Rozdział dziewięćdziesiąty siódmy: Trzecią zaś lojalność
Rufus uderzał statecznie palcami o blat swojego biurka, przyglądając się dwóm listom, które przyszły do niego wczoraj. Na jeden z nich odpisał, oczywiście, od razu, sugerując czas spotkania, który, jak miał nadzieję, będzie pasował obu stronom. Na drugi odpisać nie był w stanie.
Kim jest ta cała Wyzwolicielka? Rufus po raz kolejny podniósł pergamin i wygładził go. Użył co bardziej konwencjonalnych czarów na ustalenie charakteru pisma, ale nie napisał tego nikt z Wizengamotu, czy w ogóle z ministerstwa. Rufus, oczywiście, nie miał zamiaru uwierzyć po prostu w to, jak autorka usiłowała się przedstawić – jako młoda czarownica z rodziny związanej w jakiś sposób z Zakonem Feniksa – ale na wszelki wypadek przydzielił kilku aurorów do trzymania w wolnym czasie Madam Malkin na oku, a Tonks obserwowała Ginę de Rousseau. Tonks miała czasami problemy z utrzymaniem się na nogach, ale w bardzo oczywisty sposób była również najlepszą w departamencie aurorką, która mogła ujść niezauważenie.
– Proszę pana?
Rufus podniósł wzrok. To był Wilmot, który stał na straży przy jego drzwiach.
– Tak, Edmundzie? – Rufus dopilnował, żeby jego głos był tak spokojny i ciepły jak to możliwe. Wilmot był ostatnio strasznie nerwowy. Oczywiście, zareagował niezwykle emocjonalnie na wieść o tym, co Rufus ma zamiar zrobić z wywarem tojadowym, w dodatku zbliżali się do pełni. Jakiekolwiek problemy ten człowiek przeszedł kiedyś z wilkołakami, atmosfera w ministerstwie tylko wyostrzała jego reakcje, zamiast je tłumić.
– Osłony zabrzęczały w pokoju, który przeznaczył pan do aportacji dla vatesa.
Rufus kiwnął głową.
– Dziękuję, Edmundzie.
Wilmot zawahał się w drzwiach.
– Jest z nim dwójka ludzi.
Rufus uśmiechnął się. Miał wiele wprawy w kojeniu lęków swoich aurorów.
– Byłbym zaskoczony, gdyby pojawił się tu sam – powiedział. – Możesz osobiście ich tu przyprowadzić, Wilmocie. Wydaje mi się jednak, że pokój nałożył na nich wystarczająco silne zaklęcie niezauważalności, że większość innych departamentów po prostu nie zwróci na nich uwagi. – Opuścił osłony anty–aportacyjne ministerstwa, żeby Harry był w stanie wylądować niezauważenie w pokój, który opisał w swoim liście, niewielkim pomieszczeniem do przesłuchań, znajdującym się w Departamencie Przestrzegania Praw Czarodziejów.
– I jest pan pewien, że nic panu nie będzie? – Wilmot spojrzał na niego, a wokół jego błękitnych oczu pojawiły się spięte linie.
Rufus nie spojrzał na odległy, prawy kąt swojego gabinetu, ale tylko dzięki ćwiczeniom i nabytej dzięki nim wprawie. Siedział tam Percy Weasley, ukryty pod potężnym urokiem, gotów na gotów na zaatakowanie każdego niepożądanego gościa zaklęciami, które podłapywał podczas swojego treningu na aurora.
– Jestem pewien, Wilmocie. Po jednej stronie korytarza stoi Edges, a po drugiej Grant. Przeżyję.
Wilmot kiwnął niepewnie, ale szybko głową, po czym odwrócił się i wyszedł. Rufus usłyszał prychnięcie z kąta Percy'ego. Młody człowiek zdawał się nie ufać starszemu – ale z drugiej strony, był właśnie na etapie treningu, w czasie którego młodzi aurorzy nikomu mieli nie ufać. Rufus spędził ten miesiąc w absolutnej paranoi. Oczywiście, jego instruktorem był Alastor. To była jedna z przyczyn, dla których Rufus tak ciężko zniósł stratę Moody'ego, kiedy ten przeszedł na stronę Harry'ego. Nikt nie był w stanie tak mocno zagnieździć stałą czujność w młodych rekrutach jak Szalonooki Moody.
– Uspokój się, Weasley – powiedział Rufus. Iluzja oszukiwała praktycznie wszystkich poza samym Rufusem, ale nie radziła sobie z tłumieniem dźwięków. Dlatego teraz Percy założył ręce na piersi i oparł się plecami o ścianę, ewidentnie nadąsany. Rufus wrócił wzrokiem do drzwi.
Zastanawiał się, co właściwie powinien powiedzieć Harry'emu. Zastanawiał się, czy ten młody człowiek – nie mógł być już chłopcem, nie jeśli to, co opisał "Prorok Codzienny" było prawdą – rozumiał, w co się w ogóle pakuje, jak bardzo zmienił się świat wokół Hogwartu, podczas gdy on musiał zabijać dzieci z litości, po czym znieść oblężenie.
Jeszcze tydzień temu Rufus musiałby podejść do takiej rozmowy bardzo ostrożnie, nawet gdyby Harry był w ogóle w stanie opuścić wtedy Hogwart. Świat praktycznie eksplodował. "Prorok Codzienny" był pełen artykułów, które przedstawiały uwięzionych uczniów jako niewinne ofiary potwornego tyrana, a niektóre sugerowały, że gdyby ktoś zajął się Harrym jak należy i Chłopca, Który Przeżył, przeniesiono zawczasu w bezpieczne miejsce, to nie doszłoby do czegoś takiego. Brytyjski świat czarodziejów stał się kociołkiem pełnym histerii i paniki, który w każdej chwili mógł wykipieć. Rufus uważał to za prawdziwy cud, że żaden z rodziców nie spróbował pojawić się na polu bitwy, żeby przebić się przez oblężenie Mrocznego Pana i uratować swoje dzieci.
A potem nastąpiła bitwa, w której zniszczono, z tego co prasie było wiadomo, wszystkich obecnych wokół zamku śmierciożerców. I od tego czasu nikt nie słyszał o Voldemorcie. Większość dzieci przeżyła cała i zdrowa i niektóre były aż zanadto skore do mówienia wszystkim naokoło o tym, jak to potężny i wspaniały Harry ich wszystkich uratował – mógł skrzywdzić, ale zamiast tego wszystkich uratował.
Dlatego w kipiącym kociołku pojawił się nowy prąd, który poruszał się tak szybko, że Rufus nie sądził, żeby jego polityczni przeciwnicy wiedzieli w sumie, co się stało, zanim się nie dokonało. Główną różnicą, między nim a nimi było to, że żadne z nich nie było przyzwyczajone do przeżywania chaosu w domu Slytherina, czy biurze aurorów, podczas gdy on był. Dlatego łatwiej przyszło mu zrównoważenie wszystkiego, dzięki czemu szybciej zareagował.
A to oznaczało, że w tej chwili następowały eksplozje bardzo ciepłych uczuć wobec Harry'ego, tuż obok eksplozji nienawiści wobec niego. Rufus miał zamiar dać mu znać, że może wykorzystać to jako broń, o ile sam nie zdawał sobie z tego sprawy.
– Ktoś tu jest, proszę pana – powiedział Percy na moment przed tym, jak osłony na drzwiach Rufusa zabrzęczały mu w głowie, dając znać, że Wilmot przyprowadził jego gości.
Rufus rzucił Percy'emu spojrzenie pełne aprobaty, przez co Percy zarumienił się i pochylił głowę. Młody Weasley miał specyficzny talent do reagowania szybciej nawet od osłon, w jakiś sposób przewidywał co wyczują i mówił o tym zawczasu. Jego instruktorzy byli tym tak podekscytowani, że Rufus miał na biurku trzy oddzielne raporty wychwalające zdolności Percy'ego.
– Wejść – zawołał Rufus, zanim w ogóle ktokolwiek zdążył zapukać.
Wilmot otworzył drzwi i wszedł pierwszy, oczywiście, ponieważ nie chciał dopuścić do tego, żeby dowolny z gości spróbował trafić ministra klątwą. Rufus nie był pewien, czy ta konkretna ostrożność była przewrażliwieniem, czy nie. Jednym z ludzi, którzy pojawili się z Harrym i z których osłony otaczające jego gabinet momentalnie zdjęły zaklęcie niezauważalności, był Severus Snape. Drugim okazał się być Peter Pettigrew, niewinny człowiek, którego departament Rufusa skazał na pobyt w Azkabanie. Wszystko przez zorganizowany przez Dumbledore'a podstęp, żeby ich wszystkich, skutecznie, jak się okazało, oszukać.
Rufus był rozdarty między pragnieniem przepraszania za każdym razem, jak widział Pettigrew i pragnieniem to przesłuchiwania go, póki nie przyzna się, że jego aurorzy jednak się nie pomylili i wcale nie oślepiły ich emocje podczas nocy upadku Mrocznego Pana. Ostatecznie tylko skinął głową do obu mężczyzn i wyciągnął rękę do Harry'ego.
– Harry – mruknął.
Harry kiwnął do niego głową, po czym pochylił się, żeby uścisnąć mu nadgarstek. Był blady, a kręgi pod jego oczami były tak wyraźne, że prawdopodobnie nawet okulary nie odwracały od nich niczyjej uwagi, ale wyglądał na zrównoważonego i spokojnego... nie, w sumie lepszym określeniem byłoby "zdeterminowanego, by przetrwać". Jego magia buczała wokół niego z siłą, od której Rufus poczuł się spokojniej, a jego umysł zaczął szybciej pracować tylko od przebywania w jej pobliżu. To również można było wykorzystać jako broń, choć Rufus nie był pewien, czy Harry też tak to będzie postrzegał.
– Dziękuję, że znalazł pan dzisiaj dla mnie czas, ministrze – powiedział formalnym tonem Harry, po czym usiadł na jednym z trzech krzeseł, o których przyniesienie Rufus poprosił wcześniej Wilmota. Domyślił się, że przybędzie ich trójka głównie na podstawie ostatniej wizyty Harry'ego, kiedy to pojawił się z Severusem Snape'em i Remusem Lupinem. Rufus pogratulował sobie zapobiegliwości. – Nie byłem pewien, czy byłby pan w stanie. Wiem, że Wizengamot w dużej mierze związał panu ręce przez problemy z wilkołakami.
– Związali mi je – zgodził się Rufus, po czym machnął różdżką zza swojego biurka. Pokój otoczyły osłony, które wygłuszały wszystko, co mogło zostać w nim wypowiedziane, przez co nawet Edges i Grant, aurorzy czekający zaraz za drzwiami, o niczym się nie dowiedzą. To była niebezpieczna zagrywka; już nie raz ministra zabijano wśród takich osłon. Ale Rufus musiał się upewnić, że żaden szpieg Wizengamotu, ani nawet zwykły obywatel, któremu będzie wydawało się, że działa dla dobra ministerstwa, nie usłyszy niczego. – Tak im się przynajmniej wydaje. Twoja bitwa na letnie przesilenie wywróciła do góry nogami politykę i wpływy praktycznie wszystkich, Harry.
Harry spiął się, ale podniósł uprzejmie brwi.
– Och?
Obok niego, jego opiekun położył dłoń na różdżce. Rufus rzucił mu ostre spojrzenie i Snape podniósł rękę, krzywiąc się na niego niemiłosiernie. Naprawdę trzeba go nauczyć, jak zachowywać się jak Ślizgon, zwłaszcza w pobliżu jego syna, pomyślał Rufus, po czym wrócił wzrokiem do Harry'ego.
– Tak – powiedział. – Nasz świat jest wyjątkowo intensywnie tobą zainteresowany, Harry, jak jeszcze nigdy wcześniej.
Harry zmarszczył brwi.
– Czy to dlatego, że jestem Chłopcem, Który Przeżył?
Rufus kiwnął z aprobatą głową. Wyglądało na to, że chłopak wreszcie zaczyna sprawdzać ograniczenia i podstawy swoich nowych możliwości politycznych, zamiast po prostu wierzyć na słowo pierwszej osobie, która ją o nich powiadomi.
– Ale nie tylko – powiedział. – Głównie dlatego, że odbyłeś swoją pierwszą, wielką bitwę z Sam–Wiesz–Kim i przeżyłeś, Harry. Co więcej, przegoniłeś go. Czy to prawda, że wszyscy jego śmierciożercy zginęli?
Harry pokręcił głową.
– Indigena Yaxley zdołała uciec i wiemy o paru śmierciożercach, których nikt nie jest w stanie nam potwierdzić, że nie żyją. Naprawdę ciężko to ocenić, proszę pana, bo naprawdę wielu zostało zrekrutowanych w innych krajach.
Rufus uśmiechnął się. Dyrektorka McGonagall poinformowała go o sposobach, w jakie Voldemort rekrutował śmierciożerców w tych krajach. Już nie mógł się doczekać tego, jak będzie w stanie wykorzystać informacje, które zawarła w liście do niego.
– Jak myślisz, Harry, jak wielu śmierciożerców w ogóle pojawiło się na tym polu bitwy?
Harry ponownie pokręcił głową, tym razem wolniej.
– Ponad pięciuset, proszę pana, ale po raz kolejny chcę zaznaczyć, że dokładna liczba jest nam nieznana.
– Ponad pięciuset w zupełności mi wystarczy – powiedział Rufus. – Podobnie oceniał to "Prorok Codzienny", skoro już o tym mówimy. Ponad pięciuset śmierciożerców, Harry, z czego paru mogło przeżyć. – Nachylił się do niego. – A Voldemort?
– Ranny – powiedział cicho Harry. – Wyciąłem mu dziurę w jego magicznym rdzeniu. Ilekroć spróbuje przywołać magię, żeby rzucić jakieś zaklęcie, ta będzie wyciekać z niego jak woda i podobnie się stanie z każdą magią, którą spróbuje zaabsorbować.
Rufus roześmiał się. Harry zmarszczył na niego brwi.
– Nie rozumiem, proszę pana – powiedział. – Mówi pan, jakbym miał szansę zdobyć dzięki temu jakichś zwolenników. Przecież musieli pojawić się ludzie, którzy mnie nienawidzą za to, co zrobiłem przed oblężeniem. – Był blady, ale utrzymywał spojrzenie Rufusa. – Podejrzewam, że Philip Willoughby i Aurora Whitestag już się z panem skontaktowali?
– Owszem – powiedział Rufus. – Prawdę mówiąc, Willoughby przeciągnie na swoją stronę wyłącznie fanatyków. Whitestag może okazać się problematyczna, bo brzmi racjonalnie, ale istnieją sposoby na radzenie sobie z takimi osobami, Harry. Chcesz, żebym powiedział ci, jakie?
Harry kiwnął głową. Jego oczy były szeroko otwarte, bardzo rzadko mrugał. Rufus powstrzymał się przed kolejnym zaśmianiem się. W ogóle nie pojmuje, do czego zmierzam. Lepiej wyjaśnić mu od razu, zanim wszystko mu się pomiesza.
– Nie tylko odbierałeś tam życia, ale też je ratowałeś – powiedział cicho Rufus. – W dodatku upewniłeś się, że Hogwart przetrwał tę bitwę w jednym kawałku.
– Ale tam były też osłony i dyrektorka McGonagall i auror Moody... – zaczął Harry, wyglądając na zaniepokojonego.
– To są szczegóły, które będą obchodziły wyłącznie ludzi skupionych na drobnych faktach – powiedział Rufus. – Zrozum, Harry, o ile pojawią się ludzie, którzy spojrzą na twoje błędy i będą cię przez nie nienawidzili, to pojawią się też inni, którzy zaakceptują cię po tym w pełni jako Chłopca, Który Przeżył i ich bohatera. Dałeś im coś, za co mogą cię podziwiać i to wreszcie nie jest coś w stylu pokonania Voldemorta jak byłeś niemowlęciem. Nawet zimowe przesilenie nie przekonało wszystkich, bo wielu nie znało szczegółów. Powoli zaczynają krążyć o tobie legendy, Harry.
Harry westchnął.
– Ministrze, przecież już przez to przechodziłem. Prorok może i nazywał mnie w zeszłym roku Młodym Bohaterem, ale to w żaden sposób nie przeszkadzało im w tym samym artykule wspomnieć o tym, że jestem ofiarą przemocy domowej, a w następnym, że właśnie dlatego jestem słaby i niegodny zaufania. Nie powstrzymało to też ich przed wydawaniem felietonu Argusa Veritaserum, który przekonywał wszystkich, że żaden ze mnie vates.
– Ta fala jest potężniejsza – powiedział Rufus. – Wydaje ci się, albo wierzysz, że tylko przeciwna tobie strona musi być liczna. Czy to ma jakiś związek z poczuciem winy, które w sobie nosisz?
Harry szybko kiwnął głową. Snape obejrzał się na niego z troską. Popracuj nad nim przez to lato, pomyślał Rufus, mając nadzieję, że mężczyzna usłyszy jego myśli. Przypomnij mu, że tylko dlatego, że popełnił nieco zła, wcale nie znaczy, że nie zrobił niczego dobrego – zwłaszcza, kiedy mówimy o tym, jak to będą postrzegać postronni ludzie.
– Już pojawili się twoi zwolennicy – powiedział Rufus – którzy wierzą w ciebie dogłębnie i zajadle. Przejmowali się niesamowicie wszystkim, co zrobiłeś w czasie tej bitwy, a wieści o tym, że zraniłeś Voldemorta, prawdopodobnie poruszą ich tak dogłębnie, że zaczną śpiewać z radości pieśni pochwalne.
Twarz Harry'ego zrobiła się tylko jeszcze bardziej zaniepokojona.
– Czyli chcą za mną podążać, ale z kompletnie niewłaściwych powodów – powiedział. – Nie chcę, żeby uważano mnie za bohatera, kiedy już naznaczono mnie jako mordercę.
Rufus potrząsnął głową.
– Harry, masz teraz właśnie najlepszą okazję do wyjaśnienia im swoich powodów i ideałów, bo patrzą na ciebie i będą patrzyli bez względu na wszystko. Początkowo będą cię słuchali, bo jesteś ich Chłopcem, Który Przeżył i wygrałeś tę bitwę – w dość widowiskowy sposób. Jeśli zaś chodzi o tych, którzy podziwiają cię przez to, co zrobiłeś... – Rufus rozłożył ręce. – Może i nasze społeczeństwo jest po prostu chore i zboczone. Po raz kolejny jednak muszę zaznaczyć, że jeśli chcesz to wyleczyć, to powinieneś podejść ich, póki chcą cię słuchać. Chyba, że chcesz zacząć używać swojej magii do zmuszania innych, żeby zachowywali się lepiej.
Twarz Harry'ego faktycznie zmieniła się przy ostatnim zdaniu, przez co wyglądał na zamyślonego. Zerknął na Rufusa, kiedy jego przemowa dobiegła końca.
– Ja... dziękuję, ministrze – powiedział. – Dał mi pan do myślenia. – Nachylił się do niego. – Obawiam się jednak, że nie będę w stanie od razu wprowadzić pańskiego planu w życie. Potrzebuję wyjechać w te wakacje.
– Gdzie? – zapytał Rufus.
Harry obejrzał się najpierw na Snape'a, potem na Pettigrew. Snape pokręcił głową. Pettigrew przytaknął.
Harry poruszył dłonią w szybkim, zamaszystym geście, które stworzyło wokół niego, Snape'a, Pettigrew i ministra pudełko z białego światła. To odcięło ich nawet od Wilmota i Percy'ego; Rufus był przekonany, że Harry zauważył Percy'ego jak tylko wszedł do pokoju. W pudełku Harry przysunął się bliżej do niego.
– Istnieje sanktuarium, do którego mogę wyjechać, proszę pana – powiedział. – Celowo przypilnowałem, żeby porażka Voldemorta była tak dogłębna i wyniszczająca, jak to tylko było możliwe, żebym nie musiał nagle wracać, jak tylko przyjdzie mu coś nowego do głowy. Nie przewidziałem, oczywiście, jak strasznie świat czarodziejów się... zagotuje... na wieść o tym, że zabiłem kogoś z litości. – Zamilkł na moment. – Powiemy innym ludziom, że zostałem usunięty z Hogwartu i przeniesiony do miejsca, w którym będzie odbywał się mój trening, dzięki któremu pokonam Voldemorta. To powinno uciszyć Whitestag i jej grupę, przynajmniej na jakiś czas. Znajdę się jednak w miejscu, w którym nie będę w stanie odpisywać szybko na sowy, więc nie będę w stanie nadążyć za zmianami, które zajdą w międzyczasie.
Rufus zamrugał.
– A czym w takim razie będziesz się zajmował w tym sanktuarium, Harry? – zapytał wreszcie. Nie był w stanie wyobrazić sobie, że Harry znalazł sobie coś ważniejszego do roboty, poza swoimi obowiązkami wobec świata czarodziejów czy magicznych stworzeń.
Harry posłał mu bardzo słaby i kruchy uśmiech.
– Leczeniem się, proszę pana – wymamrotał. – Wciąż nie wyleczyłem się tak do końca z ran, które zadała mi przemoc moich rodziców, choć bardzo się starałem. Po prostu... za dużo się działo, zbyt wiele spraw wymagało mojej uwagi. Dlatego wyjeżdżam na dwa miesiące, żeby odpocząć i wyleczyć się. Dzięki temu, jak wrócę, będę silniejszy i będę mógł zająć się wszystkim jak należy.
Rufus zagapił się na niego. Przez bardzo długą chwilę słowa, które chciał wymówić, nie chciały nawet opuścić jego gardła.
– Nie wyleczyłeś się? – wydusił z siebie wreszcie.
Harry pokręcił głową.
– Nie miałem na to czasu, proszę pana. Niech pan nie wygląda na takiego zaskoczonego. – Zaśmiał się. – Sam byłbym zaskoczony, gdyby uczęszczał pan na cotygodniowe wizyty u medyków w świętym Mungo.
– Kiedy tego potrzebowałem, to znajdowałem na to czas – powiedział Rufus. – Po Capto Horrifer, na przykład, wielu pracowników ministerstwa tego potrzebowało, panie... Harry. – Ponownie przyjrzał się siedzącemu przed sobą młodemu człowiekowi. Tak, wiele spraw nabierało teraz sensu. Co było absolutnie niezwykłe, to to, że w ogóle zdołał przyjść do niego o własnych siłach.
Harry zamrugał, po czym wzruszył jednym ramieniem.
– No to wygląda na to, że pora i na mnie, ministrze – powiedział. – Nie spodziewałem się tylko, że zmiana nastrojów czarodziejskiego świata może nastąpić tak szybko i gwałtownie. Ale i tak chciałem pana poinformować, że znajdę się poza zasięgiem. – Odchylił się w krześle i odetchnął głęboko. – Czy mogę na panu polegać, że będzie pan podtrzymywał ten kociołek i mieszał go, żeby nic z niego nie wykipiało?
– I tak wolałbym się tym zajmować za ciebie – powiedział Rufus wprost. W imię Merlina, rozkazałbym mu odpocząć, jak to robię z moimi aurorami, gdybym tylko uznał, że to mu się jakoś przyda. – Lepiej od ciebie potrafię korzystać z potęgi twojego imienia, Harry i wygląda na to, że jestem bardziej do tego skłonny.
Harry nagle zmarszczył brwi.
– Ale przecież nie powinienem prosić pana o zajęcie się czymś, czego sam nie... – zaczął.
– Harry – syknął Snape, nachylając się nad swoim podopiecznym. Rufus patrzył z zainteresowaniem, jak Harry obraca się i patrzy na niego, a jego uwaga przenosi się z uprzejmej na skupioną i nieskończenie intensywną. Czyli tak wygląda, kiedy patrzy na kogoś, komu ufa. – Trzeba cię chronić, na tyle, na ile to będzie możliwe, przed tornadem inwektyw, którymi prasa niebawem zacznie cię obrzucać. Minister właśnie zaoferował, że się tym zajmie. Kiedy ktoś oferuje ci coś takiego, powinieneś być uprzejmy i podziękować.
Harry otworzył usta, wyglądając, jakby miał zamiar się sprzeczać.
– Obiecałeś Draconowi, na krew, dech i kość, że pojedziesz z nim jutro do Sanktuarium – dodał Snape.
Harry zamknął usta. Siedział tylko przez dłuższą chwilę, przeżuwając dolną wargę, po czym wreszcie kiwnął stanowczo głową i odwrócił się z powrotem do ministra.
– Dziękuję za ofertę, proszę pana – powiedział. – Trzeba się tym zająć, a mnie po prostu nie będzie, więc nie będę w stanie tego zrobić. – Przez chwilę wyglądał tęsknie. Rufus aż za dobrze znał tę minę. Niektórzy z jego aurorów byli pracoholikami i czasami pojawiała się na ich twarzach. Harry zastanawiał się, jak wywinąć się ze swojej obietnicy, a przynajmniej żałował, że nie ma, jak się z niej wywinąć.
– To prawda – powiedział Rufus, zanim Harry wymyśli coś, co zmieni jego zdanie. – Zaczniemy od ogłoszenia, że Chłopiec, Który Przeżył, po raz kolejny dowiódł swojego przeznaczenia i wyjaśnimy przy okazji stan Voldemorta. Potem załączymy też oszustwo, że wyjechałeś na trening. Wszystko to zapewni nam wiele dobrych broni i wyjdzie na spotkanie ludziom, którzy wciąż uważają, że powinieneś był zrobić jeszcze więcej. Naprawdę chciałbym się dowiedzieć, o co im właściwie chodzi, zwłaszcza po takiej bitwie jak ta na letnie przesilenie.
Harry zamrugał, jakby budził się ze snu, po czym przytaknął powoli.
– Staram się też spowolnić problem wilkołaków, żeby przynajmniej przestali na czas mojej nieobecności, ministrze – powiedział. – Poinformowałem Lokiego, że jeśli spróbuje ugryźć kolejnych ludzi, to stanę po stronie ministerstwa, a jeśli ministerstwo zacznie polować na wilkołaki, to stanę po jego. No i, oczywiście, że zawsze będę po stronie wilkołaków, które nie należą do jego stada. Grupa Lokiego może i wyrządziła wiele szkód i chaosu, ale nie jest szczególnie wielka.
– Nie byłbym tego taki pewien – powiedział Rufus. – Przez lata słyszeliśmy pogłoski o Lokim od samotnych wilkołaków. Wydawało mi się, że to zwykły mit, ale skoro spotkałeś go osobiście...
– I otrzymałem od niego list. – Harry kiwnął głową. – I tak, zawsze istnieje możliwość, że będzie w stanie zebrać większą ilość ludzi, niż mi się wydaje, ale i tak nie przemawia za wszystkie wilkołaki w Brytanii. Nawet gdyby tak było, to i tak starałbym się zdobyć dla nich równe prawa, a to by znaczyło, że wilkołaki, które pogryzły ludzi, którzy nie chcieli zostać wilkołakami, zostaną postawione przed sąd, za pogwałcenie wolnej woli, albo za morderstwo, jeśli ich ofiara nie przeżyła. Nie mogą jednocześnie żyć poza naszym społeczeństwem, jak i w nim, ministrze, chronieni przez nasze prawa, kiedy tylko tego chcą, ale zdolni do obchodzenia ich, kiedy tylko im się podoba. Prędzej czy później będą musieli pójść na kompromis.
Rufus odkrył, że się uśmiecha. Ilekroć Harry był tak ożywiony, naprawdę przyjemnie się go oglądało. No i miał ten blask w oczach, który prawdopodobnie sprawiał, że inni ludzie mogliby nawet zignorować ciemne kręgi pod nimi, co czyniło z niego obusieczny miecz. Rufus przypomniał sobie, że zawsze musi widzieć wszystko klarownie. Harry'ego trzeba było nauczyć ograniczania tego ognia, dzięki czemu będzie on mógł płonąć statecznie i przez długie lata, osiągając wszystkie te reformy, których od tak dawna wypatrywał. Inaczej zbyt szybko się wypali.
– Rozumiem to, Harry – mruknął Rufus. – I nie będę się z tym sprzeczał. – Zawahał się na moment, ale tak samo, jak wcześniej nie był w stanie wyobrazić sobie, żeby Wilmot miał powiedzieć o tym komukolwiek, tak teraz miał to samo wrażenie pod względem Pettigrew i Snape'a, a Harry naprawdę zasługiwał na to, żeby się dowiedzieć. – Skonfiskowaliśmy od pewnej grupy składniki eliksirów, które po kryjomu przekazałem pod opiekę mojego kuzyna – powiedział Harry'emu. – Uwielbia warzyć eliksiry, ale bardziej interesuje go samo tworzenie ich, niż uznanie, czy pieniądze; jak tylko kończy tworzenie jednego eliksiru, natychmiast przechodzi do kolejnego. Zawsze chciał spróbować uwarzyć wywar tojadowy, który jest tak skomplikowany, że prawdopodobnie będzie się nim cieszył przez jakiś czas. Rozprowadzałem wywar tojadowy do zarejestrowanych wilkołaków, których nie stać na zakup... po cichu, oczywiście, bo przecież Wizengamot szaleju by się nażarł, gdyby się o tym dowiedział.
Blask w oczach Harry'ego stał się tak olśniewający, że Rufus odkrył w sobie impuls, by jednak podążyć za tym chłopcem. Oto przywódca, którego widzieli w nim sojusznicy Harry'ego, nawet jeśli tylko widzieli tego przebłyski, oto młody człowiek zdolny do poświęcenia wszystkiego co miał dla czyjegoś dobra, bezgranicznie oddany wolnej woli, który swobodnie rozdawał wdzięczność i podziw, ale nie był w stanie pojąć, czemu ktokolwiek chciałby zaoferować mu to samo. Ten właśnie człowiek patrzył teraz na Rufusa, jakby ten właśnie ogłosił, że ministerstwo odrzuca wszystkie anty–wilkołacze prawa. Rufus musiał zwalczyć w sobie impuls do wyszczerzenia się i pławienia się w tym blasku.
Właśnie dlatego jest taki niebezpieczny, powiedział sobie surowo. Nie mogę pozwolić, żeby oślepił mnie podziw do niego za wszystko, co zrobił i przez co przeżył, do stopnia, w którym nie zauważę, kiedy jego cele zaczną mijać się z celami ministerstwa. Weźmy na przykład sprawę wilkołaków. Nie mogę robić czegoś po prostu dlatego, że on to zaaprobuje. Nie może być moim przywódcą.
– Dziękuję, ministrze – powiedział cicho Harry. – Nawet nie wyobraża pan sobie, jak wiele to dla mnie znaczy. Wiem, że nie... przepada pan za wilkołakami. – Kroczył teraz ostrożnie między słowami, jakby stąpał po ostrzu miecza.
– Nie lubię tej zgrai – powiedział Rufus – bo większość tych, z którymi mam do czynienia, to samotne wilki, które kogoś pogryzły, albo zagryzły i bardzo niewielu było tym przerażonych. Powoli zaczynam dochodzić do wniosku, że nie wszystkie wilkołaki są takie. Przecież nawet nie wszyscy śmierciożercy są tacy sami. – Bardzo celowo nie spojrzał w tym momencie na Snape'a i Pettigrew, bo to byłoby po prostu zbyt łatwe. – I mogę im pomóc – ale tylko tym, którzy się zarejestrują, którzy starają się przestrzegać naszych praw i mimo to są skandalicznie traktowani.
Na twarzy Harry'ego pojawiła się kolejna zamyślona mina.
– Wie pan – mruknął – chyba chciałbym przedstawić panu kilku ludzi, ministrze, ale to już jak wrócę.
– Jak wrócisz, Harry – powiedział Pettigrew stanowczo. Wyglądało na to, że miał nad Harrym pod tym względem większą przewagę od Snape'a, albo się dłużej z nim wcześniej kłócił na ten temat, bo Harry po prostu potulnie spuścił wzrok i pokiwał z zakłopotaniem głową.
– To prawda – powiedział, po czym spojrzał na Rufusa i wyciągnął do niego rękę. – Dziękuję za wszystko, naprawdę za wszystko.
– Absolutnie nie ma o czym mówić. – Rufus ponownie uścisnął jego dłoń i spojrzał mu w oczy, tym razem zmuszając się do zobaczenia zarówno lśnienia, jak i ciemnych kręgów, jak i czających się w nich niebezpieczeństwa – tym gorszego, że Harry nigdy tak naprawdę nie będzie mógł być pewny, kto podąża za nim dla jego ideałów, a kto po prostu za nim, jako człowiekiem. – Powodzenia w leczeniu, Harry.
Harry kiwnął głową, po czym rozwiał osłonę, która chroniła drugą część ich rozmowy. Wilmot wyszedł razem z nim, żeby chronić ich w drodze do ich punktu aportacyjnego.
Rufus usiadł z powrotem i rozważał w głowie pewną myśl. Następnie na jego twarzy pojawił się niebezpiecznie szeroki uśmiech.
Ta rozmowa podsunęła mi pewien pomysł. Kiwnął głową do Percy'ego.
– Podaj mi papiery dotyczące zatrudnienia Amelii Bones – rozkazał.
Percy zamrugał i zmarszczył brwi, pochylając się, żeby złapać za folder dokumentów.
– Proszę pana?
– Chcę sprawdzić, ile właściwie minęło czasu, odkąd wzięła wymagany prawnie urlop – powiedział Rufus. Spojrzeli na siebie z Percym z identycznie drapieżnymi uśmiechami.
Harry zauważył to już wcześniej, ale teraz był już pewien. Wilmot był nerwowy i to tak strasznie, że prawie nie był w stanie iść prosto obok nich korytarzem. Harry zauważył to, oczywiście, już po jego szeroko otwartych oczach, bo w ten sposób każdy normalny człowiek to wyraża, ale też po tym, jak drgały mu wargi, usiłując odsłonić zęby, zaciskające się za każdym razem, kiedy ktoś wynurzył się nagle zza swojego biurka, albo zawołał z drugiej strony pokoju. Czasami, ilekroć coś dostatecznie zdenerwowało Remusa, to zachowywał się podobnie.
– Coś się stało? – zapytał wreszcie Harry, używając kolejnej, tym razem maleńkiej osłony, za którą mógł porozmawiać z mężczyzną i usłyszeć jego odpowiedź.
Wilmot pochylił się.
– Mam powody, żeby podejrzewać, że Loki pojawi się dzisiaj w ministerstwie – wyszeptał.
Harry wiedział, że plecy mu zesztywniały, ale zmusił się do dalszego marszu.
– Masz powody? – zapytał wreszcie.
– Kiedyś pozostawałem w lepszym kontakcie z londyńskimi watahami, niż teraz – mruknął Wilmot. – Kontakt urwał się kilka lat temu, kiedy Loki zaczął dominować w tym środowisku, co w końcu przestało mi się podobać, ale i tak dałem im znać zawczasu o prawach, jakie są ustanawiane, czy o innych możliwych problemach. A teraz Loki, któremu najwyraźniej wydaje się, że to oznacza, że jestem mu lojalny, powiedział mi, że na kilka dni przed pełnią znajdzie sposób na wdarcie się do ministerstwa.
– Ma zamiar kogoś tutaj ugryźć? – zapytał wyzywająco Harry, czując jak jego magia spina się i owija ciasno wokół niego. Zauważył kątem oka, że Snape usiłuje się przedostać przez ich osłonę, ale w tej chwili był tak zły, że w ogóle się tym nie przejął.
– Owszem – powiedział Wilmot. – Tak przynajmniej sugerował, ale wydaje mi się, że jestem na tyle inteligentny, że poprawnie byłem w stanie zinterpretować jego słowa.
Harry powstrzymał się przed impulsem do podniesienia jednego z biurek aurorów i ciśnięciem nim w ścianę.
– Kogo?
– Ministra.
Harry w tym momencie niemal się zatrzymał, żeby zażądać od Wilmota wyjaśnień, czemu nie ostrzegł przed tym Scrimgeoura, ale w tej samej chwili sam zrozumiał. Zagrożenie dla ministra oznaczałoby dla niego przesłuchanie pod Veritaserum. Wilmot musiałby wyjaśnić, skąd wszedł w posiadanie takich informacji. Gdyby ktokolwiek w ministerstwie dowiedział się, że Wilmot jest wilkołakiem, to natychmiast by go zwolniono, przez co już nigdy więcej nie byłby w stanie zapobiec kolejnym takim atakom.
– Wiesz może, jak chcą się tu przedostać? – zapytał Harry niemal bezgłośnie.
– Niestety nie – powiedział Wilmot. – Przecież może użyć tej swojej przeklętej magii stadnej, żeby zniknąć. Będzie wyjątkowo ostrożny, bo to ma być głównie misja zwiadowcza. Wydaje mi się też...
Harry zauważył rozmyty obraz rozwianych, jasnych włosów, które pojawiły się z boku i ruszyły w jego kierunku. Harry wiedział, że to musiał być Loki, ale poruszał się tak szybko i zwinnie, że Harry nie byłby w stanie mu dorównać w tym krótkim czasie, jaki spędził na rozpoznaniu go.
Wilmot poruszył się w dokładnie tej samej chwili. Schwytał Lokiego za ramię, obrócił go i przywalił nim o ścianę, po czym wykręcił mu trzymaną rękę za plecy i przytrzymał go w miejscu. Harry usłyszał w tym momencie, jak kilku aurorów w okolicy wciąga szybko powietrze z zaskoczenia, więc rozwiał osłonę, która wygłuszała jego rozmowę z Wilmotem. Obejrzał się na Petera.
– Zatrzymaj ich – powiedział z naciskiem. – Powiedz im, że to zrozpaczony rodzic, który po prostu oczekuje sprawiedliwości za to, co stało się dzieciom w Hogwarcie.
– Ale co z... – zaczął Peter.
– Nie ma czasu – powiedział Harry, po czym podszedł bliżej do Lokiego i Wilmota. Snape kroczył zaraz za nim, powoli niczym sama śmierć. Harry sięgnął za siebie i złapał go za nadgarstek, ściskając raz, prosząc, błagając, żeby powstrzymał swoją nienawiść i nie ciskał żadnym zaklęciem. To było wyjątkowo ważne właśnie teraz, bo przebywali w ministerstwie, więc ciśnięta mroczna klątwa sprawi, że cały Departament Przestrzegania Praw Czarodziejów skoczy na nich niczym stado rozwścieczonych wilków.
Jaka odpowiednia metafora, pomyślał Harry. I wtedy Snape ścisnął mu dłoń, dzięki czemu Harry mógł podejść do niewielkiej sceny, jaka odgrywała się pod ściana, podczas gdy Peter wyjaśniał wszystko aurorom, wymyślając na poczekaniu wymówki, wyjaśniając sytuację i nagłe pojawienie się Chłopca, Który Przeżył swoim spokojnym, donośnym głosem.
Loki oglądał się na Wilmota, szczerząc zęby. Harry wiedział, że to przez to, że znajdowali się tak blisko pełni, ale i tak wyglądał na kompletnie zdziczałego. Jego zęby były nieco dłuższe od ludzkich, a jego jasne włosy roztrzepane. Być może była to też kwestia szoku, spowodowanego zdradą Wilmota, albo brakiem kontroli, jaką miał wtedy nad jeziorem, ale wydawał się też znacznie bardziej bezbronny.
Wilmot przykładał zęby do karku Lokiego, delikatnie drapiąc mu skórę, kiedy mówił. Harry musiał użyć magii, żeby wzmocnić sobie słuch i zorientować się, o czym rozmawiają.
– ...moją lojalność komuś innemu, Loki. I nie pozwolę ci go skrzywdzić.
– I to, według ciebie, usprawiedliwia zabicie mnie? – wyszeptał Loki. – Tu? Teraz?
– Nie muszę szukać usprawiedliwienia do zabicia cię – powiedział Wilmot. – Jedyne, z czego będę musiał się usprawiedliwić, to dlaczego tak brutalnie cię potraktowałem. Ty z kolei będziesz musiał usprawiedliwić się z ataku na Chłopca, Który Przeżył, a nie sądzę, żebyś w tej chwili był w stanie się z tego wywinąć.
Loki zagapił się na Wilmota, bursztyn jego oczu zrobił się głębszy. Wilmot zaśmiał się, kończąc ten dźwięk warknięciem.
– Nawet nie próbuj na mnie tej swojej pieprzonej charyzmy, Loki. – Ponownie kłapnął zębami, tym razem ściągając kłem kawałek skóry, jakby chciał czegoś dowieść. Harry czuł, jak Snape oddycha za nim coraz ciężej, więc sięgnął za siebie, żeby ponownie złapać go za nadgarstek. – Nie należę do twojego stada.
– Nie pojawiłem się tu sam – powiedział Loki, odzyskując spokój, ponownie zachowując się jak odprężony, dominujący nad sytuacją człowiek, którego Harry pamiętał. – Członkowie mojego stada są rozproszeni po tym pokoju. Mogą ugryźć. A ugryzienie wilkołaka, nawet w ludzkiej formie, może mieć... nieprzewidywalne efekty.
Wilmot uśmiechnął się, a Loki wydał z siebie krótki, pełen bólu jęk.
– Nie ruszą się, póki jesteś w niebezpieczeństwie, Loki – powiedział.
– Ale ruszą się, jak tylko przeniesiecie mnie do Tullianum – odparł Loki, odchylając głowę do tyłu, jakby chciał zaprosić Wilmota do rozszarpania sobie gardła. – A potem pogryzą wielu w czasie pełni. Wybiegną z domu bez wywaru tojadowego. – Przerzucił wzrok na Harry'ego. – A jego tu nie będzie, więc tego nie powstrzyma.
– Czy będziemy w stanie powstrzymać cię przed pogryzieniem tych ofiar, jeśli teraz cię wypuścimy? – zapytał Harry. Usłyszał za sobą, jak Snape wciąga z syknięciem głęboki oddech, ale niczego nie powiedział. Harry był wdzięczny. Jego umysł próbował rozpracować właśnie wszystkie możliwe konsekwencje tego, co by się stało, gdyby Wilmot faktycznie aresztował teraz Lokiego. Nie tylko Loki zdradzi pozycję Wilmota wśród aurorów – bo nic nie byłoby już w stanie go powstrzymać – ale jego stado oszaleje i z tego, co było Harry'emu wiadomo, rozpoczęłoby to pucz, albo wręcz wojnę, a nie tylko gryzienie wybranych ofiar.
– Macie na to moje słowo – powiedział Loki. – Na tę pełnię wybraliśmy sobie ministra na ofiarę. – Mówił coraz ciszej i oddychał płycej, w miarę jak zęby Wilmota stopniowo zaciskały mu się na podgardlu. – Taki przynajmniej był plan, póki cię nie zobaczyliśmy. Przyszło mi do głowy, że doceniłbyś nas w pełni, gdybyśmy zaadoptowali cię do naszego stada, vatesie.
Harry zignorował to i zwrócił się do Wilmota.
– Czy możemy ufać jego słowu?
– Możemy – powiedział Wilmot – bo jego stado tu jest. Alfa żyje i umiera dzięki danemu słowu. – Drżał lekko z frustracji, patrząc surowo na Lokiego. – Żałuję, że nie możemy zrobić niczego więcej – powiedział. – Powinniśmy być w stanie. – Loki skrzywił się, kiedy zęby Wilmota zahaczyły o niego tak mocno, że po karku pociekła mu strużka krwi. Harry usłyszał chór odległych warknięć, niemal czuł, jak stado zbliża się powoli.
I Harry wiedział już, co musiał zrobić.
Zrobił krok przed siebie i pozwolił, żeby jego magia rozwinęła się wokół niego, wyrywając w pełni ze swoich okowów. Loki momentalnie zagapił się na niego. W jego oczach pojawiło się coś głębokiego, co było bardziej czarodziejskie, niż wilkołacze, nawet w tych paru dniach poprzedzających pełnię. Harry wiedział, że mężczyzna wyczuł jego potęgę.
– Oto, z czym będziesz miał do czynienia – powiedział cicho Harry. – Oto, do czego mnie zmusiłeś. – Spojrzał spokojnie na Lokiego. – A teraz chcę usłyszeć od ciebie obietnicę. Przysięgniesz mi, że twoje stado, włącznie z tobą, nikogo nie zaatakuje przez pełne dwa miesiące, aż do pełni we wrześniu. – I tak nie będzie dłużej w Sanktuarium, a Harry uznał, że nie powinien przeciągać struny i prosić o więcej, kiedy otaczające go stado było tak bardzo zaniepokojone o swojego przywódcę.
– A jeśli nie? – zapytał Loki.
– To osuszę cię teraz z magii – powiedział Harry. Poczuł, jak jego umysł ponownie przeskoczył na tę kryształowo przejrzystą płaszczyznę, na której znajdował się, kiedy zabił Dumbledore'a. – Wiem, jak rozproszyć stado. Podstawa twojej potęgi rozpadnie się i wszyscy cię opuszczą.
– To by oznaczało otwartą wojnę – powiedział Loki.
– A to nie? – syknął na niego Harry, osuwając się niemal do wężomowy. – Uważasz, że jestem spętany, Loki. To prawda, moja przysięga wobec wilkołaków, jak i moje zobowiązania jako vatesa nie pozwalają mi tak po prostu zabić cię w chwili, w której zacząłeś sprawiać kłopoty, albo od powstrzymania cię, byś nigdy więcej nikogo nie gryzł, nawet w samoobronie. Muszę spróbować pozostawić ci tak wiele wolnej woli jak tylko mogę, a twoi ludzie wycierpieli tak wiele, że nie chcę pozbawiać ich silnego przywódcy, który może ich obronić. Ale kiedy nie pozostawiasz mi innego wyboru, to nie dziw się, jak odpowiadam atakiem. – Trząsł się, widział, że się trząsł, ale jego magia szykowała się wokół niego. W powietrzu pojawił się czarny wąż, odwijający się z jego ramion, który sam zasyczał na Lokiego. – Muszę wyjechać, bo to moje zobowiązanie, ale muszę też chronić wolną wolę zarówno wilkołaków, jak i ludzi w ministerstwie; bo to też moje zobowiązanie. I jeśli nie pozostawisz mi innego wyboru, jeśli będę musiał wypełnić obie te obietnicę poprzez kompletne zniszczenie jednego ze stad, to tak właśnie zrobię. Jak do tej pory nic do ciebie nie trafiało, Loki. Czy ty w ogóle jesteś w stanie nauczyć się czegoś nowego?
Loki przyglądał mu się, jakby pierwszy raz go widział.
– Ty... – odezwał się wreszcie, z wyraźnym trudem. – Ty się naprawdę starasz.
Może jednak jest w stanie się nauczyć. Może. Harry jednak wciąż pamiętał wilkołaki, zaciskające zęby na karkach Dracona, Snape'a i Moody'ego, więc podchodził do tej myśli cokolwiek sceptycznie.
– Oczywiście, że się staram – powiedział. – Ale jutro muszę wyjechać i nie chcę po powrocie zastać świata czarodziejów w kompletnym chaosie. Zrozum. Jestem w tej chwili twoim najpotężniejszym przyjacielem, bo wyjątkowo ciężko pracowałeś nad zniechęceniem do siebie Wizengamotu i sianiem popłochu i chaosu w czarodziejskim świecie. Ale nie będzie mnie tu. To oznacza, że owszem, gryzienie niewinnych ofiar ujdzie ci płazem. Ale to też oznacza, że w międzyczasie ministerstwo może przez to zacząć polować na twoje stado. Tego też nie będę w stanie powstrzymać. Próbowałem ci to wyjaśnić w liście. Nie widzę żadnych śladów po tym, żeby słowo pisane w jakikolwiek sposób przebiło się przez ten twój durny czerep, ale może ta rozmowa trafiła do ciebie?
– Przysięgam – powiedział Loki. – Masz moje słowo jako alfy, że ani ja, ani nikt z mojego stada, nie ugryzie nikogo, chyba że w samoobronie, aż do wrześniowej pełni.
Harry kiwnął ostro głową i odsunął się. Arogancja już wracała do głosu Lokiego. Harry wiedział, że niczego więcej nie uzyska.
Loki wciąż jednak mógł coś zyskać. Jak tylko Wilmot go puścił, odwrócił się do niego i uśmiechnął leniwie.
– Minister niebawem otrzyma anonimową sowę, wiesz, w przeciągu kilku najbliższych dni, z której dowie się o pewnym wilkołaku w swoim ministerstwie.
– A wówczas przesłuchają mnie pod Veritaserum, żeby ustalić, jakim cudem tak długo byłem w stanie uniknąć wykrycia – powiedział Wilmot, również opanowanym głosem. – A wówczas dowiedzą się wszystkiego, co wiem, oczywiście, włącznie z lokacją pewnej londyńskiej watahy. I wszystkich słabości, jakie o niej wiem. Powiedz mi, Loki, czy Gudrun wciąż ma problemy ze stawami w lewej nodze?
W gardle Lokiego zaczął bulgotać głęboki warkot. Harry pozwolił swojemu czarnemu wężowi ponownie podnieść łeb i zasyczeć głośno, podczas gdy powietrze wokół nich zrobiło się tak zimne, że ich oddechy zmieniały się w parę. Loki zerknął na niego i jego warkot się urwał.
– Zawieszenie broni – powiedział. – Przynajmniej na razie. – Wbił wzrok w Harry'ego i oczy mu zalśniły jasno. – Vatesie – powiedział.
Wilmot odsunął się od niego.
– Dość tego – powiedział głośno. – Ma pan prawo do swojej złości i żałoby, a ponieważ pański atak na Harry'ego się nie powiódł, to domyślam się, że Harry nie spróbuje pana pozwać? – Harry pokręcił z ulgą głową; wyglądało na to, że Wilmot usłyszał, jaką bajeczkę Peter wciskał aurorom. – Ale musi pan w tej chwili opuścić ministerstwo. Osobiście odprowadzę pana do wyjścia. – Złapał Lokiego za łokieć. Loki podszedł za nim, mamrocząc coś pod nosem. Pozostali aurorzy usiedli z powrotem za swoimi biurkami, a Harry wyszedł z założenia, że reszta stada ruszyła za swoim przywódcą.
Harry zamknął oczy. Był roztrzęsiony i było mu niedobrze, co nie zmieniło się nawet, kiedy otaczający go wąż rozproszył się w mgłę, która wsiąknęła mu z powrotem w skórę. Szarpały nim dwa sprzeczne, równie potężne impulsy. Jeden nakłaniał go, żeby czym prędzej uciekł do Sanktuarium, zanim dojdzie do kolejnej takiej sytuacji.
Drugi nakłaniał, żeby pozostał i upewnił się, że do niczego takiego więcej nie dojdzie, bo ludzie w dalszym ciągu będą ze sobą rozmawiali, zamiast walczyć.
Dłoń Snape'a zacisnęła się na jego ramieniu i pokierowała go stanowczo w kierunku pokoju aportacyjnego. Jego mina prawdopodobnie zniechęciła dowolnych aurorów, którzy mogliby chcieć podejść i podziękować, albo go obrazić. Harry westchnął i pokręcił głową. Nie mógł zostać. Jego własna przysięga zacznie go dusić, jeśli tylko tego spróbuje.
Ale i tak zaczął się zastanawiać, czy nawet Sanktuarium będzie w stanie powstrzymać go od rozmyślania nad problemem wilkołaków.
