Oto przedostatni rozdział. Tom zakończy się na setnym rozdziale, a następna część, "Pieśń w czasie rewolucji", zacznie być wydawana po nowym roku.

Rozdział dziewięćdziesiąty dziewiąty: Sanktuarium

Harry rozbudził się powoli. Otworzył oczy i zobaczył materiał, po czym zorientował się, że ból w jego karku natężył się do stopnia, w którym go obudził. Musiał spędzić całe godziny z twarzą wtuloną w bark Dracona.

Usiadł prosto, masując swój kark i kręcąc głową, podczas gdy Draco spiął się lekko, mruknął coś przez sen i obrócił się, opierając o drzwi powozu. Harry zerknął ponad jego głową. Prawie niczego nie był w stanie zobaczyć, co niewątpliwie było winą zarówno jego brudnych okularów, jak i nocy, która zdawała się zapaść w międzyczasie.

– Lecimy przez cienie.

Harry podskoczył. Siedząca naprzeciw niego Vera przyglądała się mu niczym kot obserwujący mysią dziurę... choć nie w równie oczywisty sposób. Ale Harry i tak uważał to za nieco denerwujące. Wrócił do obserwowania cieni i przymrużył lekko oczy. Nie widział ani śladu światła, nie było nawet gwiazd, czy niemal pełnego księżyca.

– Nie spodziewałem się, że będą właśnie tak wyglądały – powiedział cicho.

– Wiem – powiedziała Vera. – Dawno temu zawarliśmy układ z wymarłym już gatunkiem magicznych stworzeń, kuzynami dementorów. Nie byliśmy w stanie użyć iluzji, nawet w obronie Sanktuarium czy naszej poczytalności, ale one były w stanie. W zamian za ich ochronę, zobaczyliśmy sposób, w jaki wreszcie mogły umrzeć.

Harry spojrzał na nią z podziwem.

– Jak dawno to było? Czy wiesz może, czym były?

Vera pokręciła głową.

– Nasze zapiski nazywają je splataczami cieni, albo zrodzonymi z cieni, co przynajmniej nie wymaga dalszych wyjaśnień. Nigdy jednak nie udało nam się dopasować ich zdolność z żadnym odnotowanym gatunkiem stworzeń, czy czarodziejów. Być może nie byli nawet kuzynami dementorów, jak twierdzi legenda. Bardzo wyraźnie widzimy czas teraźniejszy, Harry, więc przeszłość przede wszystkim pomaga nam tylko w zrozumieniu, jaka pomoc najbardziej przyda się naszym pacjentom. Podejrzewam, że starożytnym wieszczom nie zależało na tych stworzeniach na tyle, żeby zachować ich nazwę dla potomnych, kiedy ich wymiana dobiegła końca.

Harry wrócił do wyglądania za okno, po raz kolejny nie mając na to żadnej odpowiedzi. Jej spojrzenie było przeszywające, kiedy powiedziała, że rozumieli znaczenie prowadzenia spisu przeszłości swoich pacjentów, ale nie winił jej o to. Nie musiał jednak patrzeć jej w oczy, jakby prowadzili jakąś niemą rozmowę.

Wzdrygnął się, kiedy zorientował się, że tym razem jest w stanie zobaczyć coś pośród cieni. Był to ptak z pazurami na skrzydłach, kłami w dziobie i z jaszczurzym ogonem. Zdawał się bez trudu dotrzymywać kroku powozowi, mimo że Harry był przekonany, że jeśli utrzymali swoje płynne tempo z wcześniej, to to nie mogło być proste. Obrócił łeb w kierunku okna i zaskrzeczał przenikliwie. Harry usłyszał w tym dźwięku przepełniony kpiną śmiech. Zastanawiał się, czy ptaszysko spróbuje wejść do środka i go zranić, czy wieszczka zdoła go zobaczyć? Ale ptak skręcił w chwilę potem, odbijając od powozu i zniknął pośród cieni.

– Harry?

Harry zorientował się, że się trzęsie, trzymając dłoń zaciśniętą wokół swojego kikuta lewego nadgarstka. Zaczął liczyć w myślach po trytońsku, żeby się uspokoić. Kiedy wreszcie uznał, że nie wyda z siebie skrzeku, albo błagania o pomoc, kiwnął niepewnie do Very.

– Nic mi nie jest. Po prostu zobaczyłem coś za oknem, co mnie zaskoczyło.

Vera przyglądała mu się przez chwilę w milczeniu.

– Nikt nie jest w stanie czegokolwiek zobaczyć pośród tych cieni – powiedziała miękko. – A przynajmniej czegokolwiek, co by tam tak naprawdę było. Halucynacje, oczywiście, czasem się zdarzają, podobnie jak iluzje.

Harry pochylił głowę i wzruszył ramionami.

– No to wygląda na to, że mam szczęście – powiedział lekkim tonem.

Nie był pewien, jak wiele z jego myśli Vera była w stanie odczytać. Czasami zdawała się być w stanie odczytać dokładny kształt tego, o czym akurat myślał; czasami zdawała się powstrzymywać przed tym ze zwykłej uprzejmości; a czasami zdawała się widzieć wyłącznie te myśli, które odnosiły się do ran na jego duszy. Wiedziała, jak się czuł pod względem swoich rodziców, ale nie wiedziała, jak chciał ułożyć te emocje w słowa.

– Zgroza jest w tej chwili twoją najpotężniejszą emocją – powiedziała Vera, której głos brzmiał niczym lejąca się woda. – Nie jestem w stanie ustalić, co wywołuje w tobie to konkretne uczucie, o ile mi tego nie wyjaśnisz. Czy mógłbyś mi powiedzieć, Harry?

Harry pokręcił głową i zerknął na Snape'a i Dracona, nie pojmując, jakim cudem wciąż tego nie skomentowali. Draco jednak spał, a Snape miał zamknięte oczy i Harry rozpoznał skupienie na jego twarzy. Wzmacniał swoje bariery oklumencyjne, niewątpliwie z nadzieją, że jeśli wystarczająco je rozbuduje, to wieszcze nie będą w stanie go odczytać. Nie będzie w stanie poświęcić uwagi zewnętrznemu światu, póki z tym nie skończy, co może nastąpić dopiero za wiele godzin.

– Nie ukryjesz się za nimi. – Głos Very był łagodny, ale kompletnie bezlitosny. – W Sanktuarium będą wieszcze, którzy pomogą każdemu z was oddzielnie, Harry. I choć twój Malfoy i Zgorzkniały faktycznie noszą w sobie blizny, których leczenie będzie wymagało czasu, to nie będzie znaczyło, że spędzisz każdą wolną chwilę na pielęgnowaniu ich.

– Draco mnie potrzebuje – powiedział chłodno Harry. – A Snape'owi będzie się czuł koszmarnie niekomfortowo, jeśli nie będę w jego pobliżu. Zgodził się na przyjazd wyłącznie przez wzgląd na mnie.

– To prawda – powiedziała Vera. – Ale nie powiedziałam też, że nie spędzisz nawet chwili na pielęgnowaniu ich. Musisz jednak nauczyć się, jak się odprężyć i pozwolić sobie na leczenie, znaleźć czas dla siebie, a nie tylko dla innych.

Harry zamknął oczy i z całej siły starał się ją zignorować. Żałował, że nie jest w stanie zniknąć równie głęboko w swój umysł co Snape, ale przeszkadzał mu w tym jego trening. Lily pokazywała mu, jak pozostawać czujnym bez względu na wszystko, jak zawsze zwracać uwagę na świat, bo ten świat może być zagrożeniem dla Connora. Harry zdołał poszerzyć tę definicję na "zagrożenie dla kogokolwiek wokół mnie", ale to i tak znaczyło, że słyszał każdy szelest szat Very, każdy oddech Dracona, każde ciche mruknięcie, jakie Snape wydawał z siebie podświadomie, kiedy pracował nad swoimi barierami.

– Wydawało m się, że zdawałeś sobie z tego sprawę. – W głosie Very pojawiło się lekkie rozczarowanie. – Czemu w ogóle zgodziłeś się na wyjazd do Sanktuarium, Harry, skoro nie chcesz leczyć tam własnej duszy.

– Nie wiem jak zrobić to, czego ode mnie potrzebujesz – wyszeptał Harry.

– Czyli co, Harry?

– Jak po prostu... – Harry pokręcił głową. – Wydawało mi się, że to będzie po prostu wspaniałe, bo pozostawię za sobą myśli o zewnętrznym świecie. Ale przyniosłem te myśli ze sobą. – Jego umysł wrócił na chwilę do wykonanego przez ptaka łuku, którym ten odbił się od okien powozu i zniknął pośród cieni. Nawet te elementy świata zewnętrznego, których w ogóle nie rozumiem. Już tu są. – Będę robił wszystko, co w mojej mocy, byle tylko nie skupić się na samym sobie. Tak już po prostu mam. Jeśli zaczniesz naciskać, że nie mogę spędzać każdej wolnej chwili na rozmowach z Draco czy Snape'em, to będę siedział, zamartwiając się o wilkołaki, ministerstwo, moją reputację, czy wreszcie wojnę z Voldemortem i wszystkie inne problemy, przed którymi chciałem tu na chwilę uciec. Chciałem, żeby to były wakacje, ale nie wiem, czy będą w stanie się nimi stać. Możliwe, że przeze mnie nie staną się nimi. Przykro mi.

Vera nie odpowiadała przez dłuższą chwilę.

– Harry, obawiam się, że nie rozumiesz samej natury Sanktuarium – powiedziała wreszcie. – Istnieje powód, dla którego jesteśmy w stanie pomagać w nim rannym duszom na sposoby, w których nie jesteśmy w stanie zrobić tego w żadnym innym miejscu. Ono korzysta z magii miejsca, zupełnie jak wasz Pokój Życzeń, czy Starożytna Dolina.

– Starożytna Dolina? – powtórzył tępo Harry, otwierając wreszcie oczy.

– Miejsce, które nazywasz Leśną Twierdzą. – Vera nachyliła się do niego, żeby poklepać go po dłoni. – Wydaje ci się, że będziesz sabotował własne leczenie, ponieważ nie wiesz jeszcze, jakie jest Sanktuarium. Ale niebawem się przekonasz.

Harry mruknął niezobowiązująco i ponownie zaczął wyglądać przez okno. Bezkształtne cienie wciąż je mijały i tylko lekkie bujanie i skrzypienie powozu wokół nich sugerowało, że w ogóle pozostają w ruchu. Był w stanie zrozumieć, czemu sowom tak długo zajmuje dotarcie do Sanktuarium, o ile wieszcze nie otworzą dla nich specjalnej ścieżki. Bardzo łatwo można by było się tu zgubić.

Sanktuarium zdawało się naprawdę nie mieć wokół siebie ani skrawka zewnętrznego świata. Harry nie sądził, żeby to miało jakieś znaczenie. Już czuł, jak nawarstwiają się w nim jego zmartwienia.

Czy Loki naprawdę dotrzyma słowa? Wilmot powiedział, że skoro zobowiązał się na oczach swojego stada, to musi to zrobić, ale skąd możemy mieć pewność, że jego stado naprawdę tam było? Co jeśli blefował?

Co zrobię, jeśli okaże się, że więcej ludzi będzie chciało mnie obwiniać o morderstwa tych dzieci i ci, którzy chcą oczyścić mnie z zarzutów, przegrają z nimi? Zgodnie z moimi własnymi zasadami, będę musiał pojawić się na rozprawie, ale to tylko będzie mi przeszkadzało w walce o wszystkich i wszystko. Czy naprawdę jestem w stanie poświęcić to wszystko dla dobra Willoughby'ego, który działa przeciw mnie z rozpaczy i nienawiści?

Ostatnio ciągle coś obiecuję. Czy to w ogóle zgodne z byciem vatesem? Uspokaja to innych, ale czy to naprawdę powinno być moim głównym zmartwieniem?

Troski zalewały go falami i Harry westchnął. Naprawdę chciał, żeby tym razem było inaczej, ale naprawdę nie widział takiej możliwości. Przynajmniej spędzi ten czas z Draconem i Snape'em, a Voldemort raczej niczego nie zaatakuje w czasie jego nieobecności.

A co, jeśli zaatakuje? Co jeśli już wyleczył tę dziurę w swoim magicznym rdzeniu?

Harry poruszył się nieszczęśliwie na swoim miejscu. Spojrzenie Very przyszpiliło go do ciepłego niczym smocza skóra miejsca i trzymało go tam, choćby nie wiem, jak starał się spod niego wyrwać.


Wyskoczyli z cieni i światło zalało ich tak niespodziewanie, że Harry zamrugał. Z kąta padających promieni słońca wywnioskował, że musiało być najdalej popołudnie, chociaż był przekonany, że spał przynajmniej kilka godzin, a w cieniach spędzili znacznie więcej czasu. Zerknął na Verę.

– Splatacze ceni włączyli w nie osłony, które powstrzymują powozy przed dotarciem do Sanktuarium, o ile te nie są absolutnie pewne swojej ścieżki, a ta bywa zmienna.

Harry ponownie wyjrzał przez okno i zauważył białą smugę wiatru, kiedy powóz skręcił. Dopiero teraz zaczął wyczuwać jego zakręty. Zastanawiał się, ile czasu powóz musiał krążyć w ciemnościach, starając się udowodnić, że wie co robi.

Błysnęło mu też coś złotego, a powóz zaczął opadać, niczym gołąb lądujący w swoim gołębniku. Harry zobaczył przed nimi rozległą, płaską nawierzchnię i doszedł do wniosku, że tam właśnie lądują powozy. Przemknęli pomiędzy lśniącymi ścianami i dokładnie do tego doszło.

Lądowanie rozbudziło Dracona i Snape'a, o ile ten drugi nie wyszedł ze swojego transu już jakiś czas temu i po prostu nie okazywał tego po sobie, żeby nie musieć użerać się z Verą. Momentalnie się skrzywił. Harry odkrył, że przynajmniej to pozostanie w nim niezmienne. Snape potrzebował pomocy, które mogło zaoferować mu Sanktuarium, ale jeśli zmienią go wbrew jego woli do stopnia, w którym nawet Harry przestanie go rozpoznawać, to czy naprawdę będzie mógł potem powiedzieć, że to dobre miejsce?

– Witajcie.

Harry obejrzał się na Verę z zaskoczeniem. Spięte linie, które wryły się głęboko w jej twarz, wygładziły się, kiedy wstała i otworzyła drzwi. Patrząc na nią, Harry odniósł wrażenie, że jeszcze nigdy tak naprawdę nie widział jej prawdziwego uśmiechu.

– Oto Sanktuarium wieszczy – powiedziała z powagą, wyganiając Snape'a za drzwi, a następnie Harry'ego, po czym machnęła ręką, wylewitowując Dracona za sobą. – Co więcej, to miejsce pełne szacunku i poszanowania, jak i świątynia teraźniejszości.

Harry odniósł wrażenie, że to brzmi jak rytualne powitanie, więc wyszedł z powozu i nagle został zalany taką potęgą magii, że aż westchnął. Nagle potrzeba wymawiania rytualnych słów wydawała się nie aż taka dziwna.

Rozejrzał się. Ściany po obu stronach zdawały się być zrobione ze złotych cegieł, albo białego kamienia; lśniły tak mocno, że ciężko było określić zarówno ich kolor, jak i materiał. Harry spojrzał w górę i zobaczył wiszącą w powietrzu spiralę złotych nici, które rozbiegały się nad nimi we wszystkich kierunkach. Harry uznał, że to właśnie dzięki niej ich powóz był w stanie mknąć tak szybko i pewnie, nawet pośród cieni. Im wyżej się rozciągały, tym słabiej je było widać, aż w końcu zmieniały się w ten półprzezroczysty sznur, który Harry zauważył przelotnie pod wieżą północną.

– Czy te ścieżki biegną nad całą Brytanią? – zapytał Very.

Vera przyjrzała się mu uważnie.

– Nad całym światem – powiedziała, po czym delikatnie złapała Harry'ego za ramię i obróciła go.

Harry wreszcie zobaczył Sanktuarium, gęstą masę filarów, dachów, okien, balkonów i ogrodów, wszystko to przelewało się i przeplatało ze sobą nawzajem. Zamrugał. Niektóre wyglądały na przyciemnione, jakby od sadzy, inne były czerwone, białe, złote, było nawet parę w kolorze tak jasnego błękitu, że wyglądały, jak cienie na świeżo opadniętym śniegu. Wszystko to zdawało się opadać przed nimi, jakby było masywnym pagórkiem, ale Harry nie był pewien, czy tak było naprawdę, czy też może było to złudzenie, wywołane przez niezwykłą liczbę spadzistych dachów, które przechodziły w siebie nawzajem. Pokręcił głową.

– Wydawało mi się, że wszystko tu będzie białe i złote – przyznał.

Vera zaśmiała się cicho, a wiatr porwał ten dźwięk i wywołał więcej echa, niż to było naturalne. Harry zadrżał. Większość czarodziejów już lata temu porzuciła magię miejsc; różdżki były przenośne, co było istotne dla społeczeństwa, które często podróżowało z domu do pracy, czy w odwiedziny do krewnych, czy do urzędów, albo dla zabawy. Ale magia miejsc miała tą ogromną przewagę, że był w niej ten specyficzny efekt echa. Jeśli zebrać w jednym miejscu wystarczającą ilość czarodziejów i czarownic, którzy stworzyliby własne społeczeństwo i mieszkali tam przez odpowiedni czas, swobodnie korzystając ze swojej magii, to ta magia z czasem zacznie się kumulować, a ciężar przeszłości stopniowo zacznie przeciekać do teraźniejszości i przyszłości, kojąc je i sprawiając, że nowe zaklęcia wyjdą potężniejsze niż w normalnych miejscach – co z kolei napędzało otaczającą to miejsce magię, odbijało się od niej i rezonowało z nią. Harry czuł w ten ciężar teraz w powietrzu, które przelewało się wokół niego jak melasa i sprawiało, że odniósł wrażenie, że w Sanktuarium zawsze było lato i wszystko naprawdę potoczy się inaczej, zupełnie jak obiecała mu to Vera. Zadrżał i objął się rękami.

– Znajdujemy się w świątyni teraźniejszości – powiedziała stanowczo Vera. Wskazała ponad ramieniem Harry'ego na jeden z czerwonych dachów, który wydawał się należeć do fragmentu, który przypominał świątynię, taką otwartą we wszystkich kierunkach. – To pomieszczenie, na przykład, zawiera w sobie magię, której jeszcze nigdy wcześniej nie widzieliśmy i nie wiemy, jak ją opanować. Ośmieliliśmy się spekulować, że prawdopodobnie pochodzi z Albanii, ale nie jesteśmy pewni. Kiedy przestanie w nim krążyć, to pomieszczenie zniknie. Mamy tu pokoje dotyczące każdego możliwego rodzaju magii na świecie, zarówno świetlistej jak i mrocznej.

– Po co? – wyszeptał Harry.

– Początkowo stało się tak przez wieszczy, którzy przynosili tu z zewnętrznego świata niebezpieczne artefakty w obawie, że inaczej mogą one wpaść w niepożądane ręce – powiedziała Vera, prowadząc go w kierunku schodów, które prowadziły z lądowiska. Snape szedł za nimi, obok niego leciał Draco; Harry był w stanie usłyszeć, że rozmawiają ze sobą przyciszonymi głosami, ale jak tylko spróbował się skupić na ich słowach, Vera ponownie podjęła swoje wyjaśnienia, kompletnie go rozpraszając. – Tak wiele się ich nazbierało i tak wiele magii czarodziejów zostało tu wykorzystane, że w pewnym momencie pokoje zaczęły tworzyć się spontanicznie. W dodatku wieszcze, którzy wracają po swoich wędrówkach, przynoszą wspomnienia wszystkiego, co widzieli, a niektórzy z nich ćwiczyli sztuki, które nie miały niczego wspólnego z widzeniem, albo mieli też inne dary. To stworzyło kolejne pokoje. Ale zawsze wymierają, jak tylko wymiera ostatni gatunek, używający tej magii, albo ostatnia osoba, która przejmowała się daną sztuką. Nie pozostajemy w przeszłości. Widzimy dusze takimi, jakie są i pracujemy nad nimi, żeby były w stanie stać się tym, czym mogą.

– Ale tu nie tylko o to chodzi, prawda? – Harry sięgnął ku zaniepokojeniu, które czuł, kiedy zobaczył ptaka za oknami powozu. Ten strach wydawał się jednak teraz wyjątkowo odległy, niczym sen. I to nie było przymuszenie, ani nawet przytłumianie myśli, jak to określił Connor, kiedy opisywał mu, co miecz Potterów mu zrobił, żeby umożliwić mu dalsze zabijanie. To było zupełnie, jakby ktoś przypomniał mu stanowczym głosem, że ptaka tu teraz nie było i powinien się skupić na tym, co ma przed sobą. – To coś więcej, jak tylko nawarstwiona magia. To nie jest faktyczny cel Sanktuarium.

Vera kiwnęła głową, uśmiechając się lekko.

– Prędzej czy później wgląd w dusze każdego nauczy współczucia, Harry. – Poprowadziła go naokoło pękniętego miejsca na schodach, w którym zebrały się opadnięte liście – Merlin wiedział skąd – które zawirowały na wietrze, kiedy się na nie obejrzał. – Nawet wieszcze, którzy zaczęli swoją karierę nienawidząc świata i ludzi, wiecznie zjeżeni na wszystkich, albo czując się od innych lepsi, nigdy nie utrzymują w sobie tego zachowania, nawet jeśli ta przemiana zachodzi w nich całymi latami. Zbyt dużo widzimy i choć po świecie chodzą tacy ludzie jak Albus Dumbledore, którzy są nieodwracalnie już wyniszczeni, to znacznie więcej ludzi po prostu się takimi wydaje. – Obejrzała się wymownie na Snape'a. – Dlatego naszym celem stało się leczenie, stawianie czoła ranom i wychodzenie naprzód wszystkiemu, co ma nadejść. I otaczająca nas dolina przejęła od nas ten cel. Przemoc nie jest tu dozwolona. Żaden prawdziwie niebezpieczny i mroczny artefakt nie jest w stanie tu funkcjonować. Wszystkie są szanowane i chwalone, ponieważ istnieją, więc ich istnienie zasługuje na zauważenie. Ale jeśli ich jedynym celem jest krzywdzenie innych, to tutaj nie będą w stanie tego zrobić.

– To co się stało Remusowi? – zapytał Harry. – Czy wciąż się przemienił?

– Tak – powiedziała miękko Vera. – Klątwa wilkołaków wciąż jest klątwą, Harry, nie tylko raną na duszy. Ale po przemianie nie potrzebował wywaru tojadowego. Kiedy się przemienił, Sanktuarium po prostu nie pozwoliło mu nikogo skrzywdzić. Dzięki temu mógł nauczyć się, jak żyć w zgodzie z własną siłą i cieszyć się nią.

Harry zamrugał.

– Czy wy tu w ogóle jecie mięso?

Vera zaśmiała się.

– Nie, o ile nie umrze naturalnie. A jeśli mamy gościa, który go wymaga, to musimy sprowadzać je spoza Sanktuarium. Zrozum, Harry nie upieramy się, żeby każdy, kto tu się pojawi, musiał się do nas dostosować. Po prostu łatwiej tu nie mieć agresywnych myśli, łatwiej nie zabijać. Te myśli z czasem tworzą w umyśle wyżłobienie, w które łatwo wpaść z powrotem.

– Dla mnie to brzmi, jakby przeszłość jednak na was wpływała – mruknął Harry, kiedy znaleźli się u podnóża schodów. Ich punkt widzenia na Sanktuarium uległ zmianie, ale sam budynek był tak chaotyczny i zmienny, że Harry'emu ciężko było przyjrzeć się jednemu miejscu, bo natychmiast inne odciągało jego uwagę. Kiedy jednak zaczęli iść w jego kierunku, udało mu się zawiesić wzrok na altanie, której dach był pięcioramienną, fioletową gwiazdą, a której filary wspierały każde z ramion. Wiatr przemykał między nimi z cichym gwizdem. Harry był w stanie zobaczyć niewielkie wiry, tworzące się między filarami. Po chwili zorientował się, że to jednak nie był zwykły wiatr, a magia – magia, która po prostu robiła, co jej się żywnie podobało, bawiła się wirami, bo tego właśnie teraz chciała.

Vera ponownie się zaśmiała.

– Och, wpływa, o ile posiadanie od stuleci tego samego celu można nazwać skupianiem się na przeszłości. Po raz kolejny muszę jednak wspomnieć, Harry, że nie rozwodzimy się nad nią, zwykle w ogóle o niej nie myślimy. – Uśmiechnęła się do niego. – Sanktuarium i tak to się nie podoba i choć nie możemy przecież zmusić naszych gości do zmiany sposobu myślenia w taki sam sposób, w jaki pozbędą się myśli o przemocy, to i tak wszystko będzie przypominało ci o tym, co jest tu i teraz, przez co niezwykle ciężko przychodzi zatracanie się we własnej głowie. – Kolejne zerknięcie na Snape'a, któremu Harry już zaczynał współczuć. – Właśnie dlatego nie powinieneś martwić się o to, że nie będziesz w stanie zapomnieć o zewnętrznym świecie. Dolina ci pomoże, cierpliwie będzie męczyć cię teraźniejszością, póki nie zaczniesz myśleć o tym, co masz przed sobą, a nie o wszystkim, co pozostawiłeś za sobą.

Harry przełknął ślinę.

– Już tego próbowałem – powiedział, kiedy dotarli do wspieranego filarami domu. Zauważył, że czekało tam na nich kilku ludzi, jeden wysoki, odziany w białe szaty i kilka pomniejszych, w ciemnych szatach. Wysoki wydawał się być mężczyzną; Harry nie był pewien płci pozostałych. – W zeszłym roku spróbowałem wybaczyć moim rodzicom i skupić się na tym, co mam przed sobą, ale nie podziałało.

– To dlatego, że tak naprawdę im nie przebaczyłeś – powiedziała Vera – tylko powiedziałeś, że wszystko potoczyłoby się inaczej, gdybyś nie przeszedł przez wszystkie problematyczne elementy swojego dzieciństwa. Sanktuarium pokaże ci twoją przeszłość, Harry, ponieważ w ten sposób magia sobie radzi z takimi sprawami, po czym zmiesza przeszłość z teraźniejszością, dzięki czemu będziesz mógł zacząć zajmować się przyszłością.

Harry zamknął oczy. Po raz pierwszy w pełni zrozumiał, w co się właściwie wpakował i jego rezygnacja, idea że nie będzie miał wyboru, będzie musiał myśleć o innych sprawach, przepadła. Zamiast tego po raz kolejny zaczął dygotać, bo zgroza uderzyła w niego w pełnym pędzie.

Vera pogłaskała go po ramieniu.

– Będę z tobą nad tym pracowała – mruknęła. – Nie bój się, Harry. Nie, to nie będzie proste, ale Sanktuarium wcale nie sugeruje, że powinniśmy zamknąć cię w pokoju, pośród koszmarów twojej przeszłości i pozwolić, żebyś wył tam ze strachu. Ono tylko patrzy na to, co jest i co może być, dzięki czemu znajduje drogę pośród strachu, żeby wyprowadzić cię w światło poranka. – Harry był w stanie usłyszeć jej uśmiech.

Pozostali wieszcze podeszli wtedy, żeby się z nimi przywitać, choć wystarczyło im tylko kilka bystrych spojrzeń. Harry odniósł wrażenie, że właśnie dlatego podchodzili do budynku tak powoli; wieszcze potrzebowali czasu na zaabsorbowanie widoku nowych dusz, inaczej mogło to ich oszołomić. Vera też się ukryła, kiedy po raz pierwszy pojawiła się z Peterem w Hogwarcie, dzięki czemu zyskała więcej czasu na przetrawienie tego, co zobaczyła.

Kiedy wysoki mężczyzna podszedł do nich, Harry zdał sobie nagle sprawę z tego, że odkąd znaleźli się w Sanktuarium, wężyca wielu ani razu nie odwinęła się z jego gardła, żeby na kogoś zasyczeć. Argutus, który opadł z jego torsu gdzieś na schodach i wślizgnął się w krzaki, również nie wyraził żadnego strachu. Powietrze niosło w sobie uspokojenie. Harry uścisnął wyciągniętą dłoń mężczyzny.

Wieszcz kiwnął do niego na powitanie. Jego włosy były bardzo ciemne, a oczy blado żółte, co świadczyło o świetlistym pochodzeniu.

– Nazywam się Joseph – powiedział. Przez chwilę przyglądał się Snape'owi i Draconowi, po czym uśmiechnął się. Harry'emu ten uśmiech przypominał minę, którą Connor miał, ilekroć opracowywał strategię, żeby tym razem już na pewno złapać znicz. – Wy jesteście Harry, Draco Malfoy i Severus Snape. Tak, Vera wspomniała nam o was. Już nie mogę doczekać się pracy z panem. – Pochylił głowę przez Snape'em.

Harry obejrzał się na Snape'a akurat w porę, żeby zobaczyć jak ten mruży oczy.

– Nie pojawiłem się tu, bo wymagam leczenia – powiedział, a jego ton już tracił zwykłą dla siebie ostrość. – Pojawiłem się, ponieważ mój syn go wymaga.

Harry przełknął gulę, którą wywołały te słowa, po czym spojrzał na Josepha. To naprawdę może być równie fascynujące co oglądanie meczu quidditcha, bo właśnie zobaczył, że Joseph w ogóle nie spokorniał, ani nie wyglądał na zastraszonego.

– Nie pojawił się pan tu, żeby się wyleczyć – powiedział Joseph – ale i tak do tego dojdzie.

Snape warknął na niego.

Joseph odpowiedział uśmiechem.

– A ja nazywam się Nina – powiedziała wieszczka, jedna z tych w ciemnych szatach. Minęła Josepha i rzuciła Harry'emu spojrzenie, które przepełniło jej orzechowe oczy współczuciem, po czym odwróciła się do Dracona. – Chciałabym współpracować z panem, panie Malfoy, jeśli nie ma pan żadnych zastrzeżeń.

Draco wyglądał nieco lepiej niż wtedy, kiedy wchodzili do powozu, nawet wyglądał godnie, choć Harry nie miał pojęcia jak mu się to udawało, kiedy półsiedział na leżance z powietrza. Kiwnął głową.

– Ujdziesz – zawyrokował.

– Wasza podróż trwała wiele godziny, Vero – powiedział Joseph. – Czy chcecie może wejść do środka i coś zjeść?

– Tak, Joseph, proszę – powiedziała Vera, a Harry po raz pierwszy usłyszał zmęczenie w jej głosie. – Spędziłam całe miesiące w świecie zwierciadeł.

Harry zerknął na nią kilka razy, kiedy szli między filarami do chłodnego, ciemnego pokoju zastawionego stołami. Na jednym z nich czekały na nich puchary z wodą, jak i talerze pełne chleba, serów i owoców, na widok których Harry'emu ślinka pociekła.

– Czemu zostałaś tak długo w Hogwarcie, skoro tak bardzo cię to bolało? – zapytał, po czym wgryzł się w gruszkę, której sok okazał się tak słodki, że aż zamknął na chwilę oczy. – Wydawało mi się, że wrócisz do Sanktuarium po paru miesiącach, zwłaszcza, że nieczęsto z tobą rozmawiałem.

Vera napiła się wody przed odpowiedzeniem mu na to pytanie. Światło tańczyło na jej srebrnym pucharze, ale Harry miał wrażenie, że to po prostu kolejna zabawa jakiejś magii, która chciała, żeby to migotanie wyglądało wyjątkowo artystycznie.

– Byłam zdeterminowana, że nie wyjadę, póki nie będziesz gotów przyjechać tu ze mną – powiedziała cicho. – Twoja dusza była zbyt często rozrywana na kawałki, Harry. Tym razem chciałam dopilnować, żeby to leczenie okazało się ostatecznym.

Harry pochylił głowę, żeby nie mogła zobaczyć łez, które niespodziewanie zaczęły zajadle szczypać go w oczy i odkrył, że w ogóle nie może ich powstrzymać. Cholerne Sanktuarium zachodzi mi za skórę, pomyślał, ocierając twarz.


Draco przymrużył oczy, przyglądając się plecom Harry'ego. Co się z nim dzieje? Odkąd przyjechaliśmy, ani razu się do mnie nie odezwał. Czy coś mu się stało? Może mnie ignoruje? Czy wydaje mu się, że tylko dlatego, że będą się nami zajmować oddzielni wieszcze, to już nie może ze mną rozmawiać?

Jebać taki układ. Draco będzie rozmawiał z Harrym do woli i miał nadzieję, że do czasu przybycia ich następnego rytuału zaręczynowego, który miał nastąpić za nieco ponad miesiąc, Harry przezwycięży swój trening na tyle, że będzie w stanie pragnąć czegoś więcej jak tylko pocałunku.

Sięgnął do kieszeni szaty, żeby wyciągnąć różdżkę i podlecieć bliżej Harry'ego, ale Nina mu przerwała. Była niską kobietą, która zdawała się unosić nad ziemią, zamiast chodzić, ale która i tak podała Draconowi puchar z wodą, jak i talerz chleba z serem, o które poprosił. Nawet nie zauważył, kiedy się poruszyła.

– Czy wolisz pana Malfoya, czy Dracona? – zapytała.

Draco prychnął.

– Trochę głupio byłoby się trzymać konwenansów, skoro jesteś w stanie widzieć moją duszę – powiedział z wyższością, przeciągając zgłoski. – Draco wystarczy. – Ponownie obejrzał się na Harry'ego, który wciąż rozmawiał z Verą, po czym stłumił wzbierający w nim płomień irytacji. Może ona mi powie, co się z nim dzieje. – Czy istnieje jakaś zasada, która twierdzi, że gościom wolno rozmawiać wyłącznie z przydzielonym do siebie wieszczom, a nie ze sobą nawzajem?

Nina zamrugała, po czym uśmiechnęła się.

– Oczywiście że nie, inaczej musielibyśmy rozdzielić cię od pana Snape'a już u podnóża schodów.

– Na twoim miejscu nazywałbym go profesorem Snape'em – ostrzegł ją Draco. – Strasznie nie lubi, jak ktoś pomija jego tytuł.

– Tak, widzę – powiedziała Nina, mrużąc lekko oczy. – Naprawdę cieszę się, że to nie mi przyszło nad nim pracować. A teraz powiedz, co sprawiło, że zadałeś takie pytanie?

– Harry się do mnie nie odzywa. – Draco zwalczył w sobie pokusę jęczenia. Już i tak wyglądał żałośnie, unosząc się jak jakaś kaleka, z duszą pełną ran i obnażoną dla wszystkich otaczających ich osób. – Chcę dowiedzieć się dlaczego.

– Sanktuarium miesza naszą przeszłość z teraźniejszością – powiedziała Nina. – Dzięki temu większość naszych gości nie jest w stanie kryć się przed własnymi myślami. Jak do tej pory udało mi się zrozumieć zaledwie połowę spraw, które zobaczyłam w duszy Harry'ego, więc podejrzewam, że w tej chwili porwał go huragan tych wszystkich myśli, wszystkich zmian, przez które przeszedł i które tutaj go czekają. Jestem pewna, że nie ignoruje cię celowo, po prostu nie jest w tej chwili w stanie myśleć o niczym innym.

Jej ostatnie zdanie było przepełnione pewnością siebie, a nie kojącym tonem, co usatysfakcjonowało Dracona. Oczywiście, pewnie byłaby w stanie stwierdzić, gdyby naprawdę chciał mnie zignorować.

– To czemu ja wciąż nie myślę o przeszłości? – zapytał.

– Daj sobie trochę czasu – powiedziała Nina. – Dla każdego odbywa się to w nieco innym tempie. Widziałam, jak nasi goście zwijają się na podłodze, przytłoczeni traumatycznymi wspomnieniami, jak i takich, którzy po prostu siedzą, wpatrzeni w przestrzeń i uśmiechają się do siebie. Wygląda na to, że w twoim przypadku objawia się to starymi troskami i brakiem pewności siebie. Chyba że Malfoyowie zawsze oczekują od swoich chłopaków, że ci będą rozmawiać z nimi o każdej porze dnia i nocy, nawet w kompletnie nowych miejscach? – Uśmiechała się do niego przebiegle.

– On nie jest moim chłopakiem – powiedział Draco, starając się brzmieć jak swój ojciec. – Tańczymy w tej chwili w rytuale, który zajmie nam trzy lata i pod koniec połączy nas w oficjalnym ślubie.

Nina uśmiechnęła się szerzej, a Draco zorientował się, że oczywiście, że musiała już to w nim widzieć, po prostu bawiło ją droczenie się z nim.

– Ty zawsze tak będziesz sobie ze mną pogrywać? – zapytał oskarżycielsko.

– Prawdopodobnie – potwierdziła Nina. – Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam swoją własną duszę, zobaczyłam, że moje poczucie humoru przeszywa każdy możliwy jej skrawek. Przyjęcie tego do wiadomości wydawało mi się po prostu rozsądniejsze od ignorowania. – Przechyliła głowę, przyglądając się Draconowi. – Wydaje mi się też, że rozsądniejsze byłoby pozostawienie Harry'ego teraz na kilka godzin. Jestem pewna, że już jutro sam cię znajdzie, żeby z tobą porozmawiać, a potem każdy kolejny dzień spędzicie na takich rozmowach. Ale teraz obaj potrzebujecie trochę ciszy i spokoju, jak i czasu z dala od siebie.

Draco nagle zrozumiał, że Nina nie tylko będzie musiała upewnić się, że nie pozostaną w nim żadne resztki po skażeniu Voldemorta, ale też będzie musiała uważnie słuchać się wszystkiego, co mówi.

To może być nawet ujmujące, pomyślał, uśmiechając się do niej.

– Wysłuchasz wszystkiego, co mam ci do powiedzenia?

Nina uśmiechnęła się.

– Oczywiście.

– Nawet, jeśli będę mówił o Harrym i naszym życiu intymnym? – Draco naprawdę jak do tej pory żałował, że nie ma z kim o tym porozmawiać. Ale przecież Snape i jego rodzice nie nadawali się do czegoś takiego, a Harry nie znajdował się jeszcze nawet w pobliżu takiego punktu, w którym nie zarumieniłby się na samą myśl.

– Oczywiście – powtórzyła Nina. – Ale nie zdziw się, jak czasem będę chciała porozmawiać również o tobie. – Przyjrzała mu się, jakby miał okruszki na szatach. – Twoja dusza jest naprawdę interesująca.

Draco uśmiechnął się. Oto komplement, którego nie otrzymam od kogokolwiek innego... no, może z wyjątkiem Harry'ego, jeśli kiedyś będzie w nastroju do dawania komplementów. Chyba mi się tu spodoba.


Snape zrozumiał już, że bariery oklumencyjne w żaden sposób nie powstrzymają tych przeklętych wieszczy od zobaczenia, co im się tylko spodoba.

Niespecjalnie dobrze radził sobie z tym odkryciem.

Joseph wciąż nawet nie spróbował z nim porozmawiać, poza wymianą podczas ich powitania. Stał niedaleko stołu, powoli pijąc wodę z własnego pucharu i przyglądając się Snape'owi z wyrazem twarzy, który zdecydowanie za bardzo przypominał Snape'owi minę Syriusza Blacka, szykującego się do wywinięcia mu jakiegoś numeru. Snape siedział prosto i odmawiał wszelkim sugestiom zjedzenia czegoś, czy napicia się, łypiąc na wszystkich tak morderczo, inni wieszcze przestali się na niego oglądać. Vera rozmawiała z Harrym, a kobieta, która przedstawiła się jako Nina, z Draconem. Snape podejrzewał, że mężczyzna, który miał z nim "porozmawiać" wciąż nawet się do niego nie zbliżył.

W końcu, oczywiście, Joseph podszedł bliżej. Snape przygotował się, dotykając w kieszeni fiolki eliksiru, który absorbuje się przez skórę i kompletnie pozbawia ofiarę możliwości do poruszenia się. Przynajmniej rękawy mężczyzny były szerokie, a jego ręce widoczne aż po łokcie, no, chyba że to był urok – ale Snape miał wrażenie, że wyczułby coś takiego. Miał różdżkę bezpiecznie przypiętą do pasa i wyjęcie jej zajęłoby mu chwilę. Szedł, jakby nie miał nic dowcipnego przyczepionego do nóg i trzymał dłonie tak, żeby Snape był w stanie je zobaczyć.

Oczywiście, umie czytać mi w myślach, albo przynajmniej w duszy, jeśli Harry się nie pomylił. Snape spojrzał na niego groźnie. Dlatego już wie, że spodziewam się jakiegoś wygłupu i niczego nie zrobi.

Uśmiech spełzł z twarzy Josepha. Snape odczuł lekki posmak gorzkiego zadowolenia, wywołanego tym niewielkim zwycięstwem. Zatrzymał się o kilka stóp od niego i przez chwilę przyglądał Snape'owi z powagą, po czym pokręcił głową.

– Czasami goście, którzy przybywają do Sanktuarium, wolą sami uporać się ze swoim leczeniem – powiedział Joseph. Teraz bardziej przypominał Scrimgeoura. Snape nie pozwolił, żeby to go zmyliło. Kto raz był dowcipnisiem, dowcipnisiem już pozostanie. A on zawsze był ofiarą takich dręczycieli jak ten tutaj, dzieci, które przeszły przez czarujące życie i którym wydawało się, że Snape jest po prostu ich ofiarą i nic, czego by mu nie zrobiły, nie miało najmniejszego znaczenia. – Ale nie sądzę, żeby ci to jakoś pomogło – ciągnął dalej ten irytujący człowiek, jakby Snape nie przejrzał go już na wylot. – Będziesz walczył z każdą wiedzą na swój temat. Przybyłeś tu powodowany miłością, ale teraz ledwie jesteś w stanie o niej myśleć. Starasz się zbudować wokół siebie ściany, które nie przepuszczą żadnych emocji tak długo, jak tu będziesz. Sanktuarium zostało stworzone do niszczenia takich ścian.

Joseph zamilkł na moment, jego oczy były wyjątkowo ciche, po czym odezwał się równie miękkim głosem.

– Czujesz do mnie wrogość i o ile jestem w stanie to zrozumieć, bo widzę węzły, które świat ponakładał na twoją duszę, to zrozum, że to ci w żaden sposób nie pomoże. Jeszcze nigdy nie spotkałeś kogoś takiego jak ja, kto nie ma najmniejszych zamiarów cię torturować. Nie uważam twojej duszy za szkaradną, nawet jeśli ty tak o niej myślisz. Jestem kimś, kto chce pomóc ci w wyleczeniu się z tego wszystkiego.

Snape syknął cicho i z satysfakcją zobaczył, jak Joseph robi krok w tył.

– Wiem, czym jestem – powiedział Snape, utrzymując swój głos na niskim tonie, żeby nikt nie mógł podsłuchać tej rozmowy i wtrącić się do niej. – Jak miałem siedemnaście lat, zobaczyłem swoją duszę dzięki eliksirowi. A potem siedziałem w pokoju z matką przez trzy dni kiedy umierała i poznałem takie prawdy, których żaden wieszcz nigdy mi nie pokaże. Wolałbym, żebyś nie uważał, że leczenie jest czymś, czego potrzebuję, albo co jestem w stanie ukończyć.

– Ale i tak do tego dojdzie – powiedział Joseph. – Powinienem też uprzedzić cię, że jestem wyjątkowo odporny na wyzwiska. Kiedy Vera opowiedziała nam o tobie, wszyscy doszliśmy zgodnie do wniosku, że będę najlepszym kandydatem do współpracy z tobą.

– Nie mam zamiaru w ogóle z tobą pracować – powiedział beznamiętnie Snape. – Nie chcę pozwolić ci na leczenie mnie, jak to ciągle ujmujesz. Nie jestem w stanie powstrzymać cię przed zobaczeniem mojej duszy, ale jestem tu wyłącznie po to, żeby dopilnować, żeby mój syn wyleczył się jak należy, to wszystko.

Joseph nie zareagował nawet na stwierdzenie, że Harry jest synem Snape'a. Po prostu kiwnął głową.

– Nie oczekiwałbym po tobie zmian już po pierwszej spędzonej tu nocy, w końcu twoje nienawiści są w tobie naprawdę głęboko zakorzenione, nawet jeśli nieustannie zatruwają ci duszę i poglądy – powiedział. – Mam zamiar osuszyć wypełnione nimi studnie i wyplewić je z ciebie w każdy możliwy dostępny dla mnie sposób.

– Czemu? – warknął Snape, kiedy część jego wywołanej tym miejscem frustracji wreszcie przebiła się na wierzch. – Czemu miałbyś chcieć czegoś takiego?

Joseph uśmiechnął się, przez co ponownie zaczął wyglądać jak Syriusz Black. Tym razem Snape był w stanie znaleźć więcej subtelnych różnic – to nie był wzrok Blacka tuż przed jakimś wybrykiem, ale blask wyzwania, który świadczył wszem i wobec, że Joseph miał zamiar stać się częścią życia Snape'a, czy mu się to podobało, czy nie.

– Możesz to nazwać gustem – powiedział Joseph. – Wolę patrzeć na dusze, które żyją w zgodzie z tym, czym są i dzięki temu zaznały spokoju, niż na dusze, które ciągle muszą ze sobą walczyć. Mógłbyś to też nazwać współczuciem, ale z tego co rozumiem, to słowo niewiele dla ciebie znaczy. Mógłbyś to zawsze nazwać ekscytacją związaną z pogonią za zdobyczą, bo wiem, że dobrze znasz tę emocję.

Nachylił się, póki jego twarz nie znalazła się zaledwie kilka cali od Snape'a.

– Najważniejsze, co powinieneś się o mnie dowiedzieć jest to – wyszeptał – że ja się nigdzie nie wybieram. Zrobię wszystko, co będzie w mojej mocy, żeby to leczenie odbyło się tak komfortowo dla ciebie, jak to tylko możliwe, ale nie poddam się.

Snape skrzywił się i odwrócił do niego plecami, po czym ruszył do Harry'ego. Najwyższa pora, żeby chłopak wypoczął. Snape wiedział, że spał trochę w powozie, ale nie trwało to długo.

Zignorował wbite w siebie oczy Josepha. Zrozumiał już że jego osłony oklumencyjne na niewiele się przydadzą, ale znał inne sposoby obrony. W końcu był śmierciożercą, szpiegiem i nauczycielem największych rozrabiaków, jakich widział czarodziejski świat. Każdy, kto spróbuje go wyleczyć, znajduje się z góry na przegranej pozycji, bo Snape z miejsca traktował to jako wyzwanie, żeby mu na to nie pozwolić.

I nigdy więcej nie wspomnę o mojej matce. Wszystko przez to tutejsze powietrze. Nie przygotowałem się odpowiednio. Tym razem wzniosę ściany, przez który nie przedrze się jego jad.


Harry obudził się powoli następnego ranka i tak po prostu leżał ze wzrokiem wbitym w sufit. Spał bez snów, a już z pewnością bez wizji, o ile nie liczyć jakiegoś krótkiego snu, w którym główną rolę odegrał Draco, który pojawił się w jego głowie tuż przed obudzeniem.

Wiedział, że dzisiaj miało dojść do jego pierwszej sesji z Verą. Wiedział, że mógł zejść na dół i nie robić niczego poza jedzeniem, rozmawianiem z Draconem i Snape'em, czy koncentrowaniem się na własnym leczeniu.

Zamknął oczy i usiadł.

Harry?

Harry otworzył oczy i uśmiechnął się, kiedy zobaczył jak Argutus wpełza przez okno przydzielonej mu przez wieszczy sypialni. Znajdowała się całkiem wysoko nad ziemią, a przynajmniej pod nią znajdowało się całkiem sporo domków, z jakich składał się budynek Sanktuarium. Ściany były tu zrobione z białego kamienia i pełne okien, które nie miały żaluzji ani szkła w sobie, dzięki czemu wiatr mógł swobodnie przez nie przepływać. Harry mógłby osłonić je jakoś swoją magią, gdyby tylko tego chciał, oczywiście. Jego łóżko wydawało się pośród tego wszystkiego niespodziewaną, niebieską plamą, a wiszące na ścianie lustro, jak i basen z wodą, faktycznie wydrążony w podłodze, były srebrnymi plamami. Kufer Harry'ego stał u stóp jego łóżka, bo wciąż się nie rozpakował.

W tym momencie ucieszył się, że pokój był zrobiony od zewnątrz z cokolwiek niedbale wyciosanych kamieni, bo dzięki temu Argutus był w stanie się po nich wspiąć. Tym razem nie skierował się wprost do lewego nadgarstka Harry'ego, ale owinął się wokół jego ramion.

Moja niespodzianka dla ciebie jest już gotowa – powiedział.

Harry zaśmiał się.

– Tak szybko?

Argutus ze zniecierpliwieniem pacnął ogonem jego pościel.

Patrz.

Przez chwilę Harry nie był pewien, na co właściwie ma patrzeć. Potem jednak zorientował się, że Argutus położył się na jego przedramieniu, tak że nie tylko jego łeb, ale też kark spoczywały w pobliżu nadgarstka Harry'ego. Spojrzał i zobaczył, że jego kikut odbija się na lśniących łuskach Argutusa.

Ponad kikutem tańczył kosmyk ciemnego ognia.

– Co to jest? – wyszeptał.

Magia tej pożerającej dzieci kobiety, która powstrzymuje cię przed odzyskaniem ręki – powiedział od razu Argutus. – Byłem w stanie odbić runy, więc przyszło mi do głowy, że może powinienem nauczyć się, jak odbijać mroczną magię, bo dzięki temu będziesz w stanie zobaczyć i zidentyfikować klątwy. Wtedy będziesz mógł się ich pozbyć i znowu będziesz miał rękę. – Obrócił łeb i delikatnie powąchał językiem policzek Harry'ego. – Niespodzianka.

Harry przełknął ślinę. Ciągle odkładał badania klątw, które Bellatrix narzuciła na jego kikut, bo za długo by mu to zajęło i w dodatku wciąż uważał, że jeśli przyzna się, nawet przed samym sobą, że może jednak chce drugiej dłoni, to okazałby słabość. Teraz jednak, kiedy widział same klątwy, zidentyfikowanie ich i znalezienie zaklęć, które zdołają je zdjąć, powinno być znacznie prostsze.

Jeśli je zdejmie, to nie będzie miał już dłużej wymówki przed znalezieniem sobie nowej dłoni.

Co się stało? – Argutus ponownie go powąchał, tym razem brzmiąc nieco mniej pewnie. – Czemu płaczesz?

Harry znowu przełknął ślinę i otarł dłonią łzy.

– To... to naprawdę wspaniały prezent, Argutusie, dziękuję – powiedział.

To nie wyjaśnia łez.

Harry starał się je wyjaśnić, ale jego głos wydawał mu się bardzo słaby i kruchy.

– Wydaje mi się... wydaje mi się, że zmienię się tutaj, tak naprawdę, porządnie się zmienię i nie wiem, czy mi się to spodoba. – Nawet powietrze Sanktuarium nie było w stanie ukoić ciasnego bąbelka bólu i paniki, który wznosił mu się w piersi, a przynajmniej nie od razu. Czym ja się tu stanę? Co jeśli porzucę niektóre z moich zasad, jak na przykład niechęć do użycia siły? Dłoń nie musiała oznaczać kompletnej utraty moralnego kompasu, ale mogła okazać się jego początkiem.

Harry czuł się, jakby cały świat rozpadał się wokół niego. Wtulił twarz w skrzyżowane przedramiona i poczuł, jak Argutus owija się wokół niego, akurat wystarczająco mocno, żeby spróbować go pocieszyć, ale bez ograniczania jego możliwości do nabrania oddechu. Harry przełknął ślinę raz i drugi i powiedział sobie, że powinien wreszcie przestać płakać, przestać szlochać.

Wydawało mu się, że pod koniec tego lata wciąż będzie w stanie rozpoznać samego siebie. Teraz nie był już tego taki pewien.

Harry? Czy mam znaleźć miłą panią i ją tutaj przyprowadzić? Nie zrozumie mnie, ale i tak za mną pójdzie.

Harry zadygotał.

Po czym usiadł na swojej zgrozie.

– Nie, Argutusie – powiedział. – Sam... sam do niej pójdę. I tak miałem się z nią dzisiaj spotkać, żeby z nią porozmawiać.

Jesteś dzielny.

– To pozostawiam mojemu bratu – mruknął Harry i przez chwilę po prostu siedział, trzęsąc się i żałując, że w ogóle odczuwa tę zgrozę, że nie może się ani przyzwyczaić do tego, czym może się stać, ani pozostać tym, kim był kiedyś, po prostu zrobić jedno albo drugie, byle z mocą i bez okazywania żadnych słabości. Jedno pęknięcie mogło doprowadzić do kompletnego roztrzaskania go, a wiedział, że ani on, ani świat czarodziejów nie mogą sobie na to pozwolić.

Wreszcie pozbierał się, owijając sobie Argutusa łagodnie wokół piersi, żeby ten nie wisiał niezręcznie, po czym poszedł porozmawiać z Verą o możliwości odzyskania drugiej dłoni – jak i niewątpliwie o tym, czemu nie jest pewien, czy w ogóle tego chce.

Nie wiedział, czy to była najbardziej odważna decyzja w jego życiu, ale z pewnością miał w tamtej chwili takie wrażenie.