- Nie obserwuj go tak. Na lekcji przecież i tak nic nie zrobi, a robi się to dość dziwne – szepnęła Hermiona ostrzegawczo Harremu do ucha.

Dziewczyna miała racje. Jeśli ma zdobyć potrzebne informacje, nie może stale gapić się na nauczyciela. Zgryźliwi nie zobaczą w tym tajnej misji. Ostatnie czego potrzebował to żarciki o podkochiwaniu się w nauczycielu. Z trudem przeniósł wzrok na otwarty przed nim podręcznik. Nerwowo zaczął przeglądać strony. Ma być normalnym uczniem, na tyle, ile oczywiście to jest możliwe.

Przedstawił się jako Nicholas Rose i nie sprawiał wrażenie groźnego. Zasadniczo, wyglądał dość niewinnie, chociaż spojrzenie miał krnąbrne i fałszywe. Kasztanowe włosy, jasna cera, drobna budowa ciała, przeciętna, granatowa koszula i brązowe spodnie. Niewiele od nich starszy. Używał słów podobnych do większości nauczycieli przed nim, podobny klimat nadał również sali, ot zwykła przeciętna klasa. Przeprowadził test sprawdzający ich umiejętności z lat poprzednich, a teraz, aby nie marnować czasu postanowił opowiedzieć o strategiach obronnych. Taki dodatkowy temat. Zapewnie po to, by dokładnie wiedzieć jaki typ myślenia będą mieć podczas ewentualnego ataku.

Harry wiedział, że Albus Dumbledore słynie z dziwnych pomysłów. Znał dyrektora bardzo dobrze, może nawet najlepiej z wszystkich uczniów. Wielokrotnie podczas poprzedniego, szóstego roku nauki przychodził do jego komnat i rozmawiali. Analizowali życie Voldemorta i jego najróżniejsze zachowania. Jednak nie spodziewał się, że cytrynowe dropsy zaćmią jakikolwiek rozsądek.

Dumbledore zabrał Harrego od Weasleyów, gdzie spędzał spokojne wakacje. Skończył siedemnaście lat, bariera ochrona w domu wujostwa i tak nie mogła go już ochronić, a niebezpiecznie było wszędzie. Po raz pierwszy cieszył się wakacjami w pełnej okazałości. Ciemnowłosy oczekiwał informacji o najnowszych planach Voldemorta. Nic podobnego nie miało miejsce. Dyrektor miał dla niego zadanie, sprawdzenie, czy ich nowy nauczyciel jest śmierciożercą. Przecież to przegięcie! Jak można chociażby myśleć o wpuszczeniu do zamku kogokolwiek podejrzanego o bycie sługą Czarnego Pana?

- Za chwilę nasz czas dobiegnie końca – oznajmił nauczyciel i Harry odruchowo spojrzał się na niego – macie jakieś pytania? – zapytał i kąciki ust lekko uniosły mu się w górę.

Harry był pewien, że wyobraził sobie wszystkich gryfonów pod działaniem zaklęcia Cruciatus. Mężczyzna przez cały czas zajęć nie okazał wprawdzie żadnych oznak, który dom woli, ale z pewnością byli do ślizgoni. Śmierciożercy składają się głównie z domowników Slytherina, więc szczerą nienawiścią darzą każdego z Gryfindoru. Odwieczne prawo natury.

- Czy na kolejne zajęcia mamy coś przygotować? – wystrzeliła Hermiona.

Czego innego mogli spodziewać się po dziewczynie. Owszem, pozostawała zszokowana po informacjach, jakie udzielił jej i Ronowi Harry, ale nadal pozostawała pilną uczennicą. Śmierciożerca czy nie, egzaminy trzeba zdać!

- Ubierzcie wygodne ubrania, nie muszą być to koniecznie szkolne szaty. Będziemy dużo ćwiczyć, więc wybierzcie coś, czego nie szkoda wam zniszczyć. Ktoś jeszcze? – nikt nic nie powiedział. Znajdujący się w pomieszczeniu Ślizgoni i Gryfoni marzyli tylko o przerwie obiadowej, która miała za chwilę się rozpocząć- skoro tak – skomentował – życzę wam miłego dnia i do zobaczenia – rzucił, usiadł przy biurku i zaczął przeglądać znajdujące się na nim sterty kartek.

Uczniowie jak na komendę wrzucili podręczniki do toreb i zaczęli opuszczać salę. Jako ostatni rocznik robili to stanowczo spokojniej niż jako dzieci, lecz nadal ktoś kogoś popchnął lub rzucił czar plączący nogi.

Harry poczekał aż ostatni uczeń wyjdzie i dopiero ruszył się z ławki.

- Panie profesorze – zagadał Harry pochodząc co mężczyzny.

Silił się na najmilszy głos jaki tylko umiał z siebie wydobyć. Nauczyciel podniósł głowę i w oczach zaświeciły się iskierki, gdy tylko spojrzał na ucznia.

- Jak się domyślam, chcesz ustalić terminy spotkań – rzucił i nonszalancko oparł się o fotel.

Dumbledore postanowił pomóc Harremu i załatwić mu dodatkowe lekcje. Uznał, że w ten sposób załatwią dwie pieczenie na jednym ogniu. Będzie miał okazję przebywać z Rose sam na sam i lepiej mu się przyjrzeć, oraz podszkoli swoje umiejętności. Ciemnowłosy miał wątpliwości, przykry wypadek, czar który prezentował nauczyciel akurat w niego trafił i zabił. Oczywiście o ile nie przekaże go Voldemortowi.

Harry swoje obawy przekazał dyrektorowi. Ten uznał, że przewidział taki rozwój wypadków, dlatego dał chłopcu srebrny wisiorek w kształcie drzewka. Świstoklik mający go przenieść w bezpieczne miejsce. Gdzie takowe miało się znaleźć, nie wiedział. Aktywował się na komendę głosową. Miał być bardzo czuły, więc wystarczył szept.

- Dokładnie – przytaknął grzecznie.

- Jestem głodny – oznajmił Rose ignorując poprzednią wymianę zdań i wstał gwałtownie, Harry był lekko zaskoczony i odruchowo cofnął się o krok – porozmawiajmy w drodze do Wielkiej Sali.

Rose puścił Harrego przodem, po czym zamknął drzwi. Framugi zaświecił się jasnym kolorem.

- Nie chce, aby ktoś buszował, gdy mnie nie ma. Mam kilka fajnych przedmiotów, ale dość niebezpiecznych w rękach nieodpowiedzialnych uczniów – wytłumaczył.

Zapewnie posiada całą kolekcję szat śmierciożercy, nie były z pewnością one niebezpieczne, chyba, że postanowiłby ukarać kogoś, kto je ukradł, skomentował Harry w myślach.

- Niektórzy mają głupie pomysły.

Ruszyli powolnym krokiem. Na korytarzu było dość pusto, sporadycznie spotkali uczniów, którzy z jakiegoś dziwnego powodu nie spożywali aktualnie posiłku. Wszyscy patrzyli się na nich. Harry w pewien sposób przyzwyczaił się do bycia w centrum uwagi. Normalność i przeciętność nie są mu przeznaczone. Co nie znaczy, że to lubił. Spacer ucznia z nowym nauczycielem z pewnością przyniesie kilka idiotycznych plotek. Coś przeskrobał, próbuje wkupić się w łaski?

- Jak często chcesz przychodzisz? Profesor Dumbledore mówi, że trzymasz bardzo dobry poziom.

- Nie powiedziałbym, że jestem bardzo dobry – wytłumaczył skromnie- nasze zajęcia do tej pory były prowadzone dość chaotycznie. Raz w tygodniu mam trening Quidditcha, w poniedziałki. Zależy mi na nich, więc wolałbym inny dzień. W razie potrzeby jestem gotowy dostosować się do pana.

- Nie ma potrzeby przekładać treningów. Przyjdź więc jutro wieczorem. Raz, dwa razy w tygodniu będzie optymalnie, prawda? Dziś jest wtorek, więc środy i piątki?

- Tak, świetnie.

Jest miły. Śmierciożerca nie może być miły. To zadanie było stanowczo przyjemniejsze, gdyby był wrednym dupkiem, jak na przykład Snape.

Doszli do schodów, które postanowiły poruszyć się i wydłużyć im drogę. Rose nerwowo zacisnął usta.

- Już jako uczeń próbowałem walczyć z tym cholerstwem. Niestety, czarodziejki zamek, a nikt nie potrafi sprawić, martwa materia pomagała, a nie przeszkadzała.

- Wymyśliła je więc musiał się za tym kryć jakiś cel – rzucił Harry zupełnie ignorując przekleństwo, by po chwili pożałować wypowiedzialnych słów. Miał go polubić, a tak wyda się zarozumiały. Również, profesor używając przeciętnych słów mógł chcieć stworzyć bardziej naturalny grunt.

Rose jednak zaśmiał się.

- Mi przynosiły tylko kłopoty. Śpieszyłem się na zajęcia, poruszyły się, więc przez spóźnienie dostawałem szlabany. Teraz podobnie, czekają mnie dwie godziny z drugim rocznikiem, nie zjadłem śniadania i oto zamiast na parter lecimy w górę.

Harremu przypomniał się pierwszy rok, gdy jako świeżo upieczeni uczniowie trafili na zakazane trzecie piętro. Nie miał zamiaru opowiadać tej historii.

Schody zatrzymały się, a ci zbiegli z nich.

- Możemy przejść przez błonia – zaproponował Harry – tutaj jest pewien skrót. Na zewnątrz są schody murowane.

- Siedem lat spędziłem w tym zamku i czekałbym na nowe schody - skomentował mężczyzna.

Zapewnie zamiast zwiedzać zamek uczył się czarnej magii, uznał Harry w myślach i po chwili skarcił. Poddaje się emocjom. Dostał za zadanie sprawdzenie mężczyzny. Dumbledore był niemalże pewien, że jest on śmierciożercą, lecz brak mu było pewności. Dyrektor ma w tym cel, którego on teraz nie rozumie. Musi grać, wszystko idzie dobrze. Jego niechęć do nauczyciela zapewnie widać, a nie powinno.

- W jakim był pan domu?

Przemierzali stanowczo szybszym krokiem ciemny korytarz drugiego piętra. Obrazów na ścianach było tutaj niewiele. Było ono dość mocno opuszczone.

- Byłem krukonem – odpowiedział radośnie.

Tego się nie spodziewał. Jutro musi przejrzeć albumy absolwentów. Kłamał? Pewnie nie, takie oszustwo wyszłoby stanowczo zbyt łatwo.

- Tędy – pokierował Harry i przeszli przez małą szczelinę.

Oślepiło ich jasne światło dnia. Schody rzeczywiście pozostawały ruchome, lecz strome i mocno zniszczone.

- Nie widać ich z dołu, prawda? – zapytał nauczyciel.

Harry odniósł wrażenie, że mężczyzna stracił pewność siebie. Każdy krok stawiał bardzo ostrożnie. Śmierciożerca z lękiem wysokości, kto by pomyślał.

- Jak się dobrze przyjrzeć to widać, ale zaczynają się też w bluszczu, więc można sądzić, że są w połowie oberwane – ostatni schodek Harry zeskoczył – o której mam przyjść?

- Po kolacji – powiedział Rose jak sam przedarł się przez roślinną zasłonę.

Zapadła krępująca cisza. Ponownie ruszyli do Wielkiej Sali. Schody, jak to schody. Może przypadkowo wskazały im inną drogę, może w magiczny sposób wszystko zaplanowały.

- Ktoś tam leży?! – podniósł Harry głos widząc wystający zza wnęki kształt przypominający tłów.

Nie mylił się. Z boku, przy filarze leżał młody chłopiec, trzecio lub czwarto roczny puchon. Oczy miał półotwarte, rękawy przesiąknięte krwią. Rose uklęknął i sprawdził puls.

- Oddycha – poinformował – biegnij po pomoc.

Harry posłuchał się. Pobiegł szybko w kierunku skrzydła szpitalnego. Ewentualne względy bezpieczeństwa i niepewność w stosunku do nauczyciela wyparowały. Przed oczami miał tylko tego dzieciaka. Nie wyglądał jakby został uderzony zaklęciem.

- Potter! – usłyszał wołanie za sobą.

- Pani profesor – zatrzymał się przed MCgonagall ciężko dysząc – tam ktoś leży! Na błoniach! Rose... - poprawił – profesor został, ja biegnę po panią Pomfley.

- Biegnij – poleciła kobieta.

Niemalże natychmiastowo znalazł się w skrzydle szpitalnym. Mimo względnie niedużej odległości, czuł krople potu spływające po czole. Pielęgniarka szybko pobiegła na wskazane miejsce. Harry oparł się ciężko o drzwi i postanowił uspokoić oddech.

Po chwili do pomieszczenia wpadli nauczyciele. Rose, który niósł chłopca położył go na jednym z pustych łóżek. Było ich wiele. Pacjentów w pierwszy dzień szkoły ciężko uświadczyć.

- Potter, do siebie! – poleciła zdenerwowana nauczycielka transmutacji krążąc koło poszkodowanego ucznia.

Chciał zaprotestować, znalazł go, miał prawo wiedzieć co się dzieje! Niestety, pociągnął go do wyjścia Rose.

- Przepraszam – powiedział widząc, że jego zakrwawione dłonie ubrudziły Harremu szatę.

Mężczyzna wyglądał dziwnie. Harry podobnych reakcji nie określiłby słowem przerażony, a pobudzony. Dłonie miał zakrwawione. Widać zawiązane na przedramionach chłopca szmaty nie wystarczyły i krew płynęła dalej.

- Co mu jest?

Rose zmieszał się.

- Jakby coś, to ci nic nie mówiłem. Chyba istnieje coś takiego jak tajemnica nauczycielska w sprawie uczniów... - zamyślił się – miał podcięte żyły.

- Sam je podciął? – zszokował się Harry.

Rose wzruszył ramionami w znaku niewiedzy i rzucił na siebie zaklęcie czyszczące. Nie podziałało idealnie, zostawiło pojedyncze ślady krwi. Różdżkę skierował również w stronę Harrego. Jego plama zniknęła, zapewnie dlatego, że była mała.

- Muszę się przebrać – stanowczo człowiek ubrudzony ludzką krwią nie powinien prowadzić lekcji- masz teraz jakieś zajęcia?

- Historię magii.

- Wspaniale! – krzyknął nauczyciel, chłopiec nie do końca zrozumiał tą radość – popilnujesz uczniów, a ja cie usprawiedliwię. Historia magii... wiele nie stracisz.

Rose nie czekał na odpowiedź i podążył w kierunku schodów. Tym razem pozostały posłuszne i przy wejściu do klasy znaleźli się szybko. Pod drzwiami czekało już kilkoro uczniów.

- Wpuść ich za dziesięć minut. Niech siądą i poczekają. Muszę... muszę się jeszcze umyć.

Nauczyciel zniknął za drzwiami prowadzącymi do swoich prywatnych komnat. Harry miał dziwne wrażenie, zanim drzwi całkowicie zostały zamknięte ujrzał jak profesor kieruje zakrwawione dłonie w kierunku ust. Nie, to niemożliwe, skarcił się w myślach. Wampiry piją ludzką krew, a co jak co, Rose nie przypomina go w żadnym calu. Wampiry nie chodzą w świetle dziennym. Zasada jakiej nie można było obejść. Tak samo jak wilkołak przemienia się podczas pełni księżyca. W zeszłym roku poświęcili dużo czasu na ich rozpoznawanie.