*Dean*
(BUNKIER - tydzień później)

Miałem serdecznie dość tego ciągłego planowania akcji w najdrobniejszych szczegółach i roztrząsania niepowodzeń po raz setny z rzędu. Od zawsze byłem raczej człowiekiem czynu niż gryzipiórkiem, więc tym bardziej mnie to męczyło.

Irytowały mnie te pierdyliardy kartek zapisanych drobnym maczkiem, ale ten demon z piekła rodem, Crowley, uwielbiał papierkową robotę, więc nieustannie zadręczał tym wszystkich dookoła. Notorycznie próbował też zmusić mnie do mozolnego pisania idiotycznych raportów z każdego wypadu, jakbym był co najmniej jednym z jego przydupasów i miał zamiar dawać pomiatać sobą na każdym kroku. Palant.

Trwało zebranie, a ja nudziłem się niemiłosiernie, siedząc u szczytu stołu dokładnie naprzeciwko Crowley'a. Poirytowany wywaliłem nogi na blat, przepychając nieco leżącą tam stertę papierów za co zostałem spiorunowany wzrokiem. Rozmarzyłem się na temat wygodnego, miękkiego łóżka, błagając w duchu, żeby wszyscy obecni zniknęli natychmiast w magiczny sposób, ale nic takiego niestety się nie stało.

- Zwracamy na siebie za dużo uwagi podczas wypadów na terytorium Heaveni. Musicie być ostrożniejsi, działać szybko... - Słyszałem milion razy ten monotematyczny bełkot. Bla, bla, bla... Tak jakby króla interesowały te zapchlone obrzeża jego małego, śmiesznego państewka. Nie było tam nic ciekawego do zdobycia, więc coraz częściej zapuszczaliśmy się dalej niż przewidywał plan. Nie, żeby kogokolwiek interesowało, że naprawdę narażaliśmy się dla dobra ogółu.

Kiedyś, na samym początku, byliśmy częścią Heaveni, ale nawet Crowley - choć jest stary jak świat - tego nie pamięta, bo wtedy jeszcze zajmował się gubieniem mleczaków. Chuck natomiast był ambitnym młodzieńcem, miał też wystarczająco charyzmy oraz siły przebicia, żeby wykorzystać chaos jaki zapadł po Wielkiej Apokalipsie i zabawić się w Boga. Stworzył własny kraj, niewielkie państewko pośród innych skupisk ludzi, czyniąc samego siebie królem. Nic ciekawego, tak samo jak dzisiejsze spotkanie.

Odchyliłem się do tyłu na krześle, zakładając dłonie na piersi i wpatrując się bezmyślnie w sufit, strzeliłem balona z nieco już zżutej gumy.

- Winchester, do jasnej cholery! Przestań przeszkadzać - wydarł się Crowley, opierając się o stół obiema rękami z rządzą mordu wypisaną na twarzy.

- Chce mi się spać - rzuciłem z wyrzutem. - I nudzi mnie to czcze gadanie. Mogę już iść?

Spojrzałem na niego z nadzieją, ale Crowley nie byłby sobą gdyby choć raz postarał się udawać porządnego człowieka.

- Nie - uciął krótko. - Jeszcze nie skończyliśmy. I zdejmij nogi ze stołu. Wychowały cię wilki?

- Piekielne ogary. - Wyszczerzyłem się szeroko, choć trochę irytowało mnie, że próbował się rządzić w moim własnym domu, a po krótkim zastanowieniu dodałem: - Ale to w sumie na jedno wychodzi.

Benny parsknął w swoją, zapewne już zimną, kawę, a kilka innych osób skryło uśmiechy, więc w ostatecznym rozrachunku wygrałem. Jeden-zero dla Deana. Crowley westchnął, po czym wstał, obszedł stół i osobiście pomógł mi wykonać polecenie, które sam wydał. Zaraz potem zebrał papiery na jedną, wielką stertę, podniósł ją i upuścił z hukiem tuż pod moim nosem.

- A teraz skup się - wycedził przez zaciśnięte zęby nim wrócił na swoje miejsce. Zasalutowałem lekceważąco, a on znowu zaczął gadać. Biurokracja, nudy.

Zerknąłem nieprzychylnie na stertę śmieci, po czym wpadłem na pomysł jak ją dobrze wykorzystać. Przesunąłem ją na krawędź blatu i użyłem jak poduszki, która być może nie była najwygodniejsza, ale za to jaka praktyczna. Wspierając podbródek na przedramieniu, pogrążyłem się w myślach, podczas gdy palcami prawej ręki wystukiwałem na stole rytm jednej z piosenek mojego ulubionego zespołu. Ciekawe co się stało z tym dzieciakiem w prochowcu, któremu w zeszłym tygodniu pomogliśmy przedostać się na tą stronę rzeki.

Nie, żeby to było jakoś szczególnie istotne. Kierowała mną zwykła, ludzka ciekawość, nic więcej. Nikt jeszcze o nim nie wspomniał, więc uznałem, że jak dotąd nie znaleźli ciała albo skubaniec był bardziej zaradny niż sądziłem i wciąż żył, ukrywając się w nieznanej mi bliżej lokalizacji.

Głupi dzieciak, podsumowałem w duchu. Nie wiem co przeskrobał, ale w tym wypadku ucieczka nie była żadnym rozwiązaniem. Kto normalny uciekał z lepszego świata? Z bogatej, samowystarczalnej Heavenii(ich król mógł być samozwańczym dupkiem, egoistą i hipokrytą, ale to nie przeszkadzało mu w czynieniu ze swojego państwa potęgi) do przedsionka piekła jak powszechnie nazywano zachodni brzeg.

To nasi narażali życie, żeby się tam dostać i jakimś cudem wtopić w tłum, a nie odwrotnie. Co on sobie myślał, do diabła? Może nie tylko brakowało mu piątej klepki, ale był całkiem chory psychicznie? Może to jakiś psychopata? Czy porwie się z motyką na słońce i spróbuje nas wyrżnąć co do nogi? Niee, w pojedynkę to zakrawałoby o samobójstwo. Poza tym nie wyglądał mi na wojownika. A co jeśli był szpiegiem? Istnieje przecież takie prawdopodobieństwo. Wiedziałem! Wiedziałem, że te oczy wyglądają zbyt niewinnie! I nie, nie mam paranoi, Bobby, dziękuję bardzo.

Ktoś dotknął mojego ramienia, więc zareagowałem odruchowo, zaciskając palce na przytroczonym do pasa, niewielkim, ale ostrym jak brzytwa, sztylecie. Zamrugałem zdezorientowany, otrząsając się ze swoich rozmyślań. To tylko Benny.

- Spokojnie, stary. Koniec zebrania. Możesz już przestać zachowywać się jak primadonna.

Rozejrzałem się po pomieszczeniu, obserwując wszystkich zgromadzonych, którzy rzeczywiście zbierali się właśnie do wyjścia. W końcu!

Przeciągnąłem się leniwie, po czym wstałem od stołu, z premedytacją odsuwając krzesło z głośnym zgrzytem.

- To do następnego - zawołałem, nie zwracając się do nikogo w szczególności. Znałem tych ludzi od dziecka, ale czasami naprawdę brakowało mi samotności, więc modliłem się w duchu, żeby nikomu nie przyszło do głowy zatrzymywać się na jakąś pogawędkę ze mną. Na wszelki wypadek szybko czmychnąłem z salonu, kierując się w stronę kuchni. Benny jak zwykle dreptał za mną niczym bezpański pies.

- Chcesz piwa?

- A czy trawa jest zielona? - odparł, szczerząc się głupawo. Rzuciłem mu jedną butelkę, którą złapał bez trudu, a drugą wziąłem dla siebie. Ugh, nie ma to jak mocno schłodzone piwko po ciężkim, długim jak sama wieczność dniu.

- Powinieneś przestać, Dean - oznajmił spokojnie, pesząc mnie tym swoim przenikliwym spojrzeniem.

- Niby co?

- Odstawiać te szopki pod tytułem: jestem bucem i kompletnie nic mnie nie obchodzi.

- Przykro mi, że złamałem twoje małe, wrażliwe serduszko - zakpiłem. - Ale przestań być tak pizdą. Dobrze wiesz, że to nie tak. Nie narażałbym się, gdyby mi nie zależało. Po prostu nie cierpię tych spotkań. Za moje paskudne zachowanie możesz winić Crowleya. To on mnie zmusza do uczestnictwa.

Benny oparł się o ścianę, przytulając policzek do chłodnej butelki, a ja przysiadłem na skraju stołu.

- Zdziwiłbym się, gdyby tego nie robił. Wbrew twojej opinii to inteligentny facet. Wie jak bardzo się liczysz, więc twoja nieobecność byłaby dla niego jak strzał w kolano. A winić możesz tylko siebie. Nikt nie prosi cię o notoryczne obniżanie samopoczucia zespołu. I bez tego jest ciężko. - Westchnął głośno, potrząsając głową z dezaprobatą, po czym kontynuował: - To nasi przyjaciele, Dean. Wielokrotnie ratowali ci skórę i walczyli z tobą ramię w ramię, więc zasługują chociaż na minimum szacunku.

- Wiem, wiem - powiedziałem marudnie, przeczesując palcami przydługie włosy. Najwyższa pora na strzyżenie, bo zaczynam wyglądać jak bezdomny. - Jestem zmęczony, to był bardzo długi tydzień, a kolejny wcale lepiej się nie zapowiada, więc odpuść mi, z łaski swojej, tą swoją gadkę-szmatkę. Wystarczy, że Sam ciągle prawi mi morały.

- A właśnie, gdzie on jest?

Zmarszczyłem brwi, uświadamiając sobie, że dzisiaj w sumie od rana go nie widziałem, ale to nic nowego. Mój mały braciszek lubi chadzać własnymi ścieżkami. Machnąłem lekceważąco ręką.

- Pewnie siedzi na górze z nosem w tych swoich książkach - rzuciłem lekko. - Przecież go znasz.

- DEEEAN! - Alarmujący wrzask dobiegający z korytarza poderwał nas na równe nogi.

- Oho, o wilku mowa - rzucił Benny, uśmiechając się krzywo, ale był przy tym napięty jak struna i gotowy do natychmiastowego ataku. Sam miałem już w dłoni długi kuchenny nóż, więc nie mogłem go winić. To odruch wyrabiany latami, a takiego instynktu nie da się oszukać. W tych czasach nawet w pozornie bezpiecznym domu nie wolno opuszczać gardy, jeśli chce się przeżyć.

- DEAN! - krzyknął ponownie zdyszany Sam, wpadając do kuchni, jakby go sam diabeł gonił, nim choćby zdążyliśmy ruszyć w jego kierunku. Miał czerwoną z wysiłku twarz, a mokre od potu kosmyki włosów przykleiły się do jego czoła, przysłaniając nieco podbite oko. - O, tu jesteś, świetnie. Ten chłopak... on... musisz mu pomóc. ONI GO ZABIJĄ!

- Że co? Jaki chłopak? Jacy oni? I kto, do chuja, podbił ci oko?!

Zaniepokojony chciałem zbadać uszkodzoną skórę, więc podniosłem rękę, ale Sam odepchnął ją niczym natrętną muchę, uchylając się dodatkowo przed jakimkolwiek dotykiem.

- Nie ma teraz na to czasu - gorączkował się. - Lewiatany mnie dorwały. Chłopak, taki niewysoki, w prochowcu, nie znam jego imienia, odwrócił ich uwagę i uratował mnie, ale ich jest pięciu, a on sam i nie wygląda, jakby umiał walczyć. Zabiją go!

- Co? - Z trudem utrzymywałem nerwy na wodzy. - Nic ci nie jest? Poza podbitym okiem, oczywiście, bo to akurat sam widzę. Co ty w ogóle robiłeś poza domem o tej porze? - zdenerwowałem się. Nieustannie tłukłem mu do głowy podstawowe zasady bezpieczeństwa, a on za każdym razem zapewniał mnie, że ględzę, bo dawno zna je już na pamięć, więc skoro tak to najwyraźniej był zbyt uparty by słuchać starszego, bardziej doświadczonego brata. - I to całkiem sam?! Zgłupiałeś do reszty?! Pewnego dnia osiwieję i to będzie twoja wina, zobaczysz!

- Przepraszam, Dean - zmitygował się z wyraźną skruchą. - Złamałem zasady i będziesz mógł mi nawet złoić za to skórę, ale nie teraz. Ten chłopak...

- CO MNIE OBCHODZI JAKIŚ CHŁOPAK?! - wrzasnąłem, zaskakując tym nagłym wybuchem nawet siebie samego. Benny patrzył na mnie z szokiem i z szeroko otwartymi ze zdumienia ustami. Poruszyłem się niespokojnie, zawstydzony własną, gwałtowną reakcją. Owszem, często wydzierałem się na członków drużyny, nieposłuszne dzieciaki ze szkoły czy samego Crowleya, ale nigdy, przenigdy, nie podniosłem głosu na swojego brata.

- Sam, ja...

Wyciągnąłem dłoń, chcąc dotknąć przepraszająco jego ramienia, ale ponownie mnie odepchnął. Po raz pierwszy widziałem rozczarowanie w jego jasnych oczach i było to coś czego nie chciałem oglądać nigdy więcej. Mój żołądek zacisnął się ze wstydu.

- Nie, Dean. Rozumiem. - Jego zimny ton ciął prosto w moje serce niczym ostrze stworzone z lodu. - W porządku. Myślałem, że mogę na ciebie liczyć, ale skoro tak stawiasz sprawę... Sam pójdę.

- Nie ma takiej opcji - zaprotestowałem, obszedłem go, zakładając dłonie na piersi. - Nigdzie nie idziesz.

- Uratował mnie, choć nie musiał, choć wcale mnie nie zna. Nie ma z nimi najmniejszych szans i dobrze o tym wiedział, a się nawet nie zawahał. Nie. Zostawię. Go.

Pochwycił nóż, który nieopacznie odłożyłem na blat kiedy wszedł do kuchni, odwrócił się na pięcie ze zdeterminowanym wyrazem twarzy, po czym energicznym krokiem ruszył do wyjścia.

Zerknąłem z niedowierzaniem na Benny'ego, ale ten tylko wzruszył ramionami.

- Na mnie nie patrz - oznajmił bezpośrednio, duszkiem dopijając swoje piwo. - To twój brat.

- Kurwa - zakląłem pod nosem, biegnąc za Samem. W pośpiechu złapałem jeden ze swoich ulubionych noży wyciągnąwszy go zgrabnie ze starego stojaka na parasole i jak strzała pomknąłem ku wyjściu, prawie doganiając brata, który akurat próbował wyminąć Crowleya w drzwiach wejściowych. Ten jednak przezornie złapał go mocno za ramię i ani myślał puścić, choć dzieciak bardzo starał się mu wyrwać. Chwała ci za refleks, staruszku.

- A ty dokąd, Łosiu? - zapytał tym swoim irytująco charakterystycznym głosem. - Na zewnątrz zaczyna się ściemniać.

- Puszczaj! - wysyczał Sam przez zaciśnięte zęby, szarpiąc się bezskutecznie. - Puść mnie, do cholery!

- Język, Sam - pouczyłem go automatycznie, po czym potrząsnąłem głową z rezygnacją. - Zgoda, pójdę, ale ty zostajesz. I bez dyskusji! - zaakcentowałem, kiedy już otwierał usta, żeby zaprotestować.

- Co tu się dzieje? - Przywódca Piekielnych Ogarów, facet z piekła rodem, patrzył na przemian to na mnie to na Sama, jakby mógł znaleźć jakąś odpowiedź wypisaną wyraźnie na naszych twarzach.

- Crowley dopilnuj, żeby nie zrobił nic głupiego. Urwę ci jaja, jeśli wyjdzie za próg nim wrócę, jasne? - Nie czekając nawet na odpowiedź, spojrzałem ostro na swojego brata, choć byłoby to o wiele bardziej efektowne, gdybyśmy nie byli jednakowego wzrostu. Nie mam bladego pojęcia w czyje geny się wdał, ale już teraz niemal mnie przerastał, a skończył zaledwie czternaście lat. Wymierzyłem w niego ostrzegawczo palca. - A z tobą później się policzę, niewdzięczny bachorze. Gdzie ich znajdę?

Sam wymamrotał pod nosem coś co podejrzanie brzmiało jak "palant", ale nie byłem pewny, więc puściłem to mimo uszu, a on szybko podał mi odpowiednie miejsce, jakby obawiał się, że zmienię zdanie.

Kontenery? Co on tam do diabła robił? Nieważne. Potem się dowiem.

- Benny, idziesz? - rzuciłem, oglądając się przez ramię, choć praktycznie znałem już odpowiedź, bo mój przyjaciel miał swój nieodłączny plecak, pełen najróżniejszej broni, przerzucony przez ramię, na głowie ukochany(choć lata świetności miał dawno za sobą) kaszkiet, a z ust wystawał mu fragment wykałaczki, sprawiając, że wyglądał jak idiota. Przewróciłem oczami.

- Chyba nie chciałeś się bawić beze mnie? - rzucił lekko, uśmiechając się z zadowoleniem, po czym minął mnie i wyszedł.

Posłałem Samowi jeszcze jedno rozgniewane spojrzenie, wymieniłem krótkie skinięcie z Crowleyem, który wyjątkowo nie protestował, po czym szybkim krokiem ruszyłem za Bennym i z efektownym hukiem zatrzasnąłem za sobą drzwi.

Krew mnie zalewała na myśl o bezmyślności mojego brata i tym, co mogło się dzisiaj wydarzyć, gdyby nie ten przeklęty dzieciak w prochowcu. Kolejny idiota, któremu życie niemiłe. Clarence... Cas, tak miał na imię.

Przyśpieszyłem kroku, a po chwili już biegłem, starając się poruszać tak cicho jak to było możliwe. Benny w milczeniu podążał za mną i z goryczą musiałem przyznać, że jego umiejętności znacznie przewyższały moje, bo momentami wcale go nie słyszałem.

Skupiłem się na swoim celu, obmyślając awaryjny plan, gdyby okazało się, że to pułapka. Mimo wszystko miałem nadzieję, że pechowy chłopak jeszcze żyje, bo akurat osobiście czułem ochotę by go wypatroszyć.

Kurwa. A prosiłem tylko o jeden spokojny wieczór. Czy to naprawdę tak wiele?


- Ej, czy to czasem nie ten dzieciak cośmy go przewieźli ostatnio? - wyszeptał Benny, kiedy podkradliśmy się jak najbliżej, próbując wybadać sytuację nim przystąpimy do akcji ratunkowej.

- Jak mu tam było? Clement? Casper?

- Clarence - syknąłem, dając mu kuksańca w bok. - I zamknij się. Nic nie słyszę.

Przycupnęliśmy za dużą stertą złomu, trzymając się jak najdalej od jedynego źródła światła, czyli starej lampy z pękniętą osłoną. Wszędzie wokół nas leżały metalowe części, przedmioty różnorakiej maści, sprzęty domowe i całe mnóstwo innych rzeczy. To miejsce było czymś na kształt magazynu. Wszyscy mieszkańcy Przedsionka przynosili znalezione(w większości wypadków raczej ukradzione) fanty, których akurat nie potrzebowali, dzięki czemu inni mogli z nich korzystać do woli. Mieliśmy stąd doskonały widok na sytuację, która rozgrywała się poniżej.

Zmrużyłem oczy, przyglądając się znajomym sylwetkom z nienawiścią. Ich wredne, fałszywe ryje już lata temu wyryły się w mojej pamięci i nie zapomnę ich nawet gdy już pożegnają się z tym światem.

Mocny cios rozniósł się głuchym echem po okolicy, a głowa Casa odskoczyła w bok od siły tego uderzenia. Azazel zarechotał złośliwie, wypuszczając z rąk poły jego prochowca i pozwalając by dłużej niepodtrzymywany chłopak upadł na ziemię.

- Kurwa, Az, musiałeś bić w oko? - zdenerwowała się Abaddon z frustracją przeczesując palcami swoje rude włosy. Nie widziałem jej już dobre trzy miesiące, ale wyglądała zupełnie tak samo i najwidoczniej wciąż szukała guza. - Mówiłam ci, że chcę je mieć..

Podeszła do Clarence'a, który spoglądał na nią z niepokojem. Miał rozbitą wargę oraz łuk brwiowy, a jego oko szybko nabiegło krwią i pewnie wkrótce porządnie spuchnie. Prawą rękę trzymał blisko ciała w ochronnym geście, więc możliwe, że była stłuczona. Może nawet złamana, ale ciężko stwierdzić z tej odległości.

Chłopak pisnął cicho z bólu, kiedy złapała go za ramię, podciągając na kolana, jakby zupełnie nic nie ważył i przyglądała się obrażeniom krytycznie. W ręku trzymała krótki nóż, którego ostrze dotykało złowrogo policzka sponiewieranego dzieciaka.

- To je sobie weź. - Azazel splunął z niesmakiem, po czym skrzywił się. - Rany, Aba, czasami jesteś taką zazdrosną suką.

- Coś ty powiedział? - wycedziła przez zęby, puszczając swoją ofiarę i odwracając się do mężczyzny z dzikim wyrazem twarzy. Jej napięta sylwetka przypominała szykującego się do ataku kota.

Azazel cofnął się niepewnie o krok, pojednawczo unosząc dłonie przed sobą.

- Weź wyluzuj, nie miałem nic złego na myśli.

- Wiem. - Uśmiechnęła się słodko. - Ale chyba i tak utnę ci jaja. Dla zasady.

Oni wszyscy byli nienormalni i każde kolejne spotkanie tylko mnie w tym utwierdzało. Już miałem zamiar się wtrącić, ale Benny potrząsnął głową, powstrzymując mnie.

- Hej, gołąbeczki, przestańcie flirtować, nasza śliczna laleczka ucieka. Gdzie ci tak śpieszno, ptaszyno?

Kolejny oprawca pojawił się dosłownie znikąd, przypominając mi o słowach Sama. Miało ich być pięcioro. Gdzie w takim razie podziała się pozostała dwójka? Zacisnąłem dłonie w pięści, czując jak ostre brzegi paznokci wbijają się mi w skórę. Michael. Jakże mocno go nienawidziłem. To uczucie było tak silne, że niemal pozbawiało mnie zdrowego rozsądku. Jedyne czego pragnąłem to wyskoczyć z ukrycia i zmienić jego parszywą gębę w krwawą miazgę.

Mimo to patrzyłem w milczeniu na rozwój sytuacji. Michael postawił stopę na plecach Clarence'a i docisnął mocno do ziemi. Przenikliwy wrzask dzieciaka ranił moje uszy i sprawiał, że serce zaciskało się w piersi. To mógł być Sam.

- P-puszczaj mnie! Puszczaj mnie, ty palancie! - zawołał po chwili, choć spodziewałem się raczej płaczu lub błagań o litość. Może był twardszy niż sądziłem, a może zwyczajnie głupi. Wierzgnął jednak gwałtownie, pozbawiając wrogą stopę stabilnego oparcia. Michael odskoczył, zachwiał się, lecz ostatecznie nie upadł. Clarence przewrócił się na plecy z bolesnym wyrazem na pobladłej twarzy, podpierając się na zdrowej ręce.

- No proszę, proszę, nasz kociak pokazał pazurki - zaśmiał się Raphael, nadchodząc z lewej strony. Był lekko zdyszany, jakby przebiegł spory kawałek drogi i nie wydawał się szczególnie zainteresowany sytuacją. Stanął z boku, zakładając dłonie na piersi. - Sorry, szefie, zwiał mi.

Michael zaklął pod nosem, ale zaraz machnął na to ręką, uśmiechając się złośliwie pod nosem.

- Lubię takich zadziornych. Może jednak będę cię miał - powiedział Michael, pochylając się w stronę dzieciaka, który w odpowiedzi splunął mu w twarz. Nie mogłem nie podziwiać jego temperamentu.

- Pieprz się - dorzucił jeszcze do kompletu tonem bardziej rozgniewanym niż przestraszonym, więc czułem dogłębną ochotę by ukryć twarz w dłoniach. Ten chłopak nie posiadał za grosz instynkty samozachowawczego! Miał za to w sobie dziwny spokój, jakby całkowicie panował nad sytuacją, a jego twarz zastygła w dumnym wyrazie niczym wyuczona maska.

I zanim Michael zdążył choćby się odezwać, pojawiła się ostatnia z naszego irytującego grona, Ruby. Ciemne włosy miała spięte w wysoki kucyk, a płytkie rozcięcie na policzku zalśniło czerwienią w słabym świetle lampy.

- Jak śmiesz się tak do niego odzywać - zaczęła wściekle, sięgając pod płaszcz i wyciągając nóż. Oho, czas wkroczyć do akcji, bo sądząc po wyrazie jej twarzy to nie zostało mu wiele życia. Skinąłem na Benny'ego i wyskoczyłem zza bezpańskiej sterty złomu.

- To miłe, że tak zaciekle bronisz swojego kochasia - zakpiłem.