Witam wszystkich w nowym roku. Mam nadzieję, że święta minęły Wam radośnie. A w prezencie ode mnie kolejny rozdział Skóry na tapecie. Jak zwykle serdecznie dziękuję, za wszystkie miłe słowa.
Rozdział XXV
Scorpius przecisnął się przez uczniów stłoczonych u wyjścia z pociągu i po chwili w towarzystwie Zacka i Karla jechał wozem w stronę Hogwartu. Mimo, że był dopiero początek kwietnia, to zrobiło się niespodziewanie ciepło i większość uczniów zdejmowało płaszcze i ściągało czapki, ciesząc się przyjemną pogodą. Scorpius również rozpiął ubranie, bo poczuł, że zaczyna się gotować. Zawadzający płaszcz rzucił na wolne miejsce obok Zacharego. Ostatnie puste miejsce w powozie.
– Ciekawe jak się ma Estera – powiedział, tknięty niespodziewaną myślą. Od czasu odejścia Ślizgonki z Hogwartu tyle się wydarzyło, że nie miał okazji poświęcić jej ani jednej myśli. Teraz jednak poczuł nieprzyjemne ukłucie na wspomnienie koleżanki. Ich trio wydawało się dziwnie niekompletne. Brakowało jej cichej, ale mimo wszystko znaczącej obecności.
– Pisałem do niej na początku roku – odezwał się Karl, skupiając na sobie spojrzenie Scorpiusa. – Uważałem, że powinna wiedzieć, co się wydarzyło z White.
Scorpio skrzywił się wyraźnie.
– Nie wiem czy to był dobry pomysł. Po co dręczyć ją wydarzeniami, na które nie miała już żadnego wpływu.
Karl wzruszył ramionami.
– Wolałem, by dowiedziała się od nas niż od kogoś przypadkowo spotkanego na ulicy.
Może Karl miał rację. Co prawda Estera próbowała odciąć się od magicznej społeczności, ale Scorpius z łatwością potrafił sobie wyobrazić jakąś nadgorliwą kumpelę Peggy White, która postanowi dręczyć Ślizgonkę i złośliwie obarczać ją winą.
– Co odpisała?
– Jak to Estera, była bardzo lakoniczna, co zapewne w jej przypadku oznacza, że przejęła się tym bardziej niż chciała przyznać. Stwierdziła tylko, że cieszy się zakończeniem całej sprawy i że Ministerstwo wycofało zarzuty przeciwko tobie. Poza tym pisała, że liceum do którego trafiła, to coś zupełnie innego niż Hogwart, ale radzi sobie. Czytając między wierszami, domyślam się, że jest jej ciężko. Tutaj zachowywała się czasami jak odludek, więc trudno wyobrazić sobie, że wśród mugoli jest jej lepiej.
Scorpius pokiwał głową. Esterze wcale nie było łatwo opuścić szkoły. Dobrze wiedziała, z czym wiąże się taka decyzja.
– To twarda dziewczyna – stwierdził po chwili. – Poradzi sobie.
– Pewnie, choć wolałbym, żeby była tu z nami – wtrącił Zack, po czym dodał z uśmiechem. – Nie mam od kogo podbierać notatek z Mugoloznastwa.
– Egoista – mruknął Scorpio, ale ostatecznie też się uśmiechnął.
– Z drugiej strony – pociągnął Zachary. – Po pobycie w mugolskim liceum, będzie prawdziwym ekspertem w tej dziedzinie. Może kiedyś jednak postanowi wrócić do Hogwartu jako wykładowca.
Scorpius wywrócił oczami. Sam również chciałby jej powrotu, z drugiej jednak strony wiedział, że atmosfera w szkole, choć obecnie stabilna, wcale nie była idealna. Napięcia pozostały i nigdy nie wiadomo, czy jakieś kolejne wydarzenie nie zaogni sytuacji. Miał poczucie, że gdyby sam napisał do Estery, zdołałby ją przekonać do powrotu, ale jeśli coś by się jej stało, gdyby ktoś zrobił jej krzywdę, to cała odpowiedzialność spadłaby na niego. A na to zwyczajnie nie miał już siły i ochoty. Wystarczająco dużo czuł jej na swoich barkach. Dlatego taktycznie postanowił zmienić temat, zanim Zack zacznie go nagabywać.
– A jak wam minęły święta?
– Standardowy najazd rodzinny. Kuzyni doprowadzali mnie do szału – zaczął marudzić blondyn. – Ani chwili spokoju. A tobie ojciec nie utrudniał życia?
Na wspomnienie ojca, Scorpiusa przeszedł nieokreślony niepokój, choć do końca nie wiedział, co jest jego powodem.
– Było zaskakująco spokojnie, nawet biorąc pod uwagę gości, jakich mieliśmy.
Zack i Karl spojrzeli na niego pytająco, ale ten drugi bardzo szybko powiązał fakty.
– Potterowie?
Scorpio skinął głową.
– Pomysł matki. Czuła się w obowiązku, jakoś im się zrewanżować. Obawiałem się katastrofy, bo ostatecznie ojciec reaguje na nich dość alergicznie, ale jakoś trzymał nerwy na wodzy.
Zachary prychnął.
– Wiesz, że robi to dla ciebie. Sam pewnie trzymałby się od nich najdalej, jak to możliwe. Zresztą tak samo jak mój.
Scorpius spojrzał na blondyna, który patrzył na niego wyjątkowo poważnie. On lepiej niż ktokolwiek inny rozumiał, jak pokręcona jest cała ta sytuacja. Jego ojciec też jest na czarnej liście i też trzyma się na uboczu magicznego świata. Teodor Nott, choć w odróżnieniu od Draco, sam nie brał udziału w ostatniej wojnie, to z racji pochodzenia znalazł się w analogicznym położeniu. Zack pewnie równie często jak Scorpius czuł niesprawiedliwość otaczającego go świata, choć tak naprawdę nigdy tego po sobie nie pokazywał. Tam gdzie Scorpio reagował gniewem, on obracał wszystko w żart, nawet jeśli gdzieś wewnątrz oskarżenia go bolały. Każdy musiał znaleźć swój sposób i trudno powiedzieć czy ten Zacharego wcale nie był lepszy. Z pewnością nie przysparzał mu tyle kłopotów.
Ledwo minęli bramę Hogwartu, kiedy zbliżył się do nich niewielki obiekt, który uderzył Scorpiusa w pierś. Ślizgon skrzywił się z niesmakiem, po czym podniósł papierowy samolocik i odczytał zawartość.
„Pięć dni zajęć dodatkowych z profesor Skamander, za wykorzystanie magii w celach niedydaktycznych.
M. McGonagall"
– Co znowu przeskrobałeś? – zachichotał Zack, zaglądając mu przez ramię.
Scorpius wywrócił oczami.
– Śpieszyłem się i odruchowo wezwałem butelki kremowego piwa, których nie mogłem znaleźć. Widać McGonagall policzyła mi dzień za każdą butelkę.
Zachary parsknął śmiechem.
– Jesteś niemożliwy. To już drugi raz. Ja rozumiem, że można mieć pewne odruchy, ale ja jakoś potrafię się powstrzymać.
Scorpius spojrzał na blondyna wilkiem, a potem uśmiechnął się złośliwie.
– Jakbym ja znał trzy zaklęcia na krzyż, to też nie miałbym tego problemu.
– Osz ty! – zawołał Zack i zamachnął się na Ślizgona, ten jednak zdołał się uchylić przed długimi rękoma przyjaciela i pobiegł w stronę szkoły, goniony okrzykami Zacharego.
Kiedy dotarli do zamku, niemal od razu dostrzeli zbiorowisko na dziedzińcu. Uczniowie tłoczyli się wokół tablic wywieszonych na kilku kolumnach. Scorpius wraz z kumplami zdołali dopchać się do jednej z nich i przez moment patrzyli w osłupieniu na zawarte tam informacje.
Pierwsza Magiczna Olimpiada w Hogwarcie
Rada pedagogiczna Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie z przyjemnością ogłasza, że z dniem pierwszym maja br. rozpocznie się na terenie szkoły Pierwsza Olimpiada Magiczna.
W ciągu dwóch tygodni odbędzie się szereg magicznych konkurencji, w których będą mogli wziąć udział uczniowie ze wszystkich Domów.
Szczegółowy przebieg zawodów, wybór uczestników i skład jury zostanie przedstawiony w najbliższą sobotę zaraz po obiedzie w Wielkiej Sali. Prosimy wszystkich uczniów o obecność.
Jako Rada pedagogiczna mamy nadzieję, że zbliżająca się Olimpiada będzie nie tylko okazją do zaprezentowania poziomu Waszych umiejętności, ale przede wszystkim do dobrej zabawy i nawiązania nowych, lepszych koleżeńskich relacji.
Scorpius najdłużej zatrzymał spojrzenia na ostatnim akapicie. Dobrze wiedział, co rada pedagogiczna, a raczej McGonagall chce osiągnąć. Miał jednak szczere wątpliwości…
– Lepsze koleżeńskie relacje, też coś – prychnął Zack. – Naprawdę myślą, że jakieś zawody w czymkolwiek pomogą. Przecież jak zwykle będzie Slytherin kontra reszta świata. Tak samo jak w Quidditchu czy pucharze Domów.
Scorpius skinął głową.
– Zobaczymy, zresztą co mnie to obchodzi i tak mamy szlaban na takie rozrywki. Dobrze jeśli pozwolą nam wejść na widownię.
Widział, jak na to oświadczenie zarówno Karl jak i Zack dziwnie spochmurnieli. Najwyraźniej obaj zdążyli zapomnieć o tej nieprzyjemnej okoliczności.
Przez resztę dnia i większość następnego olimpiada stała się głównym tematem rozmów tak w pokoju wspólnym, jak i w Wielkiej Sali. Przy śniadaniu, obiedzie i kolacji, Scorpius praktycznie nie słyszał o niczym innym. Dlatego, gdy tylko skończył lekcje, z przyjemnością poszedł do gabinetu dyrektorki, mając nadzieję, że przynajmniej tam będzie mógł się skupić na ciekawszych dla niego tematach.
Jeszcze zanim wszedł do środka, przyjął, że dla świętego spokoju nie będzie wspominał o nałożonej karze za użycie magii. Odbębni te pięć dni i tyle, nie warto bardziej się nad tym pochylać, żeby McGonagall nie wpadła na jakiś jeszcze lepszy pomysł reprymendy.
Kiedy zapukał, zaprosił go do środka znajomy głos. Wszedł, przywitał się i usiadł na swoim standardowym miejscu. Przystąpili do pracy i przez ponad godzinę pracowali nad kolejnym przygotowanym przez dyrektorkę zaklęciem. O dziwo nie okazało się ono dla Scorpiusa specjalnym wyzwaniem i dość szybko McGonagall orzekła, że dalsze ćwiczenia może już prowadzić samodzielnie. Ślizgon skinął głową i zebrał swoje rzeczy, domyślając się, co leży za tym pośpiesznym końcem. Nie wątpił, że dyrektorka ma obecnie więcej pracy niż zazwyczaj.
– Może mogę jakoś pomóc? – wypalił, zanim zastanowił się, co mówi, ale ponieważ nauczycielka spojrzała na niego pytająco, nie miał jak się wycofać. – Znaczy w przygotowaniach. Wiem, że nie będę mógł wziąć udziału w olimpiadzie, ale może przydam się na coś przed jej rozpoczęciem. Pani na pewno ma wiele pracy, a ja nie lubię bezczynności – dodał, wzruszając ramionami.
Dyrektorka zmierzyła go wzrokiem, a potem przeniosła spojrzenie na stertę papierów, piętrzącą się koło jej biurka. Scorpius nie mógł odeprzeć wrażenia, że resztą posiadanych sił, powstrzymuje westchnięcie rezygnacji.
– Obawiam się, że możesz nie znaleźć na to czasu – odparła w końcu.
Scorpio skrzywił się nieznacznie.
– Wiem, że mam do odpracowania szlaban, ale przecież to tylko kilka dni, a więcej postaram się już nie uzbierać.
Wyraz twarzy McGonagall wciąż pozostawał nieodgadniony.
– Nie o zajęcia dodatkowe się martwię.
Teraz to już Scorpius zgłupiał całkiem, co chyba odmalowało się w jego fizjonomii, bo w końcu siedząca za biurkiem kobieta uśmiechnęła się łagodnie i pokręciła nieznacznie głową. Wyglądała jakby właśnie przegrała jakąś wewnętrzną batalię.
– Myślę, że będziesz zajęty samą olimpiadą.
– Ale…
– Nie wyobrażam sobie, żebyś w niej nie wystartował.
Zdębiały Scorpius przez dłuższą chwilę wpatrywał się w dyrektorkę niczym przysłowiowe ciele na malowane wrota, czym ewidentnie poprawił jej samopoczucie, bo uśmiechała się coraz szerzej. W innych okolicznościach mógłby przysiąc, że specjalnie próbowała to przed nim zataić, żeby do ostatniej chwili potrzymać go w niepewności. Gdyby nie miał przed sobą McGonagall, dałby sobie uciąć rękę, że postanowiła sobie z niego zażartować. Gdyby to nie chodziło o dyrektorkę, tę poważną i zdyscyplinowaną czarownicę, budzącą szacunek i niekiedy wręcz grozę w sercach uczniów. Tylko dlaczego patrzyła na niego z takim rozbawieniem.
W końcu jednak otrząsnął się z szoku i uśmiechnął w nader scorpiusowy sposób. Zwykle nie robił tego w jej obecności, ale skoro grali w otwarte karty.
– Pani to jednak lubi się zabawić moim kosztem.
– Nie dramatyzuj, Scorpiusie. Jeśli nie chcesz brać w tym udziału, to przecież nikt cię nie zmusi.
Ślizgon spojrzał w sufit, tam szukając odpowiednich słów.
– Ale czy to mądry pomysł? W końcu ja raczej nie działam dobrze, jeśli chodzi o „poprawę koleżeńskich relacji" – zacytował fragment ogłoszenia.
– Zapominasz, że to przez osoby takie jak ty, musimy te relacje poprawiać. Liczę, że dasz dobry przykład.
Tym razem Scorpius nie zdołał powstrzymać teatralnego westchnięcia.
– Zrobię co w mojej mocy – stwierdził, a potem dodał jakby do siebie. – Chociaż mam złe przeczucia.
McGonagall tylko pokiwała głową, co jednoznacznie sugerowało, że nie zamierza kontynuować tej dyskusji. Dlatego ostatecznie Scorpius pożegnał się i poszedł do Wielkiej Sali na kolację.
Tam oczywiście rozmowy dotyczyły nie czego innego, jak rzeczonej olimpiady. Plotki szerzyły się lotem błyskawicy i wszyscy nie mogli już doczekać się sobotniego ogłoszenia szczegółowego planu zawodów. Dawno uczniowie nie wypatrywali weekendu z taką ekscytacją jak właśnie teraz.
Kiedy tylko Scorpius usiadł przy stole, Zack i Karl spojrzeli na niego wymownie. Dobrze wiedzieli, gdzie był i najwyraźniej liczyli na jakieś przecieki od McGonagall. Jednak Ślizgon nie zamierzał się z nimi dzielić tym, co usłyszał od dyrektorki, zwłaszcza, że nie dotyczyło to samych zawodów, tylko konkretnie jego osoby. Póki co, wolał nie uprzedzać faktów.
– Nic nie wiem – rzucił między jednym, a drugim kęsem kolacji. Naraz poczuł na sobie dużo więcej zainteresowanych spojrzeń. – Dyrektorka nie dała się pociągnąć za język.
– A chociaż próbowałeś? – mruknął Zack.
Scorpius prychnął cicho.
– Oczywiście, ale wiem, kiedy lepiej nie naciskać.
Widział rozczarowanie na twarzach współdomowników. Jakby nie patrzeć zdobywanie pokątnych informacji na temat zbliżających się zawodów, stało się konkurencją samą w sobie.
On jednak nie miał do tego głowy. Pośpiesznie zjadł kolację, machnął kumplom na pożegnanie i wyszedł z Wielkiej Sali. Jeszcze dziś planował zacząć odrabianie szlabanu, żeby jak najszybciej mieć to z głowy. Dlatego bez zwłoki opuścił budynek szkoły i wyszedł na błonia, by po kilku minutach stanąć przed chatką gajowego. Zapukał w drzwi i moment później otworzyła mu znajoma nauczycielka o sennym spojrzeniu.
– Dobry wieczór, pani profesor – powiedział, uśmiechając się lekko.
Kobieta odwzajemniła uśmiech i wpuściła go do środka. Ubrana w ciemną szatę, na ramiona miała zarzucony kwiecisty szal, który dodawał jej charakterystycznego kolorytu.
– Nie minęło zbyt wiele czasu – stwierdziła.
Scorpius wzruszył bezradnie ramionami, co najwyraźniej wystarczyło kobiecie za całą odpowiedź, bo po chwili poprowadziła go do swojej hodowli.
Przez następne dwie godziny Scorpio najpierw karmił dżdżownicami dziwne krabopodobne skorupiaki, a potem czyścił klatki, w których jeszcze nie tak dawno zimowały dwa młode jednorożce. Ani jedna, ani druga robota nie były specjalnie fascynujące, ale ponieważ stanowiły zajęcia czysto fizyczne, to pozwalały odpocząć głowie i zebrać myśli. Chyba dlatego jakoś nie przeszkadzały mu te szlabany, bo wychodził z nich może i zmęczony, ale często też spokojniejszy. Dawały mu szansę na poukładanie sobie wszystkiego w głowie i przemyślenie wielu kwestii. W jakiś dziwny sposób, to również stanowiło wartość dodaną.
Kiedy skończył, niespodziewanie profesor Skamander poprosiła go na górę, gdzie wskazała mu jedno z krzeseł przy stole i zaproponowała herbatę. Zgodził się, obserwując pytającym spojrzeniem kobietę, kiedy ta różdżką ponagliła czajnik do zagotowania wody.
Przez chwilę w milczeniu przygotowywała napoje, a potem ustawiła jedną z filiżanek przed Ślizgonem.
– Umiesz pływać?
To chyba było najbardziej niespodziewane pytanie, jakie Scorpius mógł sobie wyobrazić.
– ...yyy… tak – bąknął.
– Dobrze?
– Raczej tak. A dlaczego pani pyta?
Kobieta jednak nie wyglądała na specjalnie skorą do odpowiedzi, za to sama uniosła filiżankę i upiła niewielki łyczek.
– Masz jakieś dodatkowe zajęcia w niedzielę?
Scorpius pokręcił tylko głową, zbytnio zdębiały, by odpowiedzieć coś składnie. Tymczasem nauczycielka uśmiechnęła się, odstawiła filiżankę i klasnęła w dłonie.
– To świetnie. W takim razie widzimy się w niedzielę o ósmej rano – powiedziała tonem, nie zakładającym najmniejszego sprzeciwu. – I przyprowadź ze sobą Karla.
– Karla?
Pani Skamander pokiwała głową i wstała od stołu.
– Jest bardzo zaangażowany na zajęciach, będzie mu się podobało.
Scorpius podrapał się w tył głowy. Miał dziwne przeczucie, że pytanie o szczegóły nie ma większego sensu, ale mimo to postanowił spróbować.
– A co będzie mu się podobało?
Kobieta obrzuciła go jeszcze dziwniejszym spojrzeniem, a potem spojrzała w stronę jednego z obrazków powieszonych na ścianie. Była tam ona w towarzystwie jakiegoś mężczyzny. Oboje stali na łódce, kołyszącej się na tafli górskiego jeziora.
– Łowy – odparła enigmatycznie.
Scorpius czuł się coraz bardziej skołowany, kiedy kilka minut później wracał do zamku. Zarówno profesor Skamander, jak i McGonagall zachowywały się co najmniej dziwnie, co zapewne wynikało z faktu zbliżającej się olimpiady. Obie najwyraźniej bardzo starały się ukryć szczegóły dotyczące tego wydarzenia, ale jak to Gryfonki, miały problem z naginaniem rzeczywistości do swoich potrzeb.
Niemniej Scorpio nigdy by nie przypuszczał, że w ramach szlabanu będzie musiał opuścić szkołę. I do tego pływać! Naprawdę zachodził w głowę, co ta dziwna nauczycielka dla nich przyszykowała.
Kiedy wszedł do Hogwartu, na korytarzach wciąż kręciło się sporo uczniów, więc pora nie mogła być zbyt późna, choć po prawdzie siedząc w piwnicy profesor Skamander, łatwo było stracić poczucie czasu.
Mimo intensywnego dnia nie czuł jeszcze zmęczenia, więc ruszył do biblioteki, by choć trochę przygotować się do jutrzejszych Runów. Ile godzin by nie poświęcił na naukę tego przedmiotu, nadal nie czuł się w nim na tyle dobry, aby iść z marszu na zajęcia.
Pani Pince obrzuciła go krótkim spojrzeniem znad czytanego romansidła, a potem nieznacznie skinęła głową. Wystarczająco wiele razy przesiadywał tu do późnych godzin nocnych, by przestała zwracać na niego większą uwagę.
Wszedł między regały w poszukiwaniu potrzebnych materiałów, kiedy nagle tuż przed nim wyrosła postać z różdżką wymierzoną prosto w jego szyję. Niemal odruchowo chwycił za własną, a wtedy z cienia wyłoniła się jego krukońska nemezis w postaci Elizabeth Nash.
– Czego chcesz? – syknął, mierząc dziewczynę zirytowanym spojrzeniem. Naprawdę zaczynała działać mu na nerwy. – Przeklniesz mnie w bibliotece, gdzie parę metrów dalej siedzi nauczycielka? – dodał, sugestywnie spoglądając między książkami na regale. W oddali rzeczywiście dało się dostrzec bibliotekarkę.
Krukonka zmieszała się nieznacznie, a zmarszczka gniewu na jej czole, jeszcze się pogłębiła, choć wydawało się to niemożliwe. Ta chwila wahania jednak w zupełności Scorpiusowi wystarczyła.
– Tak myślałem – pociągnął – więc może przestań do mnie mierzyć. Nie powinno się wyciągać różdżki, jeśli nie zamierza się jej użyć.
Jego słowa, spłynęły po dziewczynie, jak po kaczce, bo nawet nie drgnęła.
– Gdzie się włamałeś? – warknęła za to, wbijając w niego oskarżające spojrzenie.
– Co takiego? – Scorpius popatrzył na nią szczerze zdumiony.
– W niedzielę wieczorem rzuciłeś Alohomorę. Po co?!
Alohomorę? O czym ona mówiła? W niedzielę? Przecież wtedy byli u niego Potterowie, przez cały dzień był zajęty ich wizytą.
– Coś ci się chyba pomieszało – rzucił, choć już bez takiego przekonania.
Krukonka skrzywiła się, jakby miała przed sobą jakieś zgniłe jedzenie.
– Nie próbuj na mnie swoich ślizgońskich sztuczek, wężu. Już zapomniałeś o namiarze, który rzuciłam na twoją różdżkę. Kłamstwo nigdzie cię nie zaprowadzi. Rzuciłeś Alohomorę, a potem jeszcze jakieś zaklęcie dekompozycji. Pytam więc, gdzie się włamałeś i co zniszczyłeś?! – W ostatnich słowach głos dziewczyny przeszedł niemal w syk.
Scorpius przez długą chwilę stał zupełnie sparaliżowany i patrzył się tępo na Krukonkę. Albo ona miała jakieś przewidzenia, albo mu odbiło i lunatykował. Bo jak inaczej wyjaśnić, że niby rzucał zaklęcia, o których… nie pamiętał? Zaraz! W niedzielę wieczorem? Kiedy Potterowie wrócili do domu, on poszedł do pokoju, ale co było dalej? Zasnął? Tak wcześnie?
Nagle Scorpius poczuł, jak coś boleśnie zaczęło mu pulsować z tyłu głowy. Złapał się rękoma za włosy i przymknął oczy, próbując stłumić to narastające uczucie. Co się działo, do cholery?!
Nasilający się ból, sprawił, że zaczęły mu drżeć nogi i musiał się złapać regału, żeby nie upaść. W jednej chwili poczuł się strasznie otumaniony i nie mógł pozbierać myśli.
– Co ty wyprawiasz?! – Usłyszał zdenerwowany szept Krukonki, ale nie był w stanie odpowiedzieć, bo gdy tylko otworzył usta, jedyne co się z nich wydobyło, to stłumiony jęk, a potem osunął się na kolana.
W uszach tak mu szumiało, że nie potrafił rozpoznać kolejnych słów dziewczyny, a dudniący w głowie ból, przyprawiał niemal o mdłości. Ostatni raz tak źle się poczuł, kiedy White rzuciła na niego Klątwę Gniewu. Teraz jednak, o ile wiedział, Nash go nie przeklęła, więc co było przyczyną?
Ignorując obecność dziewczyny, dźwignął się na nogi i ruszył w stronę wyjścia z biblioteki, wspierając się o regał. Wiele wysiłku kosztowało go, by nie zataczać się, kiedy mijał kontuar pani Pince. Na szczęście kobieta była tak zaczytana, że nawet nie uniosła na niego spojrzenia i tylko mruknęła jakieś niezrozumiałe pożegnanie.
Ból rozsadzał mu potylicę, więc kiedy znalazł się na korytarzu, oparł głowę o chłodną ścianę, licząc, że to przyniesie mu nieco ulgi. Pomogło na tyle, że mógł zastanowić się, co dalej. Nie był pewien, jak postąpić, ale miał poczucie, że w każdej chwili może stracić przytomność, a Skrzydło Szpitalne wydawało się być bardzo daleko. Zresztą nie był pewien czy chce tłumaczyć, co tak naprawdę zaszło. Rzucił Alohomorę? Zniszczył coś? Nie pamiętał tego.
Jęknął, kiedy kolejna fala bólu zalała mu czaszkę.
Mimo otumanienia, zdał sobie sprawę, że nie może tu zostać sam i tylko jedna osoba przyszła mu do głowy. Sięgnął do kieszeni i wyjął lusterko.
– Albus… Potrzebuję pomocy… – powiedział z wysiłkiem. Nie był w stanie zebrać się na nic więcej, nie miał siły nawet otworzyć oczu, żeby spojrzeć, czy twarz Gryfona pokazała się w odbiciu, choć przez dudnienie w uszach, wydawało mu się, że słyszy jego zaniepokojony głos.
Usiadł na podłodze, bo nogi odmawiały mu posłuszeństwa i oddychał głęboko. Z każdym kolejnym wdechem ból zdawał się ustępować i po chwili Scorpius ośmielił się otworzyć oczy. Obraz był trochę rozmyty, ale poza tym wydawało się, że czymkolwiek był ten atak, najwyraźniej mijał.
Chwilę później trzask zamykanych drzwi zwrócił jego uwagę. Z wysiłkiem Ślizgon obrócił głowę, by zobaczyć złowrogą twarz Elizabeth, która nad nim stanęła. Naprawdę chciałby, żeby po prostu zniknęła, bo nie miał siły dalej się z nią mierzyć. Strasznie osłabiony, z trudem skupiał na niej spojrzenie.
– Myślisz, że w ten sposób wykręcisz się od odpowiedzi, szczurze?! – warknęła dziewczyna.
Scorpio ponownie przymknął oczy, bo na samą myśl, o pytaniu które zadała, czuł, że ból powraca. Nie był w stanie nawet w pełni sformułować go w głowie, a co dopiero pomyśleć o odpowiedzi. Jej jednak to nie obchodziło. Stała wciąż nad nim, z wyciągniętą różdżką i najwyraźniej nie zamierzała odpuścić.
– Nie rzucałem Alohomory – zdołał powiedzieć.
– Kłamiesz! – warknęła, pochylając się w jego stronę. – A to ci w żaden sposób nie pomoże. Dowiem się, co knujesz, w ten czy w inny sposób!
Scorpius zdobył się, na ponowne otwarcie oczu, by zobaczyć gniewną twarz Nash niebezpiecznie blisko swojej własnej. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz widział w czyimś wzroku tyle nienawiści. Chyba u White, na chwilę przed…
– Rób, co chcesz, przecież wiesz, że nie mogę się bronić – powiedział, wewnętrznie wściekły, że jego głos brzmi tak słabo. – To zresztą bardzo w krukońskim stylu atakować bezbronnych. White też przeklęła mnie z zaskoczenia.
Gdyby nie czuł się tak otumaniony, roześmiałby się, widząc wstrząśnięty wyraz twarzy Nash. Musiał celnie trafić tym porównaniem, bo dziewczyna odskoczyła od niego jak poparzona.
– Jak śmiesz, draniu?! To ty ją skrzywdziłeś! A teraz masz jeszcze czelność ją obrażać?! Jesteś wstrętny! Odrażający!
Scorpius widział, jak drżąc na całym ciele, dziewczyna w szale unosi różdżkę, której końcówka lśniła niebezpiecznie.
– Expelliarmus!
W momencie kiedy Krukonka miała zaatakować, rzucone zaklęcie wyrwało jej różdżkę z dłoni. Zaskoczona dziewczyna spojrzała w bok, gdzie na końcu korytarza stał Albus. Gryfon oddychał szybko, a jego twarz i włosy były całe mokre od potu. W prawej dłoni trzymał swoją różdżkę, a w lewej tę należącą do Elizabeth. Przez chwilę mierzył wściekłym spojrzeniem Krukonkę, a potem przeniósł wzrok na siedzącego pod ścianą Ślizgona.
– Co ty mu zrobiłaś?! – zawołał i Scorpius był pewien, że jeszcze nigdy nie słyszał w jego głosie tyle gniewu. – Gadaj!
Nash patrzyła wyraźnie zdezorientowana, to na Scorpiusa, to na Pottera, a w końcu i w niej gniew zwyciężył.
– Nie twoja sprawa! Oddawaj moją różdżkę!
– Nie ma mowy! – warknął Albus i nim ktokolwiek zdołał go powstrzymać, uderzył nią w stojący tuż obok pomnik jakiegoś rycerza. Różdżka z trzaskiem przełamała się na pół.
Scorpius widział, jak autentyczne przerażenie odmalowało się na twarzy Krukonki. Patrzyła szeroko otwartymi oczami na wściekłego Gryfona, jakby nie dowierzała w to, co właśnie zrobił.
– Wynoś się stąd albo cię spetryfikuje! – warknął Albus, podchodząc bliżej.
– Moja różdżka… – wydusiła z trudem Nash. – Złamałeś ją…
– Jak się stąd nie ulotnisz, to złamię coś więcej – dodał Potter, stając tuż przed nią. Choć niższy, teraz wydawał się górować nad dziewczyną. Ta wciąż tkwiąc w szoku, stała jak sparaliżowana, a potem niespodziewanie zamachnęła się i strzeliła Albusa w twarz.
– Zapłacicie mi za to! Obaj! – krzyknęła, po czym odwróciła się na pięcie i puściła się biegiem, by po chwili zniknąć w jednym z bocznych korytarzy.
Scorpius, wciąż siedząc na ziemi, odetchnął nieznacznie, a po kilku sekundach zobaczył przed sobą twarz Albusa. Jej lewa część była cała czerwona od uderzenia, ale Gryfon chyba niewiele sobie z tego robił.
– Co z tobą? – zapytał głosem wciąż drżącym z gniewu.
– Dobre pytanie – odparł cicho Scorpius, siląc się na blady uśmiech.
– Rzuciła na ciebie jakąś klątwę?
Ślizgon pokręcił głową.
– Raczej nie. Nie wydaje mi się. Po prostu źle się poczułem, chwilę po tym, jak się pojawiła.
Scorpius uniósł dłoń, żeby przeczesać mokre od potu włosy. Ręka drżała mu nieznośnie, w ogóle cały trząsł się jak galareta, tak z wysiłku, jak i coraz silniejszego zimna.
– Zabiorę cię do Skrzydła Szpitalnego – powiedział Albus i już chciał chwycić go za ramię, kiedy Ślizgon go powstrzymał.
– Poczekaj, daj mi pomyśleć.
– Tu nie ma na co czekać, jesteś chory.
– To coś innego. Kiedyś o tym czytałem, ale nie mogę sobie przypomnieć gdzie. Jestem skołowany.
Scorpius wziął jeszcze kilka nerwowych wdechów, starając się zapanować nad zamglonym umysłem i rozdygotanym ciałem.
– Chodźmy do Pokoju Życzeń – powiedział w końcu. – Muszę się zastanowić.
– Jesteś pewien?
Ślizgon z wysiłkiem pokiwał głową.
– Muszę sobie tylko przypomnieć…
Przypomnieć! Oczywiście! Olśnienie przyszło szybciej niż przypuszczał. W jednej chwili znalazł w sobie siłę, żeby z pomocą Albusa dźwignąć się na nogi i ruszyli korytarzem w stronę schodów na górę.
– Weź to ze sobą – powiedział do Albusa, wskazując na pozostałości różdżki Nash. – Lepiej żeby nikt tego nie znalazł.
Albus skinął głową, po czym puścił go na chwilę i podniósł połamane fragmenty. Teraz kiedy gniew zelżał, wyraźnie na jego twarzy odmalował się niepokój. Powoli musiała do niego docierać świadomość, że zrobił coś nieodwracalnego. Nie dało się łatwo naprawić złamanej różdżki, a z pewnością wykraczało to daleko poza ich umiejętności. Do tego potrzebny był ktoś pokroju Olivandera, a na terenie Hogwartu raczej nie było nikogo podobnego.
– Następnym razem po prostu wyrzuć ją przez okno – odezwał się Scorpio, siląc się na lekki ton. Widział jednak, że to w żaden sposób nie poprawia nastroju Pottera, więc dodał poważniej. – Coś na to poradzimy, nie zadręczaj się tym teraz.
Albus skinął nieznacznie głową i połamaną różdżkę włożył do kieszeni. Potem ponownie przełożył ramię Scorpiusa przez swoje barki i razem opuścili korytarz przy bibliotece.
Kiedy już znaleźli się w Pokoju Życzeń, Ślizgon z nieukrywaną przyjemnością położył się na jednej z sof, które tam znaleźli. Czuł się cały obolały, ale powoli odzyskiwał jasność myśli i sytuacja stawała się bardziej klarowna.
– Obliviate – mruknął w końcu, spoglądając na Gryfona. Ten usiadł na przeciwległej sofie i patrzył na niego pytająco.
– Ktoś rzucił na mnie Obliviate – pociągnął Scorpius. – To zaklęcie daje takie efekty uboczne, kiedy próbujesz sobie przypomnieć coś co zostało wymazane z twojej pamięci.
– Czy to legalne?
– Ogólnie tak, choć jest stosowane głównie w przypadku mugoli, którzy byli świadkami użycia magii. To niby nie jest czarnomagiczne zaklęcie, ale łatwo sobie wyobrazić, że można nim bardzo zaszkodzić.
Albus wyglądał na coraz bardziej zatroskanego, kiedy słuchał słów Scorpiusa.
– Ale kto mógł ci coś takiego zrobić? – zapytał, a potem westchnął i pokręcił głową. – Głupie pytanie, przecież nie pamiętasz.
Chcąc nie chcąc, Scorpius uśmiechnął się lekko na to stwierdzenie, szybko jednak spoważniał.
– Obawiam się, że wiem, kto to mógł być.
– Naprawdę?
Ślizgon westchnął ciężko, a potem zebrał się w sobie i dźwignął do pozycji siedzącej. Przez chwilę patrzył na Pottera, próbując zebrać wszystkie fakty razem, a w końcu potarmosił włosy na wciąż obolałej głowie.
– Jakiś czas temu Nash nałożyła namiar na moją różdżkę. A teraz przyszła i powiedziała, że rzucałem jakieś zaklęcia, których zupełnie nie pamiętam.
– Co to były za czary?
– Alohomora i jakieś zaklęcie dekompozycji. Według jej słów musiało to być w niedzielę wieczorem.
– Po naszej wizycie?
Scorpius skinął głową.
– Źle się poczułem, kiedy próbowałem sobie przypomnieć, co się działo po tym, jak wróciliście do domu – wypowiedziawszy te słowa, Scorpio skrzywił się wyraźnie. – Zaczyna mi dudnić w głowie nawet, kiedy o tym wspominam.
– Sugerujesz, że to się stało wtedy?
Ślizgon zacisnął zęby i poczekał aż kolejna fala bólu ustąpi, a potem spojrzał poważnie na Albusa.
– Sugeruję, że dowiedziałem się czegoś, czego nie powinienem był wiedzieć i ojciec usunął mi to wspomnienie.
Tym razem na twarzy Pottera już wyraźnie odmalował się strach.
– Twój ojciec? Ale dlaczego?
Scorpius westchnął ciężko i nagle przypomniał sobie o uczuciu niepokoju, jakie odczuwał na początku pobytu w domu.
– Nie wiem, ale coś się stało. Coś poważnego.
– To na pewno, inaczej twój ojciec nie posunąłby się tak daleko.
Z tym jednym stwierdzeniem Ślizgon nie mógł się nie zgodzić. O czymkolwiek się dowiedział, to musiało być coś bardzo ważnego. Coś tak istotnego, że Draco był gotowy narażać umysł własnego syna, byle to ukryć.
Scorpius spuścił głowę i spojrzał w podłogę, bo poczuł jak znowu przytłacza go niesamowity ciężar. Dlaczego zawsze wokół niego musiały dziać się takie rzeczy? Dlaczego nie mógł po prostu spokojnie się uczyć? Dlaczego miał poczucie, że sprawy znowu wymykają mu się spod kontroli?
A najbardziej bolało go, że cokolwiek się stało, to ojciec nie miał do niego wystarczająco zaufania, by powierzyć mu prawdę. Wolał ją ukryć, niż zaufać własnemu synowi. To nie była przyjemna myśl, ale po prawdzie tylko zwiększała determinację Scorpiusa, żeby rozwikłać tę zagadkę.
Ostatecznie spojrzał ponownie na Albusa.
– Będę potrzebował twojej pomocy.
Gryfon popatrzył na niego pytająco.
– Jest możliwość cofnięcia działania Obliviate, ale nie można rzucić tego zaklęcia na samego siebie.
Naraz zrozumienie spłynęło na Pottera, bo zerwał się na równe nogi.
– O nie! Nie ma mowy. Nawet mnie o to nie proś. Z moim magicznym talentem usmażę ci mózg! Może powinieneś iść z tym do McGonagall?
Scorpius pokręcił głową.
– I co jej powiem? Że ojciec wyczyścił mi pamięć, bo odkryłem jakiś jego brudny sekret? Przecież jeśli rzeczywiście tak było, to wyślę go prosto do Azkabanu. Nie mogę z tym do niej iść, bo jeśli mam rację, a boję się, że mam, to muszę sam go powstrzymać. Jeśli wpakował się w jakieś kłopoty, to ostatnie czego potrzebuje, to by dowiedziało się o tym Ministerstwo.
Albus patrzył na niego z mieszaniną strachu i zrozumienia. On równie dobrze jak Scorpius, wiedział, że stąpają po kruchym lodzie. Rozumiał, choć ewidentnie mu się to nie podobało.
– Co jeśli nie będę potrafił? Jeśli zrobię ci krzywdę?
Ślizgon uśmiechnął się, choć tak naprawdę wcale nie było mu do śmiechu.
– Nie jestem samobójcą, zadbam byś zrobił to dobrze.
Albus nadal nie wyglądał na specjalnie przekonanego do tego pomysłu, ale ostatecznie tylko ciężko westchnął i z powrotem opadł na kanapę.
– Mam co do tego bardzo złe przeczucia – mruknął po chwili namysłu. – Wiesz, jakoś wolę ratować twoją gadzią skórę niż mieszać ci w głowie.
Scorpio wywrócił oczami, a potem spojrzał łagodnie na Pottera, podniósł się z sofy, podszedł nieco chwiejnym krokiem bliżej i poklepał go po ramieniu.
– Obaj dobrze wiemy, że nie zawsze możemy robić tylko to, czego chcemy – stwierdził, po czym uśmiechnął się w nader ślizgoński sposób. – Zresztą powinieneś w końcu uwierzyć w swoje umiejętności. Expelliarmus wyszedł ci perfekcyjny.
Na te słowa Albus zaśmiał się sztucznie.
– Jeszcze zostanę mistrzem pojedynków.
Scorpius zmierzył go przebiegłym spojrzeniem.
– Kto wie.
