I na tym rozdziale kończymy "Wiatr, który trzęsie morzami i gwiazdami".

Dziękuję, strasznie dziękuję wszystkim, którzy przeczytali tego. Pozostały nam jeszcze dwie historie, jedna, mam wrażenie, weselsza od tej i druga, znacznie mroczniejsza, bo i zakończenie tego wszystkiego. Mam nadzieję, że wytrwacie ze mną aż do końca.

Rozdział setny: Spokój

– Ale nie wiem, czy chcę moją dłoń z powrotem – powiedział Harry, kiedy pokazał Verze odbicie mrocznych zaklęć na łuskach Argutusa i co ono oznacza. – Tylko że teraz nie mam już żadnej wymówki i muszę przełamać te klątwy.

Siedzieli w jednym z wyższych pomieszczeń w Sanktuarium, pełnego światła i powietrza. Harry wyczuwał tętnienie magii zawartej w pokoju obok i zastanowił się ze zmęczeniem, jaka moc mogła tam rezydować. Oparł się o swój fotel, który był obłożony welwetem, tylko jakimś takim miększym, po czym zamknął oczy.

– A czemu nie chcesz jej z powrotem? – zapytała Vera.

Harry nie otworzył oczu, ale kiwnął głową. Właśnie dlatego przyszedł z tym właśnie do niej. Draco czy Snape nie zadaliby takiego pytania tak rozsądnym głosem. Draco nigdy w pełni nie zrozumiał, co Harry czuje pod względem swojej straconej dłoni, a Snape, który i tak już przebywał na skraju swojej wytrzymałości, po prostu zacząłby się na niego wydzierać. Harry rozumiał ich reakcje, więc nie był w stanie ich o to winić.

– Ponieważ to byłoby jak przyznawanie się do słabości – powiedział Harry. – Jakby zależało mi tylko na tym i na niczym innym. Wiem, że istnieją pewni ludzie, których nic by nie powstrzymało, za wszelką cenę staraliby się przełamać klątwy Bellatrix i odzyskać utracone kończyny. Po prostu nie jestem jednym z nich.

Otworzył oczy i przez chwilę przyglądał się Verze. Siedziała w fotelu ustawionym plecami do jednego z okien, z rękami złożonymi na podołku i przyglądała się mu uważnie. Wyglądała przez to, jakby była otoczona światłem, dzięki czemu sama jej sylwetka była nieco mniej widoczna i Harry czuł się, jakby nie rozmawiał z nią, a z samym słońcem. To mógł znieść.

– I ponieważ nie chciałem przeznaczać na to czasu – powiedział Harry nieco ciszej. – To nie było takie ważne, zwłaszcza w porównaniu do tak wielu innych spraw, którymi się zajmowałem. Jak mógłbym powiedzieć, że bardziej zależy mi na mojej ręce, niż na prawach wilkołaków, albo na pogodzeniu się ze Snape'em, czy na badaniu mrocznych klątw, których może używać Voldemort? – Pokręcił głową, czując jak jego głowa ociera się lekko o krzesło. – Przecież nie rozciągnę dnia. Starałem się znaleźć ten czas przez pomijanie posiłków, czy zarywanie nocy. Draco i Snape'owi bardzo się to nie spodobało. Ale jeśli mam zajmować się tym wszystkim, to zostaje mi bardzo niewiele wolnego czasu, który zwykle muszę przeznaczać na sprawy związane ze szkołą, czy wszystkie inne, które muszę załatwić. A to, co mi pozostaje z tego czasu zwykle przeznaczam na to, czym sam chcę się zajmować: rozwijaniem politycznej potęgi, która pomoże mi w rozprawieniu się z Voldemortem, czy też, a może wręcz przede wszystkim, pracą vatesa. Już i tak wymykają mi się te wszystkie nitki, bo nie miałem dość czasu, żeby je wszystkie posplatać ze sobą jak należy. Badania w sprawie mojej dłoni... spadły po prostu tak strasznie nisko w hierarchii istotności, że nigdy się jakoś za to nie zabrałem. Przecież nikt poza mną na tym nie skorzysta.

– Mogłeś poprosić kogoś, żeby wykonał te badania za ciebie – zauważyła cicho Vera. Nie oskarżała go, po prostu zwróciła mu na to uwagę i Harry poczuł, że zaczyna się odprężać. Przyzwyczaił się już do odczytywania nastroju wszystkich wokół siebie, zanim odważy się cokolwiek powiedzieć, zwłaszcza w przeciągu ostatniego tygodnia, kiedy wszyscy obchodzili żałobę po kimś, kogo stracili w czasie oblężenia czy bitwy. Istniały pewne tematy, których tacy ludzie nie byliby w stanie znieść, nawet gdyby normalnie można było z nimi o tym porozmawiać. Vera wydawała się osobą, z którą mógł porozmawiać właściwie o wszystkim. Była również osobą, dla której nie musiał być silny, a Harry nie byłby w stanie wyrazić, jak wiele to dla niego znaczyło.

– Podejrzewam, że faktycznie powinienem nauczyć się delegowania – powiedział Harry, czym wygrał sobie niewielki uśmiech na jej twarzy. – Ale nawet gdybym to zrobił, to i tak raczej wolałbym, żeby ludzie skupili się na klątwach, które Voldemort użył już kiedyś, albo na kurtuazjach magicznych stworzeń, których jeszcze nie poznałem. Nie mojej dłoni.

– Czemu nie?

Harry spojrzał na nią niechętnie.

– Podejrzewam, że ma to taką samą podstawę, co niechęć do okazywania słabości, czy do znalezienia na to czasu – powiedział. – To zbyt osobiste.

Vera kiwnęła głową.

– A czy chcesz zająć się tymi badaniami w czasie wakacji, Harry? Ostrzegam cię, Sanktuarium nie ma szczególnie rozległych bibliotek. Mamy jednak pokoje, do których mógłbyś wejść i zaobserwować efekty takiej magii, zobaczyłbyś, co by się stało.

Harry zamrugał.

– Chcesz, żebym sam o tym zdecydował?

– Oczywiście że tak – powiedziała Vera.

Powinienem. Snape poprosił, żebym przynajmniej się nad tym zastanowił. Draco byłby zachwycony, gdybym się tym zajął. Harry spojrzał na Argutusa, owiniętego wokół jego ramion niczym lśniąca kurtyna.

– A Argutus podarował mi coś niezwykłego swoimi odbiciami, więc naprawdę nie powinienem tego zaniedbać – wymamrotał na głos.

Mówisz o mnie, ale w innym języku. Słyszałem moje imię. – Argutus szturchnął go pyszczkiem. – Co powiedziałeś?

Harry usłyszał, jak Vera wydaje z siebie bardzo cichy dźwięk – chichot, albo westchnięcie, nie był w stanie określić. Spojrzał na nią.

– Czy chce dowiedzieć się, co powiedziałeś? – zapytała. – Wspominałeś kiedyś, że nie zna angielskiego.

Harry kiwnął głową.

– Wyjaśnij mu sytuację. Podejrzewam, że jego odpowiedź może cię zaskoczyć.

Harry z wahaniem skupił się na Argutusie i pozwolił, żeby następne słowa wypłynęły z niego w wężomowie.

– Nie wiem, czy w ogóle chcę już odzyskać rękę, Argutusie – powiedział. – Ale naprawdę doceniam to, co dla mnie zrobiłeś i mam wrażenie, że zaniedbanie takiego daru byłoby samolubne z mojej strony.

Argutus nie odzywał się przez chwilę. Następnie jego ogon ścisnął się nieco mocniej, a on okrążył głowę Harry'ego swoim karkiem.

To twój prezent – powiedział Argutus, ponownie muskając językiem policzek Harry'ego. – Zrób z nim, co uważasz za stosowne. Chcę, żebyś zrobił to, co ty chcesz.

Harry zagapił się na niego. Nie był pewien, czy bardziej zaskoczyło go to, że usłyszał to właśnie od Argutusa, czy też to, że wąż omenu był w stanie zdobyć się na tak głębokie przemyślenia.

– I co powiedział? – zagaiła Vera.

– Powiedział, że... – zaczął Harry i zobaczył, jak Vera kręci głową. Domyślił się z tego, że pewnie wciąż mówił w wężomowie. Zakłopotany, skupił się na niej i powtórzył: – Powiedział, że ten prezent jest mój i mam z nim zrobić, co uważam za stosowne. Chcę, żebym zrobił to, co sam chcę zrobić.

Na twarzy Very pojawił się łagodny uśmiech.

– I ja też tego chcę, Harry – powiedziała. – Podobnie wielu otaczających cię ludzi, ale mam wrażenie, że pewnie często pozwalają, żeby ich troska została przytłoczona przez myśli stawiające na pierwszym miejscu twoje bezpieczeństwo, albo owijają ją w takie metafory o twoim treningu, że możesz zacząć dochodzić do wniosku, że nie masz w sobie żadnej wolnej woli. Ale twój Malfoy i Zgorzknialec są, powiedzmy, nieco zanadto do ciebie przywiązani. Nie myśl o tym, czego oni chcieliby w tej sytuacji, Harry. Choć raz w życiu nie myśl o tym, czego wymaga od ciebie uprzejmość, czy polityka. – W jej głosie pojawiło się ponaglanie, którego jeszcze nigdy wcześniej nie słyszał, ale zaraz potem pochyliła się i położyła mu dłoń na kolanie. – Choć raz w życiu pomyśl o tym, czego sam chcesz. Nie będę na ciebie naciskać. Argutus też nie.

– Właśnie dlatego przyszedłem z tym do ciebie, a nie do kogokolwiek innego – wyszeptał Harry.

– Tak, dokładnie. – Uśmiechnęła się do niego szeroko. – Nie chcę przez to powiedzieć, że twój Malfoy albo Zgorzknialec byliby niezadowoleni, gdyby dowiedzieli się, że nauczyłeś się pragnąć rzeczy po prostu dlatego, że sam ich chcesz, ale to nie jest ich wybór, Harry, tylko twój.

Harry przechylił głowę.

– I nie wydaje ci się, że to samolubne? – zapytał. Szturchanie tego tematu dawało mu wrażenie uciskania językiem kiwającego się mleczaka. Bolało, ale jakoś nie był w stanie się powstrzymać.

Vera pokręciła głową.

– Jeśli potrzebujesz od kogoś usłyszeć, że to nie jest samolubne, to mogę ci to powiedzieć, Harry – powiedziała. – Nie jest. Czy uważasz, że twój Malfoy jest samolubny dlatego, że chce z tobą dokończyć wasz rytuał zaręczynowy? Przecież potrwa on trzy lata i w tym czasie nie możesz mieć innych partnerów.

– Ale ja i tak nikogo innego bym nie chciał – powiedział Harry, zaskoczony. – No i, cóż, to jest Draco, a nie... – Urwał.

– A nie ty.

– Właśnie. – Harry spojrzał w dół, na swoją rękę i na lśniący czernią kikut. Wydawało mi się, że zaczynałem się robić samolubny. Zraniłem Voldemorta tak głęboko właśnie po to, żebyśmy wreszcie mogli spędzić choć jedne wakacje bez niego. Krzyczałem na Snape'a i Draco, ilekroć uważałem, że zaczynają za mocno na mnie naciskać. Wydawało mi się, że wiedziałem, czego chcę. Wygląda na to, że wciąż nie, a przynajmniej nie do końca.

Wszędzie wokół niego łańcuchy zdawały się rozrywać i rozlatywać na kawałki, a intensywna zgroza, która czaiła się w nim od chwili, w której pojawił się w Sanktuarium, zaczęła topnieć. Spojrzał na Verę.

– I nie polecisz mi zdobycia nowej dłoni?

Vera pokręciła głową.

– Nie spróbujesz zmienić mnie na sposoby, na które nie chcę się zmieniać?

Po raz kolejny pokręciła głową.

– Wytknę ci, ilekroć uznam, że podany przez ciebie powód podjęcia jakiejś decyzji nie odzwierciedla się w twojej duszy – powiedziała. – Właśnie dlatego z tobą rozmawiam. Widzę rzeczy, których nie jesteś w stanie. Ale już od dawna zdawałeś sobie sprawę z podstaw tego, co widzę, Harry. I już nie jesteś dzieckiem, a z całą pewnością nie jesteś samolubny. Wolno ci podejmować własne decyzje, robić to, co sam chcesz robić, więc jeśli nie chcesz drugiej ręki, albo nie chcesz nazwiska, to masz do tego wszelkie prawo. To twoja decyzja. Ta i wiele innych.

Harry zamknął oczy. Jego zgroza po raz kolejny zmalała.

– Ja... chciałbym teraz wyjść na spacer, Vero – powiedział. – Potrzebuję trochę czasu, żeby to wszystko przemyśleć.

– To dobrze, Harry – powiedziała Vera, a uśmiech rozjaśnił jej twarz.

– Co dobrze? – Harry spojrzał na nią z lekkim oszołomieniem.

– Że będziesz o tym myślał – powiedziała Vera, wstając. – Jeszcze nie tak dawno temu wolałbyś myśleć o czymkolwiek, byle nie o tym.

Harry kiwnął do niej głową, zdezorientowany, onieśmielony i wolny, po czym wyszedł z pokoju, wciąż lekko oszołomiony. Zaraz za drzwiami zatrzymał się jeszcze, żeby odłożyć Argutusa na podłogę. Naprawdę chciał być kompletnie sam.


Snape obudził się w nieznanym łóżku z różdżką w ręce i momentalnie skupił się na zagrożeniu. Było to pukanie do drzwi, bardzo ostrożnie rozlegające się z niewielkiego miejsca na pustej desce, które nie było strzeżone osłonami Snape'a. Snape podejrzewał, że powinien był się domyślić, że wieszcze zauważą to jedno miejsce, ale to było i tak nieco rozczarowujące, że nie spróbowali najpierw zapukać w innym, czym sparzyliby sobie rękę.

– Dzień dobry, Snape – zza drzwi rozległ się wesoły głos Josepha. – Przyszedłem, żeby poinformować się o posiłku, który czeka na ciebie w tym samym pomieszczeniu, w którym jedliśmy wczoraj, o ile jesteś głodny. Rozłożyliśmy też twoje laboratorium w pokoju obok.

– Już wybrałem sobie miejsce na laboratorium – odparł Snape. Wiedział, że jego głos był niski i rozdrażniony, ale nie był w stanie się opanować. Dopiero co miał koszmar o Voldemorcie śmiejącym się z niego z kpiną, wyobrażenie tego, co by się stało, gdyby Mroczny Pan przyłapał go w czasie szpiegowania. – Byłbym wdzięczny, gdybyś zostawił moje narzędzia w spokoju tam, gdzie je zostawiłem.

– Obawiam się, że tego akurat nie mogłem zrobić – powiedział Joseph nieco bardziej stanowczym głosem. – Rozłożyłeś je w miejscu lęgowym stada dirikraków. Potrzebują go. Wiedziałbyś o tym, gdybyś tylko przeczytał znajdującą się na drzwiach plakietkę.

Snape burknął pod nosem. Prawda była taka, że zauważył plakietkę, ale nie chciało mu się tracić czasu na czytanie jej. Pogardzał wszystkim, z czego składało się Sanktuarium. Wczoraj poszedł spać, jak tylko upewnił się, że wie jak dotrzeć do pokojów Harry'ego i Dracona, jak i do swojego laboratorium.

– Próbujesz nas zirytować – powiedział Joseph. – Wiem, że dobrze się na tym znasz. Problem jednak w tym, że żadnego z nas tutaj nie da się łatwo zirytować. Wielu po prostu zostawi cię uprzejmie w spokoju. Ja tego nie zrobię.

Snape poderwał się z warknięciem. Przeszedł szybko przez pokój i otworzył gwałtownie drzwi. Joseph patrzył na niego z podniesioną brwią. Snape'a drażnił fakt, że byli tego samego wzrostu i wykonywali podobne gesty. Przynajmniej od Syriusza Blacka i Jamesa Pottera był nieco wyższy.

– Chcę, żebyś zostawił mnie w spokoju – powiedział. – Chcę, żebyś przestał usiłować mnie wyleczyć. Jeśli zmusisz mnie do tego wbrew mojej woli, to dojdę do wniosku, że praktykujesz mroczne sztuki. Przybyłem tu, żeby dotrzymać mojemu synowi towarzystwa, nie żeby się leczyć.

– Już o tym wspomniałeś. – Twarz Josepha była opanowana. – Ale Sanktuarium jako takie wywiera wpływ na dusze znajdujących się w nim ludzi. To jak skok do basenu; umoczysz się, nawet jeśli wskoczyłeś tylko po to, żeby uratować swoje dziecko przed utopieniem. Jeśli naprawdę chcesz, żebym zostawił cię w spokoju, to tak zrobię. Ale przemiany, przez jakie będziesz tu przechodził, nie należą do najłatwiejszych. Sanktuarium zacznie sięgać ku tobie, zwykle poprzez sny. Często są to wspomnienia z przeszłości, widziane pod innym kątem. Przed nimi nie będziesz w stanie się schować.

Snape potrząsnął głową.

– To porównanie jest po prostu niedorzeczne – powiedział, nie pojmując, czemu ten człowiek sobie po prostu nie pójdzie. – Chociaż może i jest, po prostu nie w sposób, w jaki masz nadzieję. Jestem w stanie otoczyć się zaklęciami, które uchronią mnie przed zamoczeniem. Mogę wciąż wywar bezsennego snu, żeby uchronić się przed snami.

Joseph westchnął.

– Tak, podejrzewam, że to może zadziałać, w końcu jesteś mistrzem eliksirów – mruknął.

– Co, rozczarowany? – Snape z radością zobaczył pierwsze pęknięcie w fasadzie mężczyzny. – Chciałeś mnie zaciągnąć, choćbym wrzeszczał, kopał i wyrywał się, do tego waszego szczęśliwego świata pełnego uśmiechniętych ludzi? Wydawało ci się, że praca ze mną będzie prosta?

– Tak szczerze, to nie – powiedział Joseph. – Powoduje mną współczucie. Już wczoraj ci o tym powiedziałem, ale nawet wtedy zaznaczyłem, że wiedziałem, że tego nie zrozumiesz. Widziałem już dusze naznaczone nienawiścią tak głęboką jak twoja i wiem, że nie masz za sobą łatwej przeszłości. Chcę wyleczyć cię z tych samych powodów, dla których Vera chce wyleczyć Harry'ego. Ale jak do tej pory główne opory Harry'ego przed wyleczeniem się polegają na jego kompletnym braku zrozumienia tego, co jest raną, a co całością. Twoje głównie polegają na obwinianiu samego siebie. Uważasz, że jesteś winny tego, że twoja dusza znajduje się w kompletnej ruinie.

Snape skrzywił usta.

– Jakież to niezwykle bystre spostrzeżenie z twojej strony.

– Nieszczególnie bystre – powiedział Joseph. – Każdy wieszcz, który zobaczył choćby własną duszę, byłby w stanie się tego domyślić. – Wbił wzrok w oczy Snape'a. – Ma to związek z tym, dlaczego nie myślisz o sobie po imieniu. Ma to związek z twoją matką. Ma to związek ze znakiem, który przyjąłeś z własnej woli i uważasz, że wciąż oznacza on, na poziomie innym niż fizyczny, że jesteś śmierciożercą. Ma to związek z nienawiściami, które powoli, acz stopniowo, pochłaniają twoje życie. Jedna z nich niemal zniszczyła twoją relację z Harrym. – Snape wzdrygnął się, pomimo swojej furii, na wspomnienie o tym co zrobił. – A inna pożera cię żywcem, od środka, nawet teraz. Strach przed wilkołakami.

– Nikt nie prosił cię o skomentowanie dowolnej z tych spraw – wyszeptał drętwo Snape.

– Widzę to – powiedział Joseph. Był spokojny, co tym bardziej doprowadzało Snape'a do szału. Nie był w stanie przypomnieć sobie ostatniej okazji, kiedy ktoś stał tak blisko niego, kiedy był nie w humorze, i wciąż pozostawał spokojny. – Jeśli naprawdę nie chcesz mojej pomocy w leczeniu tego wszystkiego, to nie, nie mam prawa cię leczyć. Ale wydaje mi się, że powinienem ci wyjaśnić, że cię rozumiem. Samo bycie łajdakiem mnie nie przepędzi, ponieważ rozumiem powody, przez które zachowujesz się jak łajdak. I widzę też, do czego mogą doprowadzić te twoje nienawiści. Jeśli nie zrobisz czegoś ze swoją nienawiścią do wilkołaków, to możesz przez nią stracić Harry'ego.

– Nie umiesz przewidywać przyszłości! – Dopiero, kiedy Snape skończył, zorientował się, jak blisko było mu do ryknięcia.

– Charakter jest przeznaczeniem. – Joseph przyglądał mu się intensywnie spod czarnego loku włosów. – Ale możemy je zmienić, jeśli zmienimy własne nastawienie. Naprawdę w to wierzę. Właśnie dlatego to może być dla ciebie szansą na zmianę, Severusie Snape'ie, nawet jeśli nie chcesz pomocy z mojej strony, ani czyjejkolwiek innej. Ostrzegam cię jednak, upieranie się przy swojej skrzywdzonej dumie może kosztować cię wszystko co kochasz. Twoje życie jest teraz mocno związane z Harrym. Każdy to widzi. Ale on się zmienia, zmienia się z własnej woli i dzieje się to dzięki temu, że przebywa w Sanktuarium i pracuje z Verą.

– Jeśli chcesz mi powiedzieć, że zmieni się w kogoś, kto mnie nie kocha...

Joseph pokręcił głową.

– Nie sądzę, żeby to było możliwe. Możliwe jednak jest, że zmieni się w kogoś, kto nie będzie w stanie ci wybaczyć, kiedy zobaczy jak reagujesz, spowodowany nienawiścią, która właśnie przeżera ci serce na wylot. Przyznajesz się do tego, że go kochasz, nawet jeśli tylko przed samym sobą. Czy naprawdę chcesz się tym cieszyć, czy też może bez końca obawiał się będziesz chwili, w której wszystko stracisz przez głupi błąd?

– Nigdy do tego nie dojdzie – powiedział Snape przez ściśnięte gardło.

– Już do tego doszło. – Głos Josepha był już niemal szeptem. – Oczywiście, mówimy tu o eliksirze, z którego istnienia Harry nie zdaje sobie sprawy. Ale czy stworzenie trucizny dla wilkołaków nie napędza twojego strachu, nie wkłada ci broni do rąk? Co zrobisz, kiedy pewnego dnia pokusa okaże się nie do odparcia?

Snape już nie starał się dłużej przepędzić mężczyzny. Po prostu podniósł różdżkę i zaintonował klątwę tnącą.

Nic się nie stało. Joseph rzucił mu odpowiednio rozczarowane spojrzenie.

– Sanktuarium nie dopuszcza do użycia mrocznych sztuk – wyjaśnił cicho, po czym odwrócił się i zostawił Snape'a w spokoju.

Snape zamknął drzwi i stał przy nich przez dłuższą chwilę z zamkniętymi oczami. Był w stanie się opanować. Opanuje się. No dobrze, więc powietrze w tym miejscu działało jak kwas, ale jeśli nie będzie pracował z żadnym wieszczem i spróbuje go dorwać wyłącznie przez sny, to będzie w stanie się mu oprzeć. Joseph sam to przyznał.

Wyczuwał ją, niczym drugie tętno w piersi, obecność wilkołaczej trucizny, która leżała w jego kufrze. Nie ośmielił się pozostawić ją w swoim laboratorium na wypadek, gdyby Harry przypadkiem ją znalazł i zaczął zadawać pytania.

Już go okłamujesz. Co potem?

Wiedział, że jeśli Harry faktycznie zmieni się w kogoś, kto ceni samego siebie i ufa swoim moralnym osądom, to bardzo możliwe, że nigdy tego Snape'owi nie wybaczy. Rozumiał strach Snape'a, sam to powiedział. Ale z drugiej strony rozumiał też złość i frustrację wilkołaków, a Snape i tak słyszał, jak statecznym głosem grozi Lokiemu osuszeniem go z magii. Jeśli go odpowiednio przycisnąć, to Harry odpowie atakiem. A jak odepchnie go raz, to może się między nimi pojawić rozłam, który będzie się tylko poszerzał, aż w końcu Harry rozwinie w sobie osobowość, która kompletnie nie potrzebuje Snape'a.

Jak wiele jego tolerancji już pochłonąłem?

Jak do tej pory Snape żył w przekonaniu, nawet jeśli nie napełniało go ono zachwytem, że żył w zgodzie z własnymi błędami. Inni ludzie mieli swój udział w sparszywieniu jego charakteru, ale największe błędy były jego własne. Istniały wyjątki, jak ten wybryk, w czasie którego Black chciał go zabić, ale było ich naprawdę niewiele. Jego własne błędy były tak rozległe, że nigdy nie spróbował nawet ich naprawić; wiedział, że nie da się tego zrobić. A to oznaczało, że wcale nie musiał być miły, czy kogoś kochać, albo żyć w tym oszałamiającym, pełnym kolców świecie, w którym Harry z takim uporem starał się żyć. Mógł pozostać w bezruchu. To nie wymagało od niego żadnego wysiłku, po prostu zgorzkniałości i ostrych odłamków zbitego szkła samoświadomości i satysfakcji z niej.

Jego miłość do Harry'ego tego nie zmieniła. Wycofał się od chłodu, ale wciąż nie uważał, że powinien kompletnie go porzucić. Niby czemu by miał? Był niepotrzebnie rozgoryczony i w ogóle mu to nie przeszkadzało. Wyjątkową przyjemność sprawiało mu istnienie, zarówno w rozgoryczeniu i z ciałem pełnym blizn, na długo po tym, jak jego wrogowie starali się go zabić czy złamać.

Ale co by się stało, gdyby przez którąś z tych blizn przekroczył granicę tego, co Harry jest w stanie wybaczyć?

Znał na to odpowiedź. Nie byłoby warto.

Obecność wilkołaczej trucizny bolała go teraz niczym ropiejąca rana.

Snape powiedział sobie stanowczo, że nie zaakceptował większości z tego, co powiedział mu Joseph. Ale przyjął do wiadomości prawdę, że Harry przybył tutaj, żeby się leczyć i właśnie robił postępy.

A skoro on się zmieniał, to Snape nie będzie mógł pozostać tym, kim był. Zastanawiał się teraz, czy pozostawał tak długo w tym stanie wyłącznie dzięki długiemu ociąganiu się Harry'ego i wszystkiego, co wydarzyło się po drodze, a co przeszkadzało w jego leczeniu.

Co za obrzydliwa myśl.

Ale trafna.

Snape nigdy nie krył się przed własnymi odkryciami, a ci, którzy wzdragali się przed jego ciętym językiem, zasługiwali wyłącznie na pogardę.

Wciąż nie miał zamiaru rozmawiać z Josephem. Jego rany były jego własne. A zniszczenie wilkołaczej trucizny byłoby bezużytecznym gestem. Wiedział już, jak ją wykonać. Łatwo przyszłoby mu ją zduplikować, jeśli wziąć pod uwagę składniki, które wziął ze sobą.

Ciekawy zbieg okoliczności, że wziąłeś akurat te składniki, co?

Ale nie będzie też brał wywaru bezsennych snów. Zaczeka na sny. Jeśli ma się zmienić, to zrobi to we własnym czasie i o własnych siłach.

Poza tym wątpił, żeby sny naprawdę mogły go zmienić. Niby jak? Przeszedł przez koszmarne sceny, które wyniszczyłyby innym umysły, a te w dodatku były prawdziwe.


Draco przeciągnął się rozkosznie. To się nazywa życie. Wieszcze umieścili go w pokoju, w którym łóżko rywalizowało wygodą wyłącznie z jego własnym w rezydencji Malfoyów, a na ścianach wisiały arrasy czarodziejów o platynowych włosach, którzy znakomicie radzili sobie w przeróżnych bitwach czy negocjacjach. Jeden z nich wyglądał nawet na przodka Dracona, który właśnie był mianowany ministrem magii.

– Draconie?

Podniósł głowę. Nina zaglądała przez drzwi do sypialni i miała w rękach tackę pokrytą naczyniami, z których wciąż parowało. Draco poczuł, jak ślina zalewa mu usta.

– Możesz wejść – powiedział – ale tylko dlatego, że przyniosłaś mi jedzenie.

Nina roześmiała się i weszła z tacką, po czym położyła ją ostrożnie na stoliku obok łóżka. Draco spojrzał na nią z aprobatą. Była zrobiona ze srebra, a pierwsze danie, które podsunęła mu Nina, było zrobione z lekko ugotowanych na parze warzyw, jedynego rodzaju warzyw, jakie Draco w ogóle był skłonny zjeść. Surowe marchewki i tym podobne przyprawiały go o mdłości. Podniósł widelec, napił się soku pomarańczowego i zjadł kilka ostrożnych kęsów.

– Czy mamy jakiś rozkład dnia?

Nina pokręciła głową i usiadła obok niego na łóżku.

– Nie. To by mijało się z celem. Czasami nasi goście doznają wstrząsających odkryć na swój temat, więc wolelibyśmy nie zmuszać ich zaraz następnego dnia do przebieżki wokół budynku, czy pływania. – Ponownie się uśmiechnęła, ale Draco zauważył, że jej oczy tym razem były kompletnie poważne, więc spiął się lekko. – Draconie, jeśli mogę cię o coś zapytać... jaki jest twój ojciec?

Draco zamrugał. Pewnie widzi coś we mnie z niego, ale ponieważ nie ma go tu, przez co nie może odczytać jego duszy, to moja odpowiedź jest najlepszym na co może liczyć.

– Dumny – powiedział. – Chłodny. Surowy. Kocha tylko moją matkę i mnie i jest gotów zemścić się na każdym, kto nas skrzywdzi. – Uśmiechnął się, przypominając sobie jak ojciec opowiedział mu o zemście na rodzinie śmierciożercy, który skrzywdził jego matkę. – Jest poprawnym dziedzicem rodziny Malfoyów i zawsze usiłował rozwinąć we mnie własne cechy. Udało mi się go zaskoczyć, kiedy pojawiłem się wcześnie, żeby stawić mu czoła i zyskać jego szacunek. Nie miał zamiaru potwierdzić mnie jako swojego magicznego dziedzica, ale i tak to zrobił. – Draco wiedział, że się przechwalał, ale przecież Nina siedziała tuż obok i chciała go wysłuchać. Komu innemu miałby się przechwalać?

– A twoja matka? – zapytała Nina.

Draco wzruszył ramionami i zjadł jeszcze kilka kęsów.

– Też dumna. Zabiłaby każdego, kto choćby zagroził mnie albo ojcu i walczy u boku mojego ojca w czasie bitew – nie uwierzyłabyś, z jak wielką gracją potrafią się wspólnie poruszać. Ale też bardziej sceptycznie od ojca podchodzi do ideałów czystokrwistych. To ona upierała się, żebym udał się do Hogwartu i wydaje mi się, że po prostu chciała, żebym osobiście poznał mugolaki i sam się przekonał, czy wciąż jestem w stanie potem swobodnie mówić o zabijaniu ich. Ale nie porzuciła mojego ojca nawet, kiedy był śmierciożercą, więc nie sądzę, żeby aż tak nimi pogardzała. W dodatku to ona wybrała dla mnie imię. Wydaje mi się, że ojciec chciał nadać mi imię po swoim ojcu. Wiem, że mnie kocha. Istnieją takie chwile, kiedy w przypadku ojca nie jestem tego taki pewien, ale jeśli o nią chodzi, to nigdy nie miałem żadnych wątpliwości. – Zawahał się, po czym uznał, że Nina będzie najbardziej odpowiednią osobą, przy której mógł powiedzieć coś takiego, nawet jeśli nie mógłby tego zrobić przy Harrym. – Wiesz, tak prawdę mówiąc, to wydaje mi się, że była naprawdę szczęśliwa po upadku Mrocznego Pana – powiedział cicho. – Wiedziała, że prawdopodobnie pewnego dnia wróci, ale dzięki temu zyskała spokój ducha i czas na wychowanie mnie. Nie chciała, żebym dorastał w środku wojny.

Nina kiwnęła głową.

– A czemu chciałaś wiedzieć? – zapytał Draco, rozsmarowując masło po swoim toście.

Nina przyjrzała się uważnie jego twarzy. Najwyraźniej zobaczyła na niej coś, co ją uspokoiło.

– Widzę w tobie echo ich obu, Draconie. I widzę, że podziwiasz swojego ojca i przez większość życia wydawało ci się, że wyrośniesz na kogoś takiego jak on. Ale jesteś za bardzo podobny do swojej matki.

Draco był w trakcie przeżuwania kęsa tostu i prawie się nim udławił. Udało mu się go przełknąć, ponieważ Malfoyowie nie krztusili się przy śniadaniu.

– Przepraszam, co? – zapytał, kiedy znowu był w stanie mówić. – To naprawdę absurdalna teoria jak na kogoś, kto zna mnie tylko jeden dzień.

Nina roześmiała się.

– Draconie, chyba zapominasz, że widzę twoją duszę.

– Ale ja jestem Malfoyem – upierał się Draco. – Jestem godzien dziedzictwa mojej rodziny, inaczej nigdy nie przeszedłbym potwierdzenia jako jej magiczny dziedzic.

– A dlaczego uważasz, że podobieństwo do twojej matki miałoby sprawić, że stałbyś się niegodny dziedzictwa Malfoyów? – Nina podniosła kolana i oparła o nie swój policzek, nie spuszczając go z oczu.

– No bo... ona jest Blackiem – powiedział Draco, dochodząc nieco do siebie. – Oczywiście, to wciąż honorowe nazwisko i rodzina, jeśli tylko pominąć związane z nią szaleństwo, ale nie jestem Draconem Blackiem.

– Krew naprawdę nie ma z tym większego związku – powiedziała Nina. – Wieszcze są w stanie zobaczyć czyiś prawdziwy charakter, Draconie. Jeśli chodzi o krew, to jesteś w połowie Malfoyem, a w połowie Blackiem. Jeśli chodzi o charakter, jesteś praktycznie Blackiem. Wydaje mi się, że twoja matka miała w tym wielki udział. Twój ojciec brzmi jak przytłaczający człowiek, ale nie sądzę, żeby udało mu się wygrać tę wojnę.

Wyobrażenie swoich rodziców jako ludzi, którzy walczą o jego wychowanie, było dla Dracona czymś nowym. Ale im dłużej o tym myślał, czym lepiej rozumiał, skąd w Ninie pojawiło się to przekonanie. To jego matka nadała mu imię, jego matka upierała się przy wysłaniu go do Hogwartu, podczas gdy Lucjusz chciał umieścić go w Durmstrangu, w dodatku nie zaczął treningu rytuału czystokrwistych aż do swoich szóstych urodzin, mimo że Lucjusz często wspominał, że jego ojciec znacznie wcześniej umieścił go na ścieżce do zostania prawdziwym Malfoyem.

No i te wszystkie drobne sprawy, takie jak...

– Słodki Merlinie – powiedział Draco niemal bezgłośnie. – Moja matka jest znacznie subtelniejsza od ojca.

Nina zachichotała.

– Zdecydowanie, zwłaszcza po tym, co o niej od ciebie usłyszałam. I masz w sobie potencjał, żeby za nią podążyć. – Przyjrzała się uważnie Draconowi. – Nie do końca, rzecz jasna, ponieważ twoja relacja z Harrym różni się znacznie od tej, którą prawdopodobnie mają Lucjusz i Narcyza. Ale masz w sobie potencjał do subtelności, uporu i znakomitego sukcesu politycznego. Z twojego opisu wywnioskowałam, że twój ojciec raczej sieje postrach.

Draco pokiwał żywiołowo głową.

– Ciebie można by podziwiać.

Umysł Dracona zalały obrazy i tylko niewiele z nich zawierało w sobie Harry'ego. Większość obracała się wokół niego, oczarowującego politycznych wrogów Harry'ego, nawet samego ministra, który miał wszelkie powody do nie znoszenia Malfoyów. W innych sprawiał, że wyniośli czystokrwiści zapominali o statusie półkrwi Harry'ego w sposób, w jaki nie udało mu się osiągnąć tego na własnym festiwalu, co było porażką, która wciąż go prześladowała w snach. I zobaczył w nich też uradowaną twarz swojej matki, kiedy Narcyza wróciła z kolejnego tańca, w którym przekonała jakieś mroczne rodziny do przyłączenia się do sojuszu Harry'ego. Po raz pierwszy przyszło mu głowy pytanie, czemu właściwie to ona się tym zajęła, skoro jej ojciec uważał się za lepszego polityka od niej.

Nagle myśl o byciu Blackiem, czy też pół Blackiem, nie brzmiała znowu tak źle.

Zwłaszcza, że mi nie odbiło.

Spojrzał na Ninę.

– Chyba spodobałby mi się podziw. – Zignorował jej śmiech. – Czy możesz pomóc mi w zyskaniu go?

Nina pochyliła głowę, oczy jej lśniły.

– Możemy nad tym popracować.


Harry zatrzymał się na tarasie i spojrzał w dół na coś, co wyglądało jak scena z dżungli. Wszystko przeplatały zielone liany, usiane błękitnymi kwiatami. Woda opadała w oszałamiających kaskadach spomiędzy ogromnych pnączy. Harry zobaczył ptaki, które przelatują pomiędzy kroplami, jasne smugi zieleni, bieli i różu, nawołujące się głosami, które mogły być głośne, ale ledwie wybijały się ponad szum wodospadu.

Usiadł i spojrzał na słońce. Dochodziło południe.

Po raz kolejny był kompletnie sam. Zostawił wężycę Wielu w swoim pokoju, a podczas spaceru unikał innych gości i wieszczy, choć czasami słyszał ich kroki, albo głosy, które świadczyły o ich obecności.

Po raz pierwszy w życiu świadomość, że siedzi tu tylko z własnymi myślami do towarzystwa, nie doprowadzała go do obłędu.

Harry zamknął oczy. Słońce grzało go w kark, co było wyjątkowo pocieszającym ciepłem. Podniósł rękę i kikut lewego nadgarstka i pozwolił im wisieć nad sobą, czując różnicę między nimi, między żywymi, ruszającymi się palcami, które mogły podrapać, czy otrzeć spływający po skórze pot i pełną blizn, raptownie kończącą się ręką.

Pozwolił sobie pomyśleć o tym, jakby to było, gdyby miał drugą dłoń.

Ostrożnie obrał tę myśl ze wszelkich kontekstów, które automatycznie się pojawiły: co by pomyśleli o tym jego sojusznicy, co pomyśleliby to tym Snape i Draco, co pomyślałaby o nim opinia publiczna, gdyby powrócił do świata z dwoma dłońmi - czy Aurora Whitestag i jej zwolennicy nie zaczęliby nagle rzucać złośliwych komentarzy, jakoby spędzał cały ten czas na badaniach nad odzyskaniem ręki, zamiast na treningu - jak długo zajęłoby mu przełamanie tych wszystkich klątw, które pozostawiła na nim Bellatrix i jak bardzo nigdy nie miał na to czasu.

Wrzucił je wszystkie do basenu oklumencyjnego i przyjrzał się samej idei posiadania drugiej dłoni.

Czy tego chcesz?

Nie musisz podejmować żadnej decyzji, której nie chcesz. Jebać to, co by o tym powiedzieli Snape czy Draco. Twój wybór, Harry.

Zaczekał, posyłając to pytanie w labirynt samego siebie, ciekaw co zwróci mu echo.

I nagle odpowiedź nadeszła, niczym wiatr.

Może. Jeszcze nie wiem.

Harry poczuł, jak jego uśmiech robi się coraz szerszy. Otworzył oczy i zobaczył jak papuga przeskakuje ze skrzeknięciem z jednej liany na drugą, mocząc sobie po drodze ogon.

I "może" jest zupełnie w porządku.

Poczuł, jak łzy szczypią go w oczy. Odchylił się na tarasie, założył ręce za głową i patrzył na słońce, póki powidoki nie zaczęły mu tańczyć przed oczami.

Wzbierał w nim podziw, który podnosił łeb i rozglądał się ostrożnie wokół, a potem zalał go w pełni i stał jego główną emocją.

Jestem w stanie podejmować takie decyzje. Naprawdę jestem. A jeśli Snape i Draco naprawdę mnie kochają, to nie będą próbowali wykłócać się o to ze mną i nikt nie będzie na mnie naciskał, a cokolwiek, co sam o sobie zdecyduję, jest zupełnie w porządku.

Ptaki poderwały się do lotu przez śmiech Harry'ego, który wyrzucił z siebie ten dźwięk niczym dzidę pomiędzy liany i wodę, żeby spadła i przepadła pośród chłodnej zieleni.

Jestem wolny.