Żeby nie było, to nie jest ostatni rozdział. Będą jeszcze dwa, już w samym Sanktuarium.
Rozdział dziewięćdziesiąty ósmy: W.U.T.K.R.M.
Harry westchnął i oparł się o ścianę, skubiąc śniadanie. Wreszcie przyszła odpowiedź od klanu MacFustych, w którym zapewnili Harry'ego, że widzieli Acies osiadającą na ogromnym głazie w samym środku Hebryd, prawdopodobnie przyciągnięta obecnością mieszkających tam czarnych hebrydzkich, gdzie zwinęła się w kłębek i poszła spać. Jeden z opiekunów stada nazwał to snem wygładzającym; jak się obudzi, to zacznie szaleć z głodu i pożre wszystko w zasięgu wzroku, ale nie nastąpi to przez dobre dwa czy trzy miesiące. Czarodzieje MacFusty opiekowali się smokami od tak dawna, że mieli nawet odnotowane przypadki opieki – tak przynajmniej twierdzili – nad brytyjskimi czerwono–złotymi. Harry mógł im zaufać, że będą ją mieli na oku.
Zerknął znowu na swoje śniadanie i ponownie skubnął kawałek. Wciąż wyglądało wyjątkowo niezachęcająco. Podejrzewał, że powinien był zaczekać, aż ktoś jeszcze się obudzi, żeby doprawić jedzenie rozmową, ale jakoś nie chciał. Nie spał całą noc, więc jakoś łatwiej przyszło mu zakraść się do kuchni, poprosić skrzaty o składniki niezbędne do zrobienia sobie kanapki i uciec na szczyt północnej wieży.
Wypatrywanie listu od MacFustych było tylko częściowym powodem jego bezsenności. Teraz, kiedy już prawie opuścił świat czarodziejów i miał zniknąć na tak długo, dopadła go koszmarna nerwica.
Czy naprawdę jestem w stanie usprawiedliwić sobie porzucenie wszystkiego, co mam na głowie?
Harry podniósł leżącego obok siebie "Proroka Codziennego" i strzepnął go porządnie. Wiatr momentalnie spróbował wyrwać mu go z dłoni. Harry prychnął i przylgnął bliżej do krenelaży, odwracając się tylko na tyle, żeby wczesne promienie wschodzącego słońca mogły paść na strony. Letnie przesilenie już minęło, więc dni robiły się coraz krótsze, ale wciąż nie było to jakoś szczególnie zauważalne.
SAMI–WIECIE–KTO RANNY
Nagłówek na pierwszej stronie prowadził do artykułu napisanego przez Ritę Skeeter. Harry był rad, że przynajmniej zdołała to napisać. Przejrzał szybko historię, zauważając z lekkim uśmiechem, że Skeeter deklarowała niektóre sprawy jako prawdziwe i dowiedzione, podczas gdy inni reporterzy tylko ośmielili się je "sugerować" i nazywać pogłoskami. Albo była pewna siebie, albo Scrimgeour wszedł z nią w kontakt, oferując jej okazję do rozgłoszenia tego wszystkim. A może znajdowała się wczoraj w swojej formie żuka w jego gabinecie i jakoś udało się jej zakraść pod osłonę Harry'ego, ale raczej wątpił. Osłony otaczające gabinet Scrimgeoura były tak ostrożnie poukładane w jego gabinecie, że raczej wyłapałyby animaga.
Pięciuset śmierciożerców martwych... Sami–Wiecie–Kto ranny do stopnia, w którym nie jest w stanie dowodzić... Chłopiec, Który Przeżył wyjeżdża w te wakacje na trening...
Harry zastanawiał się, czy nie powinien skontaktować się z ministrem i upewnić się, że to na pewno on przekazał jej te szczegóły, ale pokręcił głową. Zobaczy artykuł i jeśli uzna, że należy ją ochrzanić, to sam się tym zajmie.
Złożył gazetę, w połowie swoją dłonią, w połowie magią, po czym odłożył ją na bok. Kiedy to robił, zauważył lekkie poruszenie na schodach wieży. Momentalnie poderwał dłoń, zbierając wokół niej magię.
– Chciałem tylko z tobą posiedzieć. Nie jestem mile widziany? – każda wymówiona przez Argutusa zgłoska była pokrzywdzona.
Harry zaśmiał się pomimo swojego nastroju i wyciągnął do niego swój lewy nadgarstek. Argutus podpłynął do niego i momentalnie owinął wokół niego swój kark, z niepokojem wąchając językiem powietrze.
– Węże nie siedzą – wymamrotał Harry, odchylając się lekko, żeby wąż omenu mógł poczuć promienie słońca na swoich łuskach.
– Czepiasz się szczegółów – powiedział Argutus, mimo że używane przez nich słowo w wężomowie na "siedzenie" tłumaczyło się bardziej na "zwijanie się w odprężony kłębek". – Wydaje mi się, że za dużo czasu spędziłeś dzisiaj sam.
Harry otworzył na to oczy i zmarszczył nieco brwi.
– Dopiero co minęła szósta, Argutusie. – Mógłby rzucić zaklęcie Tempus, ale zbyt przyjemnie mu było pod zwojami węża, żeby teraz się poruszyć. Argutus był już tak duży i długi, że mógłby objąć go w ramionach, niczym szal i wciąż owinąć ogon wokół jego pasa. – Nie byłem zbyt długo sam. Poza tym, nikt jeszcze się nie obudził.
– Nie spałeś przez całą noc.
Harry przypomniał sobie wtedy niecodzienny entuzjazm, jaki Argutus okazał, kiedy rozmawiali o różnicy między dobą, która zaczyna się o północy, a dniem. Uważał, że ludzie muszą być strasznie mądrzy, skoro znaleźli dokładny punkt w nocy, kiedy ta zaczynała przechodzić już w nowy dzień. W czasie oblężenia Harry widział go parę razy, jak przyglądał się zegarom.
– To prawda – przyznał i pozwolił sobie ziewnąć szeroko, ponieważ jego prawa dłoń była obecnie przygnieciona przez pełznące po nim zwoje Argutusa. Argutus miał już rok i osiągnął już niemal swoją dorosłą długość. – Ale dzisiaj odpocznę, Argutusie. Wyjeżdżamy do Sanktuarium. To oznacza, że przez najbliższe dwa miesiące będziemy mogli odpoczywać ile tylko będziemy chcieli i nikt nie będzie nam kazał wstawać wcześnie z łóżka. – Tak w każdym razie to sobie wyobrażał. Jedyne informacje, jakie posiadał o tym miejscu, pochodziły z ogólnych opisów Very i jednej wyprawy legilimencyjnej do umysłu Petera, żeby usunąć jego sieć feniksa, więc Harry nie był pewien, czy wszędzie w Sanktuarium znajdowały się białe łóżka, czy też może był tam tylko jeden taki pokój. A może była to tylko ogólna reprezentacja, która nie miała żadnego oparcia w rzeczywistości?
– Musisz częściej odpoczywać. I nie powinieneś być sam. – Argutus brzmiał na równie pogodnego pod tym względem i zdeterminowanego co Millicenta, kiedy...
Nie, to porównanie nie było do końca odpowiednie. Harry niechętnie pozwolił swoim myślom podążyć ścieżką, której wciąż unikał. Argutus tak naprawdę brzmiał jak Pansy.
– Będę miał na to czas, kiedy już znajdziemy się w Sanktuarium – zauważył, wstając. – Nie sądzę, żeby wieszcze choć na chwilę zostawili mnie w spokoju.
– Ja też nie. – Argutus poprawił się, tak żeby jego głowa spoczywała na lewym nadgarstku Harry'ego, ale ogon owijał się bezpiecznie wokół jego pasa, a większość jego ciała owijała się wokół piersi i ramion Harry'ego, niczym niedbale narzucony szal. Harry czuł jego delikatną siłę i wiedział, że może się stać przerażająca, jeśli Argutus kiedykolwiek spróbuje coś zmiażdżyć. – Mam dla ciebie niespodziankę.
Niczego więcej nie powiedział, nawet kiedy Harry schodził po schodach, żeby udać się do skrzydła szpitalnego.
– Czyli co? – zapytał wreszcie.
– Gdybym ci powiedział, to nie byłaby niespodzianką.
Harry był tym tak zaskoczony, że aż się roześmiał. To była wyjątkowo angielska fraza, którą kiedyś musiał przetłumaczyć Argutusowi. Nie spodziewał się, że wąż omenu ją zapamięta.
– Czemu już teraz jesteś zdziwiony? – zapytał Argutus, którego język przeszył powietrze. – Teraz nie pora na zdziwienie. Teraz pora na pożegnania.
– Nawet nie wiesz, jak bardzo masz rację – wyszeptał Harry, czując jak ponownie osiada mu w piersi wielki ciężar. Nie tylko nie chciał żegnać się z niektórymi ludźmi – głównie ze swoim bratem – ale też nie był w stanie pozbyć się wrażenia, że niektórzy z nich znikną, zanim zdąży wrócić do czarodziejskiego świata. Czy naprawdę będą w stanie przeżyć tu bez niego?
– To też nie pora na zamartwianie się – powiedział stanowczo Argutus, kiedy mijali pustą klasę Trelawney, idąc w kierunku drabiny. – Teraz pora na zadowolone uśmiechy, przytulanie i może kiełbaski, jeśli jakieś tak przypadkiem znajdą się w pobliżu.
Harry'ego naprawdę pocieszała myśl, że bez względu na to, czy Argutus jest mądry czy nie, to zawsze pozostanie wężem, który ma odpowiednio poukładane priorytety.
– Czy sprawiłoby ci to jakąś różnicę, gdybym pojechał z tobą do Sanktuarium?
Harry przytulał w tym momencie Connora, więc musiał się od niego odsunąć, żeby spojrzeć na niego z zaskoczeniem.
– Co proszę?
Connor przyglądał się Harry'emu cicho z namysłem – co było wzrokiem, którego Harry już nauczył się obawiać, mimo że była to zdecydowana poprawa w porównaniu z pustym, obojętnym spojrzeniem z trzeciego roku. Zwykle oznaczało, że Connor lada moment powie coś głębokiego, co prawdopodobnie wprawi Harry'ego w zakłopotanie. Harry miał wrażenie, że Connor właśnie tak wyglądał przez całą rozprawę ich rodziców.
– Gdybym powiedział, że mogę pojechać z tobą do Sanktuarium – uściślił Connor. – Czy wciąż podchodziłbyś do tego tak niechętnie jak teraz, Harry?
– Wcale nie podchodzę do tego niechętnie...
– Harry, ręka ci drży. – Connor prychnął. – To znaczy, że kłamiesz.
Harry spojrzał w dół, na swoją dłoń.
– Nigdy tego nie zauważyłem – wymamrotał. – I mam wrażenie, że Draco i Snape też nie.
– Bo bardziej przyzwyczaili się do przyglądania się twojej twarzy. – Connor wzruszył ramionami. – No mniejsza. Chcę odpowiedzi. Czy gdybym powiedział ci, że chcę pojechać do Sanktuarium, że chcę się tam wyleczyć i poprosiłbym cię, żebyś pojechał ze mną, to czy wciąż wyglądałbyś, jakby ktoś wydarł ci serce z piersi?
– Wyglądałbym, jakby mi ktoś wydarł serce z piersi, gdyby wszyscy pojechali tam beze mnie – spróbował sprzeciwić się Harry – bo Draco tam jedzie, a... – No nie powiem przecież na głos, że "on jest moim sercem". To zbyt niedorzeczne. – A tylko on jest w stanie zmusić mnie do przejrzenia na oczy, kiedy robię się zbyt uparty. Nawet Snape nie pomaga mi równie mocno co on.
Connor kiwnął głową.
– Ale i tak nie chcesz jechać. Dlatego pytam, czy sprawiłoby ci różnicę, gdybym to ja poprosił cię, żebyś pojechał tam ze mną, a nie Draco.
– A ty co niby jesteś, terier? – burknął Harry.
– Wark wark – powiedział Connor.
Harry westchnął i poruszył niespokojnie dłonią, rozkładając palce szeroko. Ostatecznie jednak uznał, że jego brat zasługuje na to, żeby usłyszeć prawdę.
– I tak bym się wahał – powiedział. – Pewnie wahałbym się jeszcze bardziej, bo jestem w stanie już ci zaufać, że możesz się sobą zająć, chyba że chodzi o takie sprawy jak leczenie się po bitwie. – Spojrzał Connorowi w oczy. – Właśnie dlatego cieszy mnie, że wyjeżdżasz na wakacje z Peterem do Lux Aeterny i to nie tylko dlatego, że dzięki temu lepiej się poznacie. Martwi mnie ten miecz.
– Jest świetlisty – powiedział Connor, patrząc na niego buńczucznie.
– A czego się dowiedzieliśmy o świetlistych przedmiotach i czarodziejach, którzy ich bezmyślnie używają? – zapytał Harry swoim najlepszym, profesorskim tonem.
Connor pokręcił głową.
– Czyli już nie jesteś ode mnie zależny? Nie chciałbyś udać się do Sanktuarium tylko dlatego, że bym cię o to poprosił, tylko po to, żebyś mógł sam przypilnować mojego leczenia?
Między innymi dlatego Harry nie bardzo chciał w ogóle nawiązywać do tego wszystkiego. Wciąż kochał Connora, oczywiście że tak, ale Draco zajął miejsce w jego życiu, które nie mogło należeć do nikogo innego. Harry był o tym przekonany od chwili, w której zamarł, kiedy smok Voldemorta trzymał Dracona, grożąc jego życiu. Być może byłby w stanie myśleć, gdyby to był ktokolwiek inny. Ostatecznie był w stanie myśleć, kiedy Voldemort miał Snape'a za zakładnika. Ale w chwili, w której w takiej sytuacji znajdował się Draco, jego umysł momentalnie zamarzał.
– Tak, to prawda – powiedział wreszcie Harry. – Przykro mi, Connor...
Stracił dech, a z nim wszelką możliwość wymówienia reszty tego zdania, bo Connor objął go nagle i ścisnął.
– Niech ci nie będzie – wyszeptał mu Connor na ucho. – Cieszę się, Harry. Nawet nie wiesz jak bardzo się cieszę. Chyba bym tego nie zniósł, zwłaszcza teraz, kiedy już poznałem prawdę o naszym dzieciństwie, gdyby okazało się, że coś zostało w tobie wtedy nieodwracalnie zniszczone. Kocham cię i chcę, żebyś był w stanie wieść własne życie, odrębne od mojego.
Harry uśmiechnął się słabo i objął go, jak tylko udało mu się ułożyć odpowiednio ręce.
– To już nie jest problem. Ale i tak mam nadzieję, że dalej będziesz częścią mojego życia, Connor.
Connor roześmiał się i odsunął się od niego.
– Tak mi się wydaję, że chyba jednak będę, skoro już przyzwyczaiłem się do tolerowania zarówno tego, że Malfoy będzie kiedyś twoim mężem, a ta obślizgła łajza twoim opiekunem.
– Skończyłeś już, Harry?
Harry zamrugał, kiedy zorientował się, że Snape stał w przejściu do pokoju wspólnego Gryffindoru. Zza niego dochodziły stłumione protesty Grubej Damy. Miał na twarzy surowy wyraz, jakby ledwie powstrzymywał się przed odjęciem punktów Gryffindorowi, mimo że były wakacje i nie było żadnych punktów, które można by było odjąć.
Connor nie pozwolił mu się zastraszyć.
– Panie profesorze Snape – powiedział, kiwając radośnie głową na powitanie. – Przyszedł pan odeskortować Harry'ego do następnej osoby, z którą chce się pożegnać, na wypadek, gdyby po drodze miały go napaść i pożreć glutowe potwory?
– Glutowe potwory – powiedział Snape tonem, który jednocześnie łączył w sobie zawiść jak i nudę. – Tylko mózg Gryfona wymyśliłby coś takiego.
Connor nie mówił niczego przez chwilę. Harry zerknął na niego z niepokojem, zastanawiając się, czy jego brat nie stara się opanować jakiegoś szczerego gniewu. Dlatego też w ogóle nie zrozumiał, kiedy na twarzy Connora pojawił się szeroki, praktycznie ślizgoński uśmiech.
– Ależ, profesorze Snape – powiedział niewinnie Connor – wydawało mi się, że zaczął pan doceniać gryfońskie mózgi. Ostatecznie niemal od ośmiu miesięcy szkolił mnie pan w pojedynkach. – Snape prychnął, jakby to nie miało znaczenia. Harry wiedział, że dla niego pewnie nie miało. Snape miał tendencję do oceniania swoich uczniów poprzez porównywanie ich do najlepszych pośród nich, więc o ile Connor pewnego dnia nie stanie się lepszy od Harry'ego, to Snape nigdy nie nabierze do niego szacunku. – No i jeszcze należy wziąć pod uwagę mój plan przymuszenia śmierciożerców na skrzydlatych koniach do zrzucenia akwarium syren – ciągnął dalej Connor, tym samym, niewinnym tonem. – Wydawało mi się, że przynajmniej to się panu podobało.
Od strony Snape'a nadeszła absolutna cisza. Harry zagapił się na niego, na zaskoczenie, które pojawiło się bardzo wyraźnie, choć tylko przelotnie, na jego twarzy, po czym musiał stłumić własny chichot.
Nie wiedział. Och, on naprawdę nie wiedział.
Snape szybko wziął się w garść.
– To była robota Harry'ego, nie twoja – powiedział chłodno. – A teraz, jeśli skończył już pan z obrażaniem mojej inteligencji, panie Potter, to chciałbym...
– Niby czemu miałbym z tym skończyć? Pan bez przerwy obraza moją. I wydaje mi się cokolwiek dziwne, że uważa pan, że mógłbym stać w tym samym pokoju co Harry i kłamać na ten temat. Mój brat nie jest już tym samym człowiekiem co kiedyś, profesorze. Z całą pewnością zaprotestowałby, gdybym spróbował przypisać sobie jego zasługi. Zamiast tego, jeśli dobrze pamiętam, był strasznie przejęty faktem, że Voldemort trzymał jego chłopaka jako zakładnika. – Connor zrobił krok przed siebie, patrząc na niego z niewinnym uśmiechem, który prawdopodobnie był obrazem bezsilnego i naiwnego Gryfona. – Powinien pan się martwić o obrażanie jego, profesorze, bo właśnie zasugerował pan, że pozwoliłby mi na przypisanie sobie za to zasług, podczas gdy był przejęty losami Draco, co jest normalne i absolutnie słuszne.
Snape niczego nie powiedział. Po chwili uważnego przyglądania mu się, Harry zorientował się, że po prostu nie wiedział, co powiedzieć.
Odwrócił się i złapał Connora za nadgarstek. Connor podniósł brew, nawet na chwilę nie odrywając wzroku od Snape'a.
– Ćśś, Harry – wyszeptał. – Chcę się nacieszyć tą chwilą. W końcu nie dochodzi do nich zbyt często.
– Chciałbym ci pogratulować dokonania czegoś, czego nawet mnie nigdy nie udało się aż tak długo – powiedział oficjalnie Harry. – W zawodach dotyczących tego, komu uda się sprawić, żeby profesor Snape zachowywał się, jakby mu języka zabrakło w gębie, dom Gryffindora wygrywa.
Connor roześmiał się i wyglądało na to, że to wreszcie rozbiło kompletny bezruch, w jakim pozostawał Snape. Spojrzał na Harry'ego i to jedno spojrzenie wystarczyło. Harry przytulił jeszcze ostatni raz, na szybko, Connora, po czym ruszył za wychodzącym Snape'em. Podejrzewał, że nie mógł tak do końca winić Snape'a o pragnienie odeskortowania go. Jego brak snu poprzedniej nocy, jak i samotna wycieczka na szczyt wieży z samego rana, mogły poddać w wątpliwość jego postanowienie o wyjeździe do Sanktuarium, bez względu na dowolne złożone obietnice.
Connor pomagał do niego, kiedy portret się zamykał. Harry odpowiedział tym samym i pozwolił swoim ostatnim niepokojom o dobrobyt jego brata, stopnieć i zniknąć. Connor wyglądał absolutnie komfortowo, stojąc pośród tej całej czerwieni i złota, a jeśli w jego oczach wciąż kryły się cienie po bitwie, to cóż, z czasem znikną.
Ruszyli w dół korytarza i odeszli spory kawałek, nim Snape nie zagaił, bardzo ostrożnym tonem:
– Podejrzewam, że nie powiesz mi nagle, że to wszystko to był po prostu żart.
– Za dobrze pana znam, żeby tak sobie z pana żartować – powiedział Harry.
Snape łypnął na niego, bo to było ewidentne nawiązanie do Huncwotów, ale w jego spojrzeniu nie było gniewu.
– Ale on tak naprawdę nie...
– Owszem, zrobił.
– Ale nie mógł tego...
– Owszem, zrobił.
Snape ponownie ucichł. Harry wyczuwał jego pracujące myśli, ale ostatecznie doszedł do wniosku, że nie mógł zgłosić tego jako pretendenta do zawodów o to, komu lepiej wyszło sprawienie, że Snape zachowywał się, jakby mu języka w gębie zabrakło. Connor wciąż był tu zwycięzcą.
– Wyjeżdżam na dwa miesiące – Harry powtórzył to tak cierpliwie, jak tylko był w stanie, po czym ponownie wyciągnął rękę do Thomasa Rhangnary. – Dlatego nie będę w stanie pomóc ci z twoimi badaniami. – Przyglądał się mężczyźnie przez chwilę. Jego ciemne włosy były usiane pajęczynami, a na jego policzkach widniał porozcierany kurz, jakby mężczyzna zdawał sobie sprawę z jego istnienia, ale nie bardzo wiedział, co z nim zrobić. – Czy ty w ogóle byłeś w domu, widziałeś się ze swoją rodziną? – dodał Harry, w którego umyśle niespodziewanie pojawił się druzgocący obraz Priscilli Burke i jej dzieci, którzy nigdy nie dowiedzą się, czy Thomas w ogóle przeżył bitwę, bo ten postanowił przepaść na dobre w hogwardzkiej bibliotece.
Po raz pierwszy zdołał ściągnąć na siebie spojrzenie Thomasa wypełnione czymś innym niż rozmarzeniem.
– Oczywiście, że byłem – powiedział z oburzeniem. – Po prostu co chwila tu wracam. Dyrektorka powiedziała, że mogę przebywać w bibliotece ile tylko chcę. Zostawi ją dla mnie otwartą na czas wakacji.
Harry potrząsnął z rozbawieniem głową.
– A czy pamiętasz, co ci przed chwilą powiedziałem o tym, jak sam zamierzam spędzić wakacje? – zachęcił go łagodnie. Snape przestąpił za nim z nogi na nogę, ale nie odezwał się. W przeciągu kilku ostatnich dni Harry był pod ciągłym wrażeniem jego opanowania, od czasu rozprawienia się z Belville'em, aż do teraz.
– Szkoda, że nie możesz zostać – powiedział Thomas. – Byłbyś w stanie zaoferować nam informacje o magii centaurów, ciągle nie mamy do niej dostępu.
– Centaury w Zakazanym Lesie stały się znacznie bardziej przyjazne czarodziejom, odkąd ich sieć zniknęła – zaproponował Harry. – Zapytaj ich, byle ostrożnie, a powinni okazać się skłonni do pomocy.
Thomas wyglądał na niemal pijanego ze szczęścia.
– Dziękuję – powiedział. – Zapytam ich. I będę tak grzeczny jak tylko się da.
Harry miał wrażenie, że naprawdę tak będzie. Większość ludzi z miejsca orientowało się, że Thomas absolutnie nie ma nic złego na myśli, więc powinno to dość szybko dotrzeć nawet do centaurów, które nie były obeznane z normami społeczeństwa czarodziejów. Thomas po prostu nie miał w zwyczaju pytać ludzi o coś zwykłymi sposobami.
– Wiem, że musisz wyjechać – ciągnął dalej Thomas – ale szkoda, że nie będzie cię, jak opublikujemy futkarm.
Harry zmarszczył brwi.
– Że co proszę?
– Futkarm. – Thomas zauważył wreszcie jego niezrozumienie. – Wybacz – powiedział. – To akronim, którego wymowa trochę się rozeszła w szwach, im częściej o nim rozmawialiśmy.
– Jacy my? – zapytał Harry, ponownie słysząc jak Snape po raz kolejny przestępuje.
– Czarodziejscy badacze z każdego kraju, który zawiera w sobie jakieś magiczne społeczeństwo – powiedział szybko Thomas, któremu twarz pokraśniała. – Nazwaliśmy nasze odkrycie W.U.T.K.R.M., Wielka Ujednolicona Teoria Każdego Rodzaju Magii. Do akronimu dodaliśmy "a" z "każdego", żeby łatwiej było wymówić.
Harry zamrugał parę razy.
– Ale skoro nie rozumiecie magii centaurów, to jak ta teoria może dotyczyć każdego rodzaju magii? – zapytał wreszcie.
– Też się nad tym zastanawialiśmy – przyznał Thomas, a między jego brwiami pojawiła się niewielka zmarszczka. – Jak do tej pory wszystkie magiczne stworzenia, które zdołaliśmy przebadać, pasowały do naszych parametrów, ale istnieje naprawdę wielka ilość stworzeń, o których wiemy bardzo niewiele. No i są jeszcze wszystkie stworzenia, które wyginęły, a mogły zawierać w sobie magię, której jeszcze nigdy wcześniej nie widzieliśmy, przez co nasza teoria nie może ich wliczać w ogół. Niektórzy członkowie naszej grupy uważają, że przez wzgląd na to powinniśmy zmienić nazwę na Wielka Ujednolicona Teoria Każdego Rodzaju Czarodziejskiej Magii. Oczywiście, inni wykłócają się, że skoro niektóre moce magicznych stworzeń pasują do generalnego zarysu naszej teorii, to wszystkie powinny, dzięki czemu prawdopodobnie nasza oryginalna nazwa jakoś ujdzie w tłoku. Osobiście nie bardzo lubię się nad tym zastanawiać. Weźmy na przykład takie węzły jednorożców. Przecież...
– Rhangnara – odezwał się wtedy Snape, którego głos miał w sobie cichy warkot. Harry był w stanie zrozumieć niewypowiedziane słowa, nawet jeśli Thomas ich nie wyłapał. Nie interesuj Harry'ego tak bardzo tym wszystkim, bo nie będzie chciał wyjechać z nami do Sanktuarium.
Thomas zamrugał, po czym kiwnął głową.
– Teoria już jest wstępnie gotowa do publikacji – powiedział Harry'emu, a w jego głosie znowu pojawiło się podniecenie. – Pracowałem nad tym od lat, ale to nic w porównaniu do całych dekad, które spędzili nad tym inni. Przecież wiesz, że niektórzy czarodzieje służą za pośredników między Konsulatem Wili i rządem we Francji; to od nich właśnie otrzymaliśmy informacje o magii wili, ale musiały minąć lata, nim udało im się uzbierać wszystkie potrzebne dane.
– Czyli ją opublikujecie – powiedział Harry, który z radością słuchał o czymś, co, dla odmiany, w żaden sposób nie dotyczyło wojny, śmierci, czy polityki. – I wydaje ci się, że powinienem tu być, żeby czym prędzej ją przeczytać?
Thomas spojrzał mu w oczy i Harry zobaczył, jak jego orzechowe oczy stają się niezwykle klarowne. Przypomniał sobie wtedy, że tylko dlatego, że Thomas ciągle błądził z głową w chmurach i potrafił mówić bez końca, wcale nie znaczyło, że nie był w stanie myśleć.
– Naprawdę myślę, że powinieneś tu być, kiedy wyjdzie, tak – powiedział Thomas. – Bo nasza teoria zada koszmarny cios ogólnej idei czystokrwistych czarodziejów, Harry.
Harry zastanowił się nad tym przez chwilę, po czym zamrugał, kiedy zorientował się, czemu miałoby nastąpić coś takiego.
– Magia nie podąża za linią krwi – wyszeptał.
Thomas pokręcił głową.
– Nie podąża, a przynajmniej nie zazwyczaj. Splata się z krwią, owszem, ale to nie jest takie proste jak idea, że czystokrwistym czarodziejom będą się rodziły magiczne dzieci, a jeśli te dzieci wyjdą za mugoli, charłaków, czy mugolaków, to magia kolejnego pokolenia zacznie słabnąć – a w to właśnie czystokrwiści w całej Europie wierzyli już od stuleci. Że też nie zaczęli tego kwestionować, kiedy w ich własnych rodzinach zaczęły pojawiać się charłaki – dodał Thomas, burcząc pod nosem. – Jest znacznie bardziej dzika i nieprzewidywalna. Czystokrwiści mają swoją własną, odrębną kulturę, ale nie dzieli ich nic fizycznego od dowolnych innych czarodziejów.
Harry podejrzewał, że powinien być tym oburzony. Sam chaos, jaki nastąpi po ogłoszeniu takiej teorii, był ciężki do ogarnięcia. Harry wiedział, że choć wiele europejskich, czarodziejskich społeczności nie jest zdominowana przez czystokrwistych, to wciąż mieli ich ogromne ilości, a walki o "czystość krwi" były w nich czasem nawet bardziej zajadłe niż w Brytanii. Thomas i jego grupa badawczych czarodziejów mieli zamiar, z najlepszymi intencjami, wywrócić wiele wierzeń do góry nogami, wierzeń, które pomagały ludziom w polityce, które układały odpowiednie zachowania, kulturę...
Ale też w nich właśnie swój fundament ma ich duma i uprzedzenie.
Harry nie był w stanie się opanować; ludzie, którzy pogardzali nim, zwykle zwalali swoje odczucia na jego status półkrwistego. Teraz jednak uśmiechnął się z zajadłą radością na myśl o tych wszystkich ludziach, którzy patrzyli na niego i Dracona z wyższością, że ci wszyscy ludzie będą musieli wreszcie udławić się własnymi słowami, albo zrobią się czerwoni ze wściekłości na myśl o tym, że mugolaki są dziećmi wybranymi przez samą magię.
A potem pomyślał o tym, jak Lucjusz będzie wyglądał, kiedy się o tym dowie. Och, ależ żałował, że nie miał tu kogoś, komu mógłby zaufać, że zrobiłby mu zdjęcie tego momentu na pamiątkę.
– Właściwie – paplał dalej Thomas – jedną z bardziej interesujących spraw, jakie udało nam się ustalić jest ta, że czarodzieje półkrwi zwykle okazują się najbardziej potężni. – Kiwnął głową do Harry'ego, a następnie do Snape'a. – Nie zawsze, oczywiście; w grę wchodzi zbyt wiele czynników, które mogą wejść w drogę i uczynić ich mniej potężnymi. Wszystkie te czynniki wpływają na to, jaki rodzaj magii otrzymają, jaka magia ich otaczała, czy jeden z rodziców jest mugolakiem, czy mugolem, czy charłakiem, czy mugolakiem, który ma charłacznego przodka... całe mnóstwo spraw. Ale samo stwierdzenie, że nie powinniśmy się krzyżować z mugolakami, jest po prostu niedorzeczne. – Thomas skrzywił się. – Uwielbiam moją kulturę równie mocno co każdy i gdybym odkrył coś, co by sugerowało, że jednak mieliśmy pod tym względem rację, to przyjąłbym to do wiadomości. Ale nie znalazłem, więc nikt nie powinien się sprzeczać z tym, co odkryliśmy... i to nie tylko w Brytanii, ale na całym świecie. Tu naprawdę nie ma się z czym sprzeczać. Ludzie, którzy spróbują, wyjdą po prostu na idiotów. – Ewidentnie nie mógł się tego doczekać.
Harry musiał zadać jeszcze jedno pytanie, pomimo tego, że Snape po raz kolejny przestąpił za nim z nogi na nogę.
– A co właściwie sprawia, że mugolaki się pojawiają w mugolskich rodzinach, a w czarodziejskich pojawiają się charłaki? Czy byłbyś w stanie to mi szybko podsumować?
– Tak samo sedno sprawy, bez okrawek? – Thomas uśmiechnął się. – Cóż, wciąż się nieco sprzeczamy pod tym względem, ponieważ niektórzy wciąż twierdzą, że potrafi to się stać kompletnie przypadkowo. Ale osobiście nie sądzę. Wydaje mi się, a większość zdaje się ze mną zgadzać, że pochodzi to z wolnej woli. Magia sama wybiera, kto ma nią władać. Inne czynniki też mają w tym swój wpływ, jak splątanie z linią krwi, miejscem, czy może z tuzinem innych spraw. No, może więcej niż tuzinem. Pietrowiczowi udało się zidentyfikować trzynaście, ale nie wiem, czy powinienem...
– Starczy tego – powiedział stanowczo Snape. – Harry, Vera chciała, żebyśmy wyjechali w południe. A ty wciąż nie pożegnałeś się jeszcze ze wszystkimi.
– To prawda – powiedział niechętnie Harry. Kiwnął do Thomasa. – Wybacz. Możesz wysłać mi sowę, w której opiszesz to wszystko ze szczegółami, jeśli chcesz, ale przedarcie się przez cienie otaczające Sanktuarium wieszczy zajmie jej kilka tygodni.
– Z przyjemnością – powiedział Thomas. Twarz lśniła mu lekko. – Między innymi dlatego tak interesowała mnie twoja praca jako vatesa. Jeśli mam rację, to wolna wola jest najbardziej podstawowym składnikiem magii, a sama magia jako taka jest znacznie bardziej samoświadoma, niż kiedykolwiek nam się wydawało. To by oznaczało, że twoja praca vatesa wyraża większy szacunek wobec magii, niż jakikolwiek Lord kiedykolwiek zdołałby wyrazić po prostu rozkazując jej, jak i każąc innym, co mają myśleć i robić.
Harry'emu na chwilę dech zaparło. Zniknęła z niego odrobina niepokoju, która dręczyła go myślami o to, co się stanie ze wszystkimi, kiedy zniknie.
– Dziękuję, Thomasie – wyszeptał.
– Absolutnie żaden problem. – Thomas spojrzał na niego z ciepłym uśmiechem. – Przyznam ci Harry, że nawet cię lubię, ale najbardziej podziwiam twoje podejście do magii jako takiej.
Harry uśmiechnął się do niego i ruszył do wyjścia, czując na ramieniu ciepłą dłoń Snape'a. W głowie brzęczało mu od nowych pomysłów, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że zanim doszło do obiecanych trzech dni, spędził trochę czasu na osuszaniu artefaktów Blacków i przekazywaniu mocy świeżo scharłaczonym dzieciom. Aż zachichotał.
– Co? – zapytał Snape ostrzegawczo. Harry zastanawiał się, czy był wstrząśnięty myślą, że uprzedzenia czystokrwistych od samego początku nie miały podstaw, czy może czymś zupełnie innym.
– Zastanawiałem się, co by się stało, gdybym zaabsorbował magię z czegoś, albo z kogoś, jak z wroga, czy wcześniej, od Belville'a – powiedział Harry i zaczekał.
– No i? – zapytał Snape z naciskiem po chwili.
– A potem przekazał tę magię mugolowi – dokończył niewinnie Harry. – Wielu ludzi robi się przy mnie nerwowych, ponieważ jestem w stanie odebrać im magię, ale co, gdybym spróbował stworzyć nowych czarodziejów? Jestem w stanie zrozumieć, czemu nieczęsto próbowano czegoś takiego, jeśli w ogóle. Przede wszystkim potrzeba do tego absorbere, który byłby skłonny do poświęcenia wchłoniętej magii, a niewielu ludzi chciałoby się tego podjąć. Dumbledore'owi z pewnością nigdy nie przyszło to do głowy, a Voldemort nigdy nie zrobiłby czegoś takiego. Ale co by się stało, gdybym spróbował?
– Zajmij się rewolucją, jak już wrócisz z Sanktuarium, dobrze? – burknął Snape. – Poza tym, magia prawdopodobnie momentalnie by z nich wypłynęła.
– No to może zacząłbym od stworzenia im magicznego rdzenia...
– Rhangnara powoli robi z ciebie drugiego siebie – mruknął Snape, zaciągając Harry'ego stanowczo w dal korytarzem, podczas gdy Harry zajmował się wyobrażaniem sobie miny Lucjusza na taki pomysł.
Hawthorn jeszcze nigdy nie było tak wstyd, jak w chwili, w której Harry złapał za jej dłonie i przyjrzał się jej badawczo.
– Poradzi sobie pani przez to lato? – zapytał. – Nie będzie pani samotna?
– Delila i Claudia zostaną ze mną – powiedziała miękko Hawthorn. – Nie przejmuj się tak mną, Harry. Zanadto polegałam na tobie przez tych kilka pierwszych dni po oblężeniu i z tego powodu jest mi teraz wstyd. Mogę tylko zadeklarować, że kierowały mną ślepota i szaleństwo żałoby.
Harry zamrugał, patrząc na nią.
– Nie mam pojęcia, o czym pani mówi – powiedział. – Oferowałem wtedy ukojenie i pocieszenie każdemu, kto tego potrzebował, a pani potrzebowała obu bardziej od kogokolwiek innego, pani Parkinson. Straciła pani zarówno męża, jak i córkę. – Nabrał tchu, co brzmiało jakby dławił się haczykami. – Miała pani wszelkie prawo popaść w żałobę.
Hawthorn spróbowała pomyśleć o tym, co mogłaby powiedzieć mu takiego, żeby wyrazić swoje myśli, a jednocześnie żeby Harry nie odrzucił od siebie znaczenia jej słów. Wreszcie potrząsnęła głową i przytuliła go mocno do siebie. Harry pozwolił jej na to, choć opierał się o nią nieco sztywno i dłuższą chwilę zajęło mu podniesienie rąk i objęcie jej. Wciąż zaskakiwało go, że inni ludzie chcą go dotykać, wciąż jakoś temu nie ufał.
– Będę obchodziła swoją żałobę – powiedziała cicho. – Ale nie pozostanę w niej na zawsze, Harry. Właśnie dlatego marna by była ze mnie nekromantka. Nie jestem gotowa na poświęcenie życia, porzucenie bliskości ze światem żywych w sposób, w jaki zrobili to Pansy i Dragonsbane. Chcę się wycofać z niego na jakiś czas, tak samo jak ty, ale jak będę gotowa, to z przyjemnością do niego wrócę. – Pomyślała o tym, jak strasznie bolał ją Mroczny Znak w czasie oblężenia i o tym, jak ten ból zniknął w czasie bitwy. Wydawało się jej teraz, że pewnie musiało to nastąpić w chwili, w której Harry zranił Voldemorta tak dogłębnie, że ten musiał się wycofać z walki. Hawthorn po prostu była tak zrozpaczona, że nie zauważyła. Szybko jednak rozmówiła się ze Snape'em, Lucjuszem, Adalrico i Pettigrew, dzięki czemu udało się jej ustalić, że ich ból również zniknął. Cokolwiek, co Mroczny Pan starał się zrobić z ich znakami, nie podziałało.
– To bardzo dzielne z pani strony – powiedział Harry.
– To, co sam zrobiłeś, wymagało znacznie więcej odwagi. – Hawthorn przyklęknęła przy nim, żeby nie musiał tak bardzo podnosić głowy, patrząc jej w oczy. – Ciągle dawałeś wszystkim to, czego od ciebie potrzebowali, nawet jeśli nie mieli prawa tego od ciebie oczekiwać, bez względu na ich żałobę. Harry, jeśli jest coś, co mam nadzieję, że nauczyć się w tym Sanktuarium, to świadomość, kiedy ludzie zaczynają cię wykorzystywać i jak im odmówić.
Harry wywrócił oczami.
– Wszyscy mi to mówią – powiedział.
– I wszyscy mają rację. – Hawthorn pocałowała go w czoło, w miejscu blizny i musiała powstrzymać impuls do polizania jej. Tego rodzaju gestami wymieniało się w stadzie. – Mam nadzieję, że jak cię następnym razem zobaczę, to będziesz już cały i zdrowy.
Harry kiwnął głową, po czym odsunął się i obejrzał na Snape'a. Snape przytaknął, po czym zaprowadził go do skrzydła szpitalnego.
Hawthorn stała prosto, odprowadzając ich wzrokiem, po czym wróciła do swojego pokoju. Zostanie w Hogwarcie jeszcze kilka dni. Weźmie wywar tojadowy podczas pełni i przebiegnie się przez Zakazany Las z Delilą i Claudią. A potem zacznie myśleć o leczeniu się.
Tym razem po swojemu, bez pośpiechu, pomyślała, zamykając za sobą drzwi. Nie byłam w stanie utrzymać się na nogach, ale to nie tłumaczy mnie z tego, że uchwyciłam się pierwszej podanej mi dłoni i nawet nie sprawdziłam, czy jej właściciel sam nie potrzebuje pomocy.
Naucz się, Harry. Wylecz. Powróć do nas potężniejszy. Zrób to dla naszego dobra, dla dobra sojuszu, jak i swojego własnego. Chcę zobaczyć, kim się staniesz, kiedy już będziesz w pełni sił.
Harry objął się rękami i spróbował opanować własne dreszcze. Wydawało mu się, że zrobił wszystko jak należy. Jego kufer był tuż obok niego, pełen przyborów szkolnych, ubrań, darów od sojuszu, prezentów na gwiazdkę, oraz kilku książek z biblioteki Blacków, wszystko pomniejszone, żeby się zmieściło. Argutus owijał się leniwie wokół jego torsu, a wężyca Wielu owijała się wokół jego karku. Pożegnał się z każdym, kto przyszedł mu do głowy, z czego z Connorem dwukrotnie, bo ten pojawił się w drzwiach do skrzydła szpitalnego i przytulał Harry'ego, jakby poprzysiągł sobie, że zrobi to przynajmniej jeszcze ze dwadzieścia razy.
Nie było mu zimno. Słońce padało na wieżę północną, przy której czekali na powóz, który zabierze ich do Sanktuarium, więc Harry'emu nie mogło być zimno. W dodatku Argutus zacząłby marudzić, gdyby było.
Drżał, bo nie wiedział, czy naprawdę sobie z tym poradził, bo sama myśl, że trafi do takiego miejsca jak Sanktuarium, w którym ludzie będą na niego patrzyli, przyprawiała go o dreszcze.
– Harry.
Harry obrócił się. Draco, który pożegnał się na osobności z Lucjuszem i Narcyzą tego ranka, unosił się obok niego, położony na noszach. Przyglądał się Harry'emu uważnie, przez co Harry pochylił głowę i odwrócił wzrok.
– Wszystko będzie dobrze – powiedział miękko Draco. – Przecież nie zabrałbym cię w miejsce, które mogłoby cię skrzywdzić bardziej niż wyleczyć i nigdy nie poprosiłbym cię, żebyś udał się w takie miejsce po prostu dla mojego dobra. Naprawdę szczerze wierzę, że wszystko będzie dobrze.
Harry podszedł bliżej i wtulił się w jego bark, dzięki czemu Draco mógł objąć go drugim ramieniem i przytrzymać przy sobie. Przynajmniej Draco tam będzie, pomyślał. Będzie miał przy sobie kogoś, komu ufał, kogo kochał i kto go potrzebował, dzięki czemu Harry będzie mógł zająć się Draconem, jeśli zacznie przerastać go jego własne leczenie.
– Harry.
Odwrócił się. Vera schodziła właśnie ze schodów, jej pomniejszony kufer unosił się obok jej dłoni, a za nią szedł Snape, za którym leciał kufer Dracona i jego własny. Snape, jak zwykle, krzywił się na nic szczególnego.
– Wszystko będzie dobrze – powiedziała Vera, powtarzając słowa Dracona, które pewnie przed chwilą słyszała. – Rozumiemy, że chwile przed samym wyjazdem mogą wydawać się równie przerażające, co chwile samej przemocy. Wiemy o tym. Ale naprawdę tego potrzebujesz.
Harry pochylił głowę i kiwnął nią płytko, starając się nie zahiperwentylować. Skupił się na Verze, która stanęła z odchyloną głową i przez chwilę przyglądała się niebu, po czym uśmiechnęła się i wskazała w górę.
Harry obrócił się i zobaczył mały, biały kształt, który mknął w ich kierunku. Harry starał się znaleźć jakiś ślad po uskrzydlonych koniach, które mogłyby go ciągnąć, ale niczego nie zobaczył. Powóz był biały, wyrzeźbiony z materiału, który mienił się w słońcu niczym masa perłowa i wyglądał na odpowiednio duży, że spokojnie mogły się w nim zmieścić cztery osoby. Nie miał kół. Kiedy Harry przymrużył mocno oczy, wydawało mu się, że jest w stanie zobaczyć jakiś ślad po złotej linie, biegnącej przez niebo, po której powóz wcześniej mknął, ale lina zniknęła bez śladu, kiedy ponownie spróbował ją zobaczyć.
Powóz zatrzymał się, stukając delikatnie w wieżę, a Vera kiwnęła do nich głową, otwierając drzwi.
– Draco powinien wejść pierwszy – powiedziała – żeby mógł znaleźć sobie wygodne miejsce i upewnić się, że nic nie będzie nim poniewierało.
Snape przypilnował, żeby nosze Dracona wleciały do środka, po czym wszedł zaraz za nim. To pozostawiało Verę, która trzymała za drzwi, i Harry'ego, który stał w pewnej odległości od powozu i czuł, jak zalewa go najpotężniejsza jak do tej pory fala obaw.
– Harry – powiedziała znowu Vera, wyciągając do niego wolną rękę. – Poradzą sobie bez ciebie przez te dwa miesiące.
– Nie wiesz tego – powiedział Harry. – Nie widzisz przyszłości.
– Nie, tego nie widzimy. – Twarz Very była wyjątkowo irytująco w dalszym ciągu absolutnie spokojna. – Ale już czas, Harry, żeby nauczyli się nie polegać tak bardzo na tobie. Lady Wilk zdaje sobie z tego sprawę. Rodzice twojego Malfoya zdają sobie z tego sprawę. Twoja dyrektorka zdaje sobie z tego sprawę. Jesteś vatesem, Chłopcem, Który Przeżył i wieloma, wieloma innymi ludźmi, ale nie możesz zawsze wszędzie być i reagować na każde ich wezwanie, być plastrem na każdą rankę. – Jej głos ścichł mocno, jakby pojmowała, jak strasznie Harry nienawidził tych wypowiadanych na głos słów. – Zwłaszcza, kiedy sam masz własne rany.
Harry zamknął oczy. Jeśli zostanie w czarodziejskim świecie, to będzie cierpiał, ale przynajmniej będzie miał wrażenie, że robi to, co do niego należy.
Na krew, kość i dech. Obiecałeś.
Czasami musisz zająć się czymś ważniejszym od obowiązków.
Powoli, krok za krokiem, wspiął się po schodkach powozu, po czym usiadł obok Dracona. Nawet na chwilę nie spojrzał na Verę. Poczuł, jak Draco wyciąga rękę, ponownie obejmuje go na poziomie ramion i przyciąga mocno do siebie. Argutus zasyczał kojąco.
– Niebawem będę w stanie pokazać ci moją niespodziankę – powiedział. – Nie smuć się tak. To nie pora na smutek.
Harry poczuł, jak powozem zakołysało, kiedy Vera weszła do środka, po czym zamknęła za sobą drzwiczki. Wznieśli się i pomknęli, znacznie szybciej niż by to kiedykolwiek było możliwe na miotle, w kierunku, który Harry mniej więcej ocenił na południowy wschód.
Nie był pewien, bo wtulał twarz w ramię Dracona, usiłując zignorować własną zgrozę.
