Rozdział 23
Mężczyzna, Który Zamordował
Albus się skulił i mimowolnie odczuł ból stawów, podczas gdy jego głowa pękała od nadmiaru informacji. Powoli wyciągnął przed siebie ramiona, a następnie się na nich wsparł i szybko pozbierał z dziwnie wypolerowanej posadzki. Pospieszne omiecenie wzrokiem gabinetu pani dyrektor powiedziało mu, że od jakiegoś czasu był on opustoszały. Wbrew zdrowemu rozsądkowi było tu niezwykle spokojnie, z wyjątkiem niecodziennie oświetlonego kominka.
Otrzepał się z kurzu i zatoczył lekko, próbując złapać równowagę. Wtem usłyszał odgłos pogardliwego parskania i wciąż otumaniony, spróbował zlokalizować źródło hałasu. Portret Severusa Snape'a potrząsał głową, zupełnie jakby był straszliwie rozczarowany. Zawieszony obok niego obraz Albusa Dumbledore'a pozorował sen – zdradzało go jednak zbyt delikatne przymknięcie oczu.
Do uszu chłopca dobiegł inny dźwięk i, nadal działając trochę paranoicznie, uniósł wysoko różdżkę. Z rozkojarzeniem uświadomił sobie, że do lewej dłoni wciąż ma przyklejony świstoklik.
Drzwi do gabinetu pani dyrektor otworzyły się gwałtownie…
– Albusie, ty idioto! – skrzeknęła Mirra. Wyglądała źle: twarz miała mokrą od łez, a włosy dziko potargane. Ślizgon odetchnął z ulgą i wyciągnął ku niej ręce, ale dziewczyna, zamiast go przytulić, stanęła jak wryta, rozdziawiła buzię i wytknęła go wskazującym palcem. – Krwawisz! – sapnęła, wstrząśnięta.
– Nic mi nie jest, naprawdę…
– Wszystko w porządku? – zapytała chłodno.
– Tak, pewnie… – Nie dokończył, gdyż Mirra wyskoczyła do przodu i go spoliczkowała. Z powodu siły uderzenia, upadł na kolana; pieczenie policzka było porażające. Wrzasnął z bólu, ale zostało to kompletnie zignorowane – dziewczyna także opadła na podłogę i zacisnęła dłonie w pięści, w pełni przygotowana do bicia go po głowie. Z każdym kolejnym ciosem zawodziła coraz bardziej.
– Czy mogłabyś…? Mirra…? Proszę…
– Idioto, idioto, IDIOTO! – Zaciętość Gryfonki zwiększała się z każdym słowem.
Albus usłyszał niewyraźne kroki, a następnie ulgę, gdy Mirra przestała. Zdołał podnieść wzrok i zobaczyć, że jest odciągana w tył przez niemożliwie długie ramiona, owinięte wokół jej talii.
– Przestań! – Morrison okręcił dziewczyną i wypuścił z objęć. Serce Albusa zatrzepotało z wdzięczności. – Na razie przestań, dobrze? Zrób mi miejsca, jestem silniejszy…
O wiele mocniejszy cios powalił obolałego na ziemię, a kolejny go do niej przygwoździł; każdy z pewnością powodował fioletowego siniaka.
– Nie tak mocno! – zapiszczała Mirra. – On krwawi…
– Wcale, że… nie… Jeszcze nie… – wywarczał gniewnie Morrison, podczas gdy Albus, który chwilę wcześniej wypuścił z ręki różdżkę, zwinął się w kłębek, żeby choć trochę zamortyzować uderzenia.
– Relashio! – krzyknął nowy głos, a Vincent został odepchnięty do tyłu. Potter szybko podniósł głowę i zobaczył, że w masywnych drzwiach stoi Scorpius. Nic z tego wszystkiego nie miało sensu: dlaczego przyjaciele po kolei zjawiali się w biurze McGonagall?
Albus przez chwilę koncentrował się na oddechu, a Morrison w tym czasie podźwignął się na nogi. Malfoy wciąż stał z wyciągniętą przed siebie różdżką, a wyraz jego twarzy stanowił połączenie mimiki całej trójki.
– Dajcie mu szansę na ozdrowienie. Nie wiemy, przez co konkretnie przeszedł.
– Czemu wy…? Co tutaj robicie? – Albus wstał. Okolice obojczyka paliły go niczym ogniem. To to miejsce najbardziej zmasakrował Morrison. Zdał też sobie sprawę z tego, że świstoklik już nie jest przymocowany do jego dłoni – wyglądało na to, że zaklęcie miało charakter czasowy, przez co drewno z łoskotem spadło na podłogę.
– Dyrektorka nas tu przysłała…
– Zniknąłeś na naprawdę bardzo długo. Szukała cię cała grupa poszukiwawcza… – dokończył myśl Morrisona Scorpius.
– Ty straszliwy idioto, Albusie! – dorzuciła swe trzy grosze Mirra. – Ty niewiarygodny ciołku!
– Dobrze, dobrze. Uspokójcie się. – Chociaż Ślizgon uniósł pojednawczo ręce, mentalnie przygotowywał się na kolejny atak. – Zacznijcie od samego początku.
Trio zaczęło wyjaśniać sytuację na raz, a przez to głosy zlały się w jeden – nie dało się nic z tego zrozumieć.
– Okej. Tylko Scorpius! – zawyrokował koniec końców, na co pozostała dwójka umilkła.
– Zauważyliśmy, że nie zjawiłeś się na obiedzie, ale oczywiście nic z tym nie zrobiliśmy. No cóż, nikt nie mógł przewidzieć, że możesz być aż tak głupi – nie rozpętaliśmy zamieszania. Potem wpadliśmy na Mirrę, która wspomniała, że rozważałeś podążanie za wskazówkami z listu. Ech… – Westchnął. – Najpierw zawiadomiła profesora Longbottoma, ale nigdzie nie mogliśmy cię znaleźć. McGonagall nadal kazała nam się rozglądać. Tak się składa, że zapamiętałem adres, więc im powiedziałem. Dyrektorka wysłała za tobą profesora Longbottoma – kazała mu użyć swojego kominka, ale kilka minut później wrócił pokryty sadzą i oznajmił, że nie może się przedostać; że przejście najprawdopodobniej zostało zablokowane…
Albus pokiwał głową. W miarę postępu historii oszacował, kiedy miało to miejsce. Podobnie jak tata, Neville musiał podjąć próbę Fiuu tuż po tym, jak kominek na Woodlard Way 2791 został zniszczony podczas bitwy.
– Od tego czasu… cóż, zwyczajnie czekaliśmy. McGonagall wysłała wiadomość do twojego ojca, ale nie dostaliśmy żadnej odpowiedzi.
Chłopiec z trudem przełknął ślinę. Tata nie odpowiedział, bo został wcześniej zawiadomiony przez Fischer. A teraz pewnie…
– Musimy iść do McGonagall. Muszę jej opowiedzieć, co się wydarzyło!
– Za niedługo powinna tu przyjść – powiedział Morrison.
– Wysłała tutaj naszą trójkę, bo byliśmy jedynymi osobami, które wiedziały, co się wyprawia. No i nie chciała, żeby Puckerd coś wywęszył – pospieszyła z wyjaśnieniami Mirra. Wciąż brzmiała chłodno, a w jej głosie dało się wyczuć urazę, spowodowaną zdradą.
Albus przewrócił oczami. Wendell Puckerd był teraz tak nieistotny, że aż ciężko mu było sobie przypomnieć, dlaczego kiedyś uważał kontrowanie go za priorytet. Z nieprzyjemnym uczuciem w brzuchu mimowolnie się zastanowił, jak Mistrz Eliksirów zareaguje na wieść o śmierci Fischer – albo w jaki sposób wszyscy zareagują. Nikt jeszcze nie wiedział, czego dokładnie był świadkiem…
– Co się tam stało? – Morrison przerwał ciszę. – No dalej! Jesteś nam to winien!
Albus westchnął.
– Powinienem poczekać na McGona…
– Natychmiast! – ryknęła Mirra i tupnęła stanowczo nogą.
– Dobrze, dobrze. – Uniósł obronnie ręce.
Po chwili niezdecydowanego milczenia zaczął wtajemniczać przyjaciół, powstrzymując się od wszelkich zbędnych szczegółów, które tylko by im pomieszały w głowach. Chociaż ujawnił tożsamość właściciela posesji, nie skomentował rzeczy, które w niej widział – na przykład łóżeczka. Gdy po raz pierwszy wspomniał o Blackwood i Zasłonie Skazańca, załamał mu się głos. Nie mógł znieść myśli o miejscu, gdzie się teraz znajdują…
– A więc Blackwood zwariowała, co? Myślę, że to wyjaśnia, dlaczego te listy były tak okropne. – Morrison rozłożył ręce. – Czemu w ogóle do ciebie pisała?
– Właśnie do tego dochodzę! – odpowiedział Albus. – Tak czy inaczej: zoba… zobaczyłem wspomnienie…
I znów musiał zachować wyjątkową ostrożność. Mimo że zamierzał utrzymać wszystkie wydarzenia z ostatnich kilku godzin w porządku chronologicznym, dopilnował również, aby pominąć pewne kwestie z rozmowy Blackwood i Fairharta. Niezależnie od tego, w jaki sposób się to skończyło, niektóre rzeczy były zbyt osobiste. Kiedy dotarł do wkroczenia na scenę Mrocznego Sojuszu, Mirra przycisnęła dłonie do ust, a Scorpius uniósł wysoko brwi. Malfoy najwyraźniej był bardzo zaciekawiony tym, jak Albus – choć znany z wychodzenia bez większego szwanku z pozornie nie do pokonania sytuacji – zdołał ujść z życiem z takiej bitki.
– Bla… Blackwood i Fischer by… były naprawdę wspaniałe. – Zamilkł na sekundę, gdyż w ustach miał kwaśny posmak. – Obie mnie ochraniały.
Przez kolejne dwie lub trzy minuty w ekspresowym tempie podsumowywał przybycie zarówno Zbawienia Różdżek, jak i Srebrnego Czarodzieja. Kiedy wspomniał o tym ostatnim, wszyscy wydali z siebie dźwięki symbolizujące zaskoczenie. Gdy opowiedział o tym członku Mrocznego Sojuszu, który uciekł razem z Zasłoną, odgłosy zdziwienia przeobraziły się w jęki i zdołowane pomruki.
– No naprawdę, Al? – ryknął Morrison i wyrzucił w górę ręce. – Przeszedłeś przez cały ten bajzel i nie przechwyciłeś Zasłony? Czy w ogóle było warto…?
Scorpius uciszył przyjaciela i pochylił głowę ku Albusowi w niemej prośbie o wznowienie opowieści. Chłopcu nie udało się zajść szczególnie daleko, gdyż po chwili znów mu przerwano – w momencie, kiedy Fischer zabiła Blackwood. Wszyscy popatrzyli na siebie przerażeni, a Mirra ponownie zakryła usta dłońmi.
– Poczekaj chwilę, stary. Zwolnij. – Scorpius pierwszy zabrał głos. – Masz na myśli… Czy chcesz nam ot tak powiedzieć, że… Blackwood…?
Albus mógł tylko ponuro skinąć głową. Wiedział, że Malfoy nieszczególnie lubił byłą nauczycielkę Eliksirów – tak właściwie, to jej wręcz nie cierpiał – ale mimo wszystko była sprzymierzeńcem.
– I wtedy… i wtedy… Srebrny Czarodziej do niej podszedł… i zdjął maskę. To był Fairhart. – Zawiesił głos, po czym powtórzył z przejęciem: – Fairhart był Srebrnym Czarodziejem!
Cisza. Twarze całej trójki stały się po prostu puste.
– Nie, nieprawda – stwierdził lekceważąco Morrison.
– No przecież ci mówię! – zirytował się Albus. – Fairhart był Srebrnym Czarodziejem! Po śmierci Blackwood za... zabił Fischer! Przysięgam, że widziałem to morderstwo!
Nie musiał dzielić się z przyjaciółmi wszystkimi okropnymi szczegółami tej zbrodni, ani też nie uważał, że wspomnienie, którego był świadkiem, było ważne. Nikt już nie zapytał o Idę Blackwood ani dlaczego opisał ją jako zdezorientowaną czy zagubioną kobietę. Nikogo to nie obchodziło – nastolatkowie byli zbyt zszokowani tym, co dane im było usłyszeć.
– Fairhart… żyje… – Scorpius wyglądał, jakby miał zadyszkę.
– Co się stało później? – zapytał ostro Morrison, a Mirra poparła go, kiwając głową. Twarz dziewczyny była ledwie widoczna zza jej smukłych palców.
Albus nie był w stanie przejść do kolejnej części historii. To, co miało w niej miejsce, było największym okrucieństwem tego dnia. Ojciec, cały odziany w srebro, gotów do wzięcia na siebie odpowiedzialności za niezliczone przestępstwa, których nigdy nie popełnił; gotów stracić wszystko: swoją godność, reputację, wolność…
Z nagłym szarpnięciem w żołądku uświadomił sobie coś jeszcze: ojciec poinstruował go, żeby nic nikomu nie mówił, dopóki nie porozmawia z wujkiem Ronem. Czy kiedykolwiek postąpi dobrze?
Niczym na zawołanie, drzwi gabinetu znów się otworzyły i do środka weszła pani dyrektor. Usta miała mocno zaciśnięte, a oczy tak wytrzeszczone, że praktycznie dotykały szkieł kwadratowych okularów.
– Potter! – wykrzyknęła na powitanie i chwyciła się za pierś, najprawdopodobniej próbując uspokoić rozszalałe serce. – Potter! Musisz natychmiast opowiedzieć mi wszystko, co się wydarzyło!
– Nie mogę – odpowiedział głupio, zdając sobie sprawę, że całkowicie przekręca życzenia ojca. – Nie, dopóki…
– Rozmawiałam już z twoim wujkiem – przerwała mu ostro kobieta. – Nakazał ci wszystko mi zrelacjonować. Na ten moment musi się uporać z medialną burzą!
Albus otworzył usta, ale zanim zdążył powiedzieć coś sensownego, dyrektorka zdecydowała się coś dodać.
– I zanim pan zacznie, jestem zmuszona poinformować, że wszystko kończy się w tym miejscu, panie Potter! Nigdy więcej spiskowania, żadnych teorii i pomysłów! Usłyszałam o tym od twojego ojca, a jego uwięzienie stanowi definitywny koniec tego typu przedsięwzięć!
Na Albusa został wylany kubeł zimnej wody. Przyjaciele sprawiali wrażenie zmieszanych; cała trójka popatrzyła na siebie, zastanawiając się, czy czegoś przypadkiem nie przeoczyli.
– Chwileczkę! – Morrison wyrzucił przed siebie ręce. – Tata Ala zostanie osadzony w Azkabanie? Niby za co?
– Za bycie Srebrnym Czarodziejem! – McGonagall ewidentnie poniosły nerwy, ponieważ wrzasnęła na całe gardło.
– Że… że co takiego? Albus powiedział, że… – Vincent wyglądał, jakby zaraz miała mu wybuchnąć głowa.
– Pozwólcie mi wyjaśnić! – Chłopiec postarał się uspokoić wszystkich zgromadzonych, ale wtem drzwi do gabinetu znów się otworzyły.
Nie minęła minuta, nim do ciasnej komnaty wtłoczył się prawdziwy tłum z Jamesem na przedzie. Lily szła za bratem, potem Hugo i Rose, Molly i Lucy. Cały pochód zamykał Freddie. Albus od razu wiedział, co się wyprawia. McGonagall została poinstruowana – najprawdopodobniej przez wujka Rona – żeby wszyscy członkowie rodziny stawili się na sprawozdanie głównego zamieszanego. W domu Fairharta tata powiedział mu przecież, że rodzinę należy wtajemniczyć. Wstrzymawszy na moment oddech, nawiązał kontakt wzrokowy z bratem, a potem odetchnął i odchrząknął.
Opowieść historii trwała około dwudziestu minut. Postarał się przekazać całość dokładnie tak samo, jak zapamiętał. Niestety, ponownie musiał wyjaśniać zawiłości dotyczące relacji Fairharta i Blackwood. Kilkakrotnie ktoś mu przerwał, ale siedząca z tyłu McGonagall, skutecznie zamykała wszystkim usta przyszpilającym, ostrym spojrzeniem. Kiedy wreszcie skończył – bardzo się jąkając, podczas wyjaśniania oszustwa taty – zapadła ogłuszająca cisza.
– Albusie, ty bucu! – Rose przełamała powszechne milczenie. Skoczyła ku kuzynowi i rzeczywiście spróbowała udusić; na szczęście, kościste palce ledwo co dotknęły skóry wrażliwego gardło. – Ty idioto! Sprawiłeś, że twojego tatę aresztowano…
Wszyscy zgromadzeni coś wrzasnęli, ale tylko Mirra wystąpiła naprzód.
– Nie waż się nazywać go idiotą! – splunęła obłudnie, umyślnie ignorując fakt, że jeszcze przed kilkunastoma minutami sama go tak zwymyślała. Zupełnie pominęła też to, że jest kobietą i przeszła do rękoczynów. Chwyciła Rose za włosy i szarpnęła z dzikim wyrazem twarzy. Weasley zapiszczała z bólu, a wszelkie kuzynostwo znów podniosło larum…
– Przestańcie natychmiast! Obie! – zagrzmiała McGonagall; błysnęło białe światło i szamoczące się Gryfonki zostały rozdzielone. Rose aż wrzała z wściekłości i nie powstrzymywała drżenia. Mirra z kolei obnażyła zęby, w dłoni zwycięsko trzymając kępkę ogniście rudych włosów. Albus złapał swoją dziewczynę, zaś Rose została powstrzymana przez Jamesa.
Pani dyrektor uniosła wysoko różdżkę.
– Wystarczy! Cokolwiek sprzecznego jest między wami dwiema albo kimkolwiek innym w tym pokoju, ma się zakończyć w tym momencie! Jednoczy nas to, że wszyscy znamy prawdę.
Grupka popatrzyła po sobie, całkowicie zawstydzona swoimi krzykami. McGonagall opuściła różdżkę i wstała z krzesła. Albus nigdy wcześniej nie widział jej tak bladej.
– Musicie zrozumieć, że jesteście tu z pewnego powodu. Uwięzienie Harry'ego Pottera jest jego własnym wyborem, ale potrzebuje nas, abyśmy przyczynili się do ogólniejszych planów – niezależnie od tego, jakie mogą one być. Zachowanie tajemnicy jest sprawą najwyższej wagi. Harry Potter – poprzez szereg posłańców – zdołał przekazać mi informacje, jednocześnie pracując nad swoim aresztowaniem. Najbardziej znaną z jego próśb jest to, żeby wszystko, o czym tu dyskutujemy, nie ujrzało światła dziennego – zwłaszcza dotyczy to informacji, iż jego syn opuścił teren szkoły.
Albus gwałtownie się zaczerwienił, a James rzucił mu szybkie, nieczytelne spojrzenie. Gdy grupka przyjęła jej słowa do wiadomości, dyrektorka wznowiła swój wywód.
– Poza tym szczególnym, należy poruszyć problemy o delikatnej naturze. Harry Potter opowiedział już swoją historię – nie może jej zmienić, bo w konsekwencji zasiałby ziarna wątpliwości i podejrzenia. Wszyscy tu zgromadzeni muszą trzymać się wersji, którą wkrótce usłyszycie; że Harry Potter rzeczywiście jest Srebrnym Czarodziejem… oraz że jest również mordercą. – Ostatnie zdanie zakończyła czymś podobnym do skamlenia.
– Ma pani na myśli to, że nie mogę nawet wyjawić prawdy mojemu chłopakowi? – wybuchnęła Rose.
Scorpius otwierał usta, żeby udzielić jej odpowiedzi, lecz Mirra była szybsza.
– Zamknij się! Nikogo nie obchodzi twój głupi chłopak…
Albus znów przyciągnął do siebie dziewczynę, a nozdrza McGonagall rozszerzyły się gwałtownie, kiedy Weasley ponownie zagotowała się od środka.
– Wystarczy! Nie słyszałyście tego, co przed chwilą powiedziałam? Jesteśmy jednymi z nielicznych, którzy znają prawdę na temat dzisiejszych wydarzeń. Łączmy się teraz nie z wyboru, a z konieczności! Proszę się pogodzić i uścisnąć sobie dłoń. Teraz! No dalej, bez zbędnego ociągania!
Albus i James poluzowali swe uściski i dziewczęta zbliżyły się do siebie z widoczną pogardą. Mirra jako pierwsza wyciągnęła rękę, ale to Rose – jakby w zwolnionym tempie – mimo że cała drżała, nią potrząsnęła. Ślizgon nie mógł sobie przypomnieć, by kiedykolwiek spotkał się z tak niemożliwą do naprawienia przyjaźnią. Wbrew wszystkiemu słowa McGonagall miały olbrzymi wpływ. Być może idea zjednoczenia poprzez prawdę nie była dla nich kompletną stratą czasu…
– Teraz mogę tylko ostrzec przed tym, z czym przyjdzie się wam zmierzyć – kontynuowała pani dyrektor, podczas gdy Gryfonki natychmiast rozdzieliły dłonie. – Nie mogę nawet spróbować zgadywać, co zamierza zrobić Harry Potter, żeby rozwiązać tę sytuację, ale pomysł musi pochodzić od niego. Inną jego prośbą, prócz zachowania tajemnicy, jest pozostanie silnym i stanowczym. Byłam świadkiem podobnych czasów i spodziewałam się, że nieszczęsnej powtórki. Przed grupą obecną w tej komnacie… postawiona została… bardzo duża szansa, że w przyszłości będziecie mieli ogromny wpływ na dzisiaj sfałszowane wydarzenia.
– Ma pani na myśli to, że wszyscy musimy cierpieć, bo Albus coś spartolił? – zbuntował się Hugo. – Znowu! – dodał zjadliwie, a wspomniany Ślizgon zagapił się na niego. Jakim cudem ciocia Hermiona i wujek Ron byli w stanie dać życie dwójce tak wojowniczych dzieci? Po chwili namysłu doszedł do wniosku, że zachowanie Hugona było częściowo winą wydarzeń z Hogsmeade, a więc także i poniekąd on był za nie odpowiedzialny…
– Przymknij jadaczkę, dzieciaku! – wypalił Morrison i wkrótce w gabinecie znów stało się głośno.
McGonagall natychmiast wkroczyła do akcji i szybko zdusiła kłótnię w zalążku. Wyglądała, jakby miała zaraz wybuchnąć.
– Jeżeli nie jesteście w stanie współpracować w tak poważnej sprawie, wyczyszczę wasze wspomnienia, aby upewnić się, że przez przypadek nie wydacie tej tajemnicy! – powiedziała ostro. – Wygląda na to, że nie jestem w stanie wystarczająco podkreślić powagi znaczenia jedności. Ten sekret ciąży na nas wszystkich! Tylko my jesteśmy świadomi prawdy! Według Harry'ego Pottera będzie tak przez pewien czas. Jeżeli mu ufacie, to uwierzcie, że doskonale wie, co jest najlepszym rozwiązaniem. To z kolei obejmuje spełnianie jego życzeń. – Zacisnęła wargi. – Muszę was – dzieci Harry'ego, siostrzeńców i siostrzenice, przyjaciół – o coś zapytać: czy darzycie go zaufaniem?
Wszyscy po kolei pokiwali głowami.
– W takim razie sprawa została załatwiona – oświadczyła ostro i wypuściła oddech, zirytowana. – Trzymamy się jednej historii i zmierzymy się z nadchodzącymi konsekwencjami. Wiem, że wiele to od was wymaga, ale nie wybieramy naszych obowiązków ani nie decydujemy o sposobie, w jaki są one kształtowane. A teraz… wszyscy marsz do dormitoriów. Muszę zaalarmować personel, a potem… zwołam apel w Wielkiej Sali. Przekażę do wiadomości streszczenie tego, co wiem – a przynajmniej tego, w co powinni uczniowie uwierzyć. Prawdziwy sztorm rozpęta się dopiero jutro…
Grupka jak jeden mąż się odwróciła i zaczęła wymaszerowywać z gabinetu pani dyrektor. Albus jako jedyny nie ruszył się z miejsca, gdyż McGonagall wezwała go do siebie, nim w ogóle zdążył zrobić choć jeden krok. Oczywiście, nawet nie planował się nigdzie wybierać. Dłonie zacisnął w pięści i cały się trząsł. Nie mógł uwierzyć, że to rzeczywiście się dzieje. Dyrektorka konsekwentnie odwoływała się do „planów" Harry'ego Pottera, ale czy rozumiała, że tak naprawdę to żaden nie istniał; że ten cudowny „plan" miał na celu jedynie zapobiegnięcie usunięcia młodszego syna z Hogwartu; że „plan" został już zrealizowany i w rezultacie Harry Potter zostanie osadzony w Azkabanie?
– Wybacz, że nie zauważyłam wcześniej, ale jesteś ranny, Potter. Idź najpierw do Skrzydła Szpitalnego, a następnie…
– Nie mogę tego zrobić – przerwał jej chłopiec, zadowolony, że byli w gabinecie tylko we dwójkę. Nawet głos mu drżał. – Nie mogę tego zrobić. Nie mogę zwyczajnie siedzieć i udawać…
– Możesz i będziesz się tak zachowywał, panie Potter – oświadczyła stanowczo McGonagall. – Może pan, bo nie ma innego wyjścia. Proszę zaufać swojemu ojcu. Jednego jestem całkowicie pewna: on wie, co jest najlepsze.
Albus z determinacją wbił wzrok w podłogę, niepewny, czy to w ogóle możliwe. Mimo to tata o to prosił – czy nie był mu winien wykonania co najmniej jednego nakazu?
– Niech pan nie zawraca sobie głowy nadchodzącym apelem – dodała pani dyrektor. – Proszę się udać w pierwszej kolejności do Skrzydła Szpitalnego, a w drugiej do dormitorium i odpocząć. Cieszę się, że nic panu nie jest – stwierdziła dość niezręcznie i sprawiała wrażenie absolutnie szczerej. Albus podniósł na kobietę wzrok, zaskoczony kierunkiem tej rozmowy. – Cieszę się, że wszystko z panem w porządku, ale najgorsze wciąż przed nami. Niech pan odpoczywa, póki może. Gdy jutro sowy dostarczą poranne wydanie „Proroka Codziennego", ośmielę się twierdzić, że będzie pan miał ręce pełne roboty.
Ślizgon skinął głową i szybko się odwrócił, żeby odejść. Nie miał w rękawie żadnego skutecznego argumentu, który mógł zakończyć powstałą aferę, a to z kolei sprawiło, że łzy napłynęły mu do oczu. Na odchodne obejrzał się jeszcze przez ramię, koncentrując się na zawieszonych na ścianie portretach. Severus Snape wciąż się krzywił, ale Albus Dumbledore przestał pozorować sen – był w pełni rozbudzony i także miał szkliste spojrzenie.
Jak można się było spodziewać, przewidywania McGonagall okazały się spektakularnie poprawne. Opatrzenie twarzy przez madam Clearwater zajęło tylko chwilę, a twardy odpoczynek, który sprezentował mu eliksir słodkiego snu, sprawił, że przez kilka dobrych godzin był niezdolny do logicznego myślenia. Kiedy się obudził, przywitał go widok śpiącej na siedząco obok szpitalnego łóżka ukochanej. Wprawnym, aczkolwiek delikatnym, ruchem, wysunął z jej chłodnych dłoni poranne wydanie „Proroka Codziennego". Na widok wytłuszczonego nagłówka, żołądek boleśnie się zacisnął.
Mężczyzna, Który Zamordował
Ze zmarszczonymi brwiami, zatopił się w lekturze pierwszej strony. Gardło zaciskało mu się z każdym przeczytanym słowem.
Przedstawiciele Ministerstwa Magii potwierdzili dziś rano, że Harry „Chłopiec, Który Przeżył" Potter został formalnie oskarżony o zabójstwo Współszefowej Biura Aurorów, Janine Fischer. Ponadto zapis zeznań Pottera, a także dowody z miejsca zbrodni, potwierdziły jego tożsamość jako dotąd nieuchwytnego Srebrnego Czarodzieja – Renegata, do którego aresztowania Ministerstwo zbliżało się od miesięcy. Oto fragment wyznania oskarżonego:
„Nie miałem zamiaru posuwać się aż tak daleko. Podjęte przeze mnie działania są wynikiem frustracji związanej z brakiem rezultatów w toczącej się wojnie przeciwko Sebastianowi Darvy'emu oraz moich osobistych przekonań, iż Zbawienie Różdżek stały się – dzięki metodyce pracy – organizacją o charakterze militarnym. Stworzona przeze mnie fasada Srebrnego Czarodzieja była sposobem na rozwiązanie dwóch problemów jednocześnie; problemów, które w mojej opinii, nie zostały w pełni rozwiązane. Zrozumiałem, że zachowywałem się szczeniacko, a to z kolei jest niedopuszczalne w Ministerstwie Magii. W pełni akceptuję i pokornie przyjmuję wszelkie kary, które zostaną na mnie nałożone. Co do Janine Fischer – jej śmierć była straszliwym wypadkiem, który miał miejsce podczas bitwy; głupią próbą ukrycia prawdziwej tożsamości Srebrnego Czarodzieja. Moje działania są nieodwołalne i pozostaje mi jedynie przeprosić jej bliskich, a także cały czarodziejski świat".
Pełne zeznanie Harry'ego Pottera dostarczyło tak wiele szczegółów, że niewiele zostało do zbadania w scenariuszu makabrycznej śmierci Janine Fischer. Bitwa, w której wzięli udział zarówno członkowie Mrocznego Sojuszu, jak i Zbawienia Różdżek (choć Warren Waddlesworth kategorycznie zaprzeczył udziałowi swej organizacji w takowym przedsięwzięciu, a śmiałków nazwał „fanatycznymi wyznawcami"), miała miejsce w ustronnej mugolskiej rezydencji, zaledwie dwie mile od najbliższego niemagicznego miasteczka. Podczas przesłuchania Potter przyznał, że używał tej odludnej rezydencji jako kryjówki podczas swoich licznych eskapad w przebraniu Srebrnego Czarodzieja. Kiedy lokalizacja domostwa została odkryta przez Mroczny Sojusz i luźniej związanych ze Zbawieniem Różdżek mężczyzn, doszło do bitwy. Fischer wyśledziła ludzi Sebastiana Darvy'ego i także przybyła na miejsce zdarzeń; tam dokonała przerażających odkryć odnośnie swojego współpracownika. Po bliżej nieokreślonym zbadaniu sprawy doszła do wniosku, że Harry Potter rzeczywiście był Srebrnym Czarodziejem. Oskarżony wyznał, że w akcie desperacji, aby nie dopuścić do późniejszego wydania oświadczenia do wiadomości publicznej, zainicjował atak, który okazał się śmiertelny w skutkach.
Świadectwo Pottera doprowadziło do szeregu komentarzy pracowników Ministerstwa Magii z Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, a także członków Wizengamotu i innych sław obecnych czasów. Na temat tego, czy działania podjęte przez oskarżonego powinny być rozważane w oparciu o jego historię jako bohatera światowej klasy, odpowiedzi udzielił Demetrice Free, były mag sądowy.
„Czarodziejski świat jest winien Harry'emu Potterowi ogromny dług za dokonania, podczas wojny z Voldemortem, ale czy to oznacza, że należy go oceniać, biorąc pod uwagę zupełnie inną skalę? Śmierć Janine Fischer, przypadkowa czy też nie, spoczywa na barkach tego mężczyzny, niezależnie od pierwotnych chęci i zamiarów oraz uważam, że musi być on odpowiednio ukarany. Podobnie, bez względu na motywy, gdy przyjmował tożsamość Srebrnego Czarodzieja, łamał liczne prawa. Nie można robić szczególnych wyjątków dla tych, którzy w przeszłości wykazali się heroicznymi aktami. Osadzenie w Azkabanie Harry'ego Pottera z pewnością wielu zasmuci, ale każdy inny wyrok sądu były parodią tego, co według nas jest zgodne z prawem".
Osąd miał miejsce natychmiast po wyznaniu win, a oskarżony oczekuje obecnie na wyrok: za swoje zbrodnie może otrzymać od dwudziestu do czterdziestu lat pozbawienia wolności. Po roku czasu przypadek Harry'ego Pottera zostanie ponownie przebadany, a jeżeli w międzyczasie pojawi się więcej dowodów w sprawie, zostanie rozważona opcja monitorowanego zwolnienia warunkowego.
Albus przestał czytać i zaczął gorączkowo przerzucać dalsze strony, żeby zobaczyć, co jeszcze go ominęło podczas snu. Nagłówki same rzucały mu się w oczy i wwiercały w głowę.
Czy Minister zrezygnuje z funkcji?
Waddlesworth zabiera głos!
Srebrny Czarodziej był tworem Ministerstwa?
Szelest kartek zbudził dziewczynę, która zaczęła się poruszać. Albus wbił wzrok w jej spokojną postawę, która stanowiła całkowite przeciwieństwo tego, jak zachowywała się jeszcze przed kilkoma godzinami. Wtem uderzyły w niego wyrzuty sumienia – przypomniał sobie, jak perfidnie jej nakłamał i złożył obietnicę, której ani przez chwilę myślał dotrzymywać. Miał wrażenie, że ta konkretna sprawa nie jest w pełni zakończona.
Gdy opuścił skrzydło szpitalne i wszedł do Pokoju Wspólnego, wszystko stało się jasne: współdomownicy także uważnie przestudiowali gazetę: napotkał mur sugestywnych spojrzeń, ściszonych szeptów, wyciągniętych do przodu palców i niezrozumiałych chrząknięć. Niektóre miny były zdezorientowane, inne zirytowane. Dopiero gdy w dormitorium zauważył identyczne krzywe miny Scorpiusa i Morrisona, dowiedział się o tym, co się wydarzyło w szkole.
Zgodnie z zapowiedzią McGonagall zwołała wczoraj obowiązkowy apel. Ogłosiła na nim, że Srebrny Czarodziej został zdemaskowany i schwytany, a Współszefowa Biura Aurorów, którą Hogwart gościł przed kilkoma miesiącami, nie żyła. Puckerd przez dłuższą chwilę szlochał przy stole nauczycielskim, po czym wstał bez słowa wyjaśnienia i opuścił Wielką Salę. Nie oczekiwano jego powrotu, a co za tym idzie: Eliksiry zostały odwołane. Dyrektorka nie rozdrabniała się w szczegółach akcji, a więc detale bitwy uczniowie poznali dopiero następnego dnia.
– Zgaduję, że zapoznaliście się z prasą? – zapytał przyjaciół.
Obydwaj skinęli uroczyście głowami. Morrison wysunął się jednak przed szereg i poklepał go po plecach.
– Jesteśmy z tobą, stary – zapewnił, a Scorpius zgodził się z nim ze skinieniem. – Nie pozwolimy ci przejść przez to bagno w pojedynkę.
Następne dni minęły Albusowi niczym rozmazana plama, a twarze znajomych zdobiły zupełnie nowe emocje. Żaden mecz Quidditcha ani wcześniejsze wiadomości nie mogły równać się z tym, do czego teraz zmuszony był przywyknąć. Wiedział, że nie tylko on miał ciężko: siostrze i bratu także rzucano nieprzychylne spojrzenia – z rogów korytarza, czy nawet sal lekcyjnych, z każdego Domu. Gdy Srebrny Czarodziej mierzył się z Mrocznym Sojuszem, ludzie gorąco mu kibicowali, lecz morderstwo członka Ministerstwa Magii wiele zmieniło. Zmniejszyła się także cała wiarygodność, na którą Harry Potter pracował przez ostatni rok. Ogólnie rzecz ujmując, było jeszcze gorzej, niż kiedy przypięto mu etykietę „zhańbionego byłego aurora".
Albus czuł się komfortowo tylko w zaufanym towarzystwie, które znało prawdę. Nie dlatego, że omawiali minione wydarzenia, ale dlatego, że sprawa wisiała nad nimi wszystkimi; niematerialny, wszechobecny sekret zjednoczył całą grupę, dokładnie tak, jak powiedziała wcześniej pani dyrektor. Czuł się okropnie, ponieważ jego przyjaciele także byli odbiorcami tych nieprzychylnych spojrzeń; cierpieli przez związek z nim, lecz nie mieli nic przeciwko. Wciąż rozmawiali o przewidywanych wynikach egzaminów, a Scorpius zapraszał Albusa o partyjkę szachów. Co więcej, nie wszyscy byli surowi w swej ślepej nienawiści z powodu rzekomych działań Harry'ego. Zapłakana Melonie – z ramionami owiniętymi wokół szyi Morrisona – wyznała, że nie obchodzi ją, co takiego uczynił Harry Potter, ponieważ syn nie powinien dziedziczyć grzechów ojca. Lance, najpewniej przez wzgląd na Rose, gdy widział go na korytarzu, mijał zupełnie bez wyrazu. Nauczyciele z kolei, bez względu na to, czy zostali wskazani na potencjalnych powierników tajemnicy, czy też nie, różnili się tylko i wyłącznie tym, że kiedy na niego patrzyli, uśmiechali się przepraszająco.
Albus najgorzej się czuł z powodu członków rodziny, których życie zostało wywrócone do góry nogami. Hugo, dzięki powiązaniu z „Mężczyzną, Który Zamordował", stracił wszystkich przyjaciół, których zdobył w zeszłym roku, a przez to cała familia Weasleyów trzymała się w kupie jeszcze bardziej, niż zazwyczaj. Lily, która w rzeczywistości z nikim nie nawiązała bliższych relacji, wyłączając z tego rodzinny krąg, została doprowadzona do łez przez grupę szóstorocznych Krukonów; następnego dnia w podejrzany sposób wszyscy trafili do skrzydła szpitalnego. Z tego, co chłopiec usłyszał, wybrali niewłaściwy korytarz do nękania młodszej koleżanki – ten, na którym często patrolował James.
Zdaniem Albusa, bratu powodziło się najgorzej. To miał być jego rok – kończył szkołę i wygrał Puchar Quidditcha, a teraz czekała go ceremonialna, sentymentalna podróż powrotna łódką po jeziorze, z głową pełną myśli o osadzonym w więzieniu ojcu.
Ślizgon bezczynnie pozwolił, aby dni mijały na rozmowach z rówieśnikami; poniekąd ustalił także harmonogram spotkań z tymi, z którymi wciąż przystawał na dłużej. Około półtora tygodnia przed końcem semestru wstąpił na herbatkę do Hagrida, gdzie jedyną prawdziwą atrakcją okazała się osobliwa pogadanka na temat wyników z egzaminów. Chociaż Albus wiedział, że zaprzyjaźniony półolbrzym był jednym z najbardziej godnych zaufania ludzi, rozumiał także, iż jego łagodne i spokojne usposobienie znacznie utrudniało poruszanie delikatniejszych, wrażliwszych spraw. I takim właśnie rytmem, następnego dnia odbył bardziej prywatną rozmowę w cztery oczy ze Scorpiusem – z której, jak to się dowiedział, Malfoy próbował całkowicie zapomnieć o swoich uczuciach do Rose.
– Szczerze mówiąc, tak naprawdę to nigdy nie rozumiałem tej twojej mięty – wyznał, uważnie patrząc pod nogi. Razem ze Scorpiusem spacerowali obok jeziora. Piękna pogoda uniemożliwiała zaszycie się w zamkowych murach, a ponieważ Morrison i Melonie pluskali się w wodzie, mogli swobodnie pokonwersować.
Blondyn zmarszczył brwi i wzruszył ramionami.
– Nie spodziewałem się, że od razu załapiesz – stwierdził oschle.
– Mówię poważnie! – Albus prawie potknął się o wystającą skałę i cudem uniknął wpadnięcia do wody. – Mam na myśli to, że… no, tak poza tym, ona jest moją kuzynką, więc to może być trochę trudne…
– To był pościg, stary – odpowiedział szybko Scorpius. – Rose jest mądrą, ładną i motywującą do pracy dziewczyną. Lubię wyzwania. Wydaje mi się jednak, że po raz pierwszy… dopiero w tym roku… zdałem sobie sprawę, że to jej osobowość stała na przeszkodzie.
W pocieszającym geście Albus poklepał przyjaciela po ramieniu.
– I ilekroć spojrzysz na jej wybranka, chcę ci o tym przypomnieć. Chociaż to nadal dobra wiadomość: Lance wyjeżdża w tym roku.
– Przyznaję, że to wciąż trochę podnosi mnie na duchu. – Uśmiechnął się słabo Malfoy.
Mimo że Scorpiusowi udało się osiągnąć pewien poziom odgrodzenia od sentymentalnych uczuć do pierwszej ukochanej, Albus miał trudności z własnym życiem miłosnym. Po raz pierwszy od pierwszego roku Mirra zachowywała się wokół niego nieprzewidywalnie – w pewnych momentach przytulała się do jego koszuli, sprawiając wrażenie wystraszonej, jakby w jakiś dziwaczny sposób znów narażał się na niebezpieczeństwo, a w innych zupełnie go ignorowała, kiedy się odzywał. Ślizgon nie był aż tak głupi: dobrze wiedział, że wciąż zmagała się ze sprzecznymi emocjami, jak najlepiej poradzić sobie z faktem, że z premedytacją i paskudnie ją okłamał. Z jednej strony była na niego piekielnie zła, lecz z drugiej takie miotanie się tylko udowadniało, że wciąż jej na nim zależy.
Wewnętrzna walka zakończyła się na kilka dni przed końcem roku szkolnego. Albus, mający dość otrzymywania pogardliwych bądź rozczarowanych spojrzeń wszędzie poza terenem swojego dormitorium, zdecydował, że tradycyjne sanktuarium – Pokój Życzeń – było najlepszym miejscem do spędzenia ostatnich hogwardzkich dni. Mirra, która przez większość czasu nie odstępowała go na krok, podążyła za nim.
Przekroczywszy próg nienanoszalnej komnaty, wszystko od razu stało się jasne: w powietrzu nie unosił się żaden romantyczny nastrój, ani nawet nie było najmniejszych wskazówek, że czas we dwoje skończy się na czymś więcej niż niewinnych pogaduszkach. Pokój Życzeń przybrał wygląd przytulnego pomieszczenia, które przywodziło na myśl bardziej strefę wypoczynkową niż idealną miejscówkę do sprzeczki. Na podłodze leżał rozłożony puchaty, zielony dywan, a kanapa stała naprzeciwko kominka. Albus, który upodobał sobie bardziej miękką sofę aniżeli dwa fotele, rozłożył się na puchowej poduszce i nim minęła chwila, poczuł, że Mirra do niego dołącza; przyległa plecami do jego klatki piersiowej w ten sposób, że podbródek miał bezpośrednio powyżej czubka jej głowy. Przez kilka minut leżeli w milczeniu, skupiając się na przyjemnym trzasku paleniska.
– Nie wiem, co mam robić. – Ciszę przerwała Gryfonka. Brzmiała na bardzo przygnębioną, co sprawiło, że żołądek Albusa zacisnął się boleśnie. Ostatnimi czasy myślami błądził wokół taty bądź Fairharta, lecz teraz wytężył umysł, żeby nadążyć nad osóbką, która była w niego wtulona.
– Co masz na myśli? – zapytał niskim głosem.
– Złamałeś złożoną mi obietnicę. A przedtem mnie okłamałeś i ugłaskałeś…
Nagle Albus poczuł się niezmiernie zadowolony, że leżą w takiej pozycji, a nie na odwrót. Nie miał żadnych wątpliwości, że po ostatnim zdaniu zaczerwienił się niczym piwonia.
– Wiem – skrzeknął, lecz nie doczekał się odpowiedzi. Przełknął gulę w gardle i kontynuował: – A więc zrywasz ze mną? – zapytał, mając nadzieję, że znaczny sarkazm zatuszuje odczuwany strach; plan się nie powiódł.
– Nie wiem – stwierdziła i choć nie mógł widzieć jej twarzy, był pewien, że płakała. – Obawiam się, że… Nie chcę, żeby to się powtórzyło – wyznała niezręcznie. – Nie jestem pewna, czy dam radę znów przez to przejść.
– To jak? Bo… bo nie przestrzegam twoich zasad…
– Nie chodzi o zasady, Albusie! – powiedziała stanowczo i przekręciła się na łóżku, teraz bezpośrednio leżąc z nim twarzą w twarz. Miał rację co do swoich przypuszczeń – była zapłakana. – Nie jestem twoją matką. Nie zamierzam sprawić, abyś obiecywał mi różne rzeczy, a potem w ramach kary odsyłać do pokoju, gdy nie dotrzymasz słowa! Martwisz mnie, Albusie. Jestem chora ze strachu o ciebie! Nieustannie! W ciągu tych trzech lat byłeś w o wiele większym niebezpieczeństwie niż jakakolwiek inna normalna osoba – niekoniecznie nastolatek. I za każdym razem, gdy w głowie powtarzam, że nie muszę się o ciebie martwić, zwodzę samą sobie!
Albus nie miał nic na obronę, ale nie potrafił oderwać od dziewczyny wzroku. Co takiego powinien jej powiedzieć? Że miała absolutną rację i nie zrobił nic więcej, poza byciem niewyobrażalnym idiotą? Że zasługiwał na ten związek – jedyny skrawek szczęścia, do którego wciąż mógł przylgnąć, bez względu na swe głupie czyny? Czy tego właśnie chciała? Prawdy?
– Nawaliłem. Znowu – oświadczył, a wyznanie to jakby zwolniło blokadę i stało się katalizatorem własnych łez, choć nie było ich za wiele. – Wiem, że mówię to za każdym razem, ale to wszystko, co mogę ci powiedzieć. I przepraszam, że powtarzam tę głupotę; że się o mnie martwisz. Nigdy nie chciałem, żebyś tak się o mnie zamartwiała – oświadczył i zdziwił się, że się ani razu nie zająknął. Słowa wypływały z niego bez wysiłku, jakby rozmyślał nad nimi od miesięcy. – Nigdy nie chciałem cię rozczarować ani sprawić, żebyś czuła się okropnie. Wszystko, o czym marzę, to cię uszczęśliwić. To tyle! Jeżeli to niewykonalne i jeśli chcesz dziś zakończyć nasz związek, nie wysunę przeciwko tobie ani jednego argumentu.
Z sekundy na sekundę ronił coraz więcej łez, boleśnie świadom dlaczego: wszystko, co wyznał na głos, było czystą prawdą i nie był pewien, czy dziewczyna rzeczywiście mu uwierzy. Mirra nadal się w niego wpatrywała i najwidoczniej nie myślała odwrócić wzroku. Niezwykle piękne szare oczy wbite były niczym w obrazek w szmaragdowe tęczówki – Gryfonka była w pełni skupiona. Po dłuższej chwili lustrowania wyrazu jego twarzy, w końcu podjęła decyzję.
– Sprawiasz, że jestem szczęśliwa. – Przysunęła się bliżej i wtuliła mocniej. – Po prostu… po prostu czasami potrafisz być takim okropnym, wkurzającym głupkiem!
Im bliżej było do końca roku, Albus zdał sobie sprawę z tego, jak większość zamku była mało poinformowana w porównaniu do świata zewnętrznego. Obserwując nagłówki gazet, doszedł do wniosku, że średnio trzy razy dziennie pojawia się w nich nazwisko Harry'ego Pottera, a przez to niemożliwe było dowiedzenie się o nowym magicznym nabytku Sebastiana Darvy'ego – choć Ministerstwo Magii i tak zapewne nie chciało, aby rozpisywano się na temat Zasłony Skazańca. Wydawało się, że nikt nawet nie był świadomy tego, że zeszłoroczna nauczycielka Eliksirów była martwa, a tym bardziej że były wykładowca Obrony przed Czarną Magią uciekł z jej ciałem. Ludzie wiedzieli tylko to, co przeczytali w „Proroku". Było dokładnie tak, jak przewidział ojciec.
Zapanowała codzienna rutyna: pojawiał się kolejny artykuł na temat przyznania się taty do winy, a potem czyjś komentarz. To była jedyna rzecz z bieżących światowych wydarzeń, o której można było dyskutować, nawet w środku wojny i w cieniu potencjalnego obywatelskiego buntu. Ślizgon szybko się tym zmęczył i zrozumiał, że ignorancja otaczających go osób stanowiła tylko potwierdzenie, że Harry osiągnął swe cele: naprawdę zamierzał wziąć na siebie winę Srebrnego Czarodzieja.
Albus wiedział, że musi poradzić sobie z tą szczególną intrygą; wiedział, że jeżeli tego nie zrobi, tylko zniesławi człowieka, który poświęcił praktycznie wszystko – ale to nie znaczyło, że koniecznie musiał brać w tym udział. Rankiem ostatniego dnia szkoły otrzymał list od matki, w którym przekazała mu, że na razie jest dobrze i powinien spodziewać się normalności po powrocie do domu. Chłopiec skulił się natychmiast, gdy skończył czytać korespondencję.
Ponadto o wiele bardziej skandaliczne będzie to, co wydarzy się na zakończenie semestru – kiedy wspaniała pani dyrektor raz jeszcze – na szczególne życzenie Harry'ego Pottera – będzie musiała powtórzyć „prawdę". Albus się w to nie zaangażował. W zeszłym roku opuścił ucztę w połowie świętowania, a w tym nawet nie kłopotał się przywędrowaniem do Wielkiej Sali. Specjalnie przygotowane przez skrzaty domowe na tę okazję pyszności nie były warte nieprzyjemnych spojrzeń ani bzdur, których z pewnością musiałby cierpliwie wysłuchać i przyjąć za stwierdzone fakty. Zamiast tego dokończył pakowanie swego bagażu – bo wcześniej wpadł w dziwny letarg i zupełnie to zaniedbał – a potem spędził czas, leżąc na plecach w dormitorium; z niewytłumaczalnego powodu bawił się błyszczącym srebrnym pierścieniem.
Dlaczego nadal ściskał ten kawałek metalu, jakby był czymś wyjątkowym? Wiedział, że gdzieś głęboko w jego podświadomości musiał istnieć choć symboliczny powód, ale na chwilę obecną nie potrafił go dobrze określić. Czy pierścień miał mu przypominać o człowieku, którym niegdyś był Sancticus Fairhart, zanim ponownie zwrócił się ku egoizmowi i wściekłości? Czy chciał w ten sposób wspominać mężczyznę, który niegdyś stał na piedestale jako postać, którą można było szczerze podziwiać za wiedzę, mądrość, siłę i umiejętność zatarcia granic pomiędzy dobrem a złem? A może powinowactwo do pierścienia było jeszcze jednym przypomnieniem o ojcu, który mu go podarował, gdyś uważał to za słuszne? Tata dziwacznie wciąż gościł w umyśle Albusa i zawsze wiedział, co należy zrobić, gdy syn był w potrzebie…
Z tymi myślami zapadł w sen, a kiedy obudził się następnego dnia, był w pełni gotowy całkowicie zostawić za sobą ten rok.
Dreptanina przed poranną jazdą pociągiem była jak zawsze energiczna, choć w tym roku jeszcze wyrazistsza – być może dlatego, że spakował się poprzedniej nocy i po prostu postanowił się poprzyglądać, jak inni, poszukując swoich rzeczy, niespokojnie się krzątają. Zbłąkane skarpetki zostały podniesione z podłogi, podręczniki poupychane po kufrach i oczywiście, uczniowie biegali po zamku w amoku, żeby pożegnać się z przyjaciółmi, zupełnie jakby na peronie mieli się już nie zobaczyć. Melonie bardzo wylewnie pożegnała się z Denise Toils, ale Albus podejrzewał, że stało się tak dlatego, że większość jazdy planowała spędzić w przedziale ze swoim chłopakiem.
Listy z pouczeniem, że podczas letnich wakacji nie należy używać magii, zostały rozdane uczniom na godzinę przed południem. Chwilę potem wszyscy żegnali się z zamkiem i nie trzeba było długo czekać, żeby stłoczyli się na stacji w oczekiwaniu na wejście do pięknie szkarłatnego pociągu. Albus w oddali dostrzegł, że Rose praktycznie przykleiła się do ramienia Lance'a – sprawiała wrażenie zdenerwowanej, ale w końcu była to ich ostatnia wspólna podróż. James także był ze swoją dziewczyną i nie wyglądał na wybitnie przygnębionego – śmiał się z czegoś, co przed momentem powiedziała.
Bartleby Bing i Dante Haug pomachali do Albusa na wpół przyjaźnie, zanim weszli do pociągu. Była to forma paralingwistyki*, do której zdążył się już w pełni przyzwyczaić; używały jej zazwyczaj osoby, które nie przepadały za Harrym Potterem, ale osobiście do niego nic nie miały.
Chłopiec spojrzał w szare niebo i momentalnie wyczuł zbliżający się deszcz. Dzień był parny i nie było tajemnicą, że szanse na opuszczenie pociągu i wejście na suchą platformę 9¾ były minimalne. To zabawne, jak bardzo mógł zwracać uwagę na coś tak przyziemnego jak pogoda, gdy chciał zignorować to, co go otaczało. Wszedł do czerwonego ekspresu z nadzieją, że uda mu się całkowicie oczyścić umysł z niechcianych myśli – niestety, nadaremnie. Ten rok żegnał z innymi niż zazwyczaj odczuciami; czymś ponad żalem lub złością. Piąty rok spędzony w Hogwarcie przebiegał całkiem dobrze, zanim nie podjął głupiej decyzji, żeby wpakować się w bagno na nieznanym terytorium. Po części odniósł wrażenie, że wsiadając do pociągu, pozostawia za sobą ten nieszczęsny błąd, stanowiło to swego rodzaju oczyszczenie, lecz z drugiej strony wydawało mu się, że porzuca sytuację, za którą był w pełni odpowiedzialny.
Nie obwiniał się za śmierć Idy Blackwood. Nie prosił jej, żeby zdecydowała się zawrzeć takowy pakt z Fairhartem, ani nie zwrócił się do tego mężczyzny o tę gwarantowaną ochronę. Nie obwiniał się także o śmierć Janine Fischer – z całą pewnością nie kazał jej się śledzić. Jedyne poczucie prawdziwej winy, jakie w sobie nagromadził – to znajome poczucie winy, które myślał, że zostawił za sobą – dotyczyło taty. Może i nie poprosił ojca o to, co ten uczynił, ale mężczyzna tak naprawdę nie miał większego wyboru. Wyrzuty sumienia przywiodły Albusowi na myśl jeszcze jedno: cud rektyfikacji**. Czy można zrobić coś, aby naprawić wyrządzone krzywdy?
Był zatopiony w myślach, kiedy poczuł lekkie pchnięcie do przodu. Odwróciwszy się, zobaczył, że był to Scorpius.
– Nie wstrzymuj ruchu, stary. I tak nie masz już za dużo fanów…
Albus skinął głową i wznowił chód. W głowie aż mu się kłębiło od myśli; był nimi aż oszołomiony. Co chwilę zaglądał do przedziałów przez oszklone drzwi, żeby sprawdzić, czy są zajęte. Po drodze, wewnątrz jednego z nich, dostrzegł grupę dziewcząt z trzeciego roku – skrzętnie coś notowały na kartkach pergaminu, najprawdopodobniej chcąc się potem wymienić informacjami. Jedna z nich miała na sobie czarny podkoszulek, w którym rozpoznał ten konkretny model sprzedawany w Hogsmeade – srebrny emblemat miecza pięknie połyskiwał na tle ciemnego materiału…
– Harry Potter Srebrnym Czarodziejem? – Warren Waddlesworth zaśmiał się w głos, unosząc do góry zgniecioną gazetę. – Kto w ogóle wierzy w te brednie?
Siedział przy biurku, a wspaniałe rude włosy luzem opadały mu na ramiona. Odziany był w nieskazitelny śnieżnobiały garnitur. Naprzeciw niego stała rosła postać: potężny, chytrze łypiący okiem Młot, który wyglądał, jakby ostatnimi czasy miewał tylko gorsze i złe dni; rękę miał wciąż zawieszoną na temblaku.
– Myślisz, że został wrobiony? – zapytał głupio osiłek.
Waddlesworth zachichotał.
– Uważam, że biedny Harry Potter został zmuszony do zatajenia informacji, jakoby jego młodszy syn podczas roku nauki bezprawnie przebywał poza terenem szkoły. Sądzę więc, że stworzył skomplikowaną mistyfikację, aby skupić na sobie całą uwagę. Och, ależ ja kocham męczenników…
– Mógłbym złożyć zeznanie, że widziałem chłopca na miejscu zbrodni. – Uśmiechnął się szeroko Młot, obnażając przy tym żółte zęby. – To sprawi, że ofiara Pottera pójdzie na marne.
Waddlesworth znów wybuchnął śmiechem, w którego trakcie rzucił gazetę na blat biurka. W odprężającym geście splótł ręce za głową.
– Bardzo bym chciał, Zydrunasie – stwierdził. – Niemniej jednak takim oświadczeniem przyznałbym, że także byłeś w tej posiadłości, a to z kolei byłoby jasnym dowodem, że to ja cię tam posłałem. Poza tym nieźle się nagimnastykowałem i natrudziłem, aby udowodnić, że ci idioci, którym powierzyłem proste zadanie przechwycenia kawałka tkaniny, nie mają ze mną nic wspólnego. Nie. W żaden sposób nie mogę pokazać, że Zbawienie Różdżek miało swój udział w tym fiasku.
Młot zmarszczył brwi. Przez ułamek sekundy wydawał się bardzo z siebie zadowolony.
Waddlesworth klasnął w dłonie, chcąc wyrwać swojego podwładnego z otępienia.
– Nie obawiaj się, Zydrunasie. Mamy na horyzoncie coś znacznie ciekawszego niż pogorszenie i tak nieszczęśliwego życia Harry'ego Pottera. Dziś jest dzień radości. Tak na początek, Srebrnemu Czarodziejowi skończyły się nasze włosy.
– Ale przecież powiedziałeś, że…
– Harry Potter nie był Srebrnym Czarodziejem, Zydrunasie. Jest zbyt szlachetny, by wyrządzić i spowodować tyle szkód. Z informacji, które mi przekazałeś, można łatwo ustalić prawdziwą tożsamość zamaskowanego „promyka światła".
Na to oświadczenie Młot uniósł brwi, widocznie zmieszany.
– Jeżeli to, co mi powiedziałeś, jest prawdą, to Srebrny Czarodziej najpierw cisnął w ciebie zaklęciem, a potem wciąż uważał cię za największe zagrożenie. Nie wystrzelił klątwy tylko w kierunku Blackwood i chłopca. – Uśmiechnął się szeroko Waddlesworth. – Znam tylko jednego człowieka, który kierowałby się takimi priorytetami. – Młot znów się spiął a Warren skomentował to śmiechem. – Stan psychiczny naszej drogiej zdrajczyni Idy, o którym mi tyle opowiedziałeś, jest dowodem na to, że manipulowano jej umysłem; to stanowi dowód jego przetrwania. Mimo to Srebrny Czarodziej nie jest prawdziwym zagrożeniem. Jeżeli Potter wziął na siebie całą winę, to oczywiście jest boleśnie świadom tego, że nasz dobry przyjaciel Sancticus skończył udawać bohatera. Zostaje mi więc tylko założyć, że ta konkretna ofiara w bitwie okazała się dla niego zbyt tragiczna i niemożliwa do zniesienia.
Oboje zachichotali, choć osiłek cieszył się bardziej z końcowego żartu. Przestał w momencie, kiedy i Waddlesworth zamilkł.
– Po rozwiązaniu tego problemu będziemy mogli zacząć robić postępy. Ministerstwo po raz ostatni zawiodło swoich obywateli – to ostatnia kropla w czarze goryczy. Nadszedł czas, aby dać ludziom rząd, u którego podstaw nie ma korupcji czy zamieszania.
Warren po raz ostatni podniósł pomiętego „Proroka", tym razem przewracając stronę i palcem wskazując na wytłuszczony, dobrze rokujący na przyszłość, nagłówek: Minister rezygnuje z urzędu!.
– Potrzebuję twojej opinii na temat niektóry haseł kampanii wyborczej, Zydrunasie. – Wyraz twarzy Waddleswortha całkowicie się zmienił.
– No dalej, do przodu. No dalej. – Scorpius popychał przyjaciela do przodu.
– W porządku, w porządku. – Albus był niezadowolony, lecz nie mógł sobie wyobrazić, w jaki sposób dalsze dźganie w plecy miało mu pomóc w jak najszybszym znalezieniu wolnego przedziału. Tyle dobrego, że Morrison i Melonie, którzy maszerowali za Malfoyem, dodatkowo nie narzekali.
Wściekle wsunął się do następnego napotkanego, chcąc zająć w nim miejsce, nawet jeżeli był zajęty, ale szybko się rozmyślił, kiedy potępiono jego osobę. Przedział zajmowali pierwszoroczni, którzy dziwacznie zsynchronizowani, jakby na znak wyciągnęli przed siebie palce i zaczęli go wytykać, szepcząc przy tym coś, co nawet nie brzmiało podobnie do słów…
Zasłona Skazańca stała na środku paskudnej komnaty, otoczona przez zakapturzone postacie w czarnych szatach. Wszyscy zdjęli swe czerwone maski i wpatrywali się w siebie nawzajem z niespokojnymi wyrazami twarzy. Chcieli być świadkami wyniku eksperymentu. W tym kręgu był jednak jeden człowiek, który wyglądał, jakby do nich nie przynależał.
– Mocno go trzymajcie – nakazał Sebastian Darvy i omiótł niebezpiecznie szalonym spojrzeniem owego mężczyznę; jego twarz ozdobił szyderczy uśmiech. – Pozwólmy donosicielowi doświadczyć tego z pierwszej ręki.
Nie było sensu tego mówić, ponieważ Fango Wilde nie rwał się do bitki. Zwyczajnie stał w tłumie, podczas gdy jego szaty trzymało dwóch członków Mrocznego Sojuszu. Twarz czarodzieja była zakrwawiona i posiniaczona, a odzież miejscami nadpalona. U jego stóp leżała przełamana na pół różdżka.
Darvy powoli zbliżył się do Zasłony, a czarny płaszcz – podobnie jak sama płachta – unosił się w powietrze przy każdym kroku. Gdy dobył świecącej złotym światłem różdżki z rękojeścią w kształcie czarnego kła, w niebieskich oczach można było dostrzec maniakalny błysk.
– Patrzcie – powiedział śpiewnym głosem do uważnych obserwatorów. – Przyglądajcie się, w jaki sposób zapoczątkowuję erę końca… – Uniósł Smoczą Różdżkę i wycelował nią w Zasłonę Skazańca. Materiał, co najciekawsze, pomimo braku podmuchu wiatru, zaczął trzepotać niezwykle gwałtownie. Stłoczeni wokół ludzie jęknęli w nieskrywanym podziwie, a w oczach wielu widać było radosne ogniki.
Z samego środka Zasłony, spod czarnej płachty, wysunęła się zgniła ręka. Kilku obserwatorów krzyknęło w zaskoczeniu, a wielu odskoczyło w tył z nieskrywaną odrazą. Trupia dłoń sprawiała wrażenie opętanej – zaczęła łapać powietrze i drapać bliżej nieokreślony cel. Nie minęło dużo czasu, nim spod delikatnej tkaniny wysunęła się druga ręka, a po niej następna i następna…
– Chcecie tego, prawda? – Darvy zachichotał.
Było ich tak dużo, że zliczenie wszystkich stanowiło niemożliwe wręcz zadanie. Niektóre były nieludzko wychudzone i bardzo długie, miały prawie szkieletowe ramiona, a towarzyszył im nieprzyjemny dla ucha dźwięk z trudem łapanego powietrza…
– No wreszcie! – parsknął Scorpius, gdy usadowili się w wolnym przedziale praktycznie na samym końcu pociągu.
Albus osunął się na siedzenie, podczas gdy blondyn zajął miejsce naprzeciwko niego. Morrison i Melonie także usiedli, ale wtem dziewczyna zaalarmowała wszystkich niespodziewanym krzykiem.
– O nie, zaczekajcie! Właśnie sobie przypomniałam, że muszę oddać Denise jej kosmetyczkę…
– Nie możesz tego zrobić, kiedy wysiądziemy z pociągu? – zapytał Morrison.
Melonie spojrzała na chłopaka niczym na największego w świecie głupka.
– To nie ma żadnego sensu – stwierdziła oczywistą oczywistość. – Cały sęk w tym, żeby umalować się przed przyjazdem na stację…
– Ugh, no dobrze. – Morrison skapitulował i uścisnął dłoń swojej dziewczyny. – Wrócę do was, chłopaki.
– Pewnie. Za jakieś dwie godziny – wymamrotał pod nosem Scorpius, a Albus, powstrzymawszy się od złośliwego komentarza, tylko skinął głową na wychodzącego przyjaciela. Był to niemy znak, że upewni się, że miejsca pary pozostaną puste.
Morrison i Melonie wyszli, zostawiając otwarte drzwi do przedziału, żeby ktoś inny mógł się wślizgnąć do środka. Mirra cały czas tuptała za nimi – wcześniej na stacji zatrzymała się na moment, aby pożegnać się jeszcze z Eckleyem i Hornsbrookiem. Kiedy zamknęła za sobą drzwi, podskoczyła, ponieważ na dworze potężnie grzmotnęło.
– Będzie nieźle lało – stwierdził nonszalancko Albus, przez szybę wpatrując się w szare, burzowe niebo; pierwsze krople wody spłynęły po prostej szklanej tafli, zostawiając po sobie mokre smugi. Mirra usiadła obok, a potem złapała go za rękę i oparła głowę na ramieniu. Chłopiec odwzajemnił gest i splótł ich palce razem.
Scorpius wyrzucił do góry ręce i się leniwie przeciągnął. Kiedy skończył, nie wyglądał, jakby miał problem z czułościami pary z naprzeciwka.
– Świetnie. Mnie też przypilnujcie miejsca, bo muszę skoczyć do toalety… – I opuścił przedział.
Albus za nim machnął, sygnalizując, że przyjął informację do wiadomości. Mimo miłego towarzystwa wciąż głowił się nad czymś zgoła innym. Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu myślał teraz głównie o Fairharcie. Bezwiednie ręką sięgnął do kieszeni, gdzie znów wyczuł srebrny pierścień, który nigdy wcześniej nie ciążył mu tak bardzo…
Deszcz przeistoczył się w ulewę. Sancticus Fairhart upadł w błoto na kolana, a po rozwichrzonych włosach spływała mu woda. Pochylił głowę tak bardzo, że niemal dotykał czołem cmentarnej ziemi.
W pobliżu nie było innych grobów. Czarodziej klęczał przed samodzielnie wykopaną mogiłą. Nie wybrał tego cmentarza przez wzgląd na sentymentalną wartość – nie leżał tu nikt, kogo wcześniej znał. Zdecydował się akurat na niego z powodu nawiedzonego uroku, stwierdzając, że jest to miejsce, które jednocześnie mogłoby rozniecić smutek i uwieść; była to idealna lokalizacja dla tego wyjątkowego pochówku.
Wbił dłoń w miękką ziemię, a następnie zagarnął trochę, wyciągnął na zewnątrz i pozwolił, aby wręcz spłynęła mu po brudnych palcach. Tu złożył do grobu Idę Blackwood – bez trumny, bez nagrobka, po prostu w piach. Był to pogrzeb najmniej znamienitszego kalibru; jedyny, jaki mógł ofiarować kobiecie, która kochała go ponad własne życie.
Chociaż deszcz co rusz zmywał z jego twarzy słone łzy, nawet potężny grzmot nie mógł zagłuszyć wstrząsającego nim szlochu. Sancticus Fairhart mógł tylko klęczeć podczas burzy i pozwalać, aby oblicze rozświetlała mu błyskawica. W dłoni ściskał różnobarwną dziecięcą zabawkę – jeżeli być dokładnym: grzechotkę. Zacisnął mocniej palce na uchwycie, a następnie we łzach przyciągnął ją do piersi.
– Przepraszam. Wybacz – wyszeptał do grzechotki, jakby była prawdziwą osobą. – Przyniosłem ci tyle wstydu…
– Wszystko w porządku, Albusie? – Mirra była zaniepokojona.
Chłopiec przycisnął policzek do szyby i wyjrzał na zewnątrz. Deszcz się wzmógł, przez co widoczność była praktycznie zerowa.
– Nic mi nie jest – odpowiedział. – Tak się… tak sobie tylko rozmyślam…
Och, to z pewnością była prawda. Co dziwne, pociąg jechał z pełną prędkością, a Albus nawet nie zarejestrował momentu, w którym zaczął się poruszać. Wypuścił z dłoni pierścień i nagle targnęły nim mdłości z powodu trzymania go w uścisku. Dlaczego myślał o byłym nauczycielu, skoro to ojciec najbardziej cierpiał? Harry Potter… został osadzony w jakiejś ciemnej klitce na kompletnym odludziu…
Odrażający korytarz kończył się stalowymi drzwiami – jako jedyne sprawiały wrażenie na tyle solidnych, aby nie powalił ich byle podmuch wiatru. Na metalowej tabliczce widniał napis „Zaostrzony Rygor".
Mężczyzna odziany w szare szaty dotarł do wrót. Miał długie siwe włosy, które wspaniale komponowały się z peleryną, a także szorstko wyglądającą twarz, niemal pozbawioną wszelkich krzywizn zmarszczek. Azkabański strażnik wyciągnął różdżkę i, maksymalnie skoncentrowany, zaczął przecinać drzwi niewidzialnymi ostrzami na wiele różnych sposobów. Wreszcie po ponad minucie skomplikowanej pracy rozległo się charakterystyczne kliknięcie i drzwi się otworzyły.
Czarodziej wszedł do środka i przewrócił oczami na widok, który go zastał. Wewnątrz był jeden strażnik, dokładnie w tym samym miejscu, co ostatnio: siedział na małym srebrnym krześle i niecierpliwie pochylał się do przodu, jakby mając nadzieję na rozmowę ze słynnym więźniem.
Harry Potter był zamknięty w brudnej celi, a jego i tak zszarzałe od brudu szaty, jeszcze bardziej się kurzyły od leżenia na gołej podłodze. Nogi miał szeroko rozrzucone i wyciągnięte przed siebie, a plecami opierał się o coś, co stanowiło żałosną imitację posłania. Nie odzywał się, a przez osiadły na szkłach okrągłych okularów pył, nie sposób było jednoznacznie stwierdzić, czy jest przytomny, czy śpi.
– Przestań z nim gadać – warknął starzec, wchodząc.
Siedzący na krześle strażnik natychmiast się wyprostował i nadstawił odstających uszu. Był znacznie chudszy i młodszy od swojego zmiennika; miał też trochę kanciastą głowę. W rękach trzymał zakurzone wydanie „Proroka".
– No przecież nie gadam! Upewniam się tylko, że facet żyje!
– Zaprzestań i tego. To nie należy do twoich obowiązków – odpowiedział szorstko starzec. – Czas na zmianę…
– Jeszcze tylko kilka minut! – zaperzył się z nieskrywanym oburzeniem młodzik, a ten bardziej bezduszny tylko przewrócił oczami i odszedł.
Młodszy strażnik poczekał, aż partner znajdzie się poza zasięgiem słuchu i zwrócił się do katatonicznie zachowującego się mężczyzny w celi.
– Czy jest coś, co mogę dla pana zrobić, panie Potter? Cokolwiek? – wyszeptał z ostrożnością.
Harry powoli odwrócił ku niemu głowę. Miał nieczytelny wyraz twarzy.
– Czy miałbyś coś przeciwko przekazaniu mi tej gazety, kiedy skończysz czytać? – Był zachrypnięty. – Tęsknię za rozwiązywaniem krzyżówek… – Nie czekając na odpowiedź, odwrócił się w przeciwnym kierunku i wbił spojrzenie we wcześniej oglądaną ścianę. Specjalnie ominął wzrokiem inne metalowe drzwi, które, jak wiedział, prowadziły do jeszcze bardziej obleśnych korytarzy – tam mieściły się cele z więźniami, których osobiście schwytał.
Ciasne azkabanowe sale tworzyły piętra, a te zaś z kolei olbrzymią budowlę w kształcie pryzmatu. Dobrze wyszkoleni aurorzy strzegli wnętrza fortecy, a także zewnętrznych granic, co w sumie nie było wybitnie konieczne, jeżeli wziąć pod uwagę niebezpieczne i skomplikowane zaklęcia otaczające całą wyspę; bariery prawie uniemożliwiały wejście do środka, a o wyjściu praktycznie nie było mowy…
Deszcz walił w szybę tak mocno, że Albus ledwo mógł poskładać myśli. Trzymał czoło przyciśnięte do chłodnego szkła i pomimo tępego łomotu, który ciągle dekoncentrował, było warto. W przedziale był tylko ze swoją dziewczyną; milczeli, spleceni w uścisku.
Tata cierpiał i nic nie dało się w związku z tym zrobić – a przynajmniej nic, co mogłoby zrobić Ministerstwo. Aby mieć szansę na udowodnienie niewinności ojca, należy wykazać, że Fairhart żyje, a w rządzie nikt nie wykazuje takowej inicjatywy. Nie będzie żadnego dochodzenia. By do niego doprowadzić, musiałby się znaleźć ktoś, kto będzie wiedział, czego należy dowieść; ktoś musiałby odnaleźć Fairharta i postawić go przed sądem… To był jedyny sposób, żeby wszystko naprawić – przy pomocy prawdy. Harry Potter poświęcił tak wiele, aby zapewnić synowi bezpieczeństwo w granicach Hogwartu, lecz teraz ktoś inny musi złożyć ofiarę, by postawić Srebrnego Czarodzieja przed wymiarem sprawiedliwości…
Ktoś…
– Czy mogłabyś mnie kiedykolwiek znienawidzić? – Albus przerwał pozornie komfortową ciszę.
– Oczywiście, że nie. – Mirra powierciła się trochę na miejscu i po chwili namysłu udzieliła odpowiedzi. – Dla… dlaczego o to pytasz…?
Przełknąwszy nerwowo ślinę, chłopiec zwrócił się ku dziewczynie.
– Za… zastanawiam się nad wyjazdem na przyszły rok.
* Paralingwistyka – jest to określenie zbiorcze nauk pomocniczych językoznawstwa zajmujących się "przedjęzykowymi" procesami związanymi z mówieniem – fizycznymi, fizjologicznymi i psychologicznymi aspektami mówienia. Parajęzyk tworzą: intonacja, rezonans, artykulacja, tempo, siła głowa, rytm oraz wszelkiego rodzaju westchnienia, pomruki, śmiech oraz wtrącenia dźwiękowe
** Rektyfikacja – uzupełnienie lub sprostowanie elementów decyzji administracyjnej lub orzeczenia
NOTKA KOŃCOWA: Zakończyliśmy przygodę z tomem piątym. Został tylko – tradycyjnie – rozdział „informacyjny", który ukaże się za tydzień. Wiem, że na początku pisałam, że tłumaczę dla siebie, a udostępniam dla czytelników, ale doszłam do wniosku, że chciałabym poznać chociaż opinię końcową – stąd też proszę o ogólny komentarz: czy tom się podobał, czy tłumaczenie czytało się płynnie, czy też wyłapaliście jakieś niedociągnięcia, które wymagają poprawy.
Na dziś to tyle. Do zobaczenia!
