*Castiel*

Pędziłem przed siebie na złamanie karku. Nie miałem nawet czasu, żeby porządnie patrzeć pod nogi, więc musiałem wyglądać całkiem jak obraz nędzy i rozpaczy ze swoimi rozbitymi kolanami oraz obdrapaną twarzą. Nie wspominając już o brudnych, miejscami poszarpanych ubraniach. Najchętniej poużalałbym się nad sobą, ale wizja doganiających mnie strażników, trzymała moje zszargane nerwy jako tako w ryzach. Nogi bolały niemiłosiernie, a płuca paliły żywym ogniem przy każdym świszczącym oddechu. Przyznaję, że przemknęło mi przez myśl - raz czy dwa - żeby się poddać, rozłożyć wygodnie na, wciąż nagrzanym po całym dniu, asfalcie i udawać, że nie istnieję. Albo rozpłakać się z bezsilności. Tylko widmo wolności machającej mi smutno na pożegnanie dawało mi siłę do dalszej walki. Wciąż utrzymywałem przewagę, ale zdawałem sobie sprawę, że to nie potrwa długo. Byłem za bardzo pewny siebie, a za mało ostrożny, nic więc dziwnego, że mnie przyłapali. Miałem za swoje po prostu.

Z naprzeciwka zbliżała się grupka ludzi, ale nie widziałem zbyt dobrze ilu ich było, gdyż pozostawali zbyt daleko. Za to oni doskonale słyszeli krzyki goniących mnie strażników i wyglądało na to, że chcieli odciąć mi drogę ucieczki.

- Szlag by to - wysapałem sam do siebie, po czym zawołałem ile sił w płucach: - NIE DAM SIĘ ZNOWU ZAMKNĄĆ! - Szybko uświadomiłem sobie, że to oświadczenie może zupełnie nie mieć pokrycia w najbliższej przyszłości, po czym skręciłem gwałtownie w jedną z wąskich uliczek, niemal rozbijając się na ścianie, kiedy wpadłem w poślizg na jednej z kałuż. Miałem nadzieję, że uda mi się gdzieś skryć, żeby odsapnąć i być może zgubić ten nieszczęsny pościg.

Mijałem właśnie przydomowe śmietniki, kiedy ktoś złapał mnie od tyłu, a jakaś mdławo śmierdząca tytoniem łapa zacisnęła się kurczowo na moich ustach, tłumiąc wrzask zaskoczenia i zmieniając go w niewyraźne mamrotanie. Wyrywałem się, kopiąc i drapiąc napastnika w próbie uwolnienia się. Nie wezmą mnie żywcem, mowy nie ma! Wiłem się w tym niechcianym uścisku aż wyswobodziłem się na tyle by choćby krzyknąć:

- POMO...! - Dłoń ponownie zasłoniła moje wargi, tłumiąc resztę zdania. Zamierzałem wołać o pomoc i próbować wzbudzić litość w każdym kto mógłby się napatoczyć.

- Kurwa, zamknij się! - syknął nieznajomy ostrzegawczo prosto do mojego ucha i szybko odkryłem, że miał on głos stosunkowo całkiem przyjemny. - Życie ci niemiłe?

Zamarłem w oczekiwaniu na ciąg dalszy, a on chyba sądził, że uspokoiłem się po jego słowach, bo poluzował uścisk. Momentalnie wykorzystałem okazję, maksymalnie odchylając głowę w tył, bo ciekawość nie dawała mi spokoju(koniecznie chciałem dopasować twarz do tego miłego głosu) i tak jakby, przez przypadek, przywaliłem mu czubkiem głowy gdzieś w okolice nosa. Od razu powróciłem do poprzedniej pozycji, ręką przysłaniając usta w odpowiedzi na nieprzyjemny chrzęst.

Ledwie zwracałem uwagę na hałas robiony przez biegnących ludzi oraz towarzyszące temu okrzyki. Pogoń zbliżała się nieubłaganie.

- J-ja - zacząłem jąkać, rumieniąc się wściekle, ale ponownie mi przerwał:

- Jeszcze słowo, a osobiście cię im wydam - oznajmił chłodno, marszcząc groźnie brwi, a usta zaciskając w wąską linię. Spomiędzy palców zaciśniętych obronnie wokół nosa, skapywała krew, ale nieznajomy zdawał się ignorować ten fakt, bo skinął mi krótko głową, wskazując bym podążył za nim. Ominęliśmy śmietniki, ledwie prześlizgując się między ścianą, a dwoma wielkimi kontenerami, potem przez dziurę w płocie i niewielkie, niezbyt zadbane podwórko, aż dotarliśmy do małej dobudówki obok jednego ze starszych domów. Wszystko działo się tak szybko, że nawet nie zdążyłem się dobrze przyjrzeć mężczyźnie, który prawdopodobnie ocalił dzisiaj moją skórę. Wiedziałem tylko, że miał cholernie zielone oczy, raczej jasne włosy - coś pomiędzy ciemnym blondem, a jeszcze nie całkiem brązem - wyglądał na dobrze zbudowanego no i mógł się pochwalić naprawdę świetnym tyłkiem(nie żebym nachalnie spoglądał, samo rzuciło się w oczy). Nosił wysłużone, mocno sprane dżinsy i flanelową koszulę w granatowo-białą kratkę, a w ręku ściskał skórzaną kurtkę. Cóż, nie zamierzałem narzekać, zwłaszcza, że sam wyglądałem jak przygłup w swoim ugrzecznionym mundurku, w upapranej koszuli, w której brakowało kilku guzików, spodniach porządnie rozdartych na kolanach i zakurzonym prochowcu zarzuconym na ramiona.

Facet zatrzymał się przy dobudówce, która zdawała się czymś w rodzaju schowka na miotły, a raczej na pełno innych gratów jak się moment później okazało, po czym wlazł do środka. To było nieco trudne, żeby przedostać się przez pierwszą ścianę rozrzuconych fragmentów mebli, narzędzi ogrodniczych i różnych niepotrzebnych śmieci, nie robiąc przy tym hałasu. Byłem nieco niższy, więc wystarczyło, żebym pochylał głowę, natomiast mój towarzysz musiał się porządnie zgarbić, żeby nie zawadzać o sufit. Nierówno zbite deski wpuszczały do środka sporo światła, więc mogłem dostrzec to i owo. Przyjrzałem się twarzy mężczyzny, odnotowując wyraźnie zarysowaną, mocną szczękę, którą aktualnie pokrywał kilkudniowy zarost, wciąż prosty, klasyczny nos i wąskie, ale kształtne usta. Był bardzo przystojny, nawet pod tą warstwą zaschniętej krwi. Przygryzłem wargę, po czym szybko wyciągnąłem rękę i szturchnąłem to, co mnie interesowało.

- Masz szczęście - rozpromieniłem się. - Nie jest złamany.

- Szczęście?! - Niemal krzyknął, ale zachrypnięty głos stłumił jego słowa do niemal normalnego tonu. - Boli jak jasna cholera. Pochrzaniło cię?!

Popatrzył na mnie z żądzą krwi widoczną w załzawionych oczach na co wykrzywiłem się przepraszająco. Istnieje szansa, że jednak nie dożyję nawet dzisiejszej nocy. Żegnaj niesprawiedliwy świecie, żegnaj wymarzona wolności.

- Bardzo, ale to bardzo cię przepraszam - zacząłem ze skruchą, zastanawiając się czy to już ten moment, w którym należy błagać o litość czy może jeszcze chwilę zaczekać. - Naprawdę nie chciałem, to był wypadek.

Mężczyzna mierzył mnie rozgniewanym spojrzeniem przez kolejną minutę, więc z nerwów wyłamywałem sobie palce, czekając na jakiś odzew. Wreszcie westchnął ciężko, a jego twarz wygładziła się, jakby pogodził się z nieuniknionym losem.

- Dobra, nieważne - zbagatelizował ostatecznie, machając ręką lekceważąco. Rozłożył swoją kurtkę na niewielkim fragmencie brudnej podłogi, po czym rozsiadł się, oparłszy plecy o ścianę i zgiął nogi w kolanach, bo na więcej nie starczyło mu miejsca. Zastygłem w bezruchu, kiedy mignął mi symbol wyszyty na tylnej części kurtki. Naprawdę nie miałem pojęcia jak blisko śmierci znalazłem się dzisiejszego dnia, a dopiero co udało mi się uciec. Niech to diabli. Gapiłem się na nieznajomego szeroko otwartymi oczami, a moje serce ponownie zadudniło w piersi, jakby zamierzało wybić mi zęby moimi własnymi żebrami. Wiedziałem, że mnie obserwuje spod leniwie przymkniętych powiek i utwierdził mnie w tym przekonaniu, odzywając się jako pierwszy:

- Nie wiem jak ty, ale ja zamierzam się zdrzemnąć. Sprowadziłeś tu pałacową straż, więc trzeba teraz zaczekać aż się ściemni.

- Jesteś z zachodniego brzegu - wymamrotałem niezbyt odkrywczo, nadal stojąc w miejscu jak idiota i ignorując jego wypowiedź. Z samego piekła, dodałem w myślach.

- I co z tego? - prychnął, łypnąwszy na mnie nieprzyjaźnie jednym okiem. Przełknąłem głośno ślinę. - Masz z tym jakiś problem?

- Nie, nie, skąd - zaprzeczyłem natychmiast, kuląc się nieco i obronnie unosząc dłonie, w duchu kalkulując swoje szanse. Umiałem się bić, tak trochę, raczej bez szału, bo nieszczególnie chciałem krzywdzić innych ludzi, więc nigdy nie przykładałem się do zajęć z samoobrony. Może zdołałbym uciec, wyskakując z przybudówki niczym spłoszony jeleń spomiędzy drzew, ale znając moje szczęście wpadłbym prosto w objęcia zadowolonych z siebie strażników. Słabo, bardzo słabo. Moja najbliższa przyszłość malowała się raczej w czarnych barwach. - Oczywiście, że nie.

Nie wyglądał na przekonanego.

- Słuchaj, nie wiem co zmajstrowałeś i niezbyt mnie to obchodzi, ale jeśli zamierzasz wyjść i dać się złapać to proszę bardzo, droga wolna. Tylko nawet się nie waż mnie wsypać, rozumiesz?! - warknął poirytowany, a mnie zrobiło się nieco głupio. Jakby nie patrzyć ten facet pomógł mi bezinteresownie, niczego nie żądając w zamian, a ja od razu podejrzewam go o najgorsze. A przecież nawet nie sprał mnie w odwecie za rozbity nos. Słyszałem różne plotki, jakoby ci z zachodniego brzegu byli demonami w ludzkich skórach. O ich porywczej, agresywnej naturze krążyły przecież niezliczone legendy, którym jak na razie daleko było do prawdy.

Przycupnąłem ostrożnie obok mężczyzny, starając się nie dotknąć go czasem w żaden sposób, a jednocześnie tak, żeby widzieć każdy zdradliwy ruch, nawet jeśli niewiele by mi to pomogło. Idąc za jego przykładem oparłem się plecami o drewnianą ścianę, ale potem zmieniłem koncepcje i objąłem kolana ramionami, opierając na nich brodę. Jasnowłosy facet nawet nie drgnął, choć odniosłem wrażenie, ze nieco się rozluźnił. Zupełnie nie zwracał na mnie uwagi, być może drzemał, gdyż jego klatka piersiowa unosiła się powoli, miarowo, a oczy trzymał zamknięte, ale nie chrapał, więc nie miałem pewności.

Przyznaję, że poczułem się głęboko urażony. Czyżby uznał, iż nie stanowię choćby minimalnego zagrożenia? Nic o mnie nie wiedział! Mogłem okazać się niepoczytalny i zabić go we śnie. Rzucić się mu do gardła niczym dziki zwierz, wymachując nożem jak psychopata. Nie, żebym miał nóż, ale przecież mógłbym mieć. Nawet tego nie sprawdził, palant.

Wpatrywałem się w niego morderczo, nie wierząc, jak ktoś może pozostać spokojny w obliczu takiej sytuacji, ale najwyraźniej tylko ja przechodziłem kryzys tożsamości. To całkowicie niesprawiedliwe i... O MÓJ BOŻE, otworzył te swoje zielone oczy, a jego twarz była taka beznamiętna, zupełnie bez wyrazu, że z miejsca dostałem zawału. A co jeśli jednak zmienił zdanie i postanowił mnie zabić? A jeśli miał nóż? Ja przecież nie miałem. W mojej głowie przewijały się szybko same czarne scenariusze, a coraz bardziej ponure myśli prześcigały się w podkopywaniu mojej i tak wątłej już pewności siebie.

- Co? - zapytał tym swoim ciepłym głosem, w którym nadal pobrzmiewała lekka chrypka. Zdawał się nieznacznie poirytowany, ale jeszcze nie wściekły, więc to chyba dobry znak. - Co się tak gapisz?

- J-ja? Wcale nie - odpyskowałem w przebłysku geniuszu, przenosząc wzrok na swoje niezmiernie ciekawe kolana. - Zamyśliłem się po prostu.

- To przestań. Irytujesz mnie.

Ponownie zamknął oczy, a ja przygryzłem wargę niespokojnie. Zapadła cisza i mógłbym przysiąc, że słyszałem cykanie świerszczy.

- Właśnie problem w tym, że nie mogę - wyrzuciłem z siebie po minucie czy dwóch. - Nawet cię nie znam!

Facet uchylił oko, zerkając na mnie z politowaniem, po czym powiedział:

- Mam na imię Dean, zadowolony?

Zamrugałem skonsternowany. To już? Tyle? Przecież zupełnie nic mi to nie mówiło i wcale nie zmieniało obecnej sytuacji. Kusiło mnie, żeby przedstawić się prawdziwym imieniem, ale to chyba nie byłby najlepszy pomysł.

- Ja... jestem Clarence, ale przyjaciele mówią na mnie "Cas".

O, Pinokio, uważaj, bo tym swoim długim nosem wydłubiesz oko nowemu koledze, zakpiłem w duchu sam z siebie. Nie miałem przyjaciół oprócz Meg, która była też moją kuzynką i z pewnością nie nazywała mnie tym zdrobnieniem. Pamiętam jednak, że tak właśnie wołała na mnie mama, kiedy jeszcze żyła.

- Świetnie - skwitował krótko. - A teraz daj mi pospać, człowieku.

Westchnąłem ciężko, ale zastosowałem się do polecenia. Oparłem głowę o ścianę, wsłuchując się w równomierny oddech swojego towarzysza. Nawet nie wiem, kiedy przysnąłem.


Ocknąłem się nagle, wyrwany z płytkiego snu przez nagły ruch. Otworzyłem oczy, ale niewiele się zmieniło, wciąż było raczej ciemno. Gdzie ja, u diabła, jestem? Szybko uzyskałem odpowiedź, kiedy zalała mnie fala wspomnień.

- Dean? - rzuciłem niespokojnie w przestrzeń, próbując się podnieść i jednocześnie w nic nie przywalić. Niemal wrzasnąłem, kiedy oślepił mnie nagły snop światła.

- Nie drzyj się tak, obudzisz całą okolicę - syknął mój towarzysz, a ja odetchnąłem z niekłamaną ulgą. Już myślałem, że porzucił mnie tu na pastwę losu. - Wyłaź pierwszy, masz bliżej do wyjścia. Tylko staraj się nie narobić hałasu.

Oświetlił mi drogę niewielką latarką, która dawała wystarczająco światła, żeby ta misja okazała się, choć w minimalnym stopniu realna. Jakimś cudem wydostałem się na zewnątrz, nie potrącając niczego po drodze. Chłodne, nocne powietrze owiało moją twarz i wszelkie odsłonięte części ciała, wywołując gęsią skórkę. Mniej niż minutę później Dean również wyłonił się z naszej tymczasowej kryjówki.

- To jaki jest plan? - spytałem z ciekawością, patrząc na niego wyczekująco.

- Zaraz, zaraz, hej! Ściągnij wodze tego rumaka, kolego. Uratowałem ci skórę, więc nie zmuszaj mnie, żebym tego pożałował. Historia tej znajomości kończy się w tym miejscu, dokładnie w tej chwili, więc...

- Czekaj - przerwałem mu. - Nie możesz mnie tak zostawić. Nie mam dokąd pójść - wyznałem zawstydzony, uciekając wzrokiem.

- I co w związku z tym? - spytał, jakby zupełnie nie pojmował co właśnie powiedziałem. - To nie moja sprawa. Nie prowadzę ośrodka dla bezdomnych i nie mam czasu być niczyją niańką.

- Nie potrzebuję opiekuna - parsknąłem z oburzeniem, spoglądając na niego spod byka. Ten facet zaczynał działać mi na nerwy swoją arogancją. - Chcę tylko, żebyś pomógł mi się dostać na drugi brzeg.

Milczał zaledwie przez ułamek sekundy nim potrząsnął głową i odwrócił się na pięcie, odchodząc szybkim krokiem. Nie dam się jednak zbyć tak łatwo. Pobiegłem za nim.

- Nie. Ma. Cholernej. Mowy. - Cedził słowa przez zęby, bardzo dobitnie, przeciskając się przez wąskie przejście prosto w uliczkę, na której się spotkaliśmy. - Stary poważnie, odczep się.

- Musisz mi pomóc - zawołałem z desperacją. - Nie mogę tu zostać!

Te nuty paniki, które wkradły się do mojej krótkiej, acz treściwej, wypowiedzi, nie były zamierzone. Dean zatrzymał się rozdrażniony, odwracając przodem do mnie i brutalnie łapiąc mnie za ramiona. Miał naprawdę dużo siły, więc zapewne jego palce zostawią na mnie ślady w postaci siniaków.

- Nawet, jeśli... JEŚLI - podkreślił - bym ci pomógł. Nie poradzisz sobie po drugiej stronie.

- Skąd możesz wiedzieć? - Postanowiłem się nie poddawać. Uniosłem dumnie podbródek, piorunując go spojrzeniem. - Nie znasz mnie.

- Znam takich jak ty - odparł lekceważąco, mrużąc oczy i odniosłem wrażenie, że właśnie mnie obraził. To znaczy jakich przepraszam bardzo?

- Czemu się tym w ogóle przejmujesz, co? Potrzebuję jedynie transportu, nic więcej.

- Nie.

- Będę krzyczeć - ostrzegłem lojalnie, żeby nie miał później żadnych wątpliwości. - Tak głośno, że zleci się cała okolica.

- Co? - zdumiał się. - Bez jaj. Ile ty masz lat?

- Siedemnaście - prychnąłem, choć możliwe, że to było pytanie retoryczne. - Jeśli już musisz wiedzieć.

Przymknął oczy, ściskając palcami poplamiony zaschniętą krwią nos. Nie zaprzeczył od razu, a wręcz zdawał się coś kalkulować w głowie, więc postanowiłem kuć żelazo póki gorące.

- Potrzebuję transportu, tylko o tyle proszę - błagałem gorączkowo, nie mając tak naprawdę nic do stracenia, a wiele do zyskania. - I przysięgam, że nigdy więcej mnie nie zobaczysz. Naprawdę.

Westchnął ciężko z rezygnacją, przecierając twarz.

- Dobra, zabiorę cię na drugi brzeg, a potem znikasz. Umowa stoi? - Wyciągnął przed siebie dłoń, a ja uścisnąłem ją rozradowany. Miałem ochotę wyściskać go z radości. Ucieknę. Tym razem naprawdę. I nigdy nie wrócę. Przenigdy.

Po raz pierwszy w życiu wolność zdawała się rzeczywiście być w zasięgu ręki.