I were the Dark Lord's most loyal servant and this lost me.
Panowała cisza. Wszyscy zastygli bez ruchu, wpatrując się w przeklętą przez los parę, którą miłość do siebie nawzajem postawiła w takiej sytuacji, że setki różdżek było w nią teraz wymierzonych.
Victoria, niczym opętana przez jakąś srogą dzikość i siłę, patrzyła na wszystkich po kolei, z różdżką wyciągniętą przed siebie, w pozycji gotowej do ataku. Jej wzrok był przepełniony determinacją do walki, gdyby ktoś zaczął ciskać zaklęciami w nią albo Toma.
Czy zdawała sobie sprawę, że w dwójkę mają raczej nikłe szanse na pokonanie całej armii? Nie wiadomo. Może po prostu nie chciała się poddać, uniżyć jako władczyni, może bała się, że jeśli nie zawalczy, to Tom zostanie zabity. W każdym razie nie odkładała różdżki. Wołania Severusa i Ludwika, aby się poddała, były dla niej niczym. Udawała, że ich nie słyszy, a może determinacja, by obronić siebie i Toma, faktycznie zagłuszyła jej wszystko wokół.
– Odsuń się na bok i pozwól nam z nim zawalczyć. To musi się wszystko w końcu zakończyć, przecież zdajesz sobie z tego sprawę! – usłyszała jak przez mgłę głos Ludwika.
– Wszystko wróci do normy, skończą się te cholerne rozterki, które wciąż przeżywałaś. Tylko daj nam się z nim rozprawić... – mówił Severus.
– Dajcie nam porozmawiać! – zawołała nagle, spuszczając swoją różdżkę i zerkając na Toma.
Tom, który z morderczym spojrzeniem obserwował wszystkich dokoła, nie spuścił swej różdżki.
– Macie kilka minut. Zdecyduj, Victorio, co wybierasz – rzekł Snape – poddanie się i zachowanie życia czy śmierć u jego boku.
Vicky spojrzała na niego z lekką rozpaczą, po czym podeszła blisko Riddle'a i szepnęła mu na ucho:
– Wejdźmy do środka i zastanówmy się, co robić. Proszę, Tom...!
Złapała go za ramię, gdy on wciąż stał nieruchomo i mierzył różdżką przed siebie.
– Nie ma mowy – powiedział. – Nie spuszczę różdżki. Nie dam się tak łatwo zabić. Tego właśnie chcesz, tak? – mówił, a przez ciszę, jaka panowała, niemalże wszyscy go słyszeli. – Bym spuścił różdżkę... By oni mnie szybko zamordowali... Byś mogła, jak zwykle, pobiec do Snape'a i rzucić mu się w ramiona... A może tym razem do któregoś innego, co? – uśmiechnął się okrutnie, a przez jego twarz przemawiało szaleństwo. – Wszystko przez ciebie straciłem...!
Nagle, niespodziewanie, obrócił się ku Victorii i wymierzył w nią różdżkę.
– Może czas, abyś wreszcie zapłaciła za to wszystko, co mi zrobiłaś...? Miłość...! Myślałaś, że dałaś radę ją we mnie obudzić? – zaśmiał się głośno. – Miłość nie istnieje. Jest mi totalnie obca. Tak samo obca, jak ty, przez cały ten czas...
– Nie mówisz tego wszystkiego na poważnie! – krzyknęła, jak gdyby z przerażeniem, które się w niej obudziło na myśl, że ta miłość mogła być tylko iluzją. Manipulacją.
– Czyżby? Przez całe życie budowałem swą potęgę, zbierałem ludzi, zabezpieczałem swe bezcenne życie... To było dla mnie najważniejsze... I jest w dalszym ciągu... Mimo że nagle pojawiłaś się ty... Najpierw zabrałaś mi połowę moich zwolenników, a teraz, za twoją sprawą, stoję twarzą w twarz ze śmiercią...! Snape zniszczył mojego horkruksa...! Ty musiałaś go naprowadzić, podpowiedzieć, czym one są...! Wiedziałaś o nich... Nie doceniłem cię, fakt... Nie sądziłem, że domyśliłaś się aż tak wiele, aby zorientować się, że diadem, który ci kiedyś podarowałem, właśnie po to, byś go nosiła przy sobie i tym samym chroniła, był horkruksem...! Horkruksem, który zniszczył mężczyzna, z którym mnie zdradzałaś.
Spuścił na chwilę swą różdżkę, jednak zrobił to tylko po to, by uderzyć ją mocno w twarz. Upadła, z oczami zlęknionego zwierzęcia wpatrującymi się w niego.
– Zabiłbym cię gołymi rękami – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Ale po co, skoro mam różdżkę...? Nie chcę cię dotykać, brudzić sobie rąk twoją niskością, twym upadkiem... Jesteś nikim, Victorio, a ja zawsze byłem ponad tobą. I nawet teraz, kiedy wiem, że ci przeklęci tchórze mnie zabiją, mówię to prosto w twoje oczy – pochylił się nad nią. – Jesteś zerem i nigdy cię nie kochałem. Suka.
Vicky zmrużyła oczy i zaczęła kręcić głową z niedowierzaniem. Chciała się podnieść, wpatrując się w jego oczy z coraz większą niewiarą i odrazą, ale on ponownie wymierzył w nią swą różdżkę.
– Smutne zakończenie naszej wspólnej drogi, nie sądzisz? – wyszeptał, a z jego czoła skraplał się pot. Oddychał ciężko.
– Przykro mi w takim razie, że nigdy w swym nędznym życiu nie poczułeś prawdziwie miłości. To straszne, żyć ze świadomością, że zaraz się umrze, a smak szczęścia jest wciąż nieznany, nieprawdaż? – odparła spokojnym tonem.
Victoria spuściła wzrok, wciąż siedząc na ziemi i czując jego różdżkę wycelowaną w siebie. Właśnie przyszło mu ostatni raz nabrać powietrza, bo Snape już w niego celował, co Tom zapewne kątem oka widział... Jednak nie wypowiedział zaklęcia uśmiercającego w jej stronę, choć miał na to krótką chwilę... Bardzo krótką, a z jej upływem padł na ziemię, wznosząc ostatni raz spojrzenie ku niebu, które – jak sobie niegdyś wymyślił – miało należeć do niego, wraz z całą resztą świata.
Victoria podniosła się powoli, stając na równe nogi i patrząc, z wstrzymanym oddechem, na ciało Toma. Po jej wzroku można było odgadnąć, że nie jest w stanie uwierzyć w to, co widzi. A może nie jest w stanie uwierzyć w słowa, które do niej wypowiedział przed śmiercią.
– Zabiłbyś mnie gołymi rękoma? – zapytała, patrząc na ciało. Zawiał silny wiatr, który zatargał jej włosami i suknią. – Ty już dawno mnie zabiłeś.
Śmierciożercy, którzy aż do tej chwili wstrzymywali oddechy, zaczęli się poruszać i rozmawiać. Kilku podeszło do Toma, by sprawdzić, czy oby na pewno nie żyje, jednak nie było innej możliwości – Snape rzucił ku niemu zaklęcie uśmiercające, a jako iż wszystkie horkruksy zostały zniszczone, musiał zginąć.
Nikt natomiast nie podszedł bezpośrednio do Victorii. Śmierciożercy w większości odsunęli się od Czarnego Pana, by przejść na jej stronę, a ona ich wszystkich dziś zdradziła, wybierając Toma, który ostatecznie się od niej odwrócił. Nikt nie wiedział, co należy w jej sytuacji zrobić. Była jednocześnie ich władczynią i zdrajczynią. Dziewczyną, która dała im szansę zająć inną stronę, niż tę Voldemorta, ale i dziewczyną, przez którą w dużej mierze Voldemort się zmienił, przez co chcieli od niego odejść. Cała historia więc Victorii i Toma, mimo licznych rozwidleń dróg, była jednak ściśle ze sobą połączona. Ona była, jakby nie patrzeć, jego częścią, chociaż niedosłownie, bo nie uczynił z niej horkruksa. Ale musiał coś do niej czuć, mimo tego, że się wyrzekł miłości do niej. Zdaje się, że łączyło ich coś najbardziej niebezpiecznego we wszechświecie – wzajemna miłość i nienawiść, która zawsze musi kończyć się tragedią.
– Co zamierzasz ze sobą teraz zrobić? – zapytał rzeczowym tonem Ludwik, podchodząc do niej i chowając ręce za plecy.
– Nie wiem – wyszeptała, rozglądając się ze łzami w oczach na boki. – Straciłam wszystko, co budowałam przez ostatnie miesiące. Straciłam także to, co miałam wcześniej, nim zaczęłam nowe życie jako jego żona. Nie mam już niczego i nikogo. Nie mam rodziny, męża, miłości, was, władzy, przyjaciół... Nie mam niczego.
– Możesz próbować zacząć od nowa, wyjechać gdzieś... – zaczął Ludwik, jednak przerwał mu Snape, który podszedł do nich i wbił lodowate spojrzenie w Victorię:
– Ale najpierw powinnaś udać się na terapię do szpitala św. Munga. Przez ostatnie miesiące przeszłaś liczne traumy. Nie będziesz w stanie normalnie egzystować, jestem tego pewien. Widać to w twoich oczach.
Nie zamierzał jej szczędzić. Nigdy nie poczuł się tak bardzo zdradzony jak paręnaście minut temu, widząc ją i Toma padających sobie w ramiona. Po tym wszystkim, co jej zrobił, dalej była skłonna mu wybaczyć i z nim być. To było dla Snape'a dostateczne potwierdzenie tego, że dla niego samego nie ma miejsca w jej sercu i być może nigdy nie było.
– Uważasz, że wariuję? – warknęła do niego, po czym spuściła głowę i zaczęła płakać. – Upadłam. Tak bardzo nisko upadłam. Straciłam wszystko.
– Nad czym właściwie rozpaczasz? Nad nim? – Snape spojrzał na martwego Toma. – Czy może nad władzą, która cię zgubiła? Bo, oczywiście zdajesz sobie z tego sprawę, od teraz rzeczywiście już jej nie masz w żadnym stopniu, prawda?
– Straciłam siebie – odparła po chwili, nie podnosząc głowy. – Dawno temu. Stałam się kimś innym.
– Dlatego potrzebujesz leczenia – powiedział Severus, obserwując jak śmierciożercy, z Ludwikiem na czele, palą zwłoki Czarnego Pana.
– Nie wiem czy ono wiele da. Potrzebuję przede wszystkim ludzkich uczuć. Miłości, troski, ciepła. Tom dawał mi tylko pozory tego wszystkiego. Przez to stałam się, nawet nie wiem kiedy, zupełnie pusta i zimna.
– Przy mnie mogłaś to mieć. Ale to odrzuciłaś, bo chciałaś jego i władzy, potęgi. A teraz i tak tego wszystkiego nie masz. Mnie też nie.
Pociągnęła głośno nosem, kiwając gwałtownie głową.
– Wiem. Wiem.
Podniosła wreszcie głowę i niepewnym wzrokiem rozejrzała się. Doszukiwała się wrogości w spojrzeniach, na które się natykała.
– Muszę stąd odejść. Nie do szpitala, nie do Hogwartu. Muszę odejść daleko stąd i nigdy nie wrócić w te miejsca, które mnie będą pamiętać jako Czarną Panią. Tylko w ten sposób zachowam resztki tego, co we mnie pozostało i może uda mi się, gdzieś indziej, odbudować dawną siebie.
Snape myślał dłuższą chwilę nad jej słowami. W końcu kiwnął głową.
– Jesteś dorosła, zrobisz, co będziesz chciała.
– A czy... – zaczęła, zerkając na niego nieśmiało – czy... będę mogła kiedyś do ciebie przyjść, kiedy już odbuduję siebie?
Patrzył na nią długo i tajemniczo. Była pewna, że pozostawi to bez odpowiedzi, gdy zaczął przenosić wzrok na ogród i powoli się odwracać. Nie patrząc na nią, kiwnął głową na znak zgody, po czym zaczął się oddalać.
