I

Minął ponad tydzień odkąd wprowadziła się do mieszkania przy Cobourg Street. Przez ten czas zdołała nawiązać kontakt z kilkoma sąsiadami, co było dużym osiągnięciem, biorąc pod uwagę fakt, że dotąd krąg jej znajomych ograniczał się do personelu lekarskiego, innych pacjentów oraz wolontariuszy odwiedzających placówki, w których przebywała. Szczególną sympatię wzbudzała w niej mieszkająca piętro niżej Eve Carpenter — sześćdziesięciopięcioletnia emerytka znacznie odbiegająca od stereotypowego wizerunku starszej pani. Jednopokojowa nieruchomość, którą otrzymała tymczasowo od fundacji, była mała i skromnie urządzona, ale w pełni zaspokajała jej aktualne potrzeby. 4 maja miała rozpocząć pracę ekspedientki w pobliskim supermarkecie. Wprawdzie ze względu na swój stan mogła skorzystać z zasiłku i mieszkania socjalnego, jednak wychodziła z założenia, że jeżeli jest w stanie sama zarabiać pieniądze, to powinna pójść do pracy.

Korzystając z ostatnich wolnych dni, w czwartkowe popołudnie odwiedziła Eve, która zaprosiła ją na herbatę.

— Na pewno chcesz pić Eaerl Greya? Mam coś znacznie lepszego — starsza z kobiet z dumą zaprezentowała swojemu gościowi butelkę koniaku. — To mój ulubiony trunek, zaraz po pewnym gatunki whisky, którego niestety nie mogę teraz zdobyć.

Rudowłosa wiedziała, że nie może pozwolić sobie na alkohol.

— Niestety, przyjmuję leki.

Do tej pory Eva nie wypytywała ją o przeszłość i Catherine miała nadzieję, że tak pozostanie. Choć starsza pani wydawała jej się przyjazną osobą o otwartym umyśle, to nie była gotowa na to, aby wyznać jej prawdę o swojej śpiączce, amnezji i problemach psychicznych.

— Pomagają ci?

— Tak. To znaczy moja lekarka tak twierdzi, choć sama uważam, że mogłabym już z nich zrezygnować.

Eva podała jej zaparzoną przed chwilą herbatę, a sobie nalała kieliszek koniaku.

— Komu bardziej ufasz, Cathy? Sobie czy lekarce?

Zawahała się. Nie mogła udzielić satysfakcjonującej ją samą odpowiedzi.

— Nie daj sobie wmówić, że nie wiesz, co jest dla ciebie dobre. Ktoś powiedział mi kiedyś, że tylko ufając sobie można odnaleźć szczęście i uważam, że ta osoba miała rację.

Szczęście. Gdyby ktoś zapytał ją, czym ono dla niej jest, nie potrafiłaby odpowiedzieć. Czy kiedykolwiek czuła się szczęśliwa? Być może wtedy, gdy po latach rehabilitacji stanęła na własnych nogach. Tak, to było wspaniałe uczucie, które jest w stanie zrozumieć tylko ten, kto ma za sobą podobne doświadczenia. Kiedy opuszczała klinikę także czuła się szczęśliwa, ale po upływie kilku dni ta radość gdzieś zniknęła. Im bardziej starała się cieszyć nowym życiem, tym bardziej docierało do niej, że to wcale nie jest jej życie.

Pochłonięta rozmyślaniami nie zauważyła, że starsza pani wstaje i sięga po stojący na szafce szklany dzban z metalową rurką.

— A może sobie zapalimy? — zaproponowała — Tytoń można łączyć z lekami, o ile się nie mylę.

— Słyszałam wiele negatywnych opinii o paleniu. I wiesz co? — zwróciła się do sąsiadki, a w jej zielonych oczach pojawiły się iskierki. — Chętnie sprawdzę, jak działa na mnie.

— To mi się podoba, mała! — zawołała z radości pani Carpenter, stawiając shishę na stole.

Jeżeli w ciągu ostatnich dni mieszkańcom Londynu udało się zapomnieć, że żyją w wyjątkowo deszczowym mieście, to wtorek przypomniał im o tym bezlitośnie. Padało od samego rana, niemal bez przerwy. Catherine przez kilka godzin siedziała wpatrzona w okno. Lubiła deszcz. Było coś piękno w dźwięku kropel uderzających o szybkę i sposobie, w jaki później spływały po szkle. Dzień taki jak ten skłaniał do refleksji i przywoływał wspomnienia.

Proszę, wyjdź ze mną na dwór, Petunio — rudowłosa dziewczynka zwróciła się do stojącej obok niej blondynki.

Zwariowałaś? Jest okropnie. Nie mam zamiaru cała przemoknąć.

A ja nie mam zamiaru siedzieć cały dzień w domu — odparła z uporem zielonooka.

Mama nie pozwoliłaby ci wyjść — przypomniała starsza z dziewczynek. Nagle na jej twarzy pojawił się grymas złości. — Masz zamiar spotkać się z tym dziwakiem, prawda?

Nie nazywaj go tak! Jest moim przyjacielem, a jeżeli ty nie chcesz iść ze mną, to nie twoja sprawa, co będę robić.

Z rozmyślań wyrwał ją dźwięk zegara, który właśnie wybił godzinę piątą. Postanowiła przejść się do pobliskiego parku, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Wychodząc z bloku minęła się z sąsiadką.

— Świetna pogoda na spacer — stwierdziła Eve, która nie ukrywała, że uwielbia deszcz. — Jak już wrócisz, to wstąp do mnie. Napijemy się herbatki.

— Chętnie — odparła młodsza z kobiet. — Ale może wybierzemy coś innego. Na przykład koniak?

Pani Carpenter od razu zrozumiała, co się za tym kryje.

— Świetna decyzja, Cathy! Będę na ciebie czekać.

Pięć minut później Catherine siedziała na parkowej ławce. Wprawdzie miała ze sobą parasol, ale nie rozłożyła go. Gdy krople deszczu spływały po jej twarzy, czuła wewnątrz przyjemne ciepło. Zamknęła oczy, a jej głowie pojawił się obraz dwójki dzieci. Zielonooka dziewczynka i ciemnowłosy chłopiec bawili się beztrosko, nie zważając na opady. Tym razem rozmyślania przerwał jej czyjś głos:

— Nie biegnij tak szybko, synku!

Zobaczyła około pięcioletniego chłopca i biegnącego w jego stronę człowieka w okularach.

— Wchodź pod parasol, bo mama będzie na mnie zła, jeżeli się przeziębisz.

Przed oczyma stanął jej inny mężczyzna, noszący dokładnie takie same okulary. Ktoś, kogo bardzo dobrze znała. Ktoś, kto był dla niej ważny. Ojciec chłopca pochylił się i zawiązał mu sznurówkę. Gdy wstał, zwrócił się do niego:

— Chodź, Harry. Musimy jeszcze zrobić zakupy.

Serce zaczęło walić jej jak oszalałe, a wspomnienia przelatywać przez głowę jedno za drugim.

Harry, będzie miał na imię Harry — mówiła, trzymając rękę na brzuchu.

Masz oczy po mamie, Harry — stwierdził piskliwym głosem niski człowiek, pochylając się nad niemowlakiem.

Bierz Harrego i uciekaj! — krzyczał przerażony mężczyzna w okularach.

Zasłoniła uszy dłońmi, jakby to mogło sprawić, że nie będzie słyszała głosów dochodzących z wnętrza własnego umysłu. Powtarzała sobie, że to tylko wytwory jej wyobraźni, nad którymi musi zapanować.

— Proszę pani. Halo!

Ktoś szarpnął ją za ramię. Podniosła głowę i zobaczyła, że stoi nad nią nieznajoma dziewczyna.

— Czy wszystko w porządku? Może potrzebuje pani pomocy?

Dopiero w tym momencie zorientowała się, że cała się trzęsie, a jej twarz jest mokra nie tylko od kropli deszczu, ale i od łez.

— Nie, nic mi nie jest — odparła, choć nie była tego pewna.

Kiedy zjawiła się w mieszkaniu Eve, była już trochę spokojniejsza, jednak nie na tyle, aby sąsiadka nie mogła dostrzec, że coś ją dręczy. Na szczęście kobieta nie zadawała żadnych pytań, ograniczając do zapewnienia, że Cathy może powiedzieć jej o wszystkim — jeżeli będzie czuła taką potrzebę — bo ona wiele już w życiu widziała i słyszała, więc nic jej nie zaskoczy.

— Masz dzieci, Eve? — spytała, sięgając po kieliszek koniaku.

Choć w pierwszej chwili skrzywiła się, niezbyt zadowolona ze smaku trunku, to od razu wzięła kolejny łyk.

— Nie — odparła sąsiadka. — Nigdy nie widziałam się w roli matki. Nie wiem też, czy odnalazłabym się w roli żony.

— Może nie wyszłaś za mąż, bo nie spotkałaś odpowiedniego mężczyzny?

Po raz pierwszy dostrzegła w oczach Eve smutek. Trwało to tylko dwie-trzy sekundy, a później na twarzy kobiety znów pojawił się uśmiech.

— Spotkałam, kiedy byłam bardzo młoda. Pochodziliśmy z dwóch różnych światów i mogliśmy być szczęśliwi tylko dlatego, że potrafiliśmy stworzyć sobie swój własny, trzeci świat, gdzieś na granicy tamtych dwóch.

Eve wstała i wyjęła z szuflady zdjęcie.

— To właśnie Decimus. Nie dziw się, że nosił takie imię. W jego rodzinie było to czymś normalnym.

Fotografia prezentowała około dwudziestoletniego chłopaka w ciemnych, kręconych włosach. Miał drobną twarz, w której najbardziej przyciągały uwagę duże, okrągłe oczy.

— Zmarł niespełna rok po wykonaniu tego zdjęcia.

— Przykro mi.

— Minęło już wiele lat. Spotykałam się później z kilkoma mężczyznami, ale nigdy nie przestałam za nim tęsknić. Jeżeli stracisz kogoś, kogo kochasz, to zawsze będzie odczuwała tęsknotę. Nawet, gdyby odebrano ci pamięć, bo uczucia tkwią znacznie głębiej niż wspomnienia.

Rozważała te słowa późnym wieczorem, siedząc na parapecie swojego mieszkania i wpatrując się w nocne niebo. Wadą życia w wielkim mieście był fakt, że gwiazdy były tu słabo widoczne. Tęskniła za ich widokiem, lecz do nie tego brakowało jej najbardziej. Rozmowa z Eve uświadomiła jej, że pustka, którą ją wypełnia, to tęsknota za ludźmi, których kochała. Nie miała wątpliwości, iż było kilka osób, które zajmowały w jej sercu szczególne miejsce. Nie żałowała tego, że zdecydowała się odstawić tabletki. Musiała nauczyć się odróżniać prawdę od fikcji samodzielnie, bez leków. Nie zmieniła zdania nawet mimo tego, że tej nocy prawie nie zmrużyła oka. Gdy tylko udało jej się na moment zasnąć, śniła o Hogwarcie. Setki razy rozmawiała na ten temat ze swoją lekarką. Dr. Irene twierdziła, że powinna zrozumieć sens tych urojeń, ponieważ to właśnie on stanowi klucz to jej prawdziwych wspomnień. Mówiła, że Catherine okłamuje samą siebie. Że nie ma Hogwartu.

Poczuła, że znów zapada w sen.

To prawda, tak? To nie żart? Petunia mówi, ze mnie okłamujesz. Petunia mówi, że nie ma Hogwartu. To jest prawdziwe czy nie?

To prawdziwe dla nas. Nie dla niej.

Gwałtownie wybudziła się ze snu.

— To prawdziwe dla nas! — krzyknęła, zrywając się z łóżka. — Nie dla niej… dla nas… Prawdziwe.

Nie zastanawiała się nad tym co robi. Postanowiła słuchać tłumionego przez lata wewnętrznego głosu, który kazał jej ubrać się i spakować do torebki najpotrzebniejsze rzeczy. Kilkanaście minut później zdyszana wbiegła na stację kolejową.

O 6.50 na drżących nogach stanęła na peronie dworca w Cokeworth. Znała to miejsce doskonale. Idąc za radą Eve zaufała sobie i pozwoliła, aby prowadził ją tajemniczy głos, pochodzący z głębi jej własnego umysłu. Po upływie kwadransa zatrzymała się przed starym placem zabaw. Wysoka na pół metra trawa i zardzewiała karuzela wskazywały na to, że od dawna nikt tu nie zagląda. Minęła huśtawki, które skrzypiały poruszane wiatrem i ledwie dostrzegalną wśród zarośli piaskownicę. Doszła do samego końca placu. Chociaż ogrodzenie było w kiepskim stanie i mogła bez problemu wyjść na zewnątrz, przeciskając się przez jedną z dziur, to wdrapała się na płot i przeskoczyła go. Przeszła jeszcze kilka metrów, kierując się w stronę brudnej rzeki i stanęła przed jednym z rosnących nad brzegiem buków. Miała wrażenie, że jej serce bije tak mocno, że nie tylko czuje, ale i słyszy jego uderzenia. Przez chwilę błądziła wzrokiem i dłonią po starym pniu. Nagle go dostrzegła. Czas zrobił swoje i napis był ledwie czytelny, ale ona bez trudu rozpoznała wyryte tu niegdyś słowa: Lily i Sev. Przyjaciele na zawsze.

— Tak. To prawdziwe — wyszeptała ze łzami w oczach. — To wszystko prawda. Lily to ja!