Witam Kochani,

prezentuję Wam kolejny rozdział Skóry, wyjątkowo dłuższy niż standardowy. Mam nadzieję, że przypadnie wam do gustu, a jednocześnie zasieje nieco fermentu, odnośnie pewnych postaci.

Jak zwykle dziękuję za wszystkie komentarze i zapraszam do lektury.


Rozdział XXVI

Scorpio leżał na łóżku i mimo późnej pory nie potrafił zasnąć. Zbyt wiele myśli, niepokojących myśli, kłębiło mu się w głowie. Po pierwsze i najważniejsze, musiał dowiedzieć się, co ojciec przed nim ukrywał. Co prawda miał szczere wątpliwości, czy będzie w stanie jakkolwiek na niego wpłynąć, ale sama ta niewiedza frustrowała go w stopniu wyższym. Nie potrafił po prostu przestać o tym myśleć, zwłaszcza teraz, kiedy miał świadomość, że coś się dzieje. Po prostu nie potrafił.

To oczywiście pociągało za sobą dalsze problemy. Musiał znaleźć sposób na cofnięcie skutków Obliviate. Pewnego razu trafił na opis tej procedury w jakiejś książce, ale wtedy nie przywiązał do tego większej wagi, bo samo zaklęcie zapomnienia było powyżej jego możliwości. W ogóle każda magia wpływająca na umysł, niosła ze sobą większe lub mniejsze ryzyko. Nawet zwykły Confundus rzucony niewprawną ręką mógł wyrządzić konkretne szkody. Tym bardziej Scorpius musiał się zatroszczyć, by dobrze przygotować Albusa do tego zadania. Ostatecznie on również nie chciał, żeby Gryfon zrobił mu kisiel z mózgu.

Oczywiście nie mógł tak po prostu podobnej magii ćwiczyć z Potterem w Pokoju Życzeń. McGonagall od razu zauważyłaby, że robią coś, czego nie powinni. Co prawda nie musiał się już raczej przejmować namiarem rzuconym przez Nash, po tym jak Potter złamał jej różdżkę, ale jego szlaban na używanie magii dalej obowiązywał, a on nie zamierzał czekać do czerwca, kiedy to ograniczenie się skończy.

Dlatego musiał znaleźć inny sposób. Przez jedną krótką chwilę pomyślał ze złością, że znowu wszystko się powtarza. Znowu musi kombinować i znowu będzie mu trudno patrzeć w twarz dyrektorki, mając świadomość, że po raz kolejny coś przed nią ukrywa, że działa za jej plecami. Ale tak jak powiedział Albusowi, jeśli ma rację, jeśli jego ojciec robi coś nielegalnego, to McGonagall nie może się o tym dowiedzieć. Mogła go lubić, ale to by jej z pewnością nie powstrzymało, przed zgłoszeniem przestępstwa. Ostatecznie była Gryfonem w całej okazałości, wraz z ich umiłowaniem dla sprawiedliwości.

Teraz jednak nie zamierzał zastanawiać się nad tym, co zrobi jak już pozna prawdę. Będzie rozważał wszystkie opcje, kiedy już otrzyma konkretne informacje. Póki co te tkwiły zaszyte w jego umyśle i musiał je stamtąd wyciągnąć.

To jednak była dopiero połowa problemu. Drugą stanowiła jedna uparta Krukonka. Scorpius był przekonany, że to tylko kwestia czasu, aż zdobędzie inną różdżkę. Pewnie od razu napisała do rodziny, by przysłali jej zapasową. Trudno było przewidzieć, co zrobi dalej. Czy zamierzała całe wydarzenie zgłosić nauczycielom? Mało prawdopodobne, bo to byłoby jej słowo przeciwko ich, a Albus nie złamał jej różdżki żadnym zaklęciem, więc znacznie trudniej byłoby mu to udowodnić. Zresztą gdyby zamierzała to zrobić, to zapewne teraz Scorpius siedziałby w gabinecie McGonagall.

Niewątpliwie dziewczyna będzie chciała się jednak na nich odegrać. Była uparta i zatwardziała w swoim dążeniu do utrudnienia Scorpiusowi życia, choć ten nadal nie wiedział, co leży u tego podstaw. Naprawdę chciałby wiedzieć, czym jej tak podpadł. Nie widział, by w stosunku do innych Ślizgonów odnosiła się w podobny sposób, więc to musiała być sprawa osobista. Jedyne co przychodziło mu do głowy, to jakaś jej zażyłość z Peggy White, a może Willickiem? Na tę myśl Scorpiusowi zrobiło się autentycznie gorzej. Oczywiście wiele dziewczyn wzdychało do tego drania, ale cokolwiek, by powiedzieć złego o Elizabeth, to nie wyglądała ona na kogoś, kto lubi się obmacywać ze starszymi od siebie facetami.

Wszystko to razem nie trzymało się kupy, a wniosek pozostawał jeden: Scorpius musiał mieć znowu oczy dookoła głowy. Co gorsza wmieszał we wszystko Albusa i teraz on również może odczuć tego konsekwencje.

Ślizgon usiadł na łóżku i spojrzał na resztki różdżki Nash, które leżały na nocnej szafce. Stanowczo nie chciał, by Potter trzymał je u siebie. Jeśli sprawa wypłynie, Scorpius gotowy był wziąć wszystko na siebie. Ostatecznie jeszcze jeden punkt na liście jego przewin i tak wiele nie zmieni, a Albusowi podobne problemy nie były potrzebne. Choć oczywiście on sam nigdy by się na to nie zgodził. Dlatego dla świętego spokoju Ślizgon wolał nie pytać.

Zasnął długo po trzeciej w nocy, kiedy wreszcie jego umysł poddał się w analizowaniu wszystkich scenariuszy. Niemniej zasypiając, miał już przynajmniej w części ułożony plan dalszych działań i chyba to pozwoliło mu w końcu nieco odpocząć.


Wydarzenia poprzedniego dnia i pół nieprzespanej nocy spowodowały, że przez większość poranka Scorpius był totalnie nie do życia. Włóczył się za Karlem i Zackiem, licząc, że przynajmniej przez jeszcze kilka godzin nie będzie musiał za bardzo wysilać obolałej głowy. Oczywiście oni od razu dostrzegli zmianę w jego zachowaniu i już przy śniadaniu zaczęli wypytywać o szczegóły.

– Co ty dziś taki nieobecny? – zapytał Zachary znad kubka z kawą zbożową. – W nocy też widziałem, że więcej siedziałeś na łóżku niż spałeś, co się dzieje?

Scorpius przetarł twarz dłonią, próbując odgonić zmęczenie. Nie tak dawno obiecywał sobie, że nie będzie kłamał w obecności tej dwójki, ale teraz nie był pewien ile może im powiedzieć. I nie chodziło tutaj tylko o zaufanie, po prostu nie chciał przypadkiem znowu wciągnąć ich w jakieś bagno.

– Nash nie daje mi żyć – mruknął w końcu niechętnie. – Wczoraj wieczorem dopadła mnie w bibliotece i znowu zaczęła tę swoją gadkę.

Zachary prychnął cicho.

– Porąbana idiotka, czego się na tobie uwzięła.

Scorpio wzruszył ramionami.

– Żebym to ja wiedział. Ale dostaję migreny na sam dźwięk jej głosu.

Widząc zbolałą minę Scorpiusa, Karl i Zack nie wytrzymali i parsknęli śmiechem.

– Może ona się po prostu zakochała – odezwał się Karl, na co Scorpius niemal zakrztusił się pitym sokiem dyniowym.

– Ty to masz fantazję.

– Czyżby? Pomyśl, rozmawiamy o zimnokrwistej, analitycznej Krukonce. Może ma jakieś problemy z wyrażaniem emocji.

Scorpius wywrócił oczami.

– Jeśli tak miałaby wyrażać zainteresowanie, to ja nie chcę wiedzieć, co robi z wrogami.

Mimo to słowa Karla odniosły zamierzony skutek, bo Scorpius poczuł się lepiej. Najwyraźniej czasami trzeba trochę wyśmiać problemy, żeby przestały być tak przytłaczające.

– Przestań bredzić – dodał z uśmiechem. – Ja już mam jedną wielbicielkę i to mi w zupełności wystarczy.

Na to stwierdzenie Zack spojrzał na niego podstępnie.

– Domyślam się, że mówisz o słodkiej Lily.

– Nie, na Merlina, o twojej prababce – zakpił Scorpio, wstając od stołu. Jego słowa jednak nie zmniejszyły rozbawienia blondyna. Ten wyciągnął się na krześle i skrzyżował ręce na piersi.

– Prababce mówisz? Cóż, ja tam bym wolał Lily, ale wiem, że ty gustujesz w dojrzałych kobietach.

Scorpius zmierzył przyjaciela zabójczym spojrzeniem.

– Jeszcze słowo, Zack, a obiecuję, że ta waza z sokiem wyląduje na twojej głowie.

– Oj chyba trafiłem w czuły punkt. Teraz już rozumiem dlaczego zawsze tak chętnie lecisz wieczorem do…

– Dosyć, ja nie będę was rozdzielał – wtrącił Karl, stając między nimi. – Zack, skończ tę głupią gadaninę i chodźmy, eliksiry same się nie uwarzą.

Scorpius pogroził Zacharemu pięścią, ale ostatecznie ustąpił, wiedząc, że nie powinien się dać prowokować głupimi żartami blondyna.


Kiedy weszli do lochów, inni uczniowie właśnie rozstawiali kociołki, a Smilthon rozdawał przepisy i składniki na dzisiejszy eliksir.

Scorpius zajął swoje standardowe miejsce i wsparł głowę na łokciu, licząc, że będzie mógł jeszcze na chwilę przymknąć oczy, ale już moment później poczuł, że ktoś nad nim stoi. Kiedy spojrzał w górę, zobaczył zmartwioną twarz Albusa.

– Dobrze się czujesz? Wyglądasz, jakby cię przeżuł troll jaskiniowy – zapytał Gryfon.

– Wszystko gra, po prostu krótko spałem – stwierdził Scorpio, a potem kątem oka spojrzał na siedzących obok Karla i Zacka. – Wiesz, miałem dużo prac dodatkowych do zrobienia.

Albus najwyraźniej szybko pojął aluzję, bo skinął głową.

– Nie powinieneś się tak przepracowywać. W końcu kiedyś to odchorujesz.

Ślizgon wzruszył ramionami.

– Stale mu to powtarzamy – wtrącił Zachary. – A on i tak gnije w bibliotece. Kiedy ostatni raz położyłeś się spać o jakieś ludzkiej porze?

– Wyśpię się po śmierci, teraz nie mam czasu – mruknął Scorpio, czując, że w tym starciu jest na przegranej pozycji. Na szczęście rozpoczęcie zajęć uchroniło go przed dalszą pogadanką na temat niezdrowego trybu życia, jaki prowadził.


– Idźcie beze mnie – powiedział do kumpli, kiedy wychodzili z lochów. Obaj spojrzeli na niego pytająco.

– Muszę pogadać ze Smilthonem.

– Ty? Ze Smilthonem? – żachnął się Zack.

– McGonagall chce, żebym się podciągnął z eliksirów, więc muszę jakoś to załatwić – rzucił bez wahania. Kolejne kłamstwo, już trzecie dziś, a nie minęło jeszcze południe. Ewidentnie wracał do formy.

– Czy ty nie widzisz, co ta kobieta z tobą robi. Wyjdziesz na kujona.

Scorpio uśmiechnął się lekko.

– Już nim jestem. A teraz spadajcie, zaraz do was dołączę.

Kiedy wszyscy pozostali uczniowie wyszli z klasy, Scorpius spoważniał i powoli podszedł w stronę biurka nauczyciela. Widząc go, profesor eliksirów poprawił okulary i odchrząknął.

– Malfoy, potrzebujesz czegoś? – zapytał, odkładając ostatni z przygotowanych eliksirów do drewnianego pudełka z przegródkami.

– Pamięta pan naszą rozmowę po wypadku w sowiarni? – zapytał Scorpius cichym, jakby nieco skrępowanym głosem. Nie patrzył na mężczyznę, ale gdzieś obok, na sterty papierów zalegających biurko. – Mówił pan, że jeśli będę mieć jakiś problem, to mogę z nim do pana przyjść.

Słysząc te słowa, Smilthon najpierw wyraźnie się zmieszał, a potem poprawił na krześle i ponownie odchrząknął, jakby zaschło mu w ustach.

– Istotnie… naturalnie… jak mogę ci pomóc?

Scorpius odczekał chwilę, przedłużając ciszę jaka zapadła po pytaniu profesora. Nie chciał zabrzmieć zbyt pewnie, choć wątpił, by przejęty mężczyzna był w stanie teraz cokolwiek dostrzec.

– Mam problemy ze snem – odezwał się w końcu, jeszcze ciszej niż wcześniej. – Dręczą mnie koszmary. Przez pewien czas brałem Eliksir Słodkiego Snu, który przepisali mi w Mungu, ale wiem, że tego nie można brać zbyt długo, bo uzależnia.

– Rzeczywiście, to dobry specyfik, ale posiada wiele niepożądanych skutków. Jest jeszcze Eliksir na Sen bez Snów, jednak tego bym ci nie polecał. On tym bardziej nie nadaje się do długotrwałego stosowania.

Scorpius smętnie pokiwał głową, przybierając jeszcze bardziej strapioną minę, a potem w końcu przeniósł spojrzenie na wyraźnie już zatroskaną twarz nauczyciela.

– To już nie chodzi o same koszmary. Do nich zdążyłem się przyzwyczaić. Ale po takiej nocy, kiedy mnie nachodzą, przez cały dzień wracają niczym złe wspomnienie. Czasami nie jestem w stanie o niczym innym myśleć, bo ciągle mam te sceny przed oczami. Wie pan, że nie jestem dobry w eliksirach, ale kolega mówił mi, że jest taki, który potrafi wymazać ostatnie wspomnienie. Pomyślałem, że może coś takiego by pomogło, że gdybym zapomniał, że coś mi się śniło, to dałoby mi chociaż spokój w ciągu dnia.

W tej właśnie chwili Scorpius zdał sobie sprawę, że minął się jednak z powołaniem. Powinien zostać aktorem, bo na ostatnich słowach głos tak mu artystycznie zadrżał, jakby rzeczywiście, cała ta sytuacja nie dawała mu żyć.

Smilthon przez chwilę patrzył na niego wyraźnie wstrząśnięty tym zwierzeniem, a potem wyszedł zza biurka, podszedł do niego i ojcowskim gestem poklepał po ramieniu.

– Wiele przeszedłeś mimo tak młodego wieku, nic dziwnego, że umysł nie radzi sobie z problemami. Dobrze, że przyszedłeś z tym do mnie, zamiast na własną rękę szukać rozwiązania. Rzeczywiście jest taki eliksir, to Chwilowa Niepamięć. Potrafi wymazać wspomnienia do godziny wstecz, ale jego działanie jest jak sama nazwa wskazuje tymczasowe. Zwykle ustępuje po niecałej dobie. – Smilthon zamilkł na chwilę i podrapał się po brodzie, rozmyślając o czymś intensywnie. – Jednak w twoim przypadku rzeczywiście mógłby pomóc. Gdybyś wypił łyk rano, po przebudzeniu, wymazałoby to wszelką pamięć po nocnych koszmarach, a działanie ustąpiłoby dopiero następnej nocy, kiedy nie miałoby to już znaczenia. Zresztą nie jest to jakiś silny specyfik i mógłbyś go stosować doraźnie. Poczekaj chwilkę, wydaje mi się, że miałem gdzieś jeszcze jedną fiolkę w składziku.

Powiedziawszy to, Smilthon jeszcze raz klepnął go po ramieniu i zniknął na zapleczu. Scorpius westchnął ciężko i przysiadł na blacie jednej z ławek. Wzrok wbił w podłogę i nerwowo zaciskał palce. Dbał o to, by nawet na sekundę nie wyjść z roli. Po chwili profesor wrócił do sali i podał mu małą fiolkę z brązową cieczą.

– Ale tylko w razie konieczności – dodał poważnie. – Dwie krople na szklankę wody.

Scorpius pokiwał głową, wpatrując się w eliksiry.

– Dziękuję – powiedział przez ściśnięte gardło. – Mam nadzieję, że w końcu nie będą mi takie rzeczy potrzebne.

Mężczyzna tylko ciężko westchnął i pokręcił nieznacznie głową.

– Wszystko przyjdzie z czasem, musisz być cierpliwy.

Gdyby Smilthon lepiej znał Scorpiusa, doskonale wiedziałby, że cierpliwość nigdy nie była jego specjalnie mocną stroną. Teraz jednak Ślizgon nie zamierzał go wyprowadzać z błędu, zamiast tego jeszcze raz podziękował i czym prędzej opuścił loch.

Chowając fiolkę do kieszeni z trudem powstrzymał uśmiech satysfakcji. Może powinien czuć wyrzuty sumienia, może powinien obawiać się reakcji McGonagall, gdyby to do niej dotarło, tymczasem on czuł jedynie przyjemny dreszcz ekscytacji. Chyba stanowczo za długo działał wbrew swej ślizgońskiej naturze. Może szczerość i otwartość mają swoje zalety, ale czasami po prostu dobrze jest kogoś wyprowadzić w pole. Cokolwiek by nie powiedzieć, dawno nie czuł się tak zadowolony z drobnego przekrętu.


Ostatnie zajęcia jakie miał tego dnia przypadały na nieszczęsne Runy, do których z oczywistych powodów nie zdołał się wczoraj przygotować. Mimo to nie zamierzał prysnąć z tej lekcji, choć była to bardzo kusząca opcja. Wystawianie się na pośmiewisko przy całej grupie Krukonów było średnią rozrywką. Wiedział jednak, że byłby to przejaw tchórzostwa, a tego absolutnie u siebie nie tolerował. Dlatego pewnym krokiem wszedł do klasy i zasiadł na standardowym miejscu w ostatnim rzędzie. Dopiero wtedy zauważył, że przy biurku Mirrecka stoi Nash i tłumaczy mu coś zawzięcie. Z tej odległości Scorpius nie słyszał słów, ale po chwili profesor skinął głową i gestem dłoni nakazał Krukonce powrót na miejsce. A potem rozpoczęły się zajęcia.

Szybko Scorpius zrozumiał, jaki dziewczyna miała problem. Korzystała z zapasowej różdżki, najprawdopodobniej pochodzącej ze szkolnych zapasów, a ta absolutnie nie chciała z nią współpracować. Frustracja na twarzy Nash, kiedy nie była w stanie wyrysować nawet najprostszego runa, była wręcz bezcenna, choć Scorpius nie zniżył się do tego, żeby to komentować. Zrobił wszystko, by udać, że nie zwrócił na ten fakt najmniejszej uwagi.

Kiedy jednak zajęcia dobiegły końca, dziewczyna mijając jego miejsce, obrzuciła go takim spojrzeniem, że gdyby wzrok mógł zabijać, to Scorpius właśnie leżałby trupem pod ławką. Na szczęście to działa tylko u bazyliszków, za to Ślizgon z premedytacją odwzajemnił się równie paskudnym spojrzeniem. Miał nadzieję, że mimo wszystko Nash swój gniew przeleje na niego, a nie na Albusa, który z pewnością nie zasługiwał na podobne traktowanie.

– Widzę, że między wami coraz lepiej – odezwała się Rose, kiedy odprowadziła Krukonkę wzrokiem do drzwi.

– Ta, myślę, że jesteśmy na etapie, kiedy Nash najchętniej rozwlekłaby moje flaki po dziedzińcu szkoły – rzucił, również zbierając się do wyjścia.

Dla pewności Scorpio pominął milczeniem udział Albusa w całym zamieszaniu. Nie był pewien czy ten chciałby się dzielić tą wiedzą z kuzynką. Jeśli tak, to będzie musiał zrobić to osobiście.

– Malfoy – zawołała za nim Rose. – Czy wczoraj coś się stało?

Scorpius zaklął w duchu. Dociekliwość Weasley była czasami naprawdę irytująca.

– A czemu mnie o to pytasz?

Rose skrzyżowała ręce na piersi i obrzuciła go krytycznym spojrzeniem.

– Bo Albus jest dziś jakiś nieswój, więc jak go znam, to coś ukrywa. Pewnie jak zwykle kryje ciebie, więc może przestaniecie ściemniać i powiecie, co zmalowaliście.

Scorpius westchnął ciężko, a potem gestem głowy dał znać Gryfonce, by poszła za nim. Nie miał ochoty jej się zwierzać, ale wyglądało na to, że prędzej czy później sama dojdzie prawdy.

– Wczoraj Nash mnie zaatakowała, znaczy nie czarem, choć było blisko. Albus to zobaczył i udało mu się zabrać jej różdżkę, a potem tak się wściekł, że roztrzaskał ją o pomnik.

Rose spojrzała na niego niedowierzająco.

– Albus zniszczył jej różdżkę?

Scorpius pokiwał głową.

– Nigdy wcześniej nie widziałem go tak wkurzonego.

Rose zamyśliła się na chwilę.

– To wiele tłumaczy – stwierdziła moment później. – Znaczy przede wszystkim złe samopoczucie Albusa i to, że Elizabeth miała dziś zastępczą różdżkę. Poza tym słyszałam, że wczoraj w wieży Ravenclawu była jakaś awantura. Nie znam szczegółów, ale córka koleżanki mojej mamy jest teraz na drugim roku i dziś rano opowiadała, że nie mogła spać, bo ktoś zatrzasnął się w toalecie i nie chciał z niej wyjść aż do rana.

– Czyżby Nash aż tak przejęła się utratą różdżki? Ona naprawdę ma jakiś problem i to nie tylko ze mną.

– Gorzej że teraz ten problem dotknął też Albusa. Wybacz, że to mówię, ale o ile nie podoba mi się twój konflikt z tą Krukonką, to znacznie bardziej nie chcę, by to zaszkodziło Albusowi.

– No to jest nas dwoje – stwierdził Scorpius, a potem dodał po zastanowieniu. – Mam pewien pomysł, jak choć w części naprawić tę sytuację. Przynajmniej na tyle, by całe zamieszanie ominęło Albusa.

Rose ponownie spojrzała na niego badawczo.

– Nie jestem Potterem, nie wyciągniesz ze mnie szczegółów groźną miną – rzucił z przekornym uśmiechem.

– To co proponujesz?

– Może po prostu mi zaufasz?

Gryfonka prychnęła.

– Prędzej trolle zaczną latać. Jednak wiem, że troszczysz się o Albusa, przynajmniej tak samo jak ja, więc ten jeden raz postaram się uwierzyć, że wiesz, co robisz. Zdajesz sobie sprawę, jak wielki to kredyt zaufania z mojej strony.

– Nie wiem czy udźwignę jego ciężar – skwitował Scorpius.


Na szczęście przez resztę tygodnia Nash zdawała się unikać Scorpiusa, co on sam przyjął z ogromną ulgą, a podświadomie zaczął nawet liczyć, że dziewczyna odpuści, przestraszona tym, do czego może doprowadzić jej zawzięcie. Co prawda sam za bardzo nie chciał ulegać tej nadziei, niemniej przyjemnie było pozbyć się tego poczucia, że ktoś wisi na twoich plecach. A może przyczyniła się do tego świadomość, że nie miał już jej namiaru na różdżce? Choć w sumie, nieświadomie oddała mu przysługę. Gdyby nie jej nadgorliwość, to Scorpius dalej żyłby w błogiej nieświadomości tego, co wydarzyło się w święta.

Dziś jednak była sobota i trudno było myśleć o czymkolwiek innym niż zbliżająca się olimpiada, zwłaszcza kiedy wszyscy uczniowie zebrali się w Wielkiej Sali, gdzie miały zostać ogłoszone szczegóły całej imprezy. Także grono pedagogiczne zebrało się w komplecie.

Pierwsza oczywiście wypowiadała się McGonagall, powtarzając to, co wszyscy już wiedzieli, że zawody odbędą się z początkiem maja i potrwają dwa tygodnie, że mają nie tylko dostarczyć rozrywkę, ale przede wszystkim zachęcić uczniów do współpracy i wspólnej zabawy.

Potem jednak przekazała głos pani Hooch, nauczycielce latania i jednocześnie organizatorce wszystkich imprez sportowych w szkole.

– Słuchajcie – zaczęła nauczycielka. – Zbliżająca się olimpiada nie będzie zawodami indywidualnymi, ale drużynowymi. W odróżnieniu jednak od Quidditcha, drużyny nie będą wyłonione z poszczególnych Domów, lecz każdy rocznik wybierze czterech swoich reprezentantów, po jednym z każdego Domu. Przez następny tydzień odbędzie się głosowanie. Każdy uczeń będzie mógł wskazać jednego kandydata ze swojego roku i Domu. W ten sposób w przyszłą niedzielę zostanie ogłoszona lista siedmiu czteroosobowych drużyn. Każda z nich będzie brała udział w szeregu konkurencji, które będą dostosowane do ich wieku i umiejętności. Całość będzie oceniana przez jury w składzie: dyrektor McGonagall i opiekunowie poszczególnych domów, czyli profesor Longbottom, profesor Flitwick, profesor Sinistra i profesor Smilthon.

Ostateczny kształt konkurencji pozostanie tajemnicą, aż do dnia zawodów, ale będą one dotyczyć poszczególnych przedmiotów, takich jak Transmutacja, Obrona przed Czarną Magią, Zielarstwo, Eliksiry, Zaklęcia i Uroki, Astronomia oraz Historia Magii.

Zwycięską drużynę czekać będą wspaniałe nagrody i oczywiście wieczna chwała zapisana na kartach historii szkoły.

Ostatnie zdanie nauczycielki wywołało rozbawienie wśród uczniów. Przez chwilę w sali panowało zamieszanie, ale gdy pani Hooch uniosła dłoń, ponownie zapadła cisza.

– Od jutrzejszego poranka w pokojach wspólnych pojawią się urny do głosowania. Każdy może oddać tylko jeden głos, na innego ucznia. Głosowanie zakończy się w przyszłą sobotę, a w niedzielę podamy oficjalne drużyny. Wybierajcie według umiejętności, a nie własnych sympatii, pamiętajcie, że wybrana osoba będzie was reprezentować.

Ponownie przez salę przeszła fala szeptów. Wszyscy zdawali się być bardzo przejęci zbliżającym się wydarzeniem, a chyba jeszcze bardziej możliwością wyboru uczestników. Niemal natychmiast wśród uczniów zaczęły się licytacje i spory na kogo głosować. A gdy profesor McGonagall podziękowała wszystkim za uwagę, wrzawa wybuchła na dobre.

– Ale zamieszanie – skomentował Zack, bujając się na krześle. – Widzę, że niektórzy, aż się palą, żeby brać w tym udział.

Mówiąc to, blondyn wskazał grono rozentuzjazmowanych Krukonów z trzeciego roku.

Scorpius wywrócił oczami, ale nic nie odpowiedział, zamiast tego wstał od stołu i wyszedł z sali. Mimo, że nie ustalali tego wcześniej, to chciał jak najszybciej odrobić swój szlaban, więc gdy tylko nauczyciele opuścili Wielką Salę, podążył za panią Skamander. Ta zauważyła go jeszcze na korytarzu i razem poszli w stronę chatki na błoniach.

Tego dnia Scorpiusowi przypadło porcjowanie i wydawanie pokarmu wszystkim owocożernym istotom. Było to wyjątkowo przyjemne zajęcie, bo jak zwykle przy takich czynnościach, większość tych głodomorów, reagowała na niego bardzo entuzjastycznie.

Było to dla niego jeszcze pod jednym względem bardzo korzystne. Przechodząc między zagrodami, bez trudu odnalazł sporą klatkę wypełnioną całym stadkiem młodych chochlików germańskich. Były to małe, zielone stworki, o psotnym usposobieniu, choć nie tak agresywne, jak ich kornwalijscy kuzyni.

Scorpio bardzo skutecznie udał, że zupełnie nie zwraca na nie uwagi, ale kiedy dostrzegł, że w okolicy nie kręci się żaden ze skrzatów, szybkim ruchem otworzył zasuwkę przytrzymującą drzwiczki.

Na rezultaty nie trzeba było długo czekać. Chmara chochlików wyleciała na zewnątrz i zaczęła dobierać się do wszystkiego w zasięgu ich małych, chwytnych łapek. Trzy skrzaty pojawiły się niemal natychmiast w centrum zamieszania i z przerażonymi minami próbowały łapać uciekinierów.

– Pomogę! – zawołał Scorpius, nakrywając wiaderkiem trzy najbliższe chochliki. Skrzaty były zbyt zajęte innymi stworkami, by nawet dostrzec, że tylko dwa z nich wylądowały na powrót w klatce, trzeci wraz z dużym kawałkiem soczystej pomarańczy znalazł bezpieczne schronienie w kieszeni Scorpiusa.

Immobulus. – Usłyszał naglę spokojny głos pani Skamander i niemal wszystkie chochliki zamarły w miejscu. – Proszę, uprzątnijcie ten bałagan – stwierdziła nauczycielka spoglądając na skrzaty i Ślizgona.

Dzięki jej pomocy zagonienie reszty stworzonek z powrotem do klatki okazało się dziecięcą igraszką.


Wychodząc z chatki, Scorpius pogładził po łuskowatym ciałku objedzonego i śpiącego w jego kieszeni chochlika. Był pewien, że biorąc pod uwagę ilość tych stworków, jaka znajdowała się w piwnicy, nikt nie dostrzeże braku tego jednego egzemplarza.

Bez wahania poszedł w stronę Pokoju Życzeń, gdzie już czekała na niego spora, złota klatka z całą michą różnorodnych owoców w środku. Scorpius umieścił w niej chochlika, a potem przysiadł na kanapie nieopodal.

Nagle przeszedł go nieprzyjemny dreszcz. Wszystko było gotowe. Jak tylko wróci z jutrzejszych tajemniczych łowów z panią Skamander, będzie mógł zacząć uczyć Albusa formuły do usunięcia skutków Obliviate, a to przybliży go do przypomnienia sobie prawdy. Gdzieś w głębi jednak wcale nie był przekonany czy rzeczywiście chce ją pamiętać.

Westchnął ciężko i potarmosił włosy. Przez kilka ostatnich miesięcy udało mu się zachowywać przynajmniej pozory normalności. Niczego nie kombinował, praktycznie nie kłamał, skupiał się głównie na nauce. Tymczasem wystarczyło jedno nieszczęsne wydarzenie, żeby tak bez trudu wrócił na dawne ścieżki. Znowu robił przekręty, znowu wyprowadzał innych w pole i znowu niespecjalnie myślał o konsekwencjach. A może powinien? Czy rzeczywiście wszystko dobrze przemyślał? Czy jest pewien, że naprawdę chce podążać tą ścieżką?

Niestety nie znał odpowiedzi na te pytania, ale jedno było dla niego pewne. Nie mógł spokojnie żyć ze świadomością, że została przed nim ukryta jakaś paskudna prawda. To nie podlegało negocjacji. A jeśli tutaj nie był skłonny do ustępstw, to czy mógł sobie pozwolić na półśrodki? Przy takim postawieniu sprawy, odpowiedź nasuwała się sama.

Zirytowany własnymi przemyśleniami wstał gwałtownie i szybko opuścił Pokój Życzeń. Nie chcąc więcej rozbierać tej kwestii na czynniki pierwsze, po prostu udał się do lochów, by jak najszybciej pójść spać. Naprawdę nie miał ochoty na kolejną nieprzespaną noc z powodu natłoku myśli. Potrzebował odpocząć, zwłaszcza, że jutrzejszy dzień raczej nie będzie należał do najłatwiejszych.

Miał nadzieję, że w ogólnym zamieszaniu całym olimpijskim wydarzeniem, nikt nie zwróci na niego uwagi. Tymczasem kiedy tylko wszedł do pokoju wspólnego Slytherinu, zobaczył wszystkich Ślizgonów ze swojego roku, siedzących przy jednym stoliku i dyskutujących o czymś zawzięcie. Byli tam również Karl i Zack. Ten pierwszy właśnie kręcił głową, a drugi chichrał się w najlepsze, wyraźnie rozbawiony całą sytuacją.

Czując, że i tak tego nie uniknie, podszedł bliżej.

– Coś przegapiłem? – zapytał, spoglądając na swoich współlokatorów. Mina Zacharego sugerowała, że raczej nie spodoba mu się odpowiedź.

Czternaście par oczu zwróciło się w jego stronę, a potem Tobiasz Mountgomery, drobny chłopak o ciemnych włosach i szczurzej twarzy, odchrząknął i odezwał się w imieniu wszystkich.

– Chcemy, byś reprezentował nas na olimpiadzie.

– Mówiłem im, że jesteśmy zawieszeni, ale to do nich nie dociera – mruknął Karl zrezygnowanym głosem.

Scorpius uśmiechnął się lekko, widząc strapioną minę kumpla, a potem przeniósł spojrzenie na pozostałych.

– Spoko.

Jego twierdząca odpowiedź chyba zaskoczyła wszystkich bardziej niż gdyby odmówił. Ślizgoni, w tym nawet Zack, patrzyli na niego, jakby widzieli go pierwszy raz w życiu.

– Znaczy, że się zgadzasz? – zapytała Natalie Braun, wysoka dziewczyna o przenikliwym spojrzeniu, do zeszłego roku współlokatorka i najbliższa koleżanka Estery. – Tak po prostu?

Scorpius wzruszył ramionami.

– Aż takie to dziwne?

– Biorąc po uwagę twoją parszywą naturę, spodziewaliśmy się raczej długiej i ciężkiej batalii – dodała Alice, brunetka siedząca obok Natalie.

– Oszczędzę wam tej wątpliwej przyjemności.

Karl spojrzał na niego pytająco.

– Rozmawiałeś o tym z McGonagall?

– Mogę startować – stwierdził Scorpius, potwierdzając przypuszczenia Karla, a potem uśmiechnął się w najbardziej złośliwy i przebrzydły sposób. – I pokażę wszystkim innym, że to wielki błąd nas lekceważyć.

Nie wiedział, czemu nagle zebrało mu się na takie oświadczenia, ale jego słowa odniosły niespodziewany efekt. Wcześniej przejęci Ślizgoni, nagle wydali się jakoś bardziej pewni siebie i wyraźnie podekscytowani tą perspektywą.

Może jutro będzie tego żałował, ale dziś chyba pierwszy raz od bardzo dawna poczuł się członkiem tej grupy, a nie tylko odszczepieńcem, który zawsze idzie pod prąd. Po raz pierwszy miał poczucie, że ktoś chce go wspierać. I było to naprawdę przyjemne doświadczenie.


Niedzielny poranek był słoneczny, choć dość chłodny, dlatego Karl i Scorpius szli przez błonia, otulając się szczelnie pelerynami. Wcześniej Karl próbował wypytać o szczegóły tej niecodziennej eskapady, ale sam Scorpio nie wiedział zbyt wiele. Obaj jednak niewątpliwie byli ciekawi, co takiego ma dla nich pani Skamander.

Nie zdziwili się specjalnie, kiedy zobaczyli, że nauczycielka czeka na nich przed chatką. Nie miała na sobie standardowej szaty, ale znacznie bardziej mugolski strój, na który składała się drelichowa kurtka, ciemne jeansy i kalosze. Na ramieniu przewieszony miała płócienny plecak. Już samo to sugerowało, że czeka ich jakaś terenowa przeprawa.

– Gotowi? – zapytała pani Skamander, uśmiechając się w ten charakterystyczny, nieco melancholijny sposób.

Obaj Ślizgoni skinęli głowami, więc kobieta wyciągnęła w ich stronę dłoń, na której leżał sporych rozmiarów srebrny, kieszonkowy zegarek.

– Dotknijcie go.

Scorpius spojrzał najpierw na panią Skamander, a potem na Karla, by ostatecznie położyć dłoń na wskazanym przedmiocie. Kiedy uczynił to drugi z chłopców, świat nagle zawirował i moment później znaleźli się w zupełnie innym miejscu.

Karl odskoczył wyraźnie przestraszony i rozejrzał się dookoła, tymczasem Scorpius spojrzał pytająco na nauczycielkę.

– Świstoklik?

– Zgadza się, przysłał mi go Rolf, kiedy poszukiwałam siedliska szczerczyków.

Obaj Ślizgoni spojrzeli na nią dziwnie, Scorpius bo nigdy nie słyszał o podobnych stworzeniach, a Karl chyba z ekscytacją.

– Słyszałem, że są na granicy wymarcia.

Kobieta pokiwała głową.

– Wymagają bardzo czystej wody, a to ostatnio coraz trudniejsze przy tak dużym zanieczyszczeniu.

Scorpius rozejrzał się dookoła. Stali na brzegu niewielkiego jeziorka, gdzieś wśród gór. Nigdzie w zasięgu wzroku nie było śladów żadnej cywilizacji, więc rzeczywiście jeśli szukać wody nie skażonej ludzką działalnością, to miejsce wydawało się idealne.

Tymczasem pani Skamander przykucnęła i zaczęła grzebać w swoim plecaku.

– Pomóżcie, chłopcy, bo to trochę ciężkie – poprosiła po chwili, mocując się z zawartością.

Jak na komendę obaj podeszli bliżej i moment później, wspólnymi siłami udało im się wyjąć duże, wypełnione wodą akwarium. Plecak pani Skamander musiał być magicznie powiększony, żeby zmieścić coś równie dużego. W środku Scorpio dostrzegł znajome krępiki. Były już całkiem duże i część z nich zaczęła się robić półprzezroczysta.

– Są gotowe, by wypuścić je na wolność – dodała kobieta, uśmiechając się w jego stronę.

– Mogę? – zapytał, uchylając wieko szklanego pojemnika. Widząc jak nauczycielka kiwa głową, włożył dłoń do środka i niemal natychmiast poczuł, jak kilkanaście macek oplata się wokół jego palców. Pomagając sobie drugą ręką, wyciągnął istotki na zewnątrz i moment później opuścił krępiki do wód jeziora. Nacisk na jego palce zelżał i po zwierzątkach nie było śladu.

Powtórzył tę czynność kilka razy, aż akwarium było już całkiem puste. Wtedy też pani Skamander zaklęciem oczyściła pozostałą w nim wodę, a potem zbliżyła się do chłopców.

– Polecam zostawić ubranie na brzegu – stwierdziła, sama ściągając zarówno płaszcz, jak i znajdujący się pod spodem sweter.

Karl wymienił ze Scorpiusem spojrzenie, nie bardzo wiedząc, co zrobić z oczami, kiedy nauczycielka przed nimi została w cienkim podkoszulku i krótkich spodenkach. Ostatecznie jednak oni również poszli w jej ślady i chwilę później dygotali na chłodnym górskim wietrze w samych bokserkach. Wtedy też pani Skamander rzuciła na nich zaklęcia, dzięki któremu naraz przestali odczuwać zimno, a potem dostrzegli bańki powietrza otaczające ich głowy.

– Szczerczyki lubią chować się między skałami. Wyglądają trochę jak małe elfy, tyle że ich ciałka są pokryte łuskami, a cechą charakterystyczną są żółte plamki za uszami i na stopach. Tymi plamkami wabią małe skorupiaki i bezkręgowce, które są ich pożywieniem.

Po tym krótkim wprowadzeniu obaj Ślizgoni, prowadzeni przez panią Skamander, zanurzyli się w lodowatej wodzie jeziora. Na szczęście zaklęcie doskonale chroniło przed chłodem, a bańka zapewniała dostęp powietrza. Oświetlając sobie otoczenie różdżkami, powoli zaczęli przeczesywać dno, zaglądając pod skały i we wszystkie szczeliny. Było to zadanie znacznie trudniejsze niż można by oczekiwać i minęła niemal godzina, nim ciche wezwanie obwieściło sukces Karla. Zarówno Scorpius, jak i pani Skamander podpłynęli powoli do miejsca, które wskazał i tam rzeczywiście dostrzegli to, co było ich celem. Spośród skał wychylała mała główka o łuskowatej skórze i wielkich, okrągłych oczach. Za długimi uszami dało się dostrzec żółte plamki, co do stóp trudno było powiedzieć, bo te ukryte były w dennym mule.

Pani Skamander powoli wyciągnęła w stronę istotki dłoń, na której znikąd pojawiło się kilka karmelowych cukierków.

Szczerczyk obserwował to z dużym zainteresowaniem, aż w końcu wynurzył się bardziej i podpłynął do kobiety, by przysiąść na jej dłoni i delektować się smakołykiem.

– Karmelki? – wyszeptał Scorpius.

– Niewielu wie, że szczerczyki są bardzo łakome na słodycze.

Kobieta podała zwierzątko wraz z cukierkami Karlowi.

– Ten pierwszy jest twoim znaleziskiem. Zanieś go do akwarium – poleciła Ślizgonowi.


Następne kilka godzin spędzili, przeszukując dno jeziora. W efekcie udało im się schwytać siedem szczerczyków, które teraz zajadały się karmelkami, siedząc w akwarium.

– Co pani z nimi zrobi? – zapytał Karl.

– Postaram się je rozmnożyć i zwiększyć ich populację zarówno tutaj, jak i w innych okolicznych jeziorach. Wraz z Rolfem staramy się w miarę możliwości wspierać ochronę takich gatunków jak ten. One same nie mają szans przetrwać bez naszej pomocy.

Karl jeszcze przez dłuższą chwilę przyglądał się małym istotkom, a potem przeniósł spojrzenie na nauczycielkę.

– Mogę w tym jakoś pomóc?

– Będzie mi bardzo miło – odparła kobieta, narzucając z powrotem na siebie sweter i kurtkę.

Zaklęcie ogrzewające przestało działać i chłopcy zaczęli pośpiesznie się ubierać, bo wiatr zrobił się jeszcze zimniejszy. Było już późne popołudnie i słońce szybko chowało się za górskimi szczytami.

Kiedy Scorpius założył spodnie, wyczuł w kieszeni złamaną różdżkę Nash. Teraz była idealna okazja, by wykorzystać sytuację, choć wiedział, że musi to dobrze rozegrać. Co prawda wątpił, by pani Skamander dostrzegła podstęp, ale wolał nie ryzykować. Ta kobieta pozostawała nieobliczalna.

Podszedł na brzeg jeziora, niby to w celu opłukania rąk z mułu i piachu, a potem bez ostrzeżenia zachwiał się i wywrócił na śliskich kamieniach. Zaklął siarczyście, łapiąc się za obolały tyłek.

– Wszystko w porządku? – zapytała zaniepokojona kobieta. – Nic sobie nie zrobiłeś?

– Chyba nie – odparł Scorpius, stając na nogi. – Raczej niczego sobie nie złamałem… – Urwał gwałtownie i drżącą ręką wyjął złamaną różdżkę z tylnej kieszeni spodni. – Niech to wszystko troll przeżuje.

Pani Skamander podeszła bliżej i zlustrowała uszkodzenie.

– Niedobrze, w takim stanie nic już tym nie wyczarujesz.

Scorpius pokręcił głową i westchnął ciężko z udawaną irytacją.

– A matka zawsze mnie ostrzegała, żebym nie trzymał różdżki w tylnej kieszeni spodni.

– Należało jej słuchać – zgodziła się kobieta, a potem znowu uśmiechnęła się w ten znajomy, nieco dziwny sposób. – Dobrze, że uwinęliśmy się ze szczerczykami przed zmrokiem, odstawimy je do szkoły i odwiedzimy Pokątną, żebyś to naprawił.

Scorpius udał zmieszanie, choć na nic innego nie liczył.

– Nie chcę sprawiać problemu.

Kobieta tylko lekko pokręciła głową.

– Będzie ci potrzebna – skwitowała tonem zdecydowanym i nie przyjmującym dalszej dyskusji.

Słysząc to, Ślizgon przytaknął i ruszył wkładać resztę swoich ubrań. Moment później dostrzegł pytające spojrzenie Karla. Ten z pewnością musiał zauważyć, że ta złamana różdżka nie należy do Scorpiusa, ale o dziwo nie odezwał się ani słowem. Najwyraźniej musiał się domyślać, że kryje się za tym jakaś dłuższa historia. Scorpio kiwnął tylko nieznacznie głową, a potem obaj zabrali się za pakowanie akwarium z powrotem do plecaka pani Skamander.


Wszystko poszło znacznie sprawniej niż Scorpius się spodziewał. Niespełna pół godziny później stał w pracowni Olivandera, który ze zmarszczonym czołem oglądał złamaną różdżkę. Mruczał przy tym coś niezrozumiałego pod nosem i wydawał się wyraźnie zmartwiony tym, co widział.

– Co się stało?

– Wypadek – mruknął Scorpio. Na szczęście pani Skamander udała się do Magicznej Menażerii, więc nie musiał martwić się rozbieżnością wydarzeń. – Nie trafiło w nią żadne zaklęcie, została złamana fizycznie.

– To dobrze. Magiczne uszkodzenia dużo trudniej naprawić – skwitował mężczyzna, po czym zniknął na zapleczu.

Przez długie piętnaście minut Scorpius stał w pustym sklepie i przyglądał się wystawionym tam przedmiotom. Zdążył już całkowicie znudzić się tym oglądaniem, kiedy Olivander pojawił się z powrotem i położył na kontuarze różdżkę, która na powrót była w jednym kawałku.

– Dąb to sztywne drewno, nie można go narażać na zbyt wielkie obciążenie – powiedział, po czym podał mu różdżkę. – Przekaż pannie Nash, by więcej nią nie rzucała.

Szczerze zdumiony Scorpius spojrzał na mężczyznę.

– Skąd pan…

– Pamiętam każdą sprzedaną różdżkę, chłopcze. Twoja to jodła z włóknem smoczego serca, z pewnością nie ta. Nie wnikam w jaki sposób różdżka panny Nash została złamana, cieszę się jedynie, że próbujesz naprawić krzywdę.

Scorpius westchnął nieznacznie.

– Akurat nie ja ją złamałem.

– Ale zapewne nie jesteś tu bez przyczyny.

Tym razem Ślizgon nie zdołał powstrzymać lekkiego uśmiechu. Staruszek był bardzo przenikliwy.

– Zgadza się.

Olivander pokiwał głową.

– Jest jak nowa – skwitował.

Scorpius schował różdżkę, podziękował i opuścił sklep, by poszukać nauczycielki, z którą miał wrócić do szkoły.


Karl i Scorpius dotarli do szkoły akurat na końcówkę kolacji, choć siedzieli już sami przy stole Slytherinu.

– O co chodziło z tą różdżką? – zapytał Karl, kiedy upewnił się, że nikt ich nie słyszy.

– Powiedzmy, że naprawiam błędy Albusa.

– To on ją złamał? Jak?

– Różdżka należy do Nash, tej szurniętej Krukonki. Albusa trochę poniosło i roztrzaskał ją o pomnik.

Słysząc to, Karl prawie udławił się jedzoną zupą.

– Potter? Na pewno mówimy o tym samym cichym i spokojnym Gryfonie?

– Dokładnie ten sam. Też byłem w szoku. Niemniej teraz muszę trochę załagodzić sytuację. Wystarczy, że Nash ma coś do mnie, Albus nie potrzebuje mieć jej na głowie.

– A czy doszedłeś już, czego ona się ciebie tak czepia?

Scorpius skrzywił się.

– Niestety nie. Jakoś nie ma ochoty do zwierzeń, a samymi domysłami daleko nie zajdę. To może być wszystko. Nie da się jednak zaprzeczyć, że jest strasznie wkurzająca. Co gorsza wie o moim szlabanie i wykorzystuje to z pełną premedytacją. Wie, że nie mam jak się odegrać.

– Jędza.

– Nawet nie wiesz jaka.

Karl prychnął i wrócił do jedzenia.

– Dzięki, że mnie nie wsypałeś przed Skamander – dodał po chwili Scorpius.

– Nie ma sprawy. Na szczęście byłeś tam ze mną, a nie z Zackiem.

Z tym argumentem Scorpio nie mógł się nie zgodzić.

– Racja, ta papla nie umie trzymać języka za zębami.


Rozstali się zaraz po kolacji, bo Scorpius chciał jeszcze dziś dokończyć sprawę z tą nieszczęsną różdżką. Rozejrzał się po korytarzu, a kiedy upewnił się, że nie ma nikogo w pobliżu, wyciągnął lusterko dwukierunkowe i wezwał Albusa.

– Możesz coś dla mnie sprawdzić? – zapytał, kiedy zobaczył w odbiciu twarz Gryfona.

– Co takiego?

– Potrzebuję, byś spojrzał na swoją mapę i powiedział, gdzie teraz jest Nash.

– Co kombinujesz? – zapytał z nutą niepokoju w głosie Potter.

Scorpius wyciągnął różdżkę Krukonki i pomachał nią przed lusterkiem.

– Naprawiłem ją i chcę oddać.

Tym razem zdumienie odmalowało się wyraźnie na twarzy Gryfona.

– Jak to zrobiłeś?

Scorpius uśmiechnął się przebiegle.

– A to pozostanie moją zawodową tajemnicą. To jak? Powiesz, gdzie jest?

Albus wywrócił oczami, ale na chwilę zniknął z widoku.

– Obecnie jest w Wieży Ravenclawu. Tam raczej się nie dostaniesz.

Scorpius westchnął ciężko. Oczywiście nie mogło być zbyt prosto.

– W porządku – odezwał się po namyśle. – Pójdę do biblioteki, a ty obserwuj mapę. Jeśli jeszcze wyjdzie poza wieżę, to daj mi znać.

Albus tylko skinął głową na zgodę, a potem obraz w lusterku się rozmył.


Rzadko bywał w tej części zamku, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że tutaj najłatwiej było trafić na Krukonów, którzy jak by nie patrzeć, nie darzyli go specjalną sympatią.

Na szczęście niedzielny wieczór był czasem, gdy większość osób przesiadywała w pokojach wspólnych, gdzie grali w gry albo zwyczajnie plotkowali. Dzięki temu Ślizgon zdołał przemknąć nie zwracając na siebie większej uwagi. Było kilka minut po dziesiątej, kiedy Albus dał mu znać, że Krukonka wyszła z wieży i obecnie znajdowała się w dziewczęcej toalecie na szóstym piętrze.

Scorpius przez chwilę stał koło drzwi, licząc, że Nash w końcu z niej wyjdzie i będzie mógł ją złapać na korytarzu. Oczywiście nie był pewien czy chce to robić, ostatecznie mogło dojść do jeszcze większej awantury, ale miał nadzieję, że w miejscu publicznym Krukonka nie zdecyduje się na żadne gwałtowne działania. Zresztą to on był w posiadaniu jej różdżki, więc mógł dyktować warunki. Z tego co widział, ta zapasowa niespecjalnie chciała jej słuchać. Jeśli właściwie to rozegra, może nie tylko dowie się, czego Nash się go uczepiła, ale nawet na dobre rozwiąże cały problem. Po raz pierwszy czuł, że ma nad nią przewagę.

Czas płynął, a dziewczyna nie wychodziła, tymczasem Scorpius usłyszał cichy głos dobywający się z kieszeni.

– Pomyślałem, że powinieneś wiedzieć – odezwał się Albus, kiedy Ślizgon wyjął ponownie lusterko. – Wcześniej jedno imię przysłoniło drugie, ale teraz widzę, że jest tam też Timothy Nash, więc lepiej uważaj.

Scorpius zaklął w duchu, przypominając sobie tego parszywego osiłka, który w zeszłym roku, wraz z kumplem stłukł go w Hogsmeade.

– Dzięki za ostrzeżenie.

Schował lusterko i podszedł w stronę drzwi. Poważnie zastanawiał się czy nie przełożyć wszystkiego na inną okazję, jednak ciekawość zwyciężyła. Jeśli to parszywe rodzeństwo coś knuło, to bardzo chciałby o tym wiedzieć. Każdy hak, który będzie miał na Elisabeth działał na jego korzyść.

Rozejrzał się po korytarzu, a widząc, że nie ma nikogo w zasięgu wzroku, uchylił drzwi toalety. Wtedy dotarły do niego stłumione, gniewne słowa. Nie rozumiał ich znaczenia, ale z pewnością nie były miłe. Po cichu wślizgnął się do środka i zbliżył ku wejściu do sąsiedniego pomieszczenia, gdzie znajdowały się umywalki. Nie chciał się pokazywać, ale po prawdzie nie musiał. W odbiciu szyby zobaczył rozgrywającą się scenę.

– …przepraszam – szepnęła dziewczyna, która stała oparta o jedną z umywalek. Jej głos był cichy, wyraźnie niepewny, tak niepodobny do tonu, jaki przybierała zazwyczaj.

W odbiciu Scorpius widział, że jej brat dosłownie nad nią wisiał, dłonie zaciskał w pięści, a twarz miał wykrzywioną w gniewnym grymasie. Górował nie tylko wzrostem, ale i posturą.

– Nic mi po twoich przeprosinach – warknął. – Jesteś nieudolna, a ojciec się wścieknie, jak usłyszy, że zgubiłaś różdżkę.

Elizabeth odwróciła wzrok, wlepiając spojrzenie w podłogę.

– Patrz na mnie, jak do ciebie mówię, idiotko! – krzyknął Krukon i chwycił ją za włosy, zmuszając tym, żeby podniosła głowę. – Jeśli myślisz, że będę się za ciebie tłumaczyć, to jesteś w wielkim błędzie. Wręcz przeciwnie, chętnie popatrzę.

– To boli, Tim – syknęła dziewczyna, choć nie próbowała się wyrwać.

– Jasne, i będzie bolało bardziej. Jeszcze zobaczysz, beznadziejna kuro. Zgubić różdżkę, też coś! – Chłopak popchnął ją tak gwałtownie, że aż uderzyła głową w lustro za sobą. To pomalowało się siatką pęknięć.

– Widzisz, to też twoja wina, przez ciebie zniszczyłem lustro. Za to też się wytłumaczysz. Jasne?!

Krukonka nic nie odpowiedziała, jedynie pokiwała głową.

Scorpius stał jak sparaliżowany, nie wierząc w to, co widział. Zawsze wiedział, że Nash i Backsing to skończone dranie, ale nie przypuszczał, że którykolwiek z nich jest zdolny do czegoś podobnego.

– Nie wierzę, że w naszej rodzinie jest ktoś równie beznadziejny – warknął Timothy i jego ręka niebezpiecznie powędrowała do góry.

Przez umysł Scorpiusa przeszła myśl, że dla własnego dobra powinien się wycofać. Zbyt dobrze pamiętał, jak bolały kopniaki Nasha, kiedy sparaliżowany leżał na śniegu. Jednak nie potrafił się do tego zmusić. Ucieczka nigdy nie leżała w jego naturze. Zamiast tego przybrał najbardziej parszywą z min i wszedł w pole widzenia Krukona.

– A ty czego tu szukasz, gadzie?! – warknął ten, wyraźnie jednak zbity z tropu jego obecnością.

– Słychać was aż na korytarzu – stwierdził Scorpio, wzruszając ramionami, a potem dodał z przebrzydłym uśmiechem. – A ponieważ ja też nie cierpię tej idiotki, to postanowiłem popatrzeć.

– Nie ma tu niczego do oglądania – rzucił Timothy, podchodząc do Scorpiusa. – Spadaj stąd, to sprawy rodzinne.

Jeśli to możliwe uśmiech na twarzy Ślizgona stał się jeszcze szerszy.

– Rodzinne, mówisz? Macie naprawdę dziwny sposób dialogu w rodzinie – powiedział, znacząco spoglądając w stronę potłuczonego lustra, a potem gwałtownie spoważniał. – To ty się wynoś albo za chwilę wszyscy dowiedzą się o twoich metodach rozmowy.

Widział, jak Krukon zaciska pięści.

– Piśniesz choć słówko i nie żyjesz! Jasne?!

– Wynocha stąd – warknął Scorpius, wyciągając różdżkę. – Albo transmutuję cię na sklątki tylnowybuchowe.

Timothy wyglądał, jakby zamierzał przefasonować mu gębę, ale widok wyciągniętej różdżki wyraźnie ostudził jego zapał, bo tylko zaklął paskudnie i minął Ślizgona w drzwiach, silnie potrącając go ramieniem.

W łazience zapadła głucha cisza. Scorpius jeszcze przez moment nasłuchiwał, czy Krukon na pewno się oddalił, a Elizabeth wciąż stała przy umywalce i autentycznie przestraszonym wzrokiem patrzyła na Ślizgona.

Scorpio powinien się cieszyć, widząc podobną scenę. Dawało mu to niepowtarzalną sposobność, by pozbyć się kłopotu. Teraz jednak jedyne co czuł, to narastającą furię. Nigdy by się tego po sobie nie spodziewał, ale to co zobaczył, zagotowało krew w jego żyłach. Robił w życiu różne wredne rzeczy, ale w jego słowniku nie było miejsca na podobnie bezsensowną i przepełnioną okrucieństwem agresję. Mógł nie cierpieć Elizabeth, ale sam nigdy nie posunąłby się do czegoś podobnego.

Spojrzał na Krukonkę, która wciąż stała w bezruchu i dopiero wtedy dostrzegł strużkę krwi, spływającą jej po włosach i boku twarzy. Ona sama musiała być zbyt przejęta, by nawet to poczuć. Wziął głęboki wdech, by uspokoić nerwy i podszedł bliżej. Dziewczyna odskoczyła do tyłu jak poparzona, a jej wzrok przeniósł się na różdżkę w ręku Scorpiusa.

– Nie wolno ci czarować! – wykrztusiła przez ściśnięte gardło.

Scorpio zatrzymał się w pół kroku, zdając sobie sprawę, że Krukonka zwyczajnie się go boi. Zniknęła cała jej wcześniejsza duma i przebojowość, a została tylko przestraszona dziewczyna.

– Krwawisz – rzucił, wskazując na jej głowę.

Dopiero to sprawiło, że uniosła dłoń i po chwili dostrzegła krew na palcach.

Wykorzystując chwilę konsternacji, Scorpius podszedł bliżej i położył rękę na jej ramieniu. Wyraźnie drgnęła, ale nic ponadto nie zrobiła. Widział tylko, jak szeroko otwartymi oczami obserwuje każdy jego ruch.

– Pokaż to – powiedział, odwracając ją nieznacznie. Rana wyglądała na czystą, więc chyba żadne odłamki szkła nie dostały się do środka. Jednak zanim ją zaleczy, wolał się upewnić. Chwycił wiszący obok ręcznik, zmoczył go w umywalce i przyłożył do rozbitej głowy. Dziewczyna syknęła.

Accio stołek – zawołał, przywołując niewielki taboret z końca sali.

– Przecież nie możesz rzucać zaklęć – szepnęła dziewczyna, wyraźnie drżącym głosem.

– Nikt nie powiedział, że nie mogę, co najwyżej znowu dostanę szlaban. Siadaj.

Dziewczyna wciąż wpatrywała się w niego z niepokojem, ale posłusznie wykonała polecenie. Przez chwilę w milczeniu Scorpius przecierał rozcięcie na jej głowie, a kiedy był już pewien, że nic tam nie siedzi, zaklęciem zasklepił ranę.

– Mam nadzieję, że z wyczyszczeniem ubrań już sobie sama poradzisz i tak zarobiłem pewnie na kolejny tydzień kiblowania u Skamander.

– Ja… – dziewczyna zawahała się, przenosząc spojrzenie na kieszeń szaty, gdzie pewnie miała schowaną zastępczą różdżkę.

Tymczasem Scorpius wyciągnął tę naprawioną przez Olivandera.

– To może ci w tym pomóc – rzucił, a kiedy dziewczyna nie sięgnęła po różdżkę, położył ją na umywalce.

To był idealny moment, żeby wymusić na Krukonce, by wreszcie dała mu święty spokój, ale jakoś odpowiednie słowa nie przychodziły. Przez dłuższą chwilę w milczeniu przyglądał się dziewczynie, a potem cisnął zakrwawiony ręcznik do kosza na śmieci.

– Twój brat jest zawsze taki sympatyczny? – zapytał, zanim zastanowił się, czy rzeczywiście chce znać odpowiedź na to pytanie. Bardzo łatwo wszystko mogło okazać się jeszcze bardziej paskudne niż wydawało się teraz.

Krukonka wciąż patrzyła na pozostawioną na umywalce różdżkę, a potem przeniosła wciąż niepewne spojrzenie na Scorpiusa.

– Jak ją naprawiłeś?

Ślizgon wzruszył ramionami.

– Mam swoje sposoby. Nie dorabiaj do tego żadnych teorii, chodzi mi tylko o to, byś zostawiła Albusa w spokoju.

– Od kiedy to Ślizgoni troszczą się o innych uczniów? – zapytała, choć chyba to było pytanie retoryczne. Po raz pierwszy jej głos odzyskał choć część tej nieprzyjemnej nuty, którą zawsze u niej słyszał. W sumie chyba był to dobry znak, świadczący, że wychodziła z szoku.

Chwilę później sięgnęła po swoją różdżkę i przyjrzała się jej dokładnie. Wciąż miała ten dziwny, zbolały wyraz twarzy.

– Myślałam, że się do niego przyłączysz. To by bardziej pasowało – odezwała się cicho.

Scorpius zmierzył ją spojrzeniem, a potem skrzyżował ręce na piersi i oparł się o framugę drzwi.

– Do kogo? Twojego brata?

Prychnął, kiedy dziewczyna twierdząco pokiwała głową.

– W sumie nie powinienem być zdziwiony, zauważyłem, że masz niskie mniemanie o mnie.

Krukonka zacisnęła usta i spojrzała gdzieś w bok. Wyglądała, jakby walczyła sama ze sobą i Scorpius od razu połączył fakty.

– Nie musisz się silić na podziękowania. Po prostu odczep się ode mnie i będziemy kwita.

Na twarzy dziewczyny odmalowało się zdumienie, a potem skinęła głową.

– Niech będzie – mruknęła, wciąż na niego nie patrząc.

Znowu zapadło milczenie i po chwili Scorpius doszedł do wniosku, że nic więcej tutaj nie wskóra. Zanim jednak wyszedł, zatrzymał się w drzwiach i spojrzał przez ramię na wciąż siedzącą na stołku Elizabeth.

– Jeśli nic z tym nie zrobisz, to on cię kiedyś zabije.

Dziewczyna gwałtownie wciągnęła powietrze i przymknęła oczy. Nic jednak nie odpowiedziała. Scorpius jeszcze przez moment patrzył na nią wyczekująco, a w końcu pokręcił tylko głową i opuścił łazienkę.