Zapach deszczu unosił się jeszcze w powietrzu, gdy wylądowała na mokrej trawie, nieopodal bramy wiodącej do Hogwartu. Łza niemal automatycznie wypłynęła jej z oka, gdy zobaczyła w oddali zamek. Podeszła do bramy i stanęła twarzą w twarz z Filiusem Flitwickiem.
– Dzień dobry – powiedział do niej rzeczowym tonem. – Pani dyrektor, profesor McGonagall, poprosiła mnie, abym na panią tu czekał, a następnie wpuścił, gdy się pani zjawi.
Otworzył bramę, a ona przez nią przeszła.
– Dzień dobry i dziękuję. Hogwart, Merlinowi dzięki, wygląda prawie tak samo, jak przed bitwą... – przełożyła kosmyk włosów za ucho, zerkając na niego nieśmiało.
Zamknął bramę i zaczął iść w stronę zamku, jednak powoli, jakby na nią czekał, a więc uznała to za zaproszenie do wspólnej przechadzki, być może rozmowy, i poszła za nim.
– W rzeczy samej, choć przykre jest to, że owa bitwa miała w ogóle miejsce.
– Nie wątpię w to, że nauczyciele z Hogwartu widzą we mnie wroga. Nie wątpię i się nie dziwię.
– Nie że od razu wroga... – Flitwick machnął ręką. – W końcu ostatecznie wszystko się wyjaśniło... Współpracowaliście z profesorem Snape'em dla profesora Dumbledore'a... Zabiłaś go na jego własne życzenie... Ale jednak, nie da się temu zaprzeczyć, złą stronę także wspierałaś, można mieć więc co do ciebie żal, ale nie sądzę, aby ktokolwiek widział w tobie wroga. W pani, właściwie, przepraszam... – poprawił się, z zawstydzeniem wbijając wzrok w podłogę. – Po prostu wciąż pamiętam panią jako tę siedemnastoletnią Ślizgonkę, która zawsze trzymała się z bratem... Właśnie, jak u Dracona?
Victoria milczała dłuższą chwilę.
– Trzy lata temu opuściłam wszystko to, co mi było znane. Przeniosłam się do Irlandii, z niej właśnie wróciłam parę dni temu. Nie widziałam Dracona od trzech lat. Nie mieliśmy żadnego kontaktu. Z nikim, kogo znałam, nie miałam żadnego kontaktu.
– To przykre, ale świadczy także o tym, iż... chyba się zrehabilitowałaś, nieprawdaż? – spojrzał na nią. – Taki był twój cel w tej przeprowadzce do Irlandii?
– Tak. Przede wszystkim chciałam sobie wszystko ułożyć od nowa w głowie. Wie pan, życie z Czarnym Panem mi wszystko pomieszało. Ale na szczęście to już przeszłość. Na szczęście...
Dotarli do wrót wejściowych. Gdy weszli do zamku, Flitwick się z nią pożegnał. Victoria, tak naprawdę, przybyła do Hogwartu głównie dla jednej osoby, jednak wiedziała, że skoro McGonagall zgodziła się ją przyjąć, powinna i do niej zajrzeć.
– Dzień dobry, pani dyrektor – Victoria uśmiechnęła się nieśmiało, gdy McGonagall wpuściła ją do okrągłego gabinetu, który niegdyś należał do niej.
Minerwa po dłuższej chwili odwzajemniła uśmiech i, co było niebywałe, podeszła do Victorii i ją objęła. Zobaczyła bowiem w oczach tej młodej kobiety, że nie ma w niej już ani krzty dawnej osobowości, która była oddana Voldemortowi, choć – prawdę mówiąc – i tak nigdy do końca.
– To przede wszystkim za podziw, którym darzę twoją osobę – powiedziała starsza kobieta. – Tyle przeszłaś w swym krótkim życiu... Tyle traum przeżyłaś... Ja nie jestem pewna, czy dałabym radę stawić czoła choć jednej.
– Na pewno dałaby pani radę.
Usiadły w fotelach. Victoria, nie mogąc się powstrzymać, zaczęła się rozglądać po tym gabinecie, w którym kiedyś spędzała tyle czasu.
– Próbowałam się z tobą skontaktować około rok temu, jednak mi się nie udało. Martwiłam się, że przepadałaś na zawsze – powiedziała Minerwa. – Trzy lata temu, gdy gdzieś zniknęłaś, a następnie pojawiły się dowody na to, że całe to przejęcie zamku przez śmierciożerców, a nawet zabicie profesora Dumbledore'a, były tak naprawdę spełnianiem przez ciebie jego woli, nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Byłaś w tym wszystkim sama, z Voldemortem nad sobą i presją wykonywania misji powierzonej ci przez profesora Dumbledore'a obok siebie. Musiałaś być i dla jednej, i dla drugiej strony. To musiało być niewyobrażalnie ciężkie i nie śmiem winić cię za cokolwiek, nawet za to, że ostatecznie udałaś się do Voldemorta i chciałaś się z nim pogodzić, bo dureń zawrócił ci w głowie, przemieniając się w przystojnego mężczyznę.
Victoria milczała dłuższą chwilę. Poczuła dziwny smutek, gdy przypomniała sobie swe dawne życie. Poczuła współczucie do siebie samej. Przypomniała sobie o strachu, który nieustannie czuła, zwykle przez Toma. O zabijaniu Dumbledore'a, podczas gdy wcale tego nie chciała. O martwych ciałach rodziców. O ludziach, których zamordowała. O byciu królową, które było jej przekleństwem.
– Wybacz, te rany chyba są wciąż zbyt świeże dla ciebie... – rzekła McGonagall, widząc jej uciekające spojrzenie, napełniające się łzami.
– Nie, właściwie... Muszę umieć stawić czoła swej przeszłości. Nie powinnam o niej zapominać. Właściwie się tego nie da uczynić. Cały czas więc uczę się żyć z tym, co było... Ale jest już coraz lepiej – uśmiechnęła się. – Przez te trzy lata... naprawdę wiele się nauczyłam, wiele zrozumiałam. Poznałam samą siebie. To jest dla mnie niezwykle ważne.
McGonagall uśmiechnęła się. Victoria zapytała:
– Czy profesor Sn... a właściwie, głupio mi go tak nazywać... Dużo razem przeszliśmy... Czy Severus jest u siebie? – podniosła się z fotela i wygładziła swoją długą, beżową spódnicę. – Bardzo zależy mi na rozmowie z nim...
– Niestety Severusa nie ma – odparła McGonagall ze zmartwionym spojrzeniem. Także się podniosła. – Nie ma go od początku roku szkolnego, a więc już sześć miesięcy. Wziął sobie wolne w tym roku. Mówił, że jemu chyba także przyda się w końcu odpoczynek i że musi sobie wszystko od nowa w życiu poukładać. Przykro mi. Nawet nie wiem, gdzie go szukać... Nie podał adresu, pod którym będzie się znajdował podczas tej nieobecności.
– Och.
Victoria spuściła wzrok. To właśnie dla niego wróciła z Irlandii, w której życie zaczęło na nowo być dla niej łaskawe. Nie mogła już wytrzymać z tęsknoty za nim.
– Popytam wśród innych nauczycieli, może ktoś ma z nim jakiś kontakt.
– Jeśli zapragnął wolnego roku, to z pewnością z nikim się nie kontaktuje – odparła Vicky, uśmiechając się na wspomnienie tego, jaki był Severus.
– Masz rację, głupio, że sama na to nie wpadłam.
Porozmawiały jeszcze chwilę i Victoria opuściła gabinet. Postanowiła przejść się po zamku. Akurat gdy szła korytarzami i zachwycała się każdym detalem, na nowo się rozpadało. Ciężkie krople deszczu uderzały o szyby, a ona poczuła dreszcz na plecach. Przez chwilę miała wrażenie, że znów jest tą nastoletnią Ślizgonką, która wraca właśnie z lekcji obrony przed czarną magią do dormitorium, myśląc o tym, gdzie jest Pansy i jej brat, oraz co dobrego będzie dziś w Wielkiej Sali na obiad.
Zeszła do lochów. Akurat trwały lekcje, więc na nikogo się wciąż nie natknęła. Zastanawiała się, kto zastąpił Snape'a na stanowisku nauczyciela eliksirów. Może Slughorn...? Nogi same zaprowadziły ją pod jego gabinet, który aktualnie przecież nie był jego... Nie mogła się jednak powstrzymać i nacisnęła klamkę.
– Tak?
Wysoki mężczyzna, który siedział za biurkiem, podniósł się na jej widok. Był w średnim wieku, miał bródkę i okulary na haczykowatym nosie. Jego szata była brązowa, włosy krótkie i pokryte w niektórych miejscach siwizną. W niczym nie przypominał Snape'a, ale też nie był Slughornem.
– Dzień dobry – rzekła Victoria, patrząc dziwnym spojrzeniem na to biurko, na którym siedziała niegdyś naga. Przeniosła jednak szybko wzrok na mężczyznę i uśmiechnęła się. – Pan jest nauczycielem eliksirów?
– Owszem, jestem – odparł z uśmiechem. – Ciebie niestety nie kojarzę, nie jesteś uczennicą, czyż nie? – zmrużył oczy, przyglądając jej się.
– Nie, nazywam się... Zresztą, nieważne... Ja... Chciałam się tylko upewnić, że nie zastanę tu Severusa Snape'a.
– Niestety nie. Ale powiedz, proszę, jak się nazywasz – rzekł, wciąż mrużąc oczy i przyglądając jej się.
Victoria spojrzała na niego z pewnym urazem.
– Tak, dobrze się panu wydaje – powiedziała chłodnym tonem, czując smutek i żal. – To ja, Victoria Malfoy, swego czasu Riddle... Zapewne pan o mnie słyszał, gdy byłam żoną Czarnego Pana i królową świata czarodziejów. Ale nie musi pan mnie osądzać, nie po to tu przyszłam.
– Nie to miałem na myśli – odparł, marszcząc brwi i podchodząc do komody, która stała z tyłu. Zaczął szukać czegoś w szufladzie. – Nie po to pytałem, jak się nazywasz, a o twej działalności lat temu parę, wiem dosyć mało, bo jestem z zagranicy i nie przejmowałem się wtedy sprawami waszymi. Po prostu wspomniany przez ciebie pan Snape zostawił mi coś dla ciebie. Powiedział, że jakbyś się tu zjawiła pod jego nieobecność, to mam ci to przekazać.
Serce Victorii zabiło szybciej, gdy mężczyzna wręczył jej kopertę podpisaną jej imieniem i nazwiskiem.
– Dziękuję i przepraszam za te wcześniejsze słowa. Owocnej pracy w Hogwarcie i wszystkiego dobrego! – rzuciła i po chwili już jej nie było.
Na korytarzu szybko otworzyła kopertę, opierając się o ścianę, aby nie upaść z emocji. Wyciągnęła z niej pergamin, na którym było napisane:
„Dziwne, ale wydaje mi się, że przybędziesz do Hogwartu właśnie w tym roku. Może znam Cię na tyle dobrze, że wiem, iż trzy lata to dla Ciebie idealny czas, by pogodzić się z samą sobą i powrócić do normalnego świata. A może to po prostu głupie przeczucie. W każdym razie zostawię ten list u nowego nauczyciela eliksirów, abyś nie przeżyła rozczarowania, gdy okaże się, że odszedłem bez żadnego śladu. Oczywiście możesz mnie odwiedzić, jeśli chcesz, ale nie wiem, czy będę wtedy akurat sam. Na drugiej stronie zapiszę mój adres.
Severus Snape"
Victoria trzy razy przeczytała te parę zdań. Za każdym razem jednak serce biło jej najmocniej przy zdaniu: „...nie wiem, czy będę wtedy akurat sam". Nie miała pojęcia, o co w tym chodziło. Czyżby Severus kogoś miał? Posmutniała na tę myśl, a najgorsza była świadomość, że przecież miał do tego pełne prawo. Do własnego szczęścia i miłości bez niej, bo w końcu wystarczająco wiele bólu mu sprawiła. Być może nawet na tyle wystarczająco wiele, że nie brał pod uwagi tego, że mogliby jeszcze kiedykolwiek razem coś budować...
Postanowiła przenieść się pod wskazany adres. Wylądowała przed małym, ale pięknym dworkiem, który sąsiadował z dwoma innymi pięknymi dworkami, ale poza nimi także z lasami i polami. Deszcz tu nie padał, chociaż kałuże wskazywały na to, że dopiero co przestał.
Victoria przeszła przez furtkę i skierowała się do drzwi. Miała na sobie kremowy płaszcz i czarne, długie kozaki. Pięć minut stała w miejscu i wpatrywała się w las, który znajdował się za żywopłotem sąsiedniego dworku, nim zapukała.
Otworzył po minucie. Gdy jej oczy spotkały się z jego oczami, łzy zaczęły zalewać jej policzki. Zasłoniła sobie usta dłonią i dalej, z wypływającymi łzami, wpatrywała się w niego.
– Witaj – powiedział po dłuższej chwili. – Wejdź. Deszcz zaczyna padać, chyba twoje łzy go przywołały z powrotem – uniósł jeden kącik ust, próbując być może ją rozbawić. Odsunął się w drzwiach i wpuścił ją do środka.
Weszła. Zaprowadził ją do salonu, w którym dominowały – naturalnie – ciemne odcienie pomieszane ze szmaragdem. Ona usiadła w fotelu, próbując się uspokoić, a on – nie pytając jej, jakby dokładnie wiedział czego potrzebuje, jakby na tyle ją znał – zaczął nalewać do filiżanek gorącej herbaty. Postawił je na stoliku, który stał między fotelami. Usiadł na drugim z nich i wpatrzył się najpierw w podłogę, a później w nią. Oparł łokcie na kolanach, przechylając się do przodu, jakby chciał zajrzeć w jej ukrytą dłońmi twarz.
– Trafiłaś tutaj dzięki listowi, który ci zostawiłem u profesora Heizregena, nauczyciela eliksirów w tym roku? – zapytał.
– Tak – odparła po chwili, odsłaniając w końcu zapłakaną twarz.
Severus wyciągnął z kieszeni czystą chusteczkę i podał jej.
– Dobrze, że postanowiłam zajrzeć do twojego gabinetu – rzekła, zerkając na niego. – Gdybym wyszła ze szkoły prosto po rozmowie z McGonagall, która nie miała pojęcia, gdzie możesz być, nie znalazłabym cię.
– Czułem, że pozostawienie listu u nauczyciela od eliksirów wystarczy. A nawet wolałem tę opcję, od zostawienia go u Minerwy, ponieważ przypuszczałem, że gdy znajdziesz się w Hogwarcie, możesz do niej nie pójść, a do mnie, zapewne, tak. Wtedy byś od razu odkryła nowego nauczyciela i otrzymała od niego list, a to, czy udasz się do Minerwy, nie było dla mnie zbyt oczywiste.
– Więc chyba nie brałeś mojej potencjalnej przemiany na lepsze na poważnie... Jakże mogłabym wyleczyć siebie z tego całego zła, które w sobie miałam, i nie iść do kobiety, która była zawsze reprezentantką tego, co dobre i szlachetne?
– Taaak... Nie do końca byłem pewien, kim będziesz, jak wrócisz. Właściwie dalej nie jestem tego pewien, choć fakt, że udałaś się do Minerwy rzeczywiście wpływa na twoją korzyść.
– Zmieniłam się, Severusie. Wiem, że to brzmi banalnie i równie dobrze może kryć się za tymi słowami obłuda. Ale ja jestem pewna, że się nie kryje. Mieszkałam te trzy lata w Irlandii... Otaczałam się paroma bardzo dobrodusznymi osobami, które mi pomogły. Odbyłam także wiele samotnych kontemplacji. Dziś już wiem, kim jestem. I z pewnością nie jestem tą osobą, którą byłam kiedyś. Wtedy się bardzo pogubiłam. Byłam, jak to kiedyś sam zauważyłeś, zwykłą nastolatką, której nagle włożono na głowę koronę i kazano władać tłumami, a także żoną potwora. Severusie, wiem, że możesz nie zgadzać się z tym, co teraz powiem, ale ja nie byłam taka, jaka byłam, wyłącznie z własnej winy. Przecież w tamtym czasie cały świat był przeciwko mnie... Każda ze stron widziała we mnie wroga... Ostatecznie nawet Tom go we mnie zobaczył, chociaż przecież to z jego powodu wszyscy inni go we mnie widzieli. Chcę po prostu powiedzieć, że los traktował mnie bardzo niesprawiedliwie, bo ja nie byłam na tyle dojrzała psychicznie, by to wszystko znosić. Nie umiałam. Naprawdę cała wina więc leży we mnie?
Severus milczał chwilę, zastanawiając się nad jej słowami.
– Po pierwsze myślę, że nikt nie jest na tyle dojrzały psychicznie, by bez problemu znosić to wszystko, co ty musiałaś. Nie przeczę temu, Victorio. Ja w ogóle nie winię cię za nic, co musiałaś. Żal miałem... i może nadal mam... za to, co mogłaś, a czego nie zrobiłaś. Na przykład to, że te trzy lata temu zostawiłaś mnie, zostawiłaś wszystkich śmierciożerców, którzy byli po twojej stronie, i wróciłaś do niego, mimo że wcale nie musiałaś.
– Wiem, ja... – Victoria zaczęła bawić się skrawkiem spódnicy, spuszczając głowę. – Ja naprawdę byłam nim dziwnie zauroczona. Ta świadomość, że uczynił ze mnie królową, sprawiała być może nawet, że czułam powinność wobec tego, aby przy nim trwać. Czułam się mu wiele dłużna.
– A ja cię kochałem, wobec tego jednak nie czułaś się dłużna, by mi to oddać.
Spojrzała na niego, jednak nie wytrzymała jego wzroku i odwróciła głowę.
– Też cię kochałam, choć pewnie w to nie wierzysz i nie dasz mi już nigdy szansy, bym mogła ci oddać tamtą twoją miłość.
– Rzeczywiście za wcześnie, by mówić o jakimkolwiek dawaniu szansy – odparł.
Zerknęła w jego stronę.
– Masz kogoś? W liście uprzedziłeś mnie, że możesz nie być sam.
– Gdy pisałem ten list, pod koniec ostatnich wakacji, spotykałem się z pewną kobietą. Próbowałem ułożyć sobie życie. Na mnie ta cała wojna i służenie obydwu stronom także odcisnęło spore piętno. Okazało się, że na tyle spore, że potrzebowałem totalnie wolnego roku od wszystkiego i od wszystkich. Już sobie po prostu nie radziłem w Hogwarcie, wszyscy irytowali mnie bardziej, niż zwykle.
Victoria uśmiechnęła się.
– Rozumiem.
– Ale z ową kobietą już nie jestem. To nie było to. Ona po prostu nie była... – zatrzymał się, zerkając na Victorię z lekkim przerażeniem, jakby bał się tego, co chciał powiedzieć.
– Nie była...? – Vicky przechyliła głowę w bok, patrząc na niego.
– Tobą. Chyba taki właśnie był z nią problem – odparł i odchrząknął, uśmiechając się ironicznie.
– Że też musiałeś zakochać się w takiej nieszczęśnicy, co nie? – uniosła brwi i zaśmiała się. – Myślę, że jestem wyjątkowo pechową jednostką.
– Może. Draco mówił o tobie podobnie, gdy wciąż przeżywał, że najpierw musiał znosić Czarnego Pana jako twego męża, potem ciebie jako zwariowaną władczynię, a następnie twoje zniknięcie.
– Masz z nim kontakt? – Victoria wyprostowała się i popatrzyła na niego wielkimi oczyma.
– Oczywiście. Wpada czasem do mnie. Ma chyba nawet jakąś dziewczynę, z tego co mi mówił, ale tego dnia, gdy mi o tym opowiadał, byłem wyjątkowo nie w humorze, więc go zbytnio nie słuchałem i ostatecznie wywaliłem go za drzwi. Raczej wszystko u niego w porządku.
– Możesz go tutaj ściągnąć? Nie widziałam go od trzech lat...
– Pewnie bym mógł, ale nie bez wysiłku, bo nie znam jego adresu, jednak pewnie niedługo sam wpadnie. Zjawia się średnio raz na dwa tygodnie. Ostatni raz był kilkanaście dni temu, więc zapewne szybko się pojawi. Powiadomię cię o tym. A ty zamierzasz wrócić do Irlandii czy przeprowadzić się znów gdzieś tutaj?
– Może wrócę na mój rodzinny dwór. Co prawda nie mam z tym miejscem dobrych wspomnień, jeśli chodzi o ostatnie lata, gdyż tam przecież mieszkał Czarny Pan, ale wychowałam się w tym domu... Moi rodzice nie chcieliby, aby stał pusty... A Draco zapewne tam też nie mieszka, wątpię, że by chciał.
– Zapewne nie – odparł Snape i przeciągnął się. – Myślę, że to dobry pomysł, abyś już wróciła z tej Irlandii. Zostaliśmy, jak pewnie już wiesz, oczyszczeni ze wszelkich zarzutów. Ty zrozumiałaś swoje winy, z tego co mówisz. Myślę więc, że nie ma sensu, abyś dłużej się tam męczyła. Witaj w domu.
Uśmiechnęła się.
– Masz rację. Wiecznie uciekać przed przeszłością nie mogę, a teraz, kiedy już wszystko sobie poukładałam, jestem gotowa stawić jej czoła.
Podniosła się z fotela.
– Nie będę cię już męczyć, Severusie. Rozumiem, że potrzebujesz czasu. Może, jeśli będziesz gotów mi kiedyś całkowicie wybaczyć, spróbujemy być ze sobą. Za nic w świecie nie mam do ciebie pretensji, że chcesz być ostrożny. Ja sama przy sobie jestem wciąż ostrożna, więc... – uśmiechnęła się i spojrzała w sufit. Severus także podniósł się z miejsca. – Dziękuję ci, że mogłam do ciebie przyjść i cię zobaczyć. To bardzo wiele dla mnie znaczy.
Snape uśmiechnął się lekko i kiwnął głową. Zaczęli iść w stronę drzwi wyjściowych.
– Daj mi znać przez list, gdzie będziesz mieszkać. Prawdopodobnie jednak Dwór Malfoyów, tak?
– Raczej tak. Udam się tam dzisiaj, stanę w progu i zdecyduję, czy chcę tam mieszkać. Ale myślę, że tak właśnie uczynię. Oczywiście dam ci znać... Więc mogę liczyć, że kiedyś i ty do mnie wpadniesz?
– Myślę, że choćbym nie wiem jak próbował się od tego powstrzymać, to mi się nie uda. Możesz być więc pewna, że pewnego dnia się pojawię.
Snape otworzył jej drzwi, jednak ona, stanąwszy w progu, nie mogła się zebrać, by wyjść. Złapała go delikatnie za dłoń i przymknęła oczy.
– Każdego dnia będę więc cię wypatrywać – rzekła i uśmiechnęła się promiennie, otwierając powieki. – Bądź zdrów, kochanie.
I wyszła. Nim deportowała się, rzuciła mu jeszcze jedno spojrzenie i jeszcze jeden uśmiech. On także się uśmiechnął.
