Rozdział XXVIII: Magia Lamii
Szczęście. Większa część moich radosnych wspomnień pochodziła z Hogwartu, więc potrafiłem przywołać to uczucie do siebie bez problemu. Wystarczyło, że przypomniałem sobie uśmiech Hermiony, tuż przed tym, jak mnie przytuliła. Rona, śmiejącego się wraz ze mną z jakiegoś żartu. Severusa, spoglądającego mi prosto w oczy dzisiejszego ranka.
Pani Figg westchnęła, gdy dotknąłem jej twarzy. Szare oczy kobiety zaszły mgłą i zaśmiała się nieco niepewnie przez łzy, spływające jej po policzkach.
Nie podobało mi się ani trochę to, co teraz robiłem.
To prawda, że potrafiłem za pomocą dotyku przekazywać swoje uczucia innym. Wiedziałem jednak, że jest to ogromnie męczące dla odbiorcy, dlatego nie stosowałem mojej umiejętności zbyt często. Korzystałem z niej tylko wtedy, gdy chciałem komuś pomóc i starałem się zawsze robić to bardzo delikatnie. Dopiero, gdy demonstrowałem ją ostatnio Remusowi, po raz pierwszy uczyniłem to z postanowieniem, by odbiorca był świadom tego, co się dzieje. Z jakiegoś powodu Snape i Lupin uznali, że to jest wyjście i nie powinienem przestawać próbować.
Jednak oni nie widzieli tego, co ja.
Oderwałem dłonie od starszej kobiety i ze zmartwieniem spojrzałem na jej, zdającą się drżeć w posadach, magię.
Aura magiczna pani Figg była zniszczona. Swoją nietypową terapią przesyłałem za pomocą zebranych uczuć do jej ciała impuls magiczny. Wyglądało to tak, jakbym raził ją cholernym prądem!
Kobieta drżała, jej źrenice były niepokojąco zwężone i od dobrej pół godziny nie przestawała płakać.
Czułem się, jakbym ją torturował, a wszyscy, z panią Figg włącznie, mi na to pozwalali!
Nie mogąc już dłużej patrzeć, jak się męczy, natychmiast przywołałem uczucie spokoju, jakim zawsze dzieliłem się z innymi, gdy uznawałem, że tego potrzebują, by odzyskać równowagę psychiczną. Wtedy zawsze przypominałem sobie półświadomość otoczenia, jaką odczuwa się tuż przed zapadnięciem w sen. Ciepło pościeli, miękkość materaca i to, jak umysł powoli odpływa w niebyt.
Natychmiast ściśle przytuliłem panią Figg, opierając głowę na jej ramieniu. Oddychałem spokojnie, starając się pamiętać tylko o tej ciszy nocy oraz spokoju, jaki panował, gdy nie musiano się niczym martwić, przed odpłynięciem w sen.
Minęło dobre dziesięć minut, zanim wycofałem swoją magię i ostrożnie wypuściłem kobietę ze swoich ramion.
Pani Figg, jak zawsze, gdy „pracowaliśmy" zbyt długo, miała nieco nieprzytomny wzrok. Uśmiechnęła się do mnie jednak ciepło.
- Dziękuję ci, Dan. Wszystko już w porządku. Jesteś takim miłym chłopcem –powiedziała cichym, przyjaznym głosem.
Skinąłem głową, niechętny do przyznania jej racji. Czułem się potwornie ze względu na to, co jej robię.
Wszystko byłoby łatwiejsze, gdyby wystarczyła delikatna ingerencja. Ale nasze codzienne sesje, mające miejsce już od trzech dni, były ustalane przez innych. Mnie dawano tylko listę i nakazywano wykonywać to, co jest na niej napisane. Z jakiegoś powodu Remus, Severus i Dumbledore z poparciem Hermiony uznali, że podczas nowego typu terapii magicznej Pani Figg, powinienem oddziaływać na nią różnymi zestawami uczuć. Zarówno tymi pozytywnymi, jak i negatywnymi.
- Skończmy na dziś. Przepraszam, że narażam panią na takie nieprzyjemności –wyksztusiłem przez ściśnięte ze zdenerwowania gardło.
Było wiele doznań, które sprawiały mi trudności. Z łatwością mogłem przywołać złość, jaką wzbudzały we mnie pewne osoby z przeszłości, czy miłość, jaką czułem. Jednak spokojna kobieta w konfrontacji z wspomnieniem mojego przerażenia, gdy widziałem śmierć Cedrika, poprzez szczęście, gdy wygrałem pierwszy puchar w Quidditchu, przechodząc przez ból, jaki czułem w dniu, w którym straciłem swoich przyjaciół, aż do niekontrolowanego śmiechu na wspomnienia niektórych żartów wyczynianych przez bliźniaków Weasley, odbierała to jako mieszankę wybuchową dla swoich uczuć i emocji. Polecono mi działać raz czymś pozytywnym, raz czymś negatywnym na magię pani Figg. Gdyby nie to, że nie wyrażała ona ani słowa sprzeciwu, dawno bym to przerwał.
Remus położył mi dłoń na ramieniu, a Dumbledore cicho coś powiedział do starszej kobiety, podając jej filiżankę z herbatą. Przyjęła ją, ale wzrok miała nieco nieprzytomny.
- Nie podoba mi się, że ją krzywdzę - powiedziałem cicho. Jednak wszyscy wiedzieli, że to właśnie myślę, więc nie uzyskałem żadnej odpowiedzi.
- Coś się zmieniło w jej magii? – zapytał się mnie półgłosem Severus.
Przekrzywiłem głowę, przyglądając się ciele kobiety.
- Jej kolory nie wydają się już aż tak strasznie poszarpane, jak przedtem -powiedziałem. – Ale nie ma pewności, czy to się nie cofnie.
- Sprawdzimy za kilka dni – zapewnił uspokajająco Remus.
Skinąłem głową. Już wcześniej zdecydowano, że jeżeli osiągnę jakiekolwiek efekty, poczekamy kilka dni, by sprawdzić, co się będzie działo. Czy zmiany się cofną, czy posuną do przodu same z siebie?
Patrzyłem jednak z obawą na staruszkę, mając nadzieję, że będzie w stanie otrząsnąć się z tej inwazyjnej terapii w miarę szybko.
Dumbledore podszedł do mnie żwawym krokiem, a jego oczy się iskrzyły, jak już dawno tego nie robiły, gdy nagle objął mnie swoimi szczupłymi ramionami i mocno przytulił. Sapnąłem i nieco ironicznie się uśmiechnąłem, ale odwzajemniłem uścisk, patrząc na lekko skwaszoną minę Severusa. Starał się być dzielny i nie reagować. Ale to w sumie jego i Remusa wina, więc zaśmiałem się cicho w ramię staruszka.
Na następny dzień po naszej pamiętnej rozmowie na temat mojej chęci dotyku innych, wszyscy wzięli sobie za punkt honoru przytulanie mnie przy każdej nadarzającej się okazji. Dosłownie każdej okazji! Nawet Ron! Choć zanim to zrobił po raz pierwszy, powiedział, że jeżeli go ktoś na tym przyłapie, to nie zrobi tego nigdy więcej. Severus z Remusem streścili wszystkim naszą rozmowę i jak zapewniali, można byłoby zacząć od dotykania mojej skóry, tak jak to kiedyś się stało podczas epizodu z Bożego Narodzenia. Tylko by zostawiać mi namacalny dowód z magii na cały dzień.
Jednak najwyraźniej wszyscy, z McGonagall i Dumbledorem włącznie, zdecydowali się zrezygnować z półśrodków i gdy tylko nadarzała się okazja, każdy z nich mnie przytulał, dotykał, czasami czochrał po głowie. A ja, przez pierwszy dzień nieco zaskoczony, od razu przeszedłem nad tym do porządku dziennego. Czasami głupkowato chichotałem, czując to szczypanie magii Rona na moich plecach, to nieco pulsujące ślady magii Hermiony na policzku w miejscu, gdzie mnie pocałowała na przywitanie.
Uwielbiałem to uczucie! Uwielbiałem czuć i widzieć magię wszystkich bliskich mi osób! To było takie namacalne. Takie dobre.
Dumbledore mnie w końcu puścił i mrugnął do mnie z psotnymi ognikami w oczach.
- Dziękuję za twoją ciężką pracę, Dan. Poćwiczę z Arabellą jakieś zaklęcia jutro, ale wierzę, że wszystko będzie dobrze.
Pokiwałem głową. Jego wiara w sukces była zaraźliwa. Wkrótce wyszedł z panią Figg, opuszczając Pokój Życzeń, w którym się spotykaliśmy na tę sesję, by mieć dużo miejsca oraz prywatność.
- No, to teraz moja kolej – powiedział Remus, siadając na opuszczonym przez charłaczkę fotelu, po czym zmarszczył brwi. – Chyba że to za dużo dla ciebie, Dan? Możemy przełożyć moją sesję.
Pokręciłem głową. Dotyk innych osób pomógłby mi się otrząsnąć z tej uczuciowej huśtawki z pewnością szybciej, niżeli było to u starszej kobiety.
Skupiłem się na Remusie, wzdychając.
W tej samej chwili drzwi otworzyły się i weszli przez nie Ron z Hermioną. Rozmawiali o czymś intensywnie. Hermiona wywracała oczami, a Ron machał jakimś papierem. Jednak nie było to najwyraźniej aż tak istotne, bo gdy tylko mnie zobaczyli, powitali mnie uściskami i uśmiechami.
- Myśleliśmy, że zdążymy na nową terapię pani Figg. Już koniec? Nie poczekaliście na nas? Jak poszło? - Ron powiedział to wszystko na jednym wdechu i wypowiedź zakończył wgryzieniem się w kanapkę, wyciągniętą z kieszeni.
- To się dopiero okaże, ale wszyscy są dobrej myśli. Teraz próbujemy czegoś innego -odparł spokojnym głosem wilkołak.
Hermiona skupiła wzrok na Remusie, witając się z nim, a Ron opadł na jedną z kanap, wciąż przeżuwając kanapkę, z której wypadł na podłogę pomidor. Severus, siedzący nieco dalej i czytający jakieś prace uczniów, spojrzał na to zdegustowany. Mówiłem mu, że nie musi tutaj być podczas tego wszystkiego, ale on i tak usadowił się przy wyczarowanym przez Pokój Życzeń biurku i zajął się swoją pracą. Wiedziałem jednak, że cały czas obserwował wszystko, co się działo.
- Skoro już wszyscy są, może zmieniłbyś się przed waszym kolejnym eksperymentem? - zapytał teraz.
Poruszyłem nogami i przeciągnąłem ramiona. Nie było jeszcze aż tak źle, ale wiedząc, że Severus będzie czuł się lepiej, gdy to zrobię, posłusznie oddaliłem się w kącik, by dokonać przemiany i się przebrać. Hermiona w tym czasie zablokowała wejście do Pokoju Życzeń, a w dwóch kominkach, znajdujących się w komnacie, zapłonął ogień. Było przyjemnie ciepło. Choć najwyraźniej dla Rona nieco za gorąco, bo ten ściągnął szatę i siedział teraz na kanapie w samej koszulce.
- Co będziesz robić? - Hermiona miała już notatnik w dłoni. Zawsze skrupulatnie zapisywała wszystko, co obserwowała podczas moich prób używania magii kolorów.
- Będziemy próbowali wpłynąć jakoś na moją wilkołaczą część – poinformował ją Remus spokojnie, a Hermiona aż sapnęła.
- Będziesz potrafił? – zwróciła się do mnie.
Wzruszyłem ramionami.
- Nie wiem. Ale Remus zapytał się mnie, czy jego magia wygląda jakoś inaczej przez to, że jest wilkołakiem, a gdy potwierdziłem, uparł się, bym spróbował coś z tym zrobić.
- Myślisz, że pomógłbyś mu z pełniami?
- Nie wiem – powtórzyłem. I nie wiedziałem. Było niemożliwym, by coś powiedzieć na ten temat.
Spojrzałem na Remusa ostrożnie. Jak miałem się za to zabrać? Magia mężczyzny była inna niż u wszystkich innych znanych mi osób. Każdy, bez wyjątku, posiadał w sobie swój jedyny, oryginalny kolor. Nawet, gdy się zdawało, że spotkałem gdzieś w Hogwarcie dwie osoby z tym samym odcieniem zieleni magii w sobie, to przy bliższym przyjrzeniu się temu można było dostrzec różnice w intensywności, odcieniu, a może i nawet fakturze magii. Nie było dwóch tych samych magicznych użytkowników i dlatego też nie było dwóch tych samych magicznych aur.
Remus jednak był inny.
Posiadał w sobie dwa kolory. Jakby w jednym ciele żyły dwie magiczne istoty. Nitki tych dwóch magii były tak ściśle splecione, że zlewały się miejscami w te same magiczne żyły.
Zawsze mi się wydawało, że te ciemnobrązowe wici to część magicznego dziedzictwo związanego z wilkołactwem Remusa. Było tak ze względu na to, że gdy mężczyzna czarował, to tylko ten drugi, złoty odcień magii w jego ciele, zdawał się być aktywny.
Starałem się sobie przypomnieć, jak było na moim trzecim roku, gdy byłem świadkiem przemiany Lupina. Jednak w tamtym momencie bardziej skupiałem się na fizyczności jego przemiany i bólu, jaki promieniował z twarzy i całego ciała wilkołaka; nie potrafiłem sobie przypomnieć, co działo się wtedy z kolorami jego magii.
Lupin nalegał, bym spróbował w jakiś sposób pomóc mu z jego przekleństwem. Wydawało mi się, że tym samym prosił mnie, bym powtórzył to, co działo się podczas świąt. Remus był zmęczony. Wilkołaki nigdy nie żyły długo, a Remus ze swoim przekleństwem funkcjonował przecież od najmłodszych lat.
Nie mógł znaleźć pracy, ludzie się go bali, gardzili nim i odsuwali od siebie. Nie był w stanie znaleźć sobie osoby, którą by pokochał, a o założeniu własnej rodziny nie należało nawet wspominać.
Był po prostu zrezygnowany.
Równocześnie mężczyzna wydawał się zdeterminowany, bym spróbował czegokolwiek. Obojętnie czego. Uśmiechnął się do mnie i usiadł na ziemi, wyciągając dłoń w moją stronę. Przyjąłem ją i otoczyłem jego ciało swoim ogonem, szukając wygodnej pozycji.
Podejrzewam, że do pozwolenia mi na tę eksperymentalną terapię skłoniło go to, jak mocno zareagował na interakcję z moją magią, gdy użyłem jej na nim po raz pierwszy. I mimo moich ostrzeżeń oraz kiedyś powiedzianych przez niego słów, był on gotowy nawet na to, by poświęcić swoją własną magię, tylko za możliwość uwolnienia się od problemu.
Tak mocno mu współczułem.
Ale co mogłem zrobić? Spróbowałem szarpnąć nitkę niepasującą do reszty. Całość konstrukcji zachwiała się niebezpiecznie. Przełknąłem ślinę, puszczając.
Mężczyzna zdawał się nic nie poczuć. Pogładziłem go po twarzy, starając się przeciągnąć nitki magii gdzieś poza całą konstrukcję, ale te, wyślizgując się z moich palców, wróciły na swoje miejsce. Bałem się zrobić zbyt wiele. Nie chciałem być zbyt pewny siebie, aby nie narobić przypadkowych szkód.
- Nie musisz się bać czy powstrzymywać – rzekł Remus nagle, jakby czytał w moich myślach. - Zrób cokolwiek. Jeśli zmienisz mnie w charłaka, będziemy próbowali to naprawić. Nie będę zły.
Problem w tym, że właśnie tego się obawiałem!
Jakbym szarpnął jedną z nici, całość konstrukcji zachwiałaby się jak domek z kart, po chwili kończąc w rozsypce. A przynajmniej takie miałem wrażenie.
Chwyciłem jedną z nici w swoje dłonie. Starałem się znaleźć jej początek i koniec. Ale tak jak to bywa w każdym magicznym użytkowniku, jego magia, składająca się z milionów wijących się magicznych żył, wydawała się nie mieć końca. Miałem wrażenie, że jestem początkującym studentem mugolskiej medycyny, a ktoś właśnie dał mi zadanie polegające na wyciągnięciu całego układu krwionośnego z ciała innego człowieka, bez rozrywania nawet jednej żyły.
Obserwując uważniej ciało Remusa, starałem się znaleźć jakiś punkt zaczepienia. Ale ciemnobrązowa magia wpleciona była we wszystkie ważne punkty magiczne, znajdujące się w ludzkim ciele. Oplatała jego oczy, usta, uszy, całą głowę, płuca, serce. Pajęczyna poplątana z tysiącami innych pajęczyn.
Dobra. Próbujemy.
Powoli zacząłem oddzielać ją od ciała Remusa. Gładząc jego twarz, zdjąłem ją i wyrwałem w najważniejszym punkcie z tyłu jego szyi, jak sądziłem. Całość magii, którą trzymałem, poruszyła się i zapulsowała niepokojąco. Spociłem się ze stresu, ale kontynuowałem. Wyszarpując dziesiątki witek z jego piersi i serca, zwijałem w kulkę to, co zdołałem wyciągnąć z jego całego ciała bez większych przeszkód. Nikt nic nie mówił, a ja, zestresowany jak nigdy wcześniej, pracowałem bez wytchnienia.
Dłuższą chwilę męczyłem się z oddzieleniem od siebie wici z kręgosłupa Remusa, a gdy dotarłem do miejsca obok pępka, prawie się poddałem. Tam wszystko było tak poplątane, jakby stanowiło jedność i niemożliwym było to od siebie oddzielić. O dziwo, o wiele łatwiej było mi wyciągnąć obce wici z okolicy serca Remusa. Tak, jakby magia nie uważała serca czy mózgu za najważniejsze organy w ludzkim ciele, a właśnie okolice pępka. Nie miałem zielonego pojęcia, dlaczego tak jest i podejrzewałem, że nigdy się tego nie dowiem.
Gdy w pewnym momencie całość nagle odpadła od ciała Remusa, prawie krzyknąłem.
Wydawało mi się, że będę musiał więcej nad tym pracować, ale wyglądało na to, że gdy oddzieliłem ciemnobrązowe nici od najważniejszych punktów, z którymi były one splecione, to wystarczyło lekkie szarpnięcie, by wszystko to, co uznawałem za obce w jego ciele, po prostu z niego odpłynęło.
Magia, którą oddzieliłem, wyciągała w stronę Remusa swoje wici, jakby chciała ponownie wpleść się w jego ciało, ale ja się zawahałem.
Spojrzałem wilkołakowi w oczy, ale ten posłał mi spokojny uśmiech.
Zamknąłem oczy. Odetchnąłem głęboko, by nabrać odwagi przed swoim zadaniem. Ręce mi drżały.
Wystarczy jeszcze jedno szarpnięcie i będzie po sprawie. Jeszcze jeden ruch.
Niech to go nie skrzywdzi! Proszę, niech go to nie zabije! Nie pozbawi magii!
A jeżeli jednak…?
Zacząłem panikować, mając w perspektywie możliwie straszliwe konsekwencje moich czynów.
Tak mało wiedzieliśmy o tym, co mogę zrobić tą ingerencją wprost w istotę innego człowieka.
Siedziałem tak chyba wieki, nie wiedząc, co zrobić. Może lepszą opcją będzie puścić to, co trzymam? Tak, by wróciło na swoje miejsce?
Remus położył mi swoje dłonie na moich.
- Nie wahaj się. Wszystko będzie lepsze niż to, co jest teraz.
Severus nagle wyrósł tuż za mną, chwytając moje palce w mocny uścisk.
- Nie mów tego zbyt pewnie, Lupin! Jeżeli skończy się to źle, to Dan będzie się tym później zadręczał!
Widziałem, jak Remus powoli opuszcza ramiona. W jego oczach na chwilę zagościło wahanie, ale potem jego wzrok stwardniał.
- Dan. Nawet jeśli nic się nie stanie, nawet jeśli stracę magię, nie będę nigdy miał ci tego za złe. Później tysiące razy bym się zastanawiał, co by się stało, gdybym powiedział ci teraz, żebyś przestał. I zapewne za tydzień bądź dwa ponownie bym cię poprosił, byś jeszcze raz spróbował. Nie chcę się cofać.
- Prościej by było, gdybym wiedział, co się może stać - wyszeptałem przez ściśnięte z paniki gardło.
Uśmiech, który mi posłał, był tak dogłębnie przepełniony smutkiem, że zrozumiałem, iż on naprawdę tego potrzebuje.
Zamknąłem oczy w powolnym mrugnięciu i gdy otworzyłem je ponownie, pociągnąłem. Ostatnie witki pękały jak brązowe włosy, spotykające na swojej drodze płomień świecy. Moje serce waliło w piersi tak głośno, że cały się trząsłem w rytm uderzeń, niczym przy trzęsieniu ziemi.
Wici wciąż się rozciągały i urywały, aż w końcu… Trzymałem całość pulsującej magii w dłoniach. Remus zamrugał na mnie, ale nie wydawało się, by coś mu się stało. By poczuł jakąś różnicę. A przecież wyciągnąłem z jego ciała część magii, która w nim była od wielu lat!
Wiedziałem, że inni nie widzą tego, co ja. Tej błyszczącej magii, powoli umierającej w moich dłoniach bez nosiciela, który mógłby ją karmić. Rozpływała się, kolory sięgające ku wilkołakowi powoli więdły, wszystko stawało się coraz bardziej wyblakłe. Poczułem, jakbym robił coś potwornie okropnego, jakbym krzywdził żywą istotę. Jednak teraz było już za późno.
Zacieśniłem chwyt i szarpnąłem, rozrywając magię tak, by przyśpieszyć ten proces. Po sekundzie nie było już w moich dłoniach niczego.
Spanikowany, popatrzyłem na Remusa.
Magia w nim zdawała się być… w porządku.
Choć nie tak wyraźna jak wcześniej.
Chwyciłem jego ciało w objęcia i przytuliłem policzek do jego piersi. Serce biło mu szybko i głośno. Swoją magią starałem się pomóc mu wypełnić luki, które sam wcześniej zrobiłem. Przypominając sobie różne uczucia, pozwalałem jego magii na kontakt z moją. Tak, by pomóc mu odbudować konstrukcję w jego ciele.
Mój pierwszy lot na miotle. Szczęście. Złość, gdy dowiedziałem się, że przyjaciel zdradził moich rodziców. Miłość, którą czułem do przyjaciół. Strach przed nieznanym. Pragnienia. Zdrada Dumbledore'a. Remus przytulał mnie i oddychał ciężko. Nie pytał się, co robię, bo czuł to wszystkimi swoimi zakończeniami nerwowymi.
Minęła dłuższa chwila, zanim go puściłem.
- Jakieś zalecenia, doktorze Dan? – zapytał Remus, uśmiechając się psotnie.
Przełknąłem.
- Postaraj się dzisiaj nie używać magii. Prześpij się może w Pokoju Życzeń, odpocznij. Ja...
Nie wiedziałem, co jeszcze mogę mu powiedzieć.
- Za kilka dni sprawdzimy efekty - podpowiedział Remus z lekkim uśmiechem. Pogładził mnie po twarzy. – Prześpij się teraz, Dan. Ty przede wszystkim powinieneś odpocząć. To był długi dzień.
Rozejrzałem się i dotarło do mnie, że istotnie było już strasznie późno. Zegar wskazywał prawie północ, a przecież przed chwilą była dopiero dwudziesta! Remus odprowadził jeszcze Rona i Hermionę do dormitorium i stosując się do moich rad, miał dzisiaj się przespać w zamku. Ja z Severusem wróciliśmy do lochów.
Ledwo pamiętam moment, gdy wślizgiwałem się do łóżka. Zasnąłem zaraz po dotknięciu głową poduszki, już tylko przez sen kojarząc to, jak ramiona mojego kochanka mnie obejmują i przytulają.
XXXX
Remus czuł się dobrze dnia następnego, kilka dni później również nie było żadnych niepożądanych zmian. Potrafił też czarować z równą skutecznością, jak przez całe swoje życie.
Za to pani Figg szóstego dnia od naszej pierwszej kuracji potrafiła użyć Wingardium Leviosa.
Śmiała się przez łzy, gdy mnie przytulała, dziękując za danie jej szansy.
Tego samego dnia powtórzyliśmy u pani Figg jej „kurację" mając nadzieję, że to pomoże poprawić wynik. Wydawało mi się jednak, że po tym, jak wytyczyłem nowe szlaki z magii w jej ciele, zaczęła się leczyć samoistnie. Byłem prawie pewien, że z dnia na dzień jej magia wygląda lepiej, choć było dosyć trudno znaleźć te różnice.
Staruszka cały czas ćwiczyła z kimś nowe zaklęcia i cieszyła się za każdym razem, gdy jej się powiodło. Cieszyłem się razem z nią.
Martwił mnie jednak Remus.
Wszystko wydawało się być zbyt piękne. Zbliżała się pełnia, a to napełniało mnie niepokojem za każdym razem, gdy w natłoku prac domowych miałem okazję o tym pomyśleć.
Dla mnie, jako piątorocznego ucznia, zbliżały się egzaminy. Dumbledore zapewnił mnie, że jest w stanie przepisać moje wyniki z zeszłego roku, ja jednak wolałem jeszcze raz podjąć się napisania egzaminów. Co z tego, że już je napisałem. To było rok temu! Poza tym istniała szansa, że tym razem zdobędę lepsze wyniki, mając dodatkowy rok na utrwalenie materiału, nawet biorąc pod uwagę moją absencję.
Dodajmy do tego, że starożytne runy nagle zdawały się wpasować w moją zdolność kontrolowania magii.
To był zwykły przypadek pięć dni po kuracji Remusa. Pisałem niektóre znaki runiczne, ćwicząc na egzamin, gdy dotarło do mnie, że kolory magii run w zamku są bardzo łatwe do manipulowania nimi.
Może to miało związek z tym, że sam miałem wiele wspólnego z odnową osłon Hogwartu, ale nic tak łatwo mi nie szło, jak zwykłe przesunięcie palców i zamykanie, czy otwieranie drzwi bądź sprawienie, by płomień w kominku zapłonął mocniej.
Mogłem też sprawić, by jakieś drzwi, zupełnie złośliwie, nie otwierały się przed kimś konkretnym.
Przy tym nie musiałem się prawie wcale wysilać i koncentrować, by to robić.
Severus zachęcał mnie do dalszych prób.
Wszystko zdawało się być na swoim miejscu, gdy nadeszła pełnia i zniszczyła ten spokój.
XXX
Nie mogłem spać tamtej nocy. Przewracałem się tysiąc razy z boku na bok, aż w końcu Severus z lekką irytacją powiedział, bym się nie wiercił. Otoczyłem go więc swoim ogonem, przytulając nieco zbyt ściśle. Potem położyłem jego głowę na swoich kolanach i oparłem się o wezgłowie łóżka. Severus marudził nieco, ale wkrótce zasnął, a ja nieco bardziej uspokojony przez możliwość czucia jego ciała, zasnąłem, opierając głowę o ścianę.
Pukanie obudziło mnie ze snu tak nagle jak wystrzał z pistoletu. Prawie spadłem z łóżka wraz z Severusem, gdy szarpnąłem się, by wstać, a zapomniałem, że byłem z nim aż tak ściśle spleciony w nocy.
Cały napięty, spojrzałem na drzwi, jakby te miały wybuchnąć, gdy ponownie ktoś zapukał.
- To przy drzwiach wejściowych - podpowiedział mi Severus, bo nagłe wybudzenie najwyraźniej sprawiło, że nie byłem w stanie rozpoznać źródła dźwięku, za to on zdawał się być dzisiaj wyjątkowo bardziej przytomny po obudzeniu.
Mistrz eliksirów zamykał swój kominek dla wielu osób. Tylko ktoś znający specjalne hasło mógł dostać się do jego komnat za jego pośrednictwem. Ale ze względu na to, że stałem się nowym mieszkańcem jego kwater, ta liczba osób drastycznie wzrosła. Głównie przez to, że wszyscy znający mój sekret najwyraźniej uznali, że powinni się tym faktem podzielić z innymi, bez konsultacji z mężczyzną.
Moi przyjaciele podzielili się hasłem między sobą i członkami swoich rodzin, zapewne z zastrzeżeniem, by nie pokazywać się zbyt często na korytarzu przed komnatami Snape'a.
Mistrz eliksirów bardzo się tym zirytował. Jedynym, co sprawiało, że nie pluł jadem, było to, że bardzo rzadko korzystano z możliwości wpadania do tych komnat; ale Severus i tak ustawił dodatkowe hasło, mające powstrzymać odwiedzających wtedy, gdy nikogo nie było w środku i wtedy, gdy zalegała już cisza nocna. Nawet moi przyjaciele nie mogli w tym odstępie czasu się tutaj dostać, chyba że stukaliby w wejściowe drzwi, tak jak działo się właśnie teraz.
Severus założył na siebie szybko czarne szaty i wyszedł, a ja, uspokajając swój oddech, podtrzymałem się kredensu i przemieniłem. Zachwiałem się nieco i zacisnąłem na chwilę wargi, by nie sapnąć na mrowienie w nogach. Wciągnąłem spodnie i nasłuchiwałem odgłosów, ale nic do mnie nie dotarło. Może Severus jeszcze nie wpuścił tego, kto tak zajadle pukał o piątej nad ranem?
Jednak sekundę później wszedł do sypialni i z westchnieniem, które nie zwiastowało nic dobrego, wskazał dłonią, że powinienem przyjść.
Ścisnęło mnie w dołku.
„Proszę, niech to nie będzie coś z Remusem!", powtarzałem w głowie. Niestety na próżno.
W salonie dreptał w miejscu Syriusz. Był tylko pobieżnie ubrany w jakąś koszulkę i bokserki, a wyraźne zdenerwowanie emanowało z całego jego ciała.
Za to między sofą, a kominkiem, siedział olbrzymi brązowy wilk.
Rozszerzyłem oczy, patrząc na niego i przełknąłem. Syriusz stanął mi na wizji. Nic nie powiedział, wskazał tylko bezradnie między mną a wilkiem i zacisnął swoje pięści na włosach.
Ruszyłem się jeden krok, potem drugi. Drżałem, a nogi zdawały się boleć i piec bardziej niż zazwyczaj po przemianie.
W końcu jednak stanąłem przed wilkiem. Moje palce zacisnęły się na jego sierści, gdy upadłem na kolana i przełknąłem.
Nie był to ten sam, humanoidalnie ukształtowany pół-człowiek pół-wilk, jakiego pamiętałem z tej pełnej wrażeń nocy na trzecim roku.
Miałem przed sobą teraz wielkiego czworonoga, patrzącego się na mnie swoimi jasnobrązowymi oczami.
Wilk parsknął i położył mi pysk na ramieniu, choć na początku wyraźnie zrobił taki ruch, jakby chciał objąć mnie przednimi łapami.
Rozpłakałem się, wtulając twarz w spoconą sierść i przepraszałem, bo teraz nie miałem najmniejszego pomysłu, jak mu pomóc.
Remus Lupin został zamknięty w ciele zwierzęcia.
