2 × 101 słów. Fandom "Znaczy Kapitan".
Gościna
Gość zjawił się dzień po naszym zawinięciu do Valparaíso. Stanął na nabrzeżu, z oczu pociekły mu łzy, a po zagadnięciu przez zaciekawionych chłopaków wyznał, że od trzydziestu lat nie widział Lwowa i nazwa wymalowana na burcie naszego pływającego domu przypomniała mu rodzinne miasto.
— Ach, skosztowałby ja bałabucha — rozmarzył się, gdy za zgodą oficera wachtowego zaproszono go na pokład.
Traf chciał, że nikt z garstki pełniących wtedy wachtę nie pochodził z Kresów Wschodnich. Zapanowała konsternacja. Trzeba człowieka ugościć, ale czym? Mimo wielu tygodni w morzu niektórym udało się zaoszczędzić jeszcze jakiś przysmak z domu. Ale czy cokolwiek przypominało ów tajemniczy bałabuch?
Gdy wróciliśmy, wachta trapowa pokrótce poinformowała nas o sytuacji.
— Nie mogliśmy dociec, cóż to jest ten bałabuch — wyjaśniał jeden z uczniów przepraszająco, kiedy podążaliśmy na przywitanie gościa.
Nim kapitan zdążył odpowiedzieć, dotarliśmy do mesy, by ujrzeć stół wprost uginający się od potraw. I to nie byle jakich potraw — było tam kilka rodzajów mięs, słodyczy i trunków, a nawet tradycyjny bożonarodzeniowy barszcz z uszkami. Chłopcy musieli chyba przetrząsnąć cały żaglowiec, a kuk wspiąć się na wyżyny geniuszu, nadwątlając też zapewne racje, które trzymał na święta.
Na widok rozanielonego starego lwowiaka drzemiącego smacznie pośród tego luksusu kapitan skwitował tylko:
— Znaczy, ugościli panowie rodaka.
A/N Nie wiem, czy „Lwów" kiedykolwiek zawijał do Chile, ale choć opisana tu scena jest zmyślona, to statek — pierwszy polski żaglowiec szkolny — oraz „Znaczy Kapitan" Mamert Stankiewicz są jak najbardziej prawdziwi, starałam się też zachować K. O. Borchardta jako narratora. A bałabuch to w gwarze lwowskiej ciastko drożdżowe.
