A to drugi z grudniowych drobiazgów, który odgrzebałam po paru miesiącach, niewielka alternatywa. Prezent dla miśqi :)
24 grudnia 1979
– Pomyliłeś domy? – wycedził Syriusz.
Nie celował do chłopaka stojącego w jego progu z różdżki, choć korciło go. Tak samo, jako korciło, żeby złapać go za fraki i wywalić siłą poza strefę antydeportacyjną budynku.
Regulus westchnął nieznacznie.
– Mogę wejść? – spytał.
Chłopak wydawał się wymizerniały, jeszcze chudszy niż zwykle i zdecydowanie niżej trzymał głowę. Zupełnie jak nie Black. Po prawdzie chyba pierwszy raz w życiu Syriusz widział, żeby ten gnojek się garbił.
– Zaraz się zbieram – prychnął, ale zawahał się. – Na chwilę – dodał bez przekonania.
Regulus skinął głową, ni to w geście potwierdzenia, że usłyszał, ni to w jakimś skąpym podziękowaniu.
Zdjął pelerynę i powiesił ją na haku przy drzwiach, a później rozejrzał się po kawalerce Syriusza i skrzywił nieznacznie.
– Jeśli skomentujesz – ostrzegł go brat – natychmiast wylecisz.
– Myślałem, że sobie radzisz…
– Radzę – prychnął. – Choć pewnie nie według twoich arystokratycznych standardów.
Zatrzasnął drzwi trochę mocniej niż planował. Regulus był tu od niecałej minuty, a już zdążył go wkurzyć. W zasadzie wnerwił go już sam jego widok. A do furii doprowadziło to, że zaczął się martwić. Nie po to zostawił za sobą całe to bagno, aby przejmować się podkrążonymi oczami swojego irytującego braciszka.
– Więc? Po co tu przyszedłeś? – spytał, ostentacyjnie pomijając kwestię "jak mnie znalazłeś?". Nie chciał wiedzieć.
Regulus najpierwsz przełożył stos magazynów miotlarskich z krzesła na blat szafki kuchennej i usiadł. Dopiero później spojrzał na Syriusza dziwnie zmęczonym wzrokiem.
– Pomyślałem, że wpadnę. To już będzie ponad rok, jak się nie widzieliśmy…
– Jeśli uznać, że te twoje mordercze spojrzenia znak stołu ślizdoglist można tak zakwalifikować.
Syriusz zmierzył go długim spojrzeniem. Chciał móc powiedzieć, że Regulus nie pasował do jego kawalerki, którą wybrał, ponieważ była najtańsza, a właścicielka potrafiła przymknąć oczy na jeden czy dwa miesiące opóźnienia z czynszem. To był istotny atut, gdy wylatywało się z roboty tak często, jak Syriusz. I tak uważał, że nieźle mu idzie łączenie tych dorywczych prac z zadaniami dla zakonu, kursem aurorskim i swoim temperamentem.
Problem w tym, że Regulus wydawał się równie zniszczony jak meble, które go otaczały. Jakby coś w ciągu tego roku, przez który Syriusz trzymał się od rodziny jak najdalej się dało, go złamało.
– Więc czego chcesz? – powtórzył, tym razem jednak bez złości w głosie. – Jesteś ślizgonem, Reg. Nie wciskaj mi kitu, że po prostu się stęskniłeś.
Regulus uciekł wzrokiem.
– A jeśli o to właśnie chodzi? – mruknął. – Że się stęskniłem?
Syriusz prychnął śmiechem.
– Tak. Bo zawsze byliśmy tak blisko – stwierdził jadowicie. Ale w końcu odsunął się od drzwi i podszedł do brata. Zrzucił resztki papieru prezentowego ze stołka i usiadł. Różdżką otworzył lodówkę, przywołał piwo. – Dobra, co się stało? Wyglądasz jak inferius.
Regulus wzruszył ramionami nieznacznie.
– Merlinie, zaczynam przypominać sobie, czemu cię nie znosiłem – mruknął Syriusz. A później w przypływie impulsu złapał go za lewy nadgarstek i podciągnąć rękaw szaty do góry. Reg natychmiast spróbował się wyszarpnąć, ale i tak dostrzegł zarys czaszki i węża. – Kurwa – rzucił.
Właściwie spodziewał się tego. Po tych wszystkich rozmowach, w których jego rodzice zachwalali przy stole działania Tego-Wężowego-Drania, poza tym wiedział, z jakimi ludźmi Regulus kręcił się w szkole, ale i tak… Jak mógł być tak durny…
Machnął różdżką, wyciszając pokój, a później odłożył ją na blat. Regulus nie patrzył na niego i to wkurzyło go jeszcze bardziej. Teraz robił z siebie ofiarę. Ta mała gnida.
Poderwał się i złapał go za fraki, zmuszając, żeby też wstał. A później z całej siły walnął z pięści w twarz.
Regulus syknął i przyłożył dłoń na rozbitego nosa.
– Zabiłeś kogoś? – wysyczał Syriusz.
– Ja…
Urwał.
– Wiem, że siedzisz w gównie. Chcę wiedzieć, jak głęboko – warknął Syriusz. – Zabiłeś kogoś?
Regulus w końcu skinął głową. Ledwo zauważalny ruch, ale odpowiedź i tak było widać w jego spojrzeniu.
– Kurwa mać – powtórzył Syriusz.
Odepchnął go tak mocno, że Regulus zrobił parę kroków do tyłu. Potknął się o ciuchy skłębione na podłodze i upadł na tyłek. Z nosa ciekła mu krew.
Syriusz miał go ochotę zlać go tak, aby ten idiota już się nie podniósł. Ale zamiast tego złapał za butelkę i otworzył ją o kant blatu. Napił się.
– Rodzice wiedzą? – spytał pustym głosem.
– Nie. Choć chyba domyślają się, że… należę… – powiedział cicho. Potarł lewy rękaw. – Byli szczęśliwi.
– Jasne, że byli – zakpił. Przez chwilę milczał: – A aurorzy? Ktoś cię obserwuje?
– Nie. Nie wiem.
Przez chwilę Syriusz na niego patrzył.
– Wstawaj. Wyglądasz żałośnie.
Kiedy Regulus się nie ruszył, sam do niego podszedł i pociągnął za fraki do góry. Posadził na krześle, sam usiadł. Przysunął drugą butelkę w jego stronę. Reg użył różdżki, aby ją otworzyć.
– Jak mogłeś być tak głupi? – spytał Syriusz w końcu, właściwie retorycznie.
Regulus wzruszył ramionami.
– Spodziewałem się czegoś innego.
– Niż banda morderców? Przecież cię ostrzegałem, że to bagno.
Tym razem to brat spojrzał na niego ze złością.
– Kiedy? Pomiędzy wyzwiskami, nabijaniem się, że jestem maminsynkiem, czy traktowaniu całej naszej rodziny i Slytherinu jak wylęgarni zła?
– A co? Nie miałem racji? – wycedził. – Wszyscy jesteście popieprzeni.
Regulus drgnął. Z jego twarzy odpłynęły emocje. Oszczędnym ruchem wyczarował chusteczkę i przytknął ją do nosa, choć krew niemal już przestała płynąć.
– Tak, zgrywaj teraz obrażonego – zirytował się Syriusz. – I zwal na mnie winę jak zawsze. Śmiało. Powiedz, że dołączyłeś do Śmierciożerców, bo nie byłem dobrym, starszym bratem, czy co ci tam chodzi po głowie.
– ...dlaczego mnie nienawidzisz? – spytał Regulus sucho. Z jego twarzy niczego nie dało się odczytać.
Syriusz zaśmiał się gorzko.
– Nienawidzę? – powtórzył. – A widzisz, żebym fiukał po aurorów? Już byłbyś w Azkabanie, gdybym cię nienawidził.
Ramiona Regulusa opadły nieznacznie.
– Więc czemu ciągle zachowujesz się, jakbyś mnie nienawidził? – spytał z żalem.
– Niby kiedy? Bo walnąłem cię za zrobienie horrendalnej głupoty? Uważaj, bo zaraz ci dołożę – mruknął, czując się nagle niekomfortowo. Wziął butelkę i pociągnął kolejny łyk.
– Od kiedy poszedłem do Hogwartu. Zresztą, może nawet wcześniej – drążył chłopak jednak. – Co ja ci takiego zrobiłem?
Syriusz odstawił butelkę z hukiem, tak, że szkło mało nie pękła.
– Oprócz bycia małym kapusiem, który ciągle na mnie donosił? Wiesz, ile razy oberwałem, bo byłeś grzecznym synkiem mamusi?– wycedził. Myślał, że ma to już za sobą, że zapomniał o tym całym bagnie, ale wystarczyło spojrzeć na Regulusa, a wszystko wracało. – Zawsze chroniłem twój tyłek – wyrzucił mu. – W szkole też. Myślisz, że czemu huncwoci nigdy nie utarli ci tego zadartego nosa? I po co? – Znów złapał go za lewą rękę i uniósł ją, tak, aby szata zsunęła się do łokci. – Świetnego mam brata, nie ma co.
Regulus opuścił głowę.
– To nie tak…
– A teraz? – prychnął Syriusz. – Parę lat traktowałeś mnie jak powietrze, ale teraz, gdy masz kłopoty, gdzie lecisz? Do mamusi? Kumpli ślizgojadów? Nie, jesteś tutaj, bo gdzieś w tej durnej łepetynie masz zakodowane, że brat zawsze wyciągnie cię z bagna, w które wlazłeś.
– Syriusz, ja…
– Nie wykręcaj się. Choć raz… choć raz przestań być takim cholernym ślizgonem i weź odpowiedzialność za to, co robisz – warknął, ale nagle poczuł koszmarną bezradność. – Bo co ja niby mam zrobić, Reg?
Regulus uśmiechnął się. Smutno.
– Ja naprawdę nic od ciebie nie chcę – powiedział. – Tylko… przyszedłem cię zobaczyć. Tylko tyle.
Tym razem to Syriusz uciekł wzrokiem.
– Pogadam z Dumbledorem. Może coś wykombinuje.
– Nie trzeba.
– Regulus, nie pieprz – warknął. – I nie waż się iść na aurorat – dodał nagle z niepokojem. – Ten drań ma tam wtyki. Zdejmą cię zanim zaczniesz zeznawać.
– Wiem, zorientowałem się.
W końcu Syriusz na niego spojrzał. Złość zniknęła, zastąpiona przygnębieniem.
– Reg… – Zawahał się. Zmienił zdanie. – Wróć do domu, zachowuj się normalnie. Są święta. Jesteś… No, jesteś ślizgonem, pograj trochę. Kup sobie czas. A ja wyciągnę cię jakoś z tego. – Znów wziął butelkę i obrócił ją w dłoniach, wodząc palcem po krawędzi etykiety. – Jasne?
– W porządku – skłamał Regulus.
Syriusz przez chwilę patrzył na niego, jakby chciał mu to wytknąć.
– Nastawię ci nos – stwierdził jednak tylko.
Znał podstawy medycyny z kursu. Nic specjalistycznego, ale wystarczające, by doprowadzić twarz chłopaka do porządku. A później znów przez chwilę stali w milczeniu, zanim Regulus westchnął.
– Miałeś gdzieś iść…
– Mhm, jestem umówiony z Jamesem i Lily. Stwierdzili, że skoro pakuję się do nich na święta, muszę pomóc z… rzeczami…
Regulus nie spytał, czy wpadnie też do nich. Obaj wiedzieli, że w najlepszym razie skończyłoby się to awanturą, a w najgorszym pojedynkiem.
– Nie będę cię zatrzymywać – stwierdził Reg i podniósł się. Ręce mu lekko drżały, gdy zapinał pelerynę. – Syriuszu…
– Co jeszcze? – mruknął, gapiąc się na butelkę, jakby była z jakiegoś powodu bardziej interesująca od brata.
– Żegnaj.
31 grudnia 1979
– Ciągle martwisz się o tego bubka? – spytał James, siadając obok Syriusza na dachu. Lily jeszcze kręciła się na dole, ale oni już wyszli, aby poczekać na fajerwerki.
Syriusz wcisnął do kieszeni zdjęcie gwałtownie, choć w mroku Potter i tak nie mógłby dojrzeć, co na nim jest. Sam nie był pewien, czemu je wyciągnął. Czemu w ogóle wsadził je do kieszeni w pierwszym momencie.
Po prostu podniósł je z podłogi – musiało wypaść Regulusowi, kiedy się przewrócił – i nie potrafił wyrzucić.
– Trudno się nie martwić. To taki idiota, że mógłby się zgubić we własnym kufrze – zażartował, próbując ukryć niepokój.
Regulus nigdy nie dotarł do domu tamtego dnia.
– To ślizgon – stwierdził James. – Oni z wszystkiego się wywiną, co nie? Pewnie upił się pierwszy raz w życiu w jakiejś knajpie i aportował do Hiszpanii.
– Mhm.
– A poza tym złego licho nie bierze.
– Merlinie, James, mówiłem ci, że się nie martwię.
– Tylko od tygodnia burczysz i warczysz na wszystkich – prychnął, nagle zirytowany. – I kręcisz po Nokturnie jak smród po bucie wiedźmy.
Syriusz zacisnął palce nieco mocniej na fotografii.
– Wiesz, jak teraz jest – stwierdził lakonicznie. Nie potrafił przyznać się przyjacielowi, że jego brat został Śmierciożercą.
– Wiem, wiem. – James uniósł dłonie w pokojowym geście. Odcięły się mocniejszą czernią na tle nieba. – Tylko… Serio, Łapo? To w końcu Regulus.
Syriusz milczał.
– Jakbym ja miał takiego brata, cieszyłbym się, że przepadł – ciągnął Potter. Zaraz jednak dodał nerwowo. – Znaczy, na święta. Bo miałeś spokój. Nie że w ogóle.
– Nie pogrążaj się.
Przez chwilę siedzi w milczeniu. W końcu James westchnął.
– To co jest na tym zdjęciu?
Syriusz drgnął.
– Jakim?
– Teraz ty się nie pogrążaj.
Wreszcie Łapa westchnął i wyciągnął fotografię z kieszeni. Rzucił przytłumiony Lumos, aby nie raził po oczach. James pochylił się, zaciekawiony.
Zdjęcie było stare, Syriusz miał może cztery lata, Regulus najwyżej dwa. Siedział na kolanach matki, wyciągając ręce w stronę brata, który kręcił się po pokoju na dziecięcej miotełce, asekurowany przez ojca. W salonie stała jeszcze ta stara, olbrzymia sofa, która w czasie zabaw służyła za okręt albo występ skalny ponad oceanem wrzącej lawy…
– Wyglądaliście jak normalna rodzina – stwierdził Potter w końcu, chyba zaskoczony tym faktem.
– Tak. Wyglądaliśmy – mruknął, ale nie potrafił oderwać wzroku od brata. Malec patrzył na niego jak w obrazek. Choć może chodziło o miotłę. Przełknął ślinę. – Słuchaj, James…
– Hm?
– Myślisz, że byłem dobrym bratem?
James prychnął.
– Gadasz, jakby on już nie żył.
Syriusz mimo woli przypomniał sobie spojrzenie, które rzucił mu Regulus, gdy wychodził. Wzdrygnął się.
– Po prostu odpowiedz.
– Bo ja wiem? – Westchnął i spoważniał. – Reg na pewno nie był.
– Ta…
Zgasił Lumos znienacka i schował zdjęcie do kieszeni gwałtownym ruchem.
– Dobra, koniec smętów – stwierdził sztucznie radosnym tonem. – Zawołasz Lily? Zaraz powinni strzelać.
– W porządku – mruknął James, choć sceptycznym tonem. – Zobaczę, co ją zatrzymało.
Poklepał go po ramieniu, gdy wstawał.
Tymczasem Syriusz zadarł głowę, wpatrując się w konstelacje. Zawsze był dobry z astronomii, choć nigdy się do tego nie przyznawał, bo to było coś, co bardziej pasowało do takiego kujona jak Remus.
Pomyślał, że to cholerna ironia losu, że Regulus jest najjaśniejszą gwiazdą w gwiazdozbiorze Lwa.
