Nic, co pochodzi z książek J.K. Rowling lub z filmów o Harrym Potterze nie należy do mnie.

To mój najmroczniejszy z tekstów. Proszę o cierpliwość i wnikliwe czytanie, bo to, co wydaje się oczywiste, wcale tu takim nie jest.

OSTRZEŻENIE! W tym opowiadaniu pojawić się mogą sceny przemocy werbalnej, fizycznej i seksualnej, jednak nie są one romantyzowane, przedstawiane jako doświadczenia natury erotycznej.


Satan's Best Friend

Rozdział 1

Trzask ognia w kominku był jedynym dźwiękiem mącącym ciszę mrocznego salonu. Pokój był na tyle obszerny, że mimo jasno płonących drew, ściany tonęły w mroku – blask bijący z paleniska ogarniał tylko środek pomieszczenia z wysłużoną kanapą i wełnianą matą podłogową w rolach głównych. Wydawać by się mogło, że w takim miejscu nie może się uchować, niezauważona, żadna żywa istota, choć trochę większa i śmielsza od myszy. Jednak w najciemniejszym kącie salonu, plecami odwrócony do ognia siedział w fotelu Mistrz Eliksirów. Jego niewidoczna w mroku, przygarbiona sylwetka zdradzała ciężar zarówno wielu lat życia, jak i ogromu zła, które zadawał i które było zadawane jemu. Przychodził tu co wieczór. Siadał w wysokim, zniekształconym ze starości fotelu, tyłem do wszystkich tych, którzy nie zapadli jeszcze w słodki sen. I czekał. Czekał, aż będzie mógł tu zostać – niezauważony, sam i niepocieszony. W mroku tlił się skręcony bezszelestnie papieros, obłoki dymu otaczały go co raz gęściej i gęściej. Siedział i czekał. Ale spokój nigdy nie przychodził; nawet w najczarniejszej godzinie nocy jego oczy nie zamykały się – śnił wciąż na jawie koszmar swoich wspomnień i lęk przed tym, co jeszcze go czeka. Co jeszcze będzie musiał pamiętać. Siedział i czekał, lecz nawet gdy garbił się tak, że jego wielki nos niemal dotykał kościstych kolan, nie był w stanie odsunąć koszmarnych obrazów swojego koślawego życia spod na wpół przymkniętych powiek. Dopiero nad ranem siniejące na wschodzie niebo zsyłało na niego kilka chwil wytchnienia – Czarny Sen, bez marzeń, Czarny Sen dla człowieka o Czarnym Sercu. Wtedy przez moment, gdy tracił świadomość, wydawało mu się, że słyszy JEJ śmiech, i widzi rozjaśnioną słońcem poranka twarz. Nie pamiętał, kim była, miał jedynie pewność, że tylko przy NIEJ potrafił żyć naprawdę.

─ Nie wiem, Harry – kobieta w jasno zielonej sukience uśmiechnęła się nerwowo, zerkając na męża spod bujnej grzywy włosów. – Na pewno masz rację, przecież TY znasz się na tym najlepiej.

Znów zerknęła. Nie, na pewno nie zabrzmiało to w jego uszach jak ironia, a to dobrze. Nie chciała go dodatkowo denerwować. Niepotrzebne jej były teraz kolejne awantury. Spojrzała z czułością na swoją małą Rosie biegającą wesoło wśród parkowych drzew. Ona też cierpiała na ich ciągłych nieporozumieniach. Dlatego lepiej było czasem przyznać mu rację, wiedzieć, kiedy odpuścić, bo Harry, kiedy chciał potrafił być naprawdę uparty. I naprawdę przykry. Przez pięć lat ich małżeństwa nauczyła się znosić jego trudny charakter, jednak wciąż szukała sposobu na ład i porządek w ich związku. Choć już dawno przestała się łudzić nadzieją na bajkową sielankę, miała poczucie, że mogłaby postarać się bardziej, a wtedy z pewnością wszystko byłoby idealnie. Jeśli istniało na świecie coś, co dręczyło ją bardziej niż powojenne wspomnienia i strach o córkę, to była to niemożność osiągnięcia wytyczonego sobie celu. Hermiona poszukiwała harmonii w ich związku. Niestety Wybuchowy Harry udaremniał wszystkie jej starania. Cóż, jak to bywa, zwykle szło o błahostki.

─ Dobrze więc, wybiorę się tam w przyszłym tygodniu i wszystko ustalę.

Skinęła głową i odpowiedziała uśmiechem na jego czujne spojrzenie. Patrzył tak na nią bardzo często, odkąd skończyło się piekło wojny z Tym – Którego – Imienia – Nie wolno – Wymawiać. Wiedział, że ma mu coś jeszcze do powiedzenia.

─ Ronald i Ginewra chcieliby wpaść z wizytą – wydusiła w końcu z siebie niechętnie.

─ Po co? – zapytał. Zawsze chciał wiedzieć po co, dlaczego, znać powody każdego zachowania i źródło najdrobniejszego problemu. Czasem było to wyjątkowo uciążliwe z jego strony – przecież mnóstwo rzeczy dzieje się tak po prostu, bez głębszych przyczyn. Jednak Harry zawsze drążył w poszukiwaniu sedna, aby potem obarczyć kogoś winą za najdrobniejszy wypadek.

─ Chcą się z nami zobaczyć – wyjaśniła cierpliwie, powstrzymując westchnienie. Czasem miała wrażenie, że ma przed sobą małe dziecko, nie starsze niż jej córka Rose, które chce znać przyczyny wszystkich zjawisk zachodzących w otoczeniu, bo świat nadal wydaje się mu magiczny, a zasady jego funkcjonowania pozostają dla niego zagadką.

─ Też mi coś. Człowiek dorosły powinien mieć coś więcej w głowie niż dziecinne bzdury, powinnaś o tym wiedzieć Hermiono.

Tak, wiedziała o tym aż za dobrze. Tłumaczył jej to już tak wiele razy i robił to na tyle dobitnie, że nie nigdy o tym nie zapominała. No, prawie nigdy. Jednak tych przykrych momentów nie lubiła wspominać.

─ Ja o tym wiem, Harry, przecież wyjaśniłeś mi to już kiedyś, ale może im także warto by było wytłumaczyć, jakie masz zdanie o TAKIM zachowaniu.

─ Tak uważasz? – Harry widocznie rozważał słowa żony. – Może miałabyś rację, – powiedział po chwili wolno – jednak jest jeden drobny fakt, który uniemożliwia mi realizację twojego błyskotliwego planu – jego słowa ociekały jadem ironii. Hermiona dziękowała w duchu wszystkim ziemskim i nieziemskim siłom za tak wspaniałą pogodę, dzięki której Rosie nie musiała słuchać ich kolejnej kłótni, pochłonięta odkrywaniem na nowo okolicy po zimie.

─ Mamo, mamo! – jak na zawołanie z niedaleka odezwał się jej delikatny, piskliwy głosik.

─ O co chodzi, kochanie?

─ Rose, poczekaj, mama jest teraz zajęta.

─ Ale tato…

─ Masz poczekać, powiedziałem!

─ Harry, nie musisz przecież krzyczeć na małą.

─ Jest niewychowana, a to twoja zasługa.

Dziewczynka ze zwieszoną główką oddaliła się od nich. Hermiona domyślała się, że mała pochlipuje pod nosem, ale nie chce, by rodzice zobaczyli, jak płacze. Harry zawsze powtarzał, że póki człowiek nie przeżyje okropności wojny, nie ma prawdziwego powodu do łez. Widać, to zdanie bardzo mocno wryło się w umysł dziecka.

─ Wracając do naszej rozmowy – zaczął znów swoje.

─ Słucham cię uważnie – zapewniła.

─ Tylko sobie nie drwij.

─ Nie drwię, Harry – głos i twarz miała spokojne, ale serce podeszło jej do samego gardła.

─ Musisz zrozumieć, że ta dwójka rudzielców zaczyna mocno nadwerężać moją cierpliwość.

─ Harry, ja ich przecież nie zaprosiłam, nie śmiałabym bez konsultacji z tobą…

─ Jestem skłonny w to uwierzyć, Hermiono, bo przecież zależy ci na domowym spokoju, jednak zastanawiam się, czemu im nie odmówiłaś.

Znów przyglądał się jej badawczo, z niemal naukowym zainteresowaniem. Hermiona nie odpowiedziała od razu, a on czekał cierpliwie. Akurat cisza i dobrze przemyślane słowa nie irytowały go, a ona wykorzystywała tę cechę męża, aby odwlec kolejne uderzenia burzy.

Wiele razy już zastanawiała się, kiedy Harry tak bardzo się zmienił, ale nie była w stanie wskazać dokładnego momentu. Nie pamiętała przebiegu zachodzących w nim zmian. Była wojna, każdego pochłaniały powierzone mu zadania, nawet ich trójka przestała się regularnie spotykać. Zaczęli mieć przed sobą tajemnice. Rozstała się z Ronem jeszcze przed najgorszym okresem walk. Nie kochała go tak, jak by tego chciał, jak sama pragnęła go kochać. Wiedziała to od dawna, ale potrzebowała bodźca, żeby ośmielić się mu to powiedzieć. Powód pojawił się na tyle niespodziewanie, że decyzję o zakończeniu trzy letniego związku z Weasley'em musiała podjąć w kilka chwil. Powiedziała mu o tym w dniu, w którym chciał poprosić ją o rękę. Było jej z tym ciężko, zwłaszcza, że jego nieporadne próby zachowania oświadczyn w tajemnicy na nic się nie zdały i Hermiona szybko domyśliła się, po co zaprasza ją na kolację. Obyło się bez scen płaczu i bez żalu do siebie nawzajem. Ich przyjaźń, była zbyt silna, by mieli się od siebie odwrócić. Czasem, Hermionie zdawało się, że po tamtym darzeniu stali się sobie jeszcze bliżsi. Jakoś zniknęły dzielące ich mury, które rosły co raz wyżej w miarę, jak piętrzyły się jej kłamstwa o dozgonnym uczuciu, prysło niepotrzebne napięcie i wzajemne pretensje. Nadal wydawało jej się to dziwne, niemal niemożliwe. Jednak niespodziewana reakcja Rona była bardzo miła, w przeciwieństwie do równie zaskakującej zmiany, która zaszła w Harrym. Jednego dnia zerwał zaręczyny z Ginewrą, a następnego klęczał przed Hermioną twierdząc, że to ją naprawdę kocha. Ona widziała w tym raczej jakąś chorą obsesję, nie prawdziwe uczucie. Ginny cały swój żal skupiła na Harrym, wiedząc, że Hermiona nie starała się zwrócić na siebie jego uwagi. Ruda jedyna znała całą tajemnicę i tym większą czuła złość do byłego chłopaka. Harry też coś wiedział, a trochę się domyślał, ale nigdy, bez względu jak próbował ją do tego nakłonić, nigdy nie zdradziła mu więcej, niż było to konieczne. Ginny nie wybaczyła Harry'emu tej zdrady, nie pozbierała się całkiem po tym, jak ją zostawił. Mimo mijających lat nadal żyła sama. Ron próbował ułożyć sobie życie z Lavender, ale ona nie potrafiła zbyt długo wytrzymać z jednym mężczyzną. Obydwoje byli aktualnie sami i zamieszkali z matką w Norze.

─ Nie chciałam, żeby pomyśleli, że coś jest nie w porządku, że coś się zmieniło.

Harry pokiwał głową ze zrozumieniem. To zawsze działało – mówienie o stałości i niezmienności było jak balsam na duszę Wybuchowego Pottera. Status quo zdawał się być bardzo ważny dla tego mężczyzny, który autystycznie obawiał się wszelkich zmian w swoim otoczeniu.

─ Dobrze, więc, powiedz im, że się zgadzam. Tylko nie opowiadaj Ginewrze żadnych kłamstw, nie znoszę babskiego obgadywania.

─ Wszystko jest przecież w porządku, Harry, to są zwykle babskie plotki.

─ Już ja wiem, że ty nigdy nie będziesz dość zadowolona. Nigdy ci nie wystarczałem.

Milczała. To był ten moment, w którym lepiej było się nie odzywać, żeby nie pogorszyć sytuacji, która już i tak była napięta. Zawsze wypominał jej to coś, co tak naprawdę nie miało nigdy miejsca, a do czego musiała się przyznać, by wreszcie przestał udowadniać jej swoje racje. On był jej wyrocznią. Tak już musiało być.

─ Gdzie jest Rosie? – zapytała nagle, zaniepokojona. Jeszcze przed chwilą słyszała jej piskliwy głosik nucący jakąś dziecinną piosenkę poznaną w przedszkolu. Mugolską piosenkę – jak z pogardą mawiał Harry słuchając wesołego paplania dziewczynki. Odraza Pottera do wszystkiego, co niemagiczne była kolejnym niezrozumiałym dla niej skutkiem wojny. Jednak udało jej się przeforsować u niego chociaż to, żeby Rose spotykała się z rówieśnikami z okolicy, skoro postanowił wycofać się niemal zupełnie z życia towarzyskiego. Nie widywali się z Nimfadorą i Lupinem, bliźniakami Weasley ani z nikim innym, kto miał dzieci w wieku jej córeczki, chyba, że w ważne rocznice wojenne, na których z przyzwoitości musieli bywać. Znosiła wtedy przez kilka dni jego zły humor i wszystkie idące za nimi konsekwencje. Żadne z nich nie czerpało też przyjemności z bankietów, na których trzeba było udawać, że wszystko jest OK podczas, gdy nigdy nie było. Zbyt wiele musiała ukrywać, zbyt mocno musiała skupiać się na grze, by móc zwracać uwagę na coś więcej niż słowa swoje i swojego dziecka. Głupiutka, nieświadoma dziewczynka mogła przecież zawsze powiedzieć o słowo za dużo. A wtedy obydwie zapłaciłaby niewspółmiernie za chwilę beztroski.

─ Rose?!

Ruszyła szybciej parkową alejką, nie oglądając się na męża, który wołał coś za nią. Miała złe przeczucia, jak zawsze, gdy mała znikała jej z oczu, w wyobraźni widziała ciała pomordowanych przez Śmierciożerców dzieci. To była jej trauma, jej największa blizna wojenna, nieporównywalna z niczym innym.

─ Rose!

Odetchnęła z ulgą. Mała stała pod drzewem ssąc koniuszek wskazującego palca. Robiła tak zawsze, gdy zamyśliła się nad czymś tak głęboko, że otaczający ją świat przestawał na chwilę istnieć. Hermiona zastanawiała się czasem, skąd wziął się ten rozczulający odruch u jej małej dziewuszki. Czasem żałowała, że nie może o to zapytać jej ojca.

Przytuliła mocno córkę i wzięła ją na ręce.

─ Co tu psociłaś, mały pędraczku? – zapytała trąc nosem o jej nosek. Pachniała prześlicznie, trochę jak ciasteczko, a trochę, jak…

─ Wierwiórka mamo! – zawołała dziewczynka. – Tam była wierwiórka. I schowała się do dziupli tam – wskazała paluszkiem wysoko na drzewo. – Co ona tam robi?

Hermiona przybrała skupiony wyraz twarzy.

─ Hmmm, zapewne robi swoim małym wierwiórkowym dzieciom tak! – podrzuciła dziewczynkę w powietrze.

─ Uważaj Rose, bo odfruniesz!

Dziewczynka śmiała się to wylatując w górę, to lądując w bezpiecznych ramionach matki. Była taka beztroska, taka krucha, taka radosna. Hermiona nie wiedziała, jak udało jej się uchronić dotychczas córkę przed prawdą. Czarne warkoczyki podskakiwały razem z nią, gdy brykając pędziła w stronę Harry'ego. Kochała go i była w niego zapatrzona tak, jak każda córeczka w ojca. Jednak Hermiona wiedziała, że to wszystko jest kłamstwem. Jej mąż podniósł wzrok i ich oczy spotkały się, a ona zrozumiała, że on też o tym wie.