Co do CHUJA.
Historia wykręciła się tak nagle i gwałtownie, że kompletnie zniszczyła mi rozpiskę.
*grozi historii koszmarną śmiercią w płomieniach*
Nie mam pojęcia, co właściwie mam zrobić z tym... tym gównem, który mi nagle zaprezentowano. Siedzi sobie jak jakaś kwoka pośród wszystkiego i śmierdzi. Po prostu argh. Nawet nie wiem co z tym właściwie zrobić. Nie mam pojęcia, po co ja to właściwie napisałam. Jakby mnie coś nagle opętało. Sama nie wiedziałam, co się właściwie stanie w następnej chwili.
*grozi historii koszmarną śmiercią z odmrożeń*
W sumie mogłabym usunąć ten rozdział, który ma już 4500 słów i zacząć od nowa.
Problem w tym, że naprawdę chcę przekonać się, jak to się rozwinie.
A to oznacza konieczność napisania rozpiski od nowa. I teraz rewolucja zatrzęsie samymi fundamentami świata, a ja nie wiem nawet, jak to pogodzić z Willoughbym, Whitestag, wilkołakami i wszystkimi innymi planami, jakie miałam w zanadrzu.
Argh.
*grozi historii koszmarną śmiercią z wykrwawienia*
Chcę przez to powiedzieć, że o ile ten rozdział wyjdzie w miarę szybko, o tyle napisanie następnego może mi chwilę zająć, bo nie jestem pewna ile mi zajmie pisanie rozpiski od nowa.
Argh.
Witam wszystkich w rozdziale, który nie miał istnieć, a który zmienił mi całą resztę historii tylko po to, by się do niej wcisnąć na chama.
Rozdział dziesiąty: Tajemniczy wrogowie
– I wydaje ci się, że znajdziemy wszystkie produkty w mugolskich sklepach? – Oczy Kamelii były szeroko otwarte z niedowierzania.
Harry wzruszył ramionami.
– Róża zapewniła mnie, że to nie będzie problem. – Okazało się, że Róża też była mugolką, ale wyrosła w mugolskim świecie i ugryziono ją, jak miała dziewiętnaście lat. Była przekonana, że wciąż znajdzie wszystko, co będzie jej potrzebne, w mugolskich sklepach. Jej bratnia dusza, Bavaros, czarodziej, i tak miał zamiar wybrać się razem z nią, choćby po to, by na Pokątnej wymienić galeony Harry'ego na mugolskie pieniądze, ale też dlatego, że generalnie nie przepadał za sytuacjami, w których Róża starała się wybierać w niemagiczne miejsca bez kogoś, kto mógłby ją obronić. Kamelia powiedziała Harry'emu w zaufaniu, że Bavaros wciąż obawiał się, że Róża przy pierwszej lepszej okazji spróbuje wrócić do swojej rodziny, mimo że wyrzucili ją z domu, nie mogąc pogodzić się z tym, czym była.
To była jedna sprawa, której Harry już zdążył się nauczyć: nigdy nie wtrącać się w sprawy między bratnimi duszami. W watasze było kilka takich par i zachowywali się, jakby się kochali i jednocześnie nienawidzili, w jednej chwili wtulali się w siebie, a w następnej rzucali się sobie do gardeł. Harry może i zająłby w tym jakąś pozycję, gdyby Bavaros był mężem Róży, korzystając z sytuacji, by zarówno poznać swojego nowego sojusznika, jak i ukoić jego lęki, ale Kamelia wyjaśniła mu, że ponieważ nie jest jej mężem, a bratnią duszą, to jego paranoja tylko by się pogorszyła.
– No dobrze, a co z zaproszeniami? – zapytał Harry, odwracając się i kiwając głową do Brugmansji, wilkołaczycy, której polecił się nimi zająć.
– Większość przywódców stad, do których wysłałeś sowy, odpisało – powiedziała młoda kobieta, rozkładając przed sobą listy na kuchennym stole. Harry z lekkim rozbawieniem pomyślał, że była odpowiedzią na pytanie Dracona, czy wilkołaki w ogóle się myły. Jej włosy były długie, brązowe, proste i idealnie czyste, w dodatku jej paznokcie wyglądały, jakby zarabiała na dbaniu o dłonie. – Tygrys nie, ale on i tak by się nie pojawił; w ogóle nie wchodzi w kontakty z czarodziejami. Yuna jest zajęta pilnowaniem nowej pary w swoim stadzie, która właśnie nawiązuje więź między sobą, więc nie może przyjść. Wolność ci nie ufa. – Poderwała wzrok, mrugając. – Ale wszyscy pozostali mają zamiar pojawić się na festiwalu. Siedemnaście przywódców stad z dwudziestu to nie taki zły wynik, Dziki.
Harry skrzywił się. Wilkołaki zaczęli nazywać go Dzikim. Zapytał je, czemu, czym zyskał sobie zaskoczone spojrzenie od Brugmansji i „Bo tak właśnie pachniesz" od Kamelii. Samo w sobie nie byłoby takie złe, ale zaczynały używać tego słowa jak tytułu.
Ale miał teraz ważniejsze sprawy na głowie, więc nie mógł teraz o to naciskać.
– Czy większość z nich zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie stwarza dla nich departament?
Brugmansja kiwnęła głową.
– W czasie pełni pozostaną w domach. Oczywiście, nie jesteśmy w stanie ustalić, gdzie departament uderzy następnym razem. Nasza wataha była oczywistym celem, bo byliśmy stadem Lokiego, ale teraz? – Pokręciła głową i Harry zauważył troskę, którą odważnie starała się ukryć w swoich oczach. Wszystko w niej wrzeszczało „wychowywana pod kloszem czystokrwista", ale Harry nie znał jej prawdziwego imienia, czy nazwiska. – Możliwe, że znowu spróbują nas zaatakować.
– Lepiej, żeby tego nie zrobili, dla ich własnego dobra – powiedział łagodnie Harry, a wpół–otwarta szafka obok niego zalśniła, jakby pokryła się złotem. Kamelia nachyliła się, pławiąc się w zapachu magii, podczas gdy Brugmansja uśmiechnęła się do niego nieśmiało.
– Ufamy ci, że nas ochronisz, Dziki – powiedziała miękko. – Ale to i tak jest straszne, ta świadomość, że mogą nas zabić, jak tylko zobaczą nas w wilczej formie. – Zadrżała i objęła się rękami, spuszczając wzrok. – Żeby już nie wspomnieć o nowych prawach.
Harry wziął głęboki oddech, żeby w pomieszczeniu nie doszło do niczego agresywniejszego poza podmuchami wiatru.
– One również mnie denerwują – powiedział.
To, o czym czarownice departamentu wspomniały w holu ministerstwa, stało się „oficjalnym" prawem zaledwie następnego dnia. Wilkołaki miały w miejscach publicznych nosić obroże i posiadać papiery rejestracji, na wypadek, gdyby ktoś miał jakieś wątpliwości, kim są. Obroże, zgodnie z tym, co wyniosłym tonem wyjaśniała w swoim artykule reporterka Gina de Rousseau, miały po prostu identyfikować wilkołaki, a nie w żaden sposób je ograniczać magicznie.
Harry miał to gdzieś. Nawet jeśli ministerstwo potrzebowało możliwości do zidentyfikowania wilkołaków na pierwszy rzut oka, a nie sądził, żeby to było konieczne, to czemu wybrali właśnie obroże? Zrobiono to wyłącznie przez wzgląd na ich poniżające znaczenie. Jak tylko rozeszły się wieści, napisał o tym do Scrimgeoura, prosty list. Czy wiedział o tym w dniu, kiedy Harry go odwiedził?
Nie nadeszła żadna odpowiedź. Harry nie wiedział, czy to oznacza, że listy Scrimgeoura są tak pilnie strzeżone, że minister nie miał odwagi do niego napisać, czy też ktoś może przechwycił wiadomość. Zaczynał się przychylać w stronę przechwycenia, bo minister nie spróbował również skontaktować się z nim w żaden inny sposób.
Pewnie jego też to wszystko wkurza, pomyślał Harry, ja, Amelia Bones i ktokolwiek, kto ustanowił te idiotyczne prawa. Sprowadziłem wilkołaki do ministerstwa. Naciskam.
Miał jednak zamiar dalej naciskać. Poprosił kilku wilkołaków o sprawdzenie książek prawnych Blacków, kiedy rozmawiał ze swoimi sojusznikami i organizował festiwal, a oni znaleźli niewielki kruczek prawny, z istnienia którego Harry nie zdawał sobie nawet sprawy. Był to sposób na zainterweniowanie w sprawy ministerstwa w absolutnie zgodny z prawem sposób, ponieważ, oczywiście, stare rody znęcały się nad Wizengamotem, póki nie zyskali jakichś specjalnych ulg.
Istniały chwile, w jakich Harry był szczerze wdzięczy, że Regulus ustanowił go dziedzicem Blacków i to właśnie była jedna z nich.
Mężczyzna, który otworzył drzwi, spojrzał surowo na Harry'ego. Harry przyjrzał mu się. Miał pozbawione wyrazu oczy i twarz, ale Harry wiedział, że ta obojętność kryje raczej za sobą przebiegłość, nie głupotę. Innymi słowy, był całkiem podobny do swojego syna, Marcusa, kapitana drużyny quidditcha przez pierwsze trzy lata nauki Harry'ego w Hogwarcie.
– Pan Flint? – zapytał. – Aureliusz Flint?
– Harry vates – powiedział mężczyzna bez cienia uśmiechu w głosie, po czym odstąpił od drzwi. – Co pana sprowadza do mojego gabinetu?
Harry pojął sugestię i wszedł do środka; pojawił się w ministerstwie w godzinach pracy Eryki, dzięki której udało mu się przedostać niezauważenie przez punkt sprawdzania różdżek, ale cokolwiek dziwnie by wyglądało, gdyby ktoś przyłapał go na odwiedzinach pomniejszego urzędnika z Departamentu Kontroli i Regulacji Magicznych Stworzeń.
– Chciałem po prostu porozmawiać – powiedział. – Marcus polecił mi kiedyś pańskie usługi. Powiedział, że był pan kiedyś wspaniałym graczem w quidditcha, co może oznaczać, że mamy coś wspólnego.
Usiadł na stojącym przed biurkiem krześle. Aureliusz Flint zajął fotel za nim, nawet przez chwilę nie spuszczając Harry'ego ze swoich wielkich, bystrych oczu.
– Nigdy nie byłem szukającym – odparł. – Ale owszem, grałem jako pałkarz.
Harry kiwnął głową.
– Czyli przynajmniej to jedno mamy wspólnego – powiedział. Sięgnął do kieszeni szaty i wyjął obraz pieczęci, którą skopiował ostrożnie z ryciny, znajdującej się w książce o prawie. Był to herb rodziny Blacków, ale w miejscu motta Toujours Pur znajdowały się słowa Amicitia percutere. Aureliusz podniósł kartkę i przez chwilę przyglądał się jej, nie dając po sobie czegokolwiek poznać.
Harry jednak go obserwował i zobaczył, że na jego policzkach pojawił się delikatny rumieniec.
Chwilę później odłożył herb na blat swojego biurka i kiwnął głową.
– Tak – powiedział. – Osoba pracująca w tym biurze faktycznie przyjmuje na siebie obowiązek służenia rodowi Blacków, vatesie. A pan jest obecnie legalnym dziedzicem Blacków, prawda?
– Tymczasowo jego nestorem, póki Regulus Black dochodzi do siebie po ranie, którą otrzymał w zamachu na własne życie – powiedział Harry. Pierwszy raz musiał uciec się do tej przykrywki, ponieważ niewielu ludzi poza jego kręgiem najbliższych zdawało sobie w ogóle sprawę z nieobecności Regulusa. – Dlatego też chcę poprosić pana o przysługę.
Aureliusz kiwnął głową, jakby Harry niczego innego nie robił w swoim życiu, jak prosił go o coś takiego.
– Słucham?
– Niedawno ogłoszono nowe prawa dotyczące wilkołaków – powiedział Harry, zabierając z powrotem swoją kopię pieczęci. – Zmuszające je do noszenia obroży i papierów identyfikacyjnych. Chcę dowiedzieć się, kto je zaproponował.
– Amelia Bones – powiedział Aureliusz, wyraźnie rad, że tak łatwo był w stanie wywiązać się z tego obowiązku.
– Jak bardzo jest pan pewien tej informacji? – zapytał Harry. Jeśli to na pewno, bez dwóch zdań, była ona, to przyjmie to do wiadomości, ale zaczynał mieć wątpliwości, że ta przerażona kobieta, którą zobaczył drugiego sierpnia, miała nad sobą pełną kontrolę. Jeśli ktoś pociągał za sznurki, w jakiś sposób manipulując nią, to chciał dowiedzieć się, kto mógłby to być.
Aureliusz zawahał się.
Harry kiwnął głową.
– Właśnie. W tej grze biorą udział inni gracze – inni szefowie departamentów, Departament Kontroli i Poskramiania Niebezpiecznych Bestii, jak i niewątpliwie też ludzie, o których nawet nie słyszałem. Chcę, żeby dowiedział się pan, kto w ogóle wymyślił te ustawy, a przynajmniej żeby dostał się pan tak blisko niego jak tylko będzie pan w stanie. Amelia Bones służy tu do nagłaśniania sprawy, ale nie sądzę, żeby jej mózg był w stanie wymyślić coś takiego.
Aureliusz wyciągnął do niego rękę ponad biurkiem. Harry przyglądał się mu uważnie, póki nie usłyszał głębokiego tonu mężczyzny, w którym znajdowała się zaledwie nuta roztrzęsienia.
– Oficjalnie chciałbym poprosić o zwolnienie z tego obowiązku. Jeśli pan mnie z niego zwolni, to będę panu winien dług… a nawet dwa, jeden w zamian za oryginalny obowiązek, a drugi w zamian za pańską dobroć. Z przyjemnością je spłacę. Ale proszę o zwolnienie z tego konkretnego.
Harry przymrużył oczy, tym razem widząc, że mężczyzna blednie. Wie, a przynajmniej podejrzewa, kto wyszedł z propozycją tych praw.
I jest przerażony.
Wyglądało na to, że Harry będzie musiał stąpać ostrożnie. Przyszedł do Aureliusza Flinta po prostu dlatego, że jego biuro miało obowiązek pomóc osobie z rodu Blacków, ale być może sam Aureliusz był mocniej z tym wszystkim związany, niż mu się początkowo wydawało. Lucjusz Malfoy może wiedzieć coś na ten temat.
Harry kiwnął głową, jakby zastanowił się nad tym i podjął decyzję. Aureliusz zamknął oczy, jego ręka opadła na biurko. Harry miał jednak na oku jego palce, przez zauważył, kiedy dwa z nich zgięły się i wskazały w dół.
W kierunku podłogi? Czyżby ktoś pod biurem nas podsłuchiwał?
Nie, może pod ministerstwem.
Jak tylko o tym pomyślał, momentalnie przyszło mu do głowy, kto mógł wywołać w Aureliuszu taką zgrozę. Departament Tajemnic. Niewymowni. A ich biuro znajdowało się piętro pod Departamentem Kontroli i Regulacji Magicznych Stworzeń.
Harry kiwnął głową, tym razem wyraźniej. Aureliusz spojrzał mu w oczy, po czym zwinął dłoń w pięść. Odchylił się w fotelu, uspokojony i niewzruszony, po czym spojrzał na twarz Harry'ego.
– W takim razie czego pan sobie ode mnie życzy? – zapytał.
– Chciałbym otrzymać listę wszystkich książek, w których znajdują się prawa dotyczące wilkołaków – powiedział Harry. – Pracuje pan w tym departamencie, więc bez problemu powinien pan być w stanie ją dla mnie zdobyć.
Aureliusz kiwnął głową.
– Jeśli zaś chodzi o drugą prośbę… – Harry przechylił głowę na bok, po czym wstał. – Wydaje mi się, że zostawię ją sobie na później.
Mężczyzna wyglądał przez moment na skwaszonego, jakby wolał spłacić oba długi od ręki, ale wstał, żeby odprowadzić Harry'ego do drzwi. Kiedy je przed nim otworzył, znalazł się blisko Harry'ego na tyle długo, by powiedzieć „Uważaj" tak cicho, że Harry nie usłyszałby tego bez wpływu swojej magii.
Harry pochwycił spojrzenie Aureliusza i poruszył głową w bardzo niewielkim kiwnięciu. Aureliusz wydawał się być usatysfakcjonowany, kiedy zamykał za nim drzwi.
Harry owinął się w swoje zaklęcie kompletnego zniknięcia i ruszył szybko w kierunku wind. Przybył sam, ponieważ dyskrecja była w tym przypadku ważniejsza od imponowania komukolwiek. Teraz chciał wydostać się czym prędzej z ministerstwa. Departament Tajemnic badał magię na jej najgłębszych poziomach i zawierał w sobie artefakty, zdolne do Merlin–wie–czego. Harry nie wiedział, czy już czasem nie dowiedzieli się o jego obecności w ministerstwie, dzięki jakimś niewykrywalnym osłonom, czy czymś w tym styli. Aureliusz z całą pewnością zachowywał się, jakby był przekonany, że są w stanie zobaczyć wszystko i wszędzie.
Nie rozumiem tylko, czemu uwzięli się akurat na wilkołaki. Po co? Co oni mogą z tego mieć?
Dotarł do wind i nacisnął guzik, żeby przyzwać jedną z nich. Kiedy na nią czekał, usłyszał za sobą kroki, lekkie, wykonane z gracją i niemal bezgłośne. Tak chodził doświadczony łowca albo szpieg. I zbliżały się do niego.
Odwrócił się. Korytarzem szedł płynnym krokiem czarodziej w lśniącym, szarym płaszczu, który odrzucał od siebie wszelkie światło. Gdyby Harry nie spodziewał się czegoś w tym stylu po usłyszeniu jego kroków, to pewnie nawet by go nie zauważył.
Albo jej. Płaszcz tak ciężko było zauważyć sam w sobie, że nie sposób było określić czającą się pod nim sylwetkę.
Wygląda na to, że niewymowni domyślili się już, że rozmawiałem z Aureliuszem.
W tej chwili pojawiła się winda Harry'ego.
– Departament Kontroli i Regulacji Magicznych Stworzeń – rozległ się melodyjny głos ze środka, kiedy otwierały się drzwi, momentalnie zwracając na siebie uwagę niewymownego.
Wszedł do windy, przekonany że jego zaklęcie ochroni go przed wykryciem; w końcu właśnie do tego służyło. Chwilę później niewymowny wszedł razem z nim.
Harry wcisnął guzik Atrium. Niewymowny niczego nie zrobił, po prostu stał tam z pochyloną głową i przygarbionymi ramionami, niczym stary człowiek. Harry nie sądził, żeby naprawdę mógł być wiekowy, głównie przez sposób, w jaki się poruszał, ale jego postura skutecznie przesłaniała jego twarz.
Winda powoli zaczęła turkotać w dół. Harry czekał, z dłonią przyłożoną lekko do piersi. Jego magia, również ukryta przez zaklęcie, nuciła i brzęczała wokół niego. Niewymowny wciąż niczego nie zrobił. Harry zastanawiał się, czy naprawdę nie miał pojęcia, gdzie też może znajdować się Harry, czy też po prostu był przekonany, że dowolna niewidzialna osoba, która używała akurat windy, musiała być właśnie nim. Dziwne, że nie pochylił się, żeby mnie złapać, kiedy naciskałem guzik do Atrium.
– Atrium – powiedział śpiewnie głos, kiedy zatrzymali się na tym piętrze, po czym drzwi otworzyły się. Chwilę później niewymowny stanął mu na drodze.
Czyli wydaje mu się, że w ten sposób mnie złapie. Harry wiedział, że mógłby zaszarżować na mężczyznę, a zaklęcie kompletnego zniknięcia nie dopuściłoby do złapania go, ale niewymowny i tak poleciałby w tył, co mogłoby zaalarmować innych, znajdujących się na tym samym poziomie.
Wiedział jednak, że nie może pozostać w windzie i dać się w niej złapać. Ponadto już nowe prawa anty–wilkołacze podniosły Harry'emu ciśnienie, więc jeśli dodać to, czego dowiedział się u Aureliusza Flinta, to teraz naprawdę nie miał ochoty dyskutować ze swoimi wrogami.
Pogrywają sobie w coś. Nie wiem jeszcze w co. Ale pokażę im, co ich czeka na drugiej stronie planszy.
Zdjął z siebie Extabesco plene. Niewymowny momentalnie ruszył w jego stronę, wyciągając ukrytą pod rękawiczką dłoń. Wciąż się nie odezwał. Harry podejrzewał, że milczenie miało przestraszyć ofiarę.
W jego ręce coś błysnęło. Trzymał w niej coś niewielkiego i srebrnego, prawdopodobnie magiczny artefakt.
Harry nie miał najmniejszych zamiarów ciskać magią w coś, co wyglądało jak obroża. Znając jego szczęście, zaklęcie albo by się odbiło, albo zostało wchłonięte. Zamiast tego odrzucił grzywkę ze swojej blizny i otworzył usta, wydając z siebie przeraźliwie głośny, zszokowany wrzask.
Niewymowny drgnął, zamierając na chwilę. Harry zanurkował pod jego ręką i wbiegł do Atrium.
– Pomocy! Och, na pomoc!
Niemal momentalnie usłyszał zmierzające w swoją stronę kroki. Pierwszą osobą, która wyszła zza zakrętu, oczywiście, musiała być akurat Eryka, czarownica rejestrująca różdżki, która minęła prowadzącą do wind bramę. Zobaczyła go, po czym otworzyła szerzej oczy na widok niewymownego.
Harry poczuł, jak zalewa go złośliwa satysfakcja. Chcą utrzymywać wszystko w tajemnicy? No to wyciągnijmy ich na światło dzienne, zobaczymy jak zareagują na oskarżenie o próbę porwania Chłopca, Który Przeżył.
– Harry! – zawołała Eryka. – Nic ci nie jest?
Harry zobaczył łopoczący za nią szary płaszcz kolejnego niewymownego. Wokół rozlegało się coraz więcej dudnień nadciągających kroków i choć przynajmniej część prawdopodobnie okaże się gośćmi, czy personelem ministerstwa, to reszta najprawdopodobniej była posiłkami z Departamentu Tajemnic. Harry nie wiedział, jak wiele byli gotowi zaryzykować do utrzymania wszystkiego w tajemnicy.
Wyrzucił dłoń przed siebie, szepcząc „Exculpo", stworzone kiedyś przez niego zaklęcie. Ręka, która właśnie sięgała ku ramieniu Eryki, zniknęła, kompletnie usunięta z rzeczywistości. Niewymowny – albo niewymowna, jeśli sądzić po głosie – wydała z siebie głośny, zszokowany jęk, a Eryka obróciła się szybko i zobaczyła ją. Kiedy Harry do niej dołączył, miała już wyciągniętą różdżkę i rozglądała się podejrzliwym wzrokiem.
– Drętwota! – krzyknęła, a strumień czerwonego światła trafił niewymowną, która padła bez ruchu. Eryka zaśmiała się nerwowo.
Harry zauważył kątem oka coraz więcej szarych płaszczy i podejrzewał, że niewymowni wyprosili wszystkich z tego piętra i pozostawili na nim Erykę, żeby nikt, kto pojawi się nagle w ministerstwie, nie zauważył, że coś jest nie tak. Złapał Erykę za rękę i pociągnął ja w kierunku wrót. Eryka chętnie podążyła za nim, ale co chwila oglądała się przez ramię.
– Co to za jedni? – zapytała z oburzeniem, kiedy mijali fontannę.
– Niewymowni – powiedział Harry i zobaczył, jak z twarzy Eryki znika wszelki kolor. Kiwnął głową. – Tak, obawiam się, że właśnie pozbawiłem cię pracy w ministerstwie – powiedział. – Czy chciałabyś może nową?
– Ale ja właściwie niczego nie potrafię poza sprawdzaniem różdżek… – zaczęła paplać Eryka, wreszcie biegnąc bez ponaglania i kierując się w stronę windy, która zabierze ich do niepozornej budki telefonicznej.
– Możesz to robić dla mnie – wydyszał Harry. – Miałbym też dla ciebie kilka innych zadań. – Zauważył, nawet jeśli umknęło to Eryce, że jedna z szarych szat usiłowała zastąpić im drogę, nie dając wejść do windy. Lada moment będzie musiał użyć swojej magii.
A potem niewymowny odsłonił się, wyciągając czerwoną skorupkę, którą Harry znał aż za dobrze. Była to skorupka bezruchrząszcza, która go uwięzi wraz w jego magii, jeśli tylko ją tknie; używano ich do więzienia czarodziejów o lordowskiej mocy, oskarżonych o jakieś zbrodnie.
Harry pomyślał o Doncanie, o Opalline'ach, o poczerniałych od płomieni kamieniach, na których stało Gollrish Y Thie, po czym otworzył usta. Zionął intensywnym, białym płomieniem, który pochwycił i spopielił lecącą w niego skorupę.
Płomień pomknął również w niewymownego, który podniósł dłoń. Srebrny pierścień zamigotał na jego palcu, absorbując ogień. Następnie wyciągnął niewielką, szklaną kulkę, w której zapieczętowane było coś, co dla oczu Harry'ego wyglądało jak róża, i posłał ją łagodnie w Harry'ego.
Harry czuł skupioną w niej magię, tętniącą w powietrzu z mocą, która mogła rywalizować z jego własną. Nie ważył się jej tknąć. Złapał Erykę za ramię i przesunął ją bezpiecznie za siebie, po czym zrobił coś, czego nie robił już od ponad miesiąca, otworzył swój przewód daru absorbere tak szeroko, jak tylko był w stanie.
Magia, która pomknęła tą „gardzielą" była znacznie przyjemniejsza od czegokolwiek, co otrzymał od śmierciożerców czy Voldemorta. Dzwoniło w niej aż od mocy i Harry zadygotał, zmuszając się do przełykania w kilka sekund tego, co zwykle wchłaniał przez wiele minut. Już wiedział, że magia kulki miała coś wspólnego z czasem.
Paskudne rzeczy badają w tym swoim Departamencie Tajemnic.
Kulka wylądowała na podłodze przed nim i roztrzaskała się, kompletnie pozbawiona magii. Niewymowny warknął, jako pierwszy wydając spośród nich wydając jakikolwiek dźwięk.
Harry podniósł wzrok. Drżał z wysiłku utrzymywania tak wielkich ilości magii, która miotała się w nim dziko, ewidentnie będąc bardziej świadomą od dowolnej innej, którą wchłonął do tej pory. Miał wrażenie, że mogło mieć to związek z koniecznością przebywania w tak niewielkim przedmiocie. Czuł się dziko i słodko w sposób, w jaki zwykle czuł się wyłącznie dzięki pieśni feniksa. Ciężko mu przychodziło mówienie, zamiast śpiewu czy ryku.
– Rusz się.
O niewymownym można było powiedzieć wiele, ale na pewno nie był głupi. Odsunął się. Harry złapał Erykę za rękę i pociągnął za sobą. Już nie słyszał innych nadciągających niewymownych. Podejrzewał, że obawiali się, że ich również osuszy z magii, a przynajmniej osuszy ich artefakty, jeśli się do niego zbliżą.
Wepchnął Erykę do windy i obrócił się, żeby nie tracić niewymownych z oczu. Najbliższy stał z założonymi rękami, co Harry wywnioskował po lekkim wydęciu na płaszczu, przyglądając mu się.
Spokojny, odnotował Harry. Czyli w ogóle nie przejmują się czymkolwiek, co mógłbym zrobić, jak już się stąd wydostanę. Prawdopodobnie wydaje im się, że będą w stanie postawić się czemukolwiek, czego nie ogłosiłbym w miejscu publicznym, a w samym ministerstwie nikt nie ośmieli się mnie wspierać, zwłaszcza jeśli wszyscy są równie przerażeni co Aureliusz.
Drugi niewymowny zatrzymał się obok tego, który rzucił w nich kulką, akurat kiedy winda zagrzechotała i ruszyła w górę. Miał przy sobie coś, co wyglądało jak myślodsiewnia, ale zawarty w niej płyn był niebieski, zamiast srebrnego. Pierwszy mężczyzna włożył palce do cieczy, po czym pstryknął nimi w kierunku windy. Harry patrzył niepewnie, jak krople padają nisko pod nimi.
– Obliviate – zaintonował spokojnie niewymowny.
Obok Harry'ego Eryka westchnęła nagle, zadygotała, po czym rozejrzała się z oszołomieniem.
– Co? Gdzie ja jestem? Co się stało?
Harry czuł potężne przymuszenie, które naciskało mu na umysł, usiłując rozszarpać swoimi zębiskami wspomnienia, zmuszając do zapomnienia o tym, co się właśnie stało. Wzniósł swoje tarcze oklumencyjne, ale przymuszenie przegryzło się przez nie. Harry warknął i wzniósł swoją magię i wolę, bronią się, walcząc w ten sam sposób, jak walczył, ilekroć Dumbledore starał się go do czegokolwiek przymusić.
Zaklęcie roztrzaskało się tak niespodziewanie, że Harry osunął się na kolana. Potrząsnął głową i oparł dłoń o ścianę windy, podźwigając się na nogi. Spojrzał w dół, na twarze niewymownych, pozostających coraz bardziej w dole.
Na kogo jeszcze mogą wpłynąć, mając pod ręką tego rodzaju artefakty? pomyślał Harry. Z całą pewnością na każdego w ministerstwie. Scrimgeoura. Aureliusza. Percy'ego. No i Merlin jeden wie, jak daleki mają zasięg poza ministerstwem. Czym właściwie zajmują się niewymowni? Ważnymi sprawami ministerstwa. Tak ważnymi, rzecz jasna, że jeśli muszą potem obliviatować swoje ofiary, to wszyscy przyjmą to na porządku dziennym.
Zadrżał. Wyglądało na to, że w ministerstwie rozwijał się kolejny rak, który dopiero teraz wyszedł na jaw. Coś zwijało się w Departamencie Tajemnic, wyraźnie gotowe do ataku. Przynajmniej niektórzy z niewymownych chcieli, by wilkołaki stały się tak wyalienowane ze społeczeństwa, jak to możliwe.
Dlaczego?
Harry uśmiechnął się ponuro. Tego jeszcze nie wiedział. Ale możliwe, że udanie się z tym do gazet nie będzie najlepszym pomysłem. Gdyby niewymowni nie wyprosili wszystkich z Atrium, a potem zniszczyli wspomnienia jedynego świadka, to wtedy tak. Ale jeśli jako jedyny będzie rozgłaszał prawdę o tym, co zaszło, to przy niewymownych, trzymających w rękach życia tak wielu ludzi i w dodatku przy tak bardzo zmiennej, zacietrzewionej naturze opinii publicznej dotyczącej Chłopca, Który Przeżył, próba wywleczenia tego na światło dzienne może okazać się samobójstwem.
Nie panikował jednak, jak miałoby to miejsce kiedyś, na myśl o tym, jak wielu ludzi niewymowni mogli krzywdzić w różnych porach i za pomocą rozmaitych artefaktów, których natury nawet nie znał. Niewymowni musieliby być skończonymi idiotami, żeby zacząć polować na ludzi wyłącznie dlatego, że mogą. Cała ich potęga opierała się na pozostawaniu w ukryciu i osiąganiu tajemniczych, jakby nie patrzeć, celów ich ministerstwa. Prawdopodobnie wierzą teraz, że Harry odkrył źródło ich mocy i wejdzie z nimi w sytuację patową, pragnąć ochronić niewinnych, ale powoli będzie rozwijał w sobie paranoję, oglądając się na każdy cień i zastanawiając się, jak wiele z nich rzucili właśnie oni. Nie będą chcieli oferować mu wymówek, dzięki którym mógłby rzucić się na nich z magicznymi pazurami.
Gdyby zrobili to przed jego wyjazdem do Sanktuarium, to mogliby nawet mieć rację.
Nie teraz jednak. Harry w pełni miał zamiar używać swojej magii, ale wolał nie informować ich o tym, póki nie będzie za późno.
– Wciąż mi nie odpowiedziałeś – powiedziała Eryka z lekkim jęknięciem w głosie, kiedy winda wreszcie się zatrzymała. – Co ja tu… – Westchnęła głośno, zauważając jego bliznę w kształcie błyskawicy. – Harry?
Harry złapał ją mocno za rękę.
– Tak – powiedział. – Przykro mi, Eryko, ale przed chwilą uratowałem cię od potężnych wrogów, którzy cię zobliwiatowali i obawiam się, że straciłaś swoją pracę w ministerstwie. Czy możesz mi zaufać, że się tobą zajmę?
Eryka pokiwała głową, wyglądając, jakby ledwie powstrzymywała się od omdlenia z zachwytu.
– Co to byli za jedni?
– Powiem ci, jak znajdziemy się w bezpiecznym miejscu – powiedział Harry, po czym, jak tylko wyszli z budki, przyciągnął ją blisko do siebie i aportował się.
– Proszę pana? – zagaił Harry, zaglądając przez drzwi do pokoju w Nadmorskim Basztańcu, w którym Snape urządził sobie laboratorium. – Czy mogę z panem porozmawiać?
Snape obejrzał się przez ramię, mieszając bulgoczący, fioletowy eliksir i kiwnął głową.
– Oczywiście, Harry. Daj mi tylko chwilę. – Stuknął różdżką kociołek, mamrocząc zaklęcie, które utrzymywało eliksir w jego obecnym stanie, po czym podszedł, żeby usiąść w jednym z ogromnych, wygodnych foteli, stojących w środku pokoju.
Harry pozwolił sobie opaść na drugie. Dopiero co wrócił z ministerstwa i umieścił Erykę w jednym z licznych, nieużywanych przez nikogo pokojów. Zapewnił Dracona i Kamelię, że Aureliusz Flint znajdzie dla nich wszystkie możliwe prawa, które dotyczą wilkołaków, ale nie powiedział im jeszcze o ataku niewymownych. Najpierw chciał się czymś zająć, a potem dopiero będzie znosił ich krzyki i deklaracje zemsty.
– Czy ma pan może myślodsiewnię? – zapytał.
Oczy Snape'a przymrużyły się nieznacznie.
– Oczywiście.
Harry odetchnął.
– Czy mogę z niej skorzystać?
Snape przytaknął, po czym wstał, nie spuszczając Harry'ego z oczu i poszedł do szafki po przeciwnej stronie pokoju i otworzył ją. Harry odprowadzał go wzrokiem tak spokojnie, jak tylko był w stanie w sytuacji, kiedy dopiero co umknął pościgowi. Snape coraz częściej zachowywał się po staremu, głównie dlatego, że ciągle unikał wilkołaków. Harry nie chciał wytrącić go z równowagi.
Poza tym, tak naprawdę się nie bał. Był po prostu bardzo, bardzo zły.
Snape przyniósł myślodsiewnię, po czym postawił ją przed nim. Harry zawahał się przez moment, po czym wyciągnął rękę w bok.
– Accio różdżka – wymamrotał. Nie był właściwie pewien, jak wyciągnąć konkretne wspomnienia bez różdżki.
Cyprysowy patyk minął pół–otwarte drzwi Snape'a i uderzył go w palce. Harry mruknął z satysfakcją, po czym przyłożył ją do skroni, przypominając sobie tak wiele szczegółów ataku niewymownych, jak tylko był w stanie. Po chwili srebrne strzępki myśli zaczęły pojawiać się nad powierzchnią skóry, więc wskazał różdżką myślodsiewnię, pokazując im, gdzie mają się udać. Po niedługim czasie oparł się o fotel z westchnięciem. Teraz przynajmniej miał zapis tego, co go spotkało i mógł zrobić ich więcej, na wypadek, gdyby coś mu się przytrafiło.
– Czy mogę? – zapytał Snape, wskazując na myślodsiewnię.
– Jeśli obieca mi pan, że po wszystkim nie zniszczy pan pokoju – powiedział spokojnie Harry.
Snape podniósł brew.
– Obiecuję – mruknął, po czym pochylił się, żeby zanurzyć twarz w myślodsiewni. Harry wstał i zaczął krążyć po pokoju z ręką trzymającą kikut za plecami i klnąc głośno w swojej głosie.
Wygląda na to, że będę musiał kopać głębiej, niż mi się kiedykolwiek wydawało, pomyślał. Wydawało mi się, że prawa anty–wilkołacze napędzane są zwyczajnym, ludzkim strachem. Wydawało mi się, że jak tylko odsunę od władzy kilku kluczowych graczy, znajdujących się w ministerstwie u władzy, to cała ta kampania przeciw wilkołakom straci na sile. Ale to… to idzie głębiej. Znacznie głębiej. I to dosłownie.
Najbardziej zaszkodzi mi w tej chwili brak informacji. Potrzebuję dowiedzieć się tak wiele o Departamencie Tajemnic, jak tylko będę w stanie. Napiszę do Lucjusza Malfoya i zapytam go, ile wie, podobnie z Aureliuszem Flintem. Merlin wie, że facet prosperuje głównie dzięki korupcji w ministerstwie i jeśli ktokolwiek zdoła znaleźć dla mnie skorumpowanego niewymownego, albo kogokolwiek skłonnego do wyjawienia czegoś o departamencie za pieniądze, to będzie to właśnie on.
Muszę też zrobić okopy wokół własnych pozycji i chronić moich sojuszników w każdy możliwy sposób. Potrzebuję mieć po swojej stronie każdą możliwą przewagę.
Muszę się też przygotować na przejście do ofensywy. Niebawem nastąpi publikacja Wielkiej Ujednoliconej Teorii, w dodatku ciągle wydawane są nowe prawa anty–wilkołacze i nie sądzę, żeby sytuacja patowa między Scrimgeourem i szefami departamentów może trwać bez końca. W dodatku prędzej czy później Willoughby znajdzie kogoś, kto go wysłucha i zaczną się naciski o ten nieszczęsny sąd wojskowy, nawet jeśli będą chcieli po prostu mnie powstrzymać. No i nie wiem, co właściwie wyprawia Whitestag. Do tego szkoła niebawem się zaczyna. Merlin jeden też wie, co właściwie myślą o tej całej sytuacji czarodzieje z innych krajów.
Spróbował zwolnić kroku, ale mógł tylko przyśpieszyć, bo nowe pomysły wybuchały mu w głowie niczym fajerwerki.
Najważniejsze w tej chwili, poza odkryciem o niewymownych tak wiele, jak tylko będę w stanie, będzie ustanowienie jakiejś stałej linii komunikacji ze Scrimgeourem. Sowia poczta w bardzo wyraźny sposób nie działa. Ale…
Harry poczuł, jak na twarzy pojawia mu się rekini uśmiech. Fred i George, oczywiście. Nikt nie będzie uważał za dziwne, że utrzymują ze mną kontakt, w końcu podarowałem im pieniądze na otwarcie sklepu. A Percy to ich brat. Chwilę nam zajmie ustalenie, jak właściwie zabrać się za to tak, żeby ich nie przyłapano, ale taki wybieg powinien naprawdę dobrze zadziałać.
Zaśmiał się, po czym usłyszał za sobą przeraźliwie szkaradne przekleństwa i poczuł, jak w pomieszczeniu zaczyna kumulować się magia.
Obrócił się szybko i zobaczył, że Snape wyciągnął głowę z myślodsiewni z twarzą mroczniejszą, niż Harry widział nawet po tym, jak członek stada Lokiego zacisnął mu zęby na szyi. Wyrzucił rękę w górę i regał z książkami zadygotał, po czym zaczął odsuwać się od ściany.
Harry pokręcił głową i pociągnął magię Snape'a swoim darem absorbere, nie połykając jej, ale zwracając na siebie uwagę opiekuna.
– Obiecał pan, że nie zniszczy pan pokoju – zauważył.
– Ci... – zaczął Snape i znowu warknął. Powietrze wokół niego zamigotało przez moment, obrazując setki wijących się pazurów.
Harry kiwnął głową.
– Wiem. Mam zamiar z nimi walczyć.
Snape pokręcił głową.
– Jak? – Najwyraźniej już myślał o problemach, jakie będą mieli, jeśli wydadzą wojnę Departamentowi Tajemnic.
– Informacją – powiedział szorstko Harry. – Od Lucjusza Malfoya, jeśli będę w stanie, jak i nawiązując kontakt ze Scrimgeourem poprzez Percy'ego Weasleya. Mam zamiar ustalić też każdą przewagę, jaką mogę mieć nad nimi i wykorzystać je wszystkie. – Wyciągnął przed siebie rękę, po czym zaczął statecznie zaginać palce. – Już zacząłem badać magię miejsc, ponieważ Leśna Twierdza może stać się ogromnym źródłem zasobów, jeśli tylko nauczę się, jak z niego korzystać. Mam zamiar przyłączyć się do Connora i nauczyć przemiany animagicznej. Mam sojuszników o możliwościach, na jakie nigdy się nie powoływałem, którzy mogą zająć się sprawami, które nie sprawią im najmniejszych kłopotów, ale do których nigdy ich nie oddelegowywałem. Mam zamiar nawiązać kontakt z wrogami moich wrogów. Mam zamiar pytać o przeszłość moich rodziców, ponieważ muszę ustalić, co tak naprawdę oznaczała przepowiednia, która pomogła mi w pokonaniu Dumbledore'a, czy moi rodzice naprawdę postawili mu się trzykrotnie. – Zagiął kciuk i westchnął z irytacją, bo skończyły mu się palce. – Oraz będę pracował nad odzyskaniem lewej dłoni.
– Co się zmieniło? – zapytał cicho Snape.
– Jestem zmęczony – powiedział szczerze Harry. – Oddałem się rewolucji głównie przez wzgląd na wilkołaki i moją ścieżkę vatesa, oczywiście, ale ten atak uświadomił mi w pełni jak koszmarnie mam dość ludzi, którzy mi grożą, atakują mnie, starają się mnie zabić, albo spętać, czy złapać. – Pomyślał o przymuszeniu, narzuconym przez obliviatujący artefakt, z którego skorzystali niewymowni i jak bardzo przypominało mu to Lily i Dumbledorze. – Zbyt długo już to znosiłem. Nie sądzę też już, że walka we własnej obronie jest w jakikolwiek sposób niewłaściwa – istnieją sposoby, w jakie mogę walczyć z innymi ludźmi, nie tylko z Voldemortem, bez kompletnego odrzucania od siebie moich zasad. – Obejrzał się przez ramię na Snape'a. – Sam mi pan to pokazał, kiedy przypomniał mi pan, że powinno mi zależeć bardziej na żywych, niż martwych. Zrobię, co będę musiał, a potem zmierzę się z konsekwencjami. Ale nie pozwolę im się zastraszyć.
Oczy Snape'a lśniły z agresywnej dumy.
– Tym razem naprawdę mi się wydaje, że sobie z tym poradzisz, Harry – powiedział.
Harry uśmiechnął się do niego gorzko. Nie był w stanie zaprzeczyć, że był gotów zaatakować na długo przed tym, jak zostanie zagoniony w kozi róg, choć pewnie nie ścigał by wycofującym się przed nim przeciwników, ponieważ to już nie byłoby słuszne. Ale obraz niewymownych tak swobodnie obliviatujących Erykę, a potem odprowadzających windę spojrzeniami, przekonani, że nic im nie będzie w stanie zrobić, jakby byli nietykalni, koszmarnie go wkurwiał.
– Poradzi pan sobie, jeśli zostawię teraz pana samego? – zapytał. Magia Snape'a wciąż wiła się od jego temperamentu.
Snape spojrzał na niego surowo.
– Obiecuję ci, że nie otruję żadnego wilkołaka – powiedział.
Harry kiwnął szybko głową, po czym odwrócił się i ruszył do swojego pokoju. Miał tam pióro i pergamin. Zapisze relację z ataku i wszystkiego, co zapamiętał, po czym zrobi listę osób, które oddeleguje do specyficznych zadań.
Tym razem, pomyślał, czując jak żal ścieka po nim, niczym deszcz po szkle. Chciałbym wciąż móc wszystkim się zajmować i brać na siebie tylko te obowiązki, które jestem w stanie udźwignąć, ale nie mogę, już nie. Jeśli spróbuję podjąć się walki na zbyt wielu frontach, to przegram na wszystkich. Dlatego poproszę Hermionę o sprawdzenie wszystkiego od legalnej strony, jak i kilku członków stada o pomoc z innymi wilkołakami, i Honorię o użyczenie mi kilku iluzji, i innych, żeby mieli na oku wrogów, których poczynania trzeba śledzić, a potem sprawdzę, jak Draco radzi sobie z wynajdywaniem nowych zaklęć, i zapytam, czy Eryka może pomóc mi w pilnowaniu bezpieczeństwa wszystkich, i poproszę Petera o uczenie mnie przemiany animagicznej, i…
Umysł pulsował mu gładko, wyglądając daleko naprzód. Za wszystkim tym biegło proste zdanie, niczym mantra.
Nie dam im się zastraszyć.
