbyt inspirujące postacie, bym nie powiązała ich w żaden sposób z życiem Minerwy. Nie wiem na ile to się Wam spodoba, więc dawajcie znać, co o tym wszystkim myślicie.

Turniej Trójmagiczny nierozerwalnie związany jest z tradycją Balu Bożonarodzeniowego. Bale są z natury romantyczne i pewnie jako Czytelnicy macie swoje oczekiwania dotyczące tego, co się wydarzy. Obecnie, gdy już łatwiej pisze mi się romantyczne kawałki, może poprowadziłabym fabułę tego wydarzenia inaczej, ale gdybym teraz coś zmieniła, ten fragment nie pasowałby do całej serii. Ale jak jest, to sami się przekonacie i ocenicie.

Dziękuję wszystkim, którzy skomentowali poprzedni rozdział - cieszę się, że wciąż jesteście z tą historią i że bylibyście gotowi powitać kolejną.

Pozdrawiam, Emeraldina.

oooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo

IV

Minerwa McGonagall w swojej kociej formie szła po piaszczystej plaży na południu Hiszpanii. Z jednej strony czuła się cudownie wolna i beztroska, gdy jej szare łapki zapadały się w cudownie ciepłym piasku, z drugiej jednak wciąż miała z tyłu głowy myśl, że nikt nie może wziąć jej za kogoś innego niż szarą kotkę z śmiesznymi obwódkami wokół oczu.

Liczni turyści nie zwracali na nią większej uwagi- spacerowali powoli, oglądając widowiskowy zachód słońca. W większości były to zakochane pary mugoli – Minerwa z dziwnym ukłuciem w sercu zwracała uwagę na złączone dłonie, na wymieniane ukradkiem pocałunki.

Jakże nieświadomi byli ci ludzie! Zajęci wyłącznie swoimi sprawami, swoimi troskami i radościami… nie przypuszczający nawet, że mijająca ich kotka jest tak naprawdę potężną czarownicą, w ukryciu poszukującą swojego dawnego ucznia.

Pozostawiła ich im własnemu losowi. Skręciła w stronę wydm, obrośniętych sztywną roślinnością makii. Gdy plaża zniknęła za jej plecami, pociągnęła kilkakrotnie nosem. Od razu wyczuła charakterystyczny zapach psiej sierści. Ruszyła za nim, jednocześnie od czasu do czasu dostrzegając gdzieś odcisk psiej łapy.

Długo musiała namawiać Albusa, by pozwolił jej odwiedzić Syriusza. Dyrektor z początku nie chciał o tym słyszeć – uważał, że to mogłoby naprowadzić ministerstwo na jego trop. Albus jednak nigdy nie potrafił się jej długo opierać. Ostatecznie pozwolił jej na wyjazd, choć teoretycznie trwały wakacje i na dobrą sprawę Minerwa nie musiała go nawet pytać o zgodę. Dyrektor jednak jako jedyny znał obecną kryjówkę Syriusza, a Minerwa nie chciała tracić czasu na poszukiwania.

Albus zdradził jej, że Syriusz ukrywa się z Hardodziobem na południu Hiszpanii, a w tym konkretnym tygodniu miał wybrać się na jedną z plaż by poszukać resztek jedzenia zostawionych przez turystów. Podał jej nazwę tej plaży, lecz teraz Minerwa musiała polegać na swoich zmysłach.

Makia się zagęszczała. Ostre pędy sukulentów obcierały futerko Minerwy, musiała też ostrożniej stawiać łapy. Było to uciążliwe, ale przynajmniej miała pewność, że idzie w dobrą stronę. Szła już dobry kwadrans i była lekko zgrzana – mimo późnej pory, nadal trwało lato, niezbyt łaskawe dla niej, przyzwyczajonej do wietrznej Szkocji.

Pomyślała o Mistrzostwach Świata w Quidditchu, których się wyrzekła, by móc odbyć tę podróż. Co prawda nie grała Szkocja, ale to i tak musiało być wspaniałe widowisko. Teraz pewnie Rolanda i spora grupa znajomych Minerwy siedziała na trybunach i oglądała najważniejsze sportowe wydarzenie w społeczności czarodziejów.

Z jakiegoś powodu Albus nie chciał, by Minerwa tam była. Jego jedynym warunkiem była właśnie data podróży. Nie odpowiedział jednak na jej pytanie dlaczego tak mu na tym zależało. Przynajmniej nie wprost. No bo w końcu słowo ,,przeczucie" nie stanowiło żadnej odpowiedzi.

Syknęła, gdy nastąpiła na ostry kamień. Teraz już była kompletnie otoczona przez gąszcz egzotycznych roślin. Przed nią rysowała się zwarta ściana krzewów, z których docierał wyraźny zapach. Minerwa zamknęła oczy i skoczyła w nie, instynktownie zwijając się w kulkę.

Po drugiej stronie była okrągła polanka, z szałasem na środku i ogniskiem, przed którym siedział duży czarny pies. Na jej widok pies warknął ostrzegawczo. Minerwa odpowiedziała prychnięciem i usiadła naprzeciw, unosząc wysoko głowę. Pies przez chwilę przyglądał jej się badawczo, a potem w zupełnie ludzki sposób pokiwał głową. Następnie się przemienił.

Minerwa widziała Blacka przez jeden krótki moment, ze sporej odległości. Teraz mogła obejrzeć go dokładnie.

Postarzał się. Zniknął gdzieś nonszalancki wyraz twarzy, młodzieńcza radość. Miała przed sobą wyniszczonego człowieka, który nie odnajdował już większego sensu w życiu. Widziała to w jego oczach – niewielu ludzi potrafiłoby niewerbalnie wyrazić tak wielki smutek. Dostrzegła też poczucie winy – tak podobne do jej własnego.

Fizycznie Syriusz był dość chudy, ale chyba wcześniej musiał wyglądać dużo gorzej. Miał skołtunione włosy i brodę, przez co przypominał nieco miejskiego kloszarda, szczególnie w zestawieniu z poniszczonymi, wiszącymi na nim ubraniami.

Postanowiła się przemienić. Przez chwilę stali naprzeciw siebie w milczeniu, a każde z nich nie wiedziało, co powinno rzec.

- Profesor McGonagall. – Syriusz skłonił głowę i nieśmiało wyciągnął dłoń na powitanie.

- Miło mi cię widzieć, Syriuszu. – Minerwa z mocą uścisnęła jego dłoń i pozwoliła sobie na lekki uśmiech.

- To była pani, prawda? Lwica? – spytał cicho Syriusz. Minerwa pokiwała głową, a potem zdjęła plecak, który ze sobą zabrała i zaczęła z niego wyciągać różne tobołki.

- Tu masz trochę ubrań. W tym masz różdżkę, a w tych pudełkach jest nieco jedzenia. Masz może wodę? Zrobiłabym herbaty. – po tych słowach wyciągnęła z plecaka przenośny kociołek. Syriusz jednak nawet nie drgnął, tylko patrzył na nią z zdumieniem.

- Pani profesor, umiem o siebie zadbać. – mruknął w końcu, choć z utęsknieniem spojrzał na różdżkę.

- Mów mi Minerwa. Potrzebujesz wszystkich tych rzeczy i nie kłóć się ze mną. – zarządziła, patrząc na niego w swój belferski sposób.

Oczy Syriusza zalśniły, a potem mężczyzna podszedł do niej i objął ją mocno. Minerwa, zdumiona tym, mogła jedynie kreślić uspokajające okręgi na jego drżących, kościstych plecach.

- Szzsz, nie wrócisz już tam. Nie pozwolimy na to. – wymruczała, wiedząc, że jego moment słabości to efekt długotrwałego przebywania z dementorami.

Wreszcie Syriusz oderwał się od niej, a w jego oczach lśniła wdzięczność.

- Nawet nie wiesz, ile dla mnie znaczy, że tu jesteś, Minerwo. – rzekł.

- Powinnam była wcześniej zrozumieć, że jesteś niewinny. Nigdy nie zdradziłbyś Jamesa. – Minerwa poczuła znajomą falę poczucia winy. Syriusz położył dłoń na jej ramieniu.

- Uwierzyłaś teraz. A wtedy… kochałaś Jamesa i Lily jak własne dzieci… - Syriusz wzruszył ramionami. Minerwa odwróciła głowę – mało kto zdołałby wypowiedzieć to na głos.

- Kochałam was wszystkich. Ciebie i Pettigrewa również. – wyszeptała, wzdychając ciężko. Black drgnął na dźwięk nazwiska zdrajcy, a butelka z wodą, którą podniósł, zachybotała się w jego rękach. Zaraz jednak się uspokoił i nalał wody do kociołka, mówiąc:

- Nie możesz się obwiniać o wszystko. Wiem z własnego doświadczenia, że to do niczego nie prowadzi.

Pokiwała głową i machnęła ręką, zagrzewając wodę. Syriusz westchnął, widząc tak swobodne użycie magii. Minerwa podała mu różdżkę, którą udało jej się znaleźć w rezydencji – musiała należeć do któregoś z jej licznych przodków.

- Dziękuję. Nie sądziłem, że kiedyś jeszcze będę mógł trzymać różdżkę w dłoni. Gdyby nie zdolność do zmiany formy pewnie w ogóle przestałbym wierzyć, że jestem czarodziejem. – wyznał szczerze Syriusz. Machnął różdżką, z której wystrzeliły złote iskierki.

- Tak, właśnie to jest najlepsze w byciu animagiem. Świadomość, że masz w sobie magię, że nie ogranicza cię różdżka. – Minerwa uśmiechnęła się. A potem dodała:

- Cóż, nie sądziłam, że będę rozmawiać na temat uczuć towarzyszących przemianie z swoim uczniem. Co ze mnie za nauczyciel, że nie dostrzegłam, że mam trzech animagów pod nosem!

Syriusz spojrzał na nią z rozbawieniem.

- Bez książek, które dałaś Jamesowi, nigdy byśmy się tego nie nauczyli. – rzucił, transmutując kawałek kory w niezbyt kształtny kubek.

- Wiedziałam, że za jego nagłym i niespodziewanym zainteresowaniem moim przedmiotem musi kryć się coś więcej. – mruknęła Minerwa z przekąsem, zalewając herbatę.

- Głównie chodziło o chęć bycia przy Lupinie. Na tym przecież polega przyjaźń, prawda, na wspieraniu siebie nawzajem. – rzekł poważnie Syriusz. Minerwa poczuła bolesny skurcz w piersi, na myśl o tym, ilu ludzi, których zwała przyjaciółmi, zdążyła zawieść – nie było jej, gdy potrzebowali jej wsparcia.

- Z tym, że najbardziej zafascynowany przemianą animagiczną był James. To on jako pierwszy ją opanował i to on od deski do deski przeczytał te książki, które mu pożyczyłaś. Myślę, że nie do końca odpowiadały mu gabaryty jego postaci. Nie nadawał się na szpiega, nie posiadał też skutecznej broni… no może oprócz rogów. – ciągnął dalej Syriusz, a na jego twarzy pojawiła się melancholia, której Minerwa nigdy tam wcześniej nie widziała.

- Gdyby przyszedł z tym do mnie… - rzekła na głos, zastanawiając się, czy zdołałaby nauczyć kogokolwiek przemiany w drugie zwierzę.

- Byłabyś zmuszona wyrzucić nas ze szkoły. – mruknął Syriusz, doskonale naśladując jej surowy ton pod koniec zdania.

Minerwa machnęła ręką. Na pewno by się wściekła, ale raczej zrobiłaby wszystko, by jej ulubieni Gryfoni skończyli edukację. Westchnęła… gdyby nie ta wojna, Huncwoci szturmem podbiliby społeczność czarodziejów swoim czarem i energią.

- Co teraz zamierzasz? – wspomnienie perspektyw czwórki jej utalentowanych uczniów doprowadziło ją do myśli o tym, co było istotne teraz.

Syriusz zapatrzył się w dal, ponad jej ramieniem.

- Wiesz, Minerwo, minęło tyle czasu… wszystko się zmieniło. Ty, Dumbledore, Harry – minęło dwanaście lat. Tyle straconego czasu… i co gorsza, to były lata, przez które powoli zatracałem swoje człowieczeństwo, uczepiony jednego przekonania, pozbawiony wszelkich pozytywnych emocji. Nie wiem, czy potrafiłbym wrócić do zwykłego życia, nawet gdybym został uniewinniony. Chciałbym zostawić ten ciężar za sobą, ale nie potrafię. – Syriusz mówił z rozbrajającą szczerością i niekrytym żalem.

Minerwa milczała. Przecież go rozumiała. Kiedyś czuła dokładnie to samo – wracając z Ameryki, w pełni świadoma zmarnowanych lat, wciąż z balastem wspomnień, zdehumanizowana do roli genialnej jednostki pozbawionej emocji. I jeśli miała być ze sobą całkowicie szczera, to tak naprawdę nie wróciła do normalności – dawne więzy nadal krępowały każdy jej ruch.

Syriusz utkwił wzrok w swojej nowej różdżce, a potem jego twarz drgnęła, a oczy zalśniły.

- Ale przecież jest sposób! Można wymazać tą zmarnowaną dekadę. Wystarczy, że usuniesz tę część mojej pamięci, a będę wolny! – mag spojrzał na Minerwę z prawie dziecięcą nadzieją.

- Nie. – Minerwa odpowiedziała odruchowo, gwałtownie.

- Dlaczego? – Syriusz zmarszczył czoło. W jego mniemaniu pewnie to było znakomite rozwiązanie.

- Bo obiecałam sobie, że więcej tego nie zrobię. Widziałam, jak wielkie szkody czyni lekkomyślne rzucenie zaklęcia zapomnienia. Poza tym, nawet przy moich zdolnościach to niewykonalne, wymazać tak ogromną część pamięci. Czy tego chcesz czy nie, te dziesięć lat zasadniczo wpłynęło na twoją osobowość. Usunięcie ich mogłoby doprowadzić do fatalnych konsekwencji – mógłbyś stracić zmysły. – Minerwa mówiła rzeczowo i spokojnie, choć tak naprawdę jej gardło ściskał znajomy ból. Jakże inne byłoby jej życie, gdyby nie zaklęcie zapomnienia!

- Zatem nie ma dla mnie nadziei? – Syriusz wyraźnie stracił rezon i jakby skurczył się w sobie.

- Syriuszu, najpierw odpowiedz sobie na pytanie, jakim cudem udało ci się uciec z Azkabanu i nie chodzi mi wcale o fizyczny aspekt tej ucieczki. – odpowiedziała Minerwa.

- Wierzyłem w swoją niewinność. I nie mogłem pozwolić na to, by Glizdogon zagrażał Harry'emu. – odparł bez większego zastanowienia Black.

- Widzisz? Zależy ci na Harrym i na tym jednym uczuciu możesz budować od nowa swoje życie. – stwierdziła Minerwa, przypominając sobie, ile razy ona zaczynała od nowa, opierając się na pewnych niezaprzeczalnych uczuciach – miłości do Hogwartu i uczniów.

- Harry… zasługuje na lepszego ojca chrzestnego niż poszukiwany morderca. – rzekł gorzko Syriusz, odgarniając skołtunione włosy z oczu.

- Chłopak potrzebuje jakiegokolwiek ojca chrzestnego, a to ciebie wybrali jego rodzice. – zauważyła szorstko Minerwa, po raz kolejny doświadczając tego okropnego poczucia winy.

- On nawet nie może ze mną zamieszkać, musi męczyć się z tymi mugolami, którzy poniżają go i deprymują na każdym kroku! Jak mogę go chronić, gdy muszę się ukrywać jak królik w norze? – Syriusz lekko podniósł głos, a jego palce drżały z powodu targającej nim złości.

- Możesz pisać do niego, możesz mu doradzać i wysłuchiwać. Możesz powiedzieć mu, że go kochasz, wprost i bez ogródek. – odparła Minerwa cicho. O tak, Syriusz mógł teraz to zrobić, miał do tego pełne prawo.

- Przepraszam. Nie powinienem był krzyczeć. Masz rację, mogę go wspierać na odległość. Tylko gdy on pisze o tym, jak traktują go ci mugole… chciałbym, by Harry miał szczęśliwe dzieciństwo, by nie bał się wracać do domu na wakacje… - Syriusz gorączkowo szukał zrozumienia u Minerwy. A ona rozpaczliwie chciała mu je ofiarować, ale przecież nie mogła.

- Jego bezpieczeństwo jest najważniejsze. – powiedziała, choć bez grama przekonania.

- Sama w to nie wierzysz, prawda? Gdyby to zależało od ciebie, nie zostawiłabyś go tam. – Syriusz przyjrzał się jej badawczo. Minerwa spokojnie zniosła jego spojrzenie.

- Są pewne rzeczy, których nie można całkowicie wyprzeć z umysłu. – odpowiedziała wymijająco.

- A jednak trzynaście lat temu nie zgadzałaś się w tej sprawie z Dumbledore'm. Pogłoski o waszym pojedynku dotarły nawet do Azkabanu. – zauważył Black.

Minerwę zdziwiły te słowa - była pewna, że tamten bolesny epizod zdążył już zatrzeć się w biegu historii. A fakt, że informacje o tym dotarły aż do Azkabanu, był raczej niepokojący.

- Wszyscy zapłaciliśmy wtedy za to sporą cenę. – wyznała, zaskakując samą siebie swoją bezpośredniością.

- Hmm. No w każdym razie, odpowiadając na twoje początkowe pytanie, nie mam wyjścia – na razie muszę się ukrywać. – Syriusz taktownie nie drążył już tematu. To była kolejna rzecz, o którą by go nie podejrzewała – przecież to on był najbardziej ciekawy z Huncwotów.

- Zaproponowałabym ci zamieszkanie w rezydencji… - zaczęła, ale przerwał jej:

- To zbyt niebezpieczne. Tym bardziej, że podobno Knot planuje nasłać na mnie Moody'iego.

Minerwa zmarszczyła brwi. Jeśli minister rzeczywiście chciał ściągnąć Alastora z emerytury i zlecić mu szukanie Syriusza, mogło dojść do wysoce ryzykownej gry. Były dwa wyjścia.

- Może gdyby Albus z nim porozmawiał… Alastor to dobry mag, zrozumie, że jesteś niewinny. – rzekła, ale bez większego przekonania – dawno nie miała kontaktu z starym druhem, a od innych słyszała, że Moody dziwaczeje, wszędzie widząc wrogów i spiski.

- Na razie im mniej osób wie o szczegółach mojej ucieczki, tym lepiej. – Syriusz pokręcił głową.

- Trzeba będzie więc przekonać Alastora, by nie współpracował z Knotem. Znaleźć coś, co odwróci jego uwagę… - umysł Minerwy pracował na najwyższych obrotach.

- Na pewno coś wymyślicie z Dumbledore'm. Powinniście też dobrze przemyśleć ten cały Turniej Trójmagiczny… - rzucił Syriusz.

Minerwa zacisnęła usta. Od początku nie była przekonana co do tego turnieju. Oczywiście od zawsze popierała integrację międzynarodowych społeczności czarodziejów, ale uważała, że to nie jest dobry rok, by organizować tak złożone wydarzenie w Hogwarcie. Glizdogon uciekł, a oni zapraszali do Hogwartu Igora Karkarowa. Jak na jej gust, Albus za bardzo bagatelizował zagrożenie.

- Jeśli chodzi o turniej, wszystko jest już ustalone. Jednak będę mieć oko na Harry'ego, o to się nie martw. – wyjaśniła.

- O to się nie martwię. Po prawdzie to powinienem ci podziękować – ty przez tyle lat czuwasz nad nim, w zasadzie wypełniając moje obowiązki rodzica chrzestnego. – rzekł Syriusz. Minerwa zmusiła się do uśmiechu.

-Daleko mi do wróżki chrzestnej z bajki. Staram się jak mogę, choć to nie łatwe, biorąc pod uwagę fakt, że Harry odziedziczył po Jamesie talent do pakowania się w kłopoty. – Minerwa ze wszystkich sił tłumiła palące poczucie winy. Tak naprawdę, to mogła i powinna robić dla Harry'ego dużo więcej.

Syriusz lekko uniósł kąciki ust.

- Mam nadzieję, że Weasley'owie mają na niego oko na tych mistrzostwach… - rzucił, jakby od niechcenia.

Minerwa zesztywniała.

- Mistrzostwach? – spytała, całkowicie zdumiona.

- No w ostatnim liście pisał, że rodzice Rona zabierają go na Mistrzostwa Świata w Quidditchu. Ja sam nawet nie miałem pojęcia, że w tym roku odbywają się u nas.

Nauczycielka transmutacji zacisnęła jedną z pięści. Teraz rozumiała, dlaczego Albus nalegał, by odwiedziła Syriusza akurat w tym terminie. Albus, nie przestając ustawiać ludzi według swojej wizji, manipulując wszystkimi, najwyraźniej nie chciał, by znajdowała się zbyt blisko Harry'ego. To odkrycie najpierw wywołało u Minerwy falę złości, a potem szalonego niepokoju. Czy Albus podejrzewał, że coś może się wydarzyć? A może nie wierzył, że w obliczu emocji związanych z meczem Minerwa pohamuje swoją opiekuńczość względem młodego Pottera? Chyba że było coś, co jej umykało…

- Nie wiedziałaś o tym? – Syriusz nie dał się nabrać na kamienny wyraz jej twarzy.

- Nie, ale byłam zajęta przygotowywaniem do wyjazdu – uznałam, że przekroczenie kanału La Manche będzie najbezpieczniejsze przy mugolskich środkach transportu. – Minerwa zręcznie ominęła temat, choć wewnętrznie miała ochotę aportować się międzykrajowo wprost do Hogwartu i żądać wyjaśnień od Albusa – no bo Weasley'owie nie zabraliby Harry'ego do siebie bez zgody Albusa, a on powinien skonsultować to z nią!

- No tak, ale raczej dobrze, że chłopak wyrwał się od tych okropnych mugoli i ma nieco rozrywki. Podobno jest mistrzem quidditcha. – ciągnął rozmowę Syriusz.

- Lata lepiej niż James. Nawet lepiej niż Rolanda, a miałam okazję ją trenować, więc wiem co mówię. – Minerwa uśmiechnęła się.

- Trenowałaś Rolandę Hooch? – Syriusz otworzył szeroko oczy. – Na Merlina, wiedziałem, że byłaś kapitanem, ale nie że w tym czasie Hooch była w Hogwarcie!

Potem jeszcze przez dobrą godzinę dyskutowali o quidditchu, Harrym, Hogwarcie i błahostkach. Minerwa naturalnie odnotowała ogromną zmianę, jaka zaszła w Syriuszu – pewną ostrożność w doborze słów, melancholię, smutek, którym podszyte były niektóre zdania. Nauczona doświadczeniem, Minerwa rozumiała, że Syriusz Black już nigdy nie będzie tym samym człowiekiem, choć czas może pomoże mu uporać się z niektórymi z demonów, które uczepiły się go w Azkabanie.

W końcu jednak Minerwa uznała, że musi już wracać:

- Raczej nie zdążę już cię odwiedzić przed rokiem szkolnym, ale masz do mnie napisać, gdybyś czegoś potrzebował. Postaram się jakoś rozwiązać kwestię Alastora i będę pilnować Harry'ego. – rzekła, zarzucając plecak na ramię. Syriusz wstał, a na jego twarzy malował się autentyczny żal.

- Żałuję, że nie napisałem do ciebie wcześniej. Ta wizyta naprawdę wiele dla mnie znaczy. – wyznał.

- Uważaj na siebie, Syriuszu. – Minerwa wyciągnęła do niego dłoń.

- Dziękuję, profesor McGonagall. – Syriusz szarmancko ujął jej dłoń i złożył na niej uprzejmy pocałunek.

Minerwa zmieniła się w szarą kotkę, ostatni raz mrugnęła do swojego dawnego ucznia i odeszła w gęste zarośla, myśląc o czwórce niesfornych chłopców, których kiedyś uwielbiała za ich nieodparty urok i energię.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Minerwa McGonagall z wyraźną ulgą zostawiała za sobą wzburzone wody kanału La Manche. Czuła zasadniczą radość z powodu powrotu do ojczyzny. Czar Europy zawsze ją fascynował, lecz naprawdę w domu czuła się na brytyjskiej ziemi. Teraz zaś, po kilku dniach odcięcia od magicznej społeczności, cieszyła się z powrotu.

Dover, mimo bardzo wczesnej pory, tętniło życiem. Ubrana w elegancką suknię i dopasowany płaszcz, z plecakiem transmutowanym w gustowną torebkę, Minerwa nie wyróżniała się w różnokolorowym tłumie rozbieganych mugoli. Oczywiście różdżkę miała ukrytą w rękawie, w gotowości.

By nie zwracać na siebie większej uwagi, Minerwa skręciła w nieco zapuszczoną, węższą uliczkę, zastawioną autami mugoli. Upewniwszy się, że nikt jej nie obserwuje, wyciągnęła różdżkę i prawą ręką machnęła nią nad ulicą.

Nim zdążyła wykonać jakikolwiek dodatkowy ruch, usłyszała przeraźliwy, choć dla mugoli niesłyszalny pisk opon. Następnie na wąską uliczkę wtoczył się ogromny, trzypiętrowy, fioletowy autobus, a jego wielkie reflektory prawie oślepiły Minerwę.

- Witam w imieniu załogi Błędnego Rycerza, nadzwyczajnego środka transportu dla czarownic i czarodziejów zagubionych w świecie mugoli. – z pojazdu wyskoczył mężczyzna w fioletowym uniformie konduktora. Minerwa szybko go rozpoznała.

- Dzień dobry, panie Shunpike. – rzekła Minerwa, z gracją wchodząc do autobusu.

- Profesor McGonagall! Cóż za zaszczyt nas dzisiaj spotkał! – Stan, były uczeń Minerwy, skłonił się prawie do ziemi. Zaraz potem zaś poprowadził ją do miękkiego fotela na środku autobusu.

- Proszę, to najlepsza miejscówka w całym Błędnym Rycerzu! Czy możemy służyć jakoś jeszcze, czcigodna pani profesor? – Stan mówił tak szybko, że Minerwa musiała się dobrze skupić, by zrozumieć co mówi.

- Macie Proroka Codziennego? – spytała Minerwa, wyciągając okulary z kieszeni.

- Oczywiście. Proszę, oto świeżutki, dzisiejszy egzemplarz!

Minerwa mimowolnie zacisnęła usta, widząc wielki nagłówek ,,Panika podczas mistrzostw świata w quidditchu.", a pod nim zdjęcie przedstawiające dobrze znany jej motyw – lśniący Mroczny Znak. Szybko przebiegła wzrokiem artykuł. Naturalnie gdy tylko przeczytała, kto jest autorem pisma, sceptycznie podeszła do wypisanych tam rewelacji, choć mimo wszystko czuła niepokój, szczególnie o swoich uczniów, którzy na pewno w wielkiej liczbie pojechali obejrzeć mecz.

Nie obeszła jej wygrana Walii. Jej umysł pracował na wysokich obrotach, usiłując wskazać osobę, która mogłaby umieć wyczarować Mroczny Znak. Formuła zaklęcia nie była nieznana, ale niewielu miałoby odwagę wyczarować tak potężny symbol bez powodu. Ktokolwiek to był, nie bał się Voldemorta, zatem musiał działać z jego błogosławieństwem. To mógł być Pettigrew, choć taki plan nie był podobny do niego.

O ile mogła jeszcze stwierdzić, kim był jej dawny uczeń. Przecież kiedyś tak samo łatwo odrzuciła myśl, że to on mógłby zdradzić Potterów.

- Pani profesor, a dokąd właściwie mamy panią zawieść? Do Hogwartu? – Stan ponownie pojawił się obok.

- Nie. Prosiłabym do ministerstwa. – zdecydowała Minerwa, chowając do kieszeni gazetę.

Po dokładnie kilku minutach autobus zahamował gwałtownie – Minerwa, rzuciwszy uprzednio na siebie odpowiednie zaklęcie, była jedynym nieruchomym elementem w jego wnętrzu.

- Jesteśmy na miejscu, pani profesor! Załoga Błędnego Rycerza życzy miłego dnia! – wykrzyknął Stan, gdy już podniósł się z podłogi. Minerwa skinęła mu głową i rzuciła galeona, na widok którego konduktorowi zalśniły się oczy. Potem zaś ostrożnie wysiadła z autobusu i jak gdyby nigdy nic ruszyła ku niepozornej, typowej, londyńskiej budce telefonicznej.

W atrium ministerstwa, mimo wczesnej godziny, wrzało jak w ulu. Minerwa w budce zdążyła transmutować swoje mugolskie przebranie w efektowne szaty czarownicy w kolorze butelkowej zieleni. Teraz zaś, stojąc wśród hałaśliwej gromady roztargnionych czarodziejów, czuła się lekko oszołomiona.

Wróciła. Znów była tu i znów musiała przybrać tę samą maskę co zawsze, po raz chyba tysięczny.

Ale z drugiej strony, była z rodu McGonagallów.

Uniosła wysoko głowę, wyprostowała się na całą wysokość, także teraz górowała nad prawie wszystkimi. Zmusiła mięśnie twarzy do wyniosłej i obojętnej miny. Tak uzbrojona, ruszyła do przodu zdecydowanym, choć niepozbawionym wdzięku krokiem.

Tak jak się tego spodziewała, magowie rozstępowali się przed nią, kłaniając się i pozdrawiając ją pełnym szacunku:

-Profesor McGonagall.

Tak powinno być – w końcu Minerwa uczyła pewnie prawie połowę zgromadzonych w atrium osób. Wielu pracowało tutaj dzięki niej i dzięki temu, czego ich nauczyła. Inni z kolei znali ją jako surową nauczycielkę swoich dzieci. Niewielu było takich, którzy mogli pamiętać ją jako spadkobierczynię najpotężniejszego rodu czystej krwi. I dobrze, bo swój profesorski status Minerwa ceniła sobie daleko bardziej niż zaszczytne miejsce w Almanachu.

Była już przy fontannie Magicznego Braterstwa, gdy zobaczyła znajomą wiedźmę zmierzającą w jej kierunku.

- Madam Bones. – Minerwa formalnie wyciągnęła rękę do Amelii, która równie poważnie odpowiedziała:

- Profesor McGonagall. – uścisnęły sobie dłonie.

- Zapraszam do mojego gabinetu. – mruknęła Amelia, świadoma gęstniejącego wokół nich tłumu. Minerwa skinęła głową i podążyła za starszą koleżanką.

Dopiero gdy znalazły się w bogato urządzonym gabinecie i po tym, jak Minerwa rzuciła szereg zaklęć uniemożliwiających podsłuch, odprężyła się i serdecznie uściskała przyjaciółkę.

- Rozgość się. Herbaty, czy czegoś mocniejszego? – Amelia ani słowem nie skwitowała przesadzonej ostrożności Minerwy.

- Herbatę poproszę. Nie było mnie jakiś czas w Hogwarcie, wróciłam do Anglii dopiero dziś rano. Pewnie domyślasz się, co sprowadza mnie do ciebie? – Minerwa szybko wyjęła z kieszeni Proroka Codziennego i położyła na biurku Amelii. Szefowa Departamentu Przestrzegania Prawa podając Minerwie kubek z herbatą, zerknęła na gazetę i skrzywiła się.

- Właściwie zastanawiałam się, dlaczego nie było cię na finale. – mruknęła Amelia, siadając naprzeciw.

- Miałam kilka spraw do załatwienia, poza tym Szkocja niestety nie dostała się do tego finału. – Minerwa machnęła ręką, chcąc odciągnąć Amelię od tego tematu.

- No w każdym razie szkoda, że cię tam nie było. Opanowałabyś sytuację w mgnieniu oka. – odpowiedziała Amelia, a potem zaczęła opowiadać o tym co zaszło: o torturowaniu mugoli, mrocznym znaku, skrzatce Croucha z różdżką w ręku i Harrym Potterze w centrum tego wszystkiego. Minerwa najpierw słuchała z niedowierzaniem, potem z niepokojem, a wreszcie z rezygnacją. Nie powinna się o to obwiniać – to Albus koniecznie chciał trzymać ją od tego wszystkiego z daleka. Właśnie…

- Albus wie o wszystkim? – spytała odruchowo.

- Knot posłał do niego sowę od razu i chyba spodziewał się, że profesor przybędzie, ale dostał jedynie uprzejmą odpowiedź, że to sprawa ministerstwa. – odpowiedziała Amelia. Minerwa z zadowoleniem pokiwała głową – Korneliusz powinien w końcu zrozumieć, że Albus nie będzie za niego rozwiązywał wszystkich problemów.

- Jak myślisz, kto mógł do tego dopuścić? Minister uznał, że to Black… - rzuciła Amelia, uważnie obserwując Minerwę, która jednak wzruszyła ramionami.

- Niewielu odważyłoby się wyczarować Mroczny Znak. Ale nie wiem czy to Black, ja na jego miejscu ukryłabym się gdzieś daleko, po tym jak prawie go złapaliśmy w Hogwarcie. A czy to prawda, że Moody ma wrócić do czynnej służby właśnie po to, żeby go znaleźć? – nauczycielka zręcznie zmieniła temat. Amelia, jako wysoka urzędniczka ministerstwa, nie była nawet członkiem Zakonu podczas pierwszej wojny z Voldemortem, choć przekazywała Minerwie istotne informacje. Minerwę to bolało, ale niewiele mogła zdradzić przyjaciółce, a szczególnie w kwestii Syriusza.

- Knot tego chce, ale Moody chyba nie pali się do tego pomysłu. Podobno coraz bardziej dziwaczeje. Może ty albo Poppy powinnyście go odwiedzić, nieco wyciągnąć z tego kokonu czujności? – zasugerowała Amelia.

Minerwa przełknęła ślinę. Gdy się odezwała, jej słowa były zupełnie szczere.

- Ja nie potrafię mu pomóc. Mogę poprosić Poppy, ale sama nie jestem w stanie wyciągnąć go z tego.

Amelia zmarszczyła brwi.

- Dlaczego? Przecież zawsze byliście przyjaciółmi, poza tym też byłaś aurorem…

- Dokładnie o to chodzi, Amelio. – Minerwa odwróciła głowę.

- Minnie? – Amelia mocno uścisnęła jej dłoń.

- Wiem przez co on może przechodzić. Ja sama uciekłam przed tym do Hogwartu, ale on… był aurorem o wiele dłużej niż ja. To nie jest praca, o której zapominasz gdy tylko przekraczasz próg domu. – wyznała Minerwa.

- Och, Minnie. Pewne rzeczy się nie zmienią, prawda? Minęło tyle lat, a ty nadal przemierzasz atrium jak twoja babka, nadal rzucasz kilka ochronnych zaklęć, zanim zaczniemy rozmawiać, nadal dźwigasz ten sam ciężar jak wtedy, gdy przyciskałaś mi różdżkę do gardła. – Amelia spojrzała na nią ze współczuciem. Minerwa westchnęła.

Przez chwilę obie czarownice siedziały w zupełnej ciszy. Amelia oferowała swoje współczucie, Minerwa czerpała pociechę z jej bezinteresownego wsparcia. Ich przyjaźń, choć wykuta w trudnych okolicznościach i przez lata przeżywająca wzloty i upadki, nigdy nie zadrżała.

- Pewnie masz dużo pracy, powinnam już wracać do zamku. Dziękuję, że wszystko mi wyjaśniłaś. – Minerwa wreszcie uznała, że dość wykorzystała gościnność Amelii.

- Pozdrów ode mnie wszystkich w Hogwarcie, dobrze? – starsza wiedźma mocno objęła nauczycielkę na pożegnanie.

- Oczywiście, choć mam nadzieję, że zajrzysz na turniej. – Minerwa zdobyła się na półuśmiech.

- Wiesz, że to będzie teatr jednego aktora. – mruknęła Amelia, wywracając oczami.

- Hmm, czyli nie tylko mnie Bagman działa na nerwy. – Minerwa puściła oko do przyjaciółki.

- Do zobaczenia, Minnie.

- Do widzenia, madam Bones. – odpowiedziała formalnie Minerwa, bo zdążyła już uchylić drzwi. A potem wyszła, minęła kolejkę oczekujących petentów i aportowała się na końcu korytarza.

Wylądowała dokładnie przed bramą Hogwartu. Widok zamkniętych żelaznych wrót przywołał wspomnienie ucieczki Pettigrewa. Minerwa odpędziła je, wyciągnęła różdżkę i postukała nią w bramę, zdejmując zaklęcia ochronne, przynajmniej nie tak restrykcyjne jak wtedy.

Gdy weszła na teren szkoły, odetchnęła pełną piersią. Nigdzie nie czuła się tak jak tutaj – tu był jej dom, jej azyl, jej serce. Tutaj przeżyła największą część swojego życia. Tylko tutaj odzyskiwała spokój umysłu i względną harmonię ducha.

Pogoda była przepiękna - słońce świeciło wysoko na niebie, jakby chciało pokazać całą swoją krasę w ostatnich dniach lata. Liście na drzewach powoli zmieniały swoje barwy, przyjemny wiatr zwiastował już szykujące się gdzieś zmiany, a ptaki przelatywały wysoko na niebie, nawołując się nawzajem.

Minerwa energicznie ruszyła w stronę zamku. Jego majestatyczne mury lśniły w słońcu, zaś wieżyczki chowały się w swoich cieniach. I choć nauczycielka widziała wiele pięknych budowli, żadna nigdy nie robiła na niej takiego wrażenia jak Hogwart. Zamek był idealny w swojej istocie, wręcz promieniującej starożytną magią. Oraz magią, która stanowiła odcisk każdego uczącego się tu czarodzieja. Nawet jej własna, nieco wybrakowana, zrodzona w bólu magia znajdowała się w tym miejscu, wśród tysięcy innych magicznych sygnatur.

Czarownica jednak nie weszła do zamku. W połowie drogi zobaczyła nad brzegiem jeziora samotną sylwetkę wysokiego maga. Skierowała tam swoje kroki. Po kilku minutach stanęła obok dyrektora Hogwartu, z zamyśleniem wpatrującego się w swoje dobrotliwe odbicie.

- Jak Syriusz? – zapytał Albus miękko, nie odrywając wzroku od tafli wody. Minerwa zignorowała brak powitania – wyczuła, że przyjaciel intensywnie nad czymś rozmyśla.

- Martwi się o Harry'ego. I… usiłuje poradzić sobie z brzemieniem Azkabanu. – odpowiedziała Minerwa. W odpowiedzi odbicie Albusa w wodzie uniosło pytająco brwi.

- Poprosił mnie, bym wymazała ostatnią dekadę z jego pamięci. – zdradziła, choć wcale nie miała takiego zamiaru.

- Nie zgodziłaś się. – to nie było pytanie, ale odruchowo pokiwała głową.

- Podobno Knot chce nasłać na niego Moody'iego. – rzuciła, zmieniając nieco temat.

- Tak, wiem. – odparł, wzdychając lekko.

- Zamierzasz powiedzieć mu prawdę o Syriuszu? – spytała.

- Nie, nie na tym etapie. Nie możemy jednak pozwolić, by zabrał się za szukanie go. Szczerze mówiąc, to chciałbym zatrudnić go jako nauczyciela obrony przed czarną magią.

Minerwa otworzyła szeroko oczy ze zdumieniem. Moody profesorem? Uczącym dzieci obrony przed czarnoksiężnikami? Pracujący tutaj, w Hogwarcie, z nią i Poppy?

Kiedyś Minerwa byłaby zachwycona pomysłem Albusa. Teraz spytała cicho:

- Jesteś pewien tej decyzji?

Albus zmarszczył czoło. W lekko falującej wodzie jego odbicie rozmazywało się, nie mogła więc stwierdzić, czy jego oczy migoczą.

- A ty co o tym sądzisz? – odpowiedział pytaniem. Zdumiona, że raczył zapytać ją o zdanie, wzruszyła ramionami.

- To chyba najlepsza taktyka, jaką możemy obrać. Choć będzie trzeba wyczulić Alastora na to, że będzie miał do czynienia z dziećmi, nie z kandydatami na aurorów.

Dyrektor pokiwał głową, przyjmując jej słowa do wiadomości, choć obydwoje byli świadomi, że nie tego dotyczyło jego pytanie.

- Byłaś w ministerstwie. Wiesz już, co stało się podczas finału mistrzostw, prawda? –spytał.

- Tak. Masz jakieś podejrzenia? – zapytała wprost.

- To nie była skrzatka Croucha. Nie wiem kto, ale musimy chyba założyć, że Voldemort zyskuje zwolenników. – mruknął, splatając palce za plecami.

- To tylko potwierdza moje stanowisko dotyczące turnieju. – odpowiedziała, wysuwając wyzywająco podbródek.

- Nie możemy odwracać się plecami do innych narodów. Nie teraz. Gdzie podziała się tamta dziewczyna, która porwała stado smoków, by ratować uczniów Beauxbatons? – Albus wreszcie odwrócił się do niej.

- Odleciała na smoku gdzieś daleko, zostawiając jedynie starą i zgorzkniałą wiedźmę. – mruknęła Minerwa gorzko.

- Ach, moja droga, jesteś dla siebie zbyt krytyczna. Wracajmy do zamku. – Albus wyciągnął do niej ramię. Ujęła je delikatnie i razem ruszyli w stronę mieniących się kamiennych murów Hogwartu, choć każde z nich było pogrążone w ciemnych meandrach własnych myśli.