Harry przemierzał korytarz do skrzydła szpitalnego pod peleryną niwidką. Koszmar zaczął zamieniać się w okropną rzeczywistość. Rano obudził go Ron, lecz zrozumiał, że przyjaciel chce wykorzystać niedzielę na dodatkowy sen. Zwykle tego nie praktykował, ale kiedyś musi nastąpić ten pierwszy raz. Wysunął się z łóżka dopiero na obiad. Pusty żołądek domagał się posiłku, jakiegokolwiek. Nie mówiąc już o piciu. Był mocno odwodniony. Potem wybrali się z rudzielcem polatać na miotle. Czuł się już dobrze. Z wysoka chłopiec był pewien, że widzi Natea spacerującego w stronę miejsca, gdzie badali swoje ciała. Latanie usunęło zło ostatniego czasu i wszystko było dobrze. Cudowny nastrój nie trwał długo. Zasadniczo, mógłby domyśleć się, przy stole prezydialnym siedziało zadziwiająco mało profesorów. Hermiona dosiadła się do nich podczas kolacji przerywając żart Rona o grubym duchu i tylko szepnęła „Harry, usłyszałam, że Nate nie żyje. Pomyślałam, że chciałbyś wiedzieć".

Wybiegł z wielkiej sali jak oparzony nie do końca wiedząc, gdzie powinien się udać. Pod skrzyłem szpitalnym spotkał profesor McGonagall, która go powstrzymała. Zobaczył jedynie kątem oka rozmawiających Dumbledorea, Rosea i Sprout, zanim drzwi zostały zamknięte.

- To prawda? Hermiona mi powiedziała- szepnął drżącym głosem patrząc się w oczy nauczycielki.

- Bardzo mi przykro Harry, ale niestety, Nate Louie nie żyje.

- Ale jak?! – krzyknął, a echo jego głosu rozbiegło się po korytarzach, całe szczęście, nikogo obok nie było– kto mu to zrobił?

Jednego był pewien, zabije tego, kto zabił Natea. Nigdy nie czuł w sercu takiej złości. On w tej wojnie pozostawał niewinny. Zwykły chłopiec nie do końca zdajający sobie sprawę z nastającego zagrożenia. Czy padło na niego, ponieważ jakiś zwyrodnialec dowiedział się o ich relacji? Każdy rodzaj fizyczności jaki do siebie przejawili, odbywał się w publicznym miejscu, więc to całkiem prawdopodobne.

Zasługiwał na szczerość!

- Nikt – McGonagall nie była pewna, jak wiele informacji powinna udzielić uczniowi.

- Chce go zobaczyć – próbował wyminąć nauczycielkę, niestety, złapała go za ramię.

- Absolutnie – zaprotestowała- jego rodzice mają zostać tutaj sprowadzeni. Pan Louie był niepełnoletni, nie możemy ot tak decydować o takich rzeczach.

- Kiedy tutaj będą?

- Prawdopodobnie jutro. Wówczas zdecydują, co zrobić z ciałem. Możemy poinformować ich – zamilkła na chwilę – mogę im zasugerować, że chciałbyś się... pożegnać. Musisz jednak mieć na uwadze, jaką wielką traumą i rozpaczą jest utrata dziecka. Musisz być delikatny.

- Dobrze – pokiwał głową i smętnie odwrócił się.

McGonagall pozostawała zdziwiona brakiem większej walki, aczkolwiek nie miał sił na wykłócanie się. Wrócił do wieży i płakał. Czuł się winny, jednocześnie zaniepokojony. Gdzieś zupełnie zapomniał o kłótni z Hermioną. Wszedł do pokoju wspólnego z przekrwionymi oczami, czerwonym nosem. Dziewczyna przytuliła go i tylko to się liczyło. Wsparcie w rozpaczy, które go ogarnęło. Wiele osób zadawało pytanie, co się dzieje. Nie otrzymali satysfakcjonującej odpowiedzi. Harry domyślił się, ze zechcą śmierć Natea załatwić po cichu.

- Nie możesz czuć się winny – poprosiła Hermiona nie zabierając swojej dłoni, którą mocno ściskał.

- Jak mam nie czuć się winny? Gdybym coś zrobił, albo nie zrobił.

Przez chwilę chciał powiedzieć, że Nate mógł odebrać jego zachowanie jako niezbyt przyjemne igraszki. A on chciał dobrze! Niezaprzeczalnie chciał dobrze. Potrzebował porady, o mało nie wyjawił przy Hermionie wszystkiego... Nie powinna wiedzieć. Stanowczo nie powinna.

Siedzieli razem do północy. Idealna godzina, by udać się samemu do skrzydła. Nie mieli prawa zabraniać mu pożegnania. Jakie znaczenie ma ile Nate miał lat! Nie do końca wiedział, dlaczego tak bardzo pragnął ujrzeć po raz ostatni chłopca. Czy nie lepiej byłoby zapamiętać go jako żywego?

Sprawdził na mapie huncwotów, czy w okolicy z pewnością nikogo nie ma i dopiero po tym nacisnął delikatnie złotą klamkę drzwi skrzydła szpitalnego. Mimo, że duch Natea opuścił ciało, na mapie nadal widniało jego nazwisko. W pierwszym momencie, w sercu zalęgła się nadzieja, ale rozum wiedział, nikt nie stroiłby z niego tak okrutnych żartów. Widać twórcy mapy zaprogramowali ją tak, że do końca pokazywała imiona i nazwiska.

Szpital pozostawał pusty. Ciało Natea zostało złożone w niewielkim pomieszczeniu bocznym. Pokoik przypominał schowek szybko uprzątnięty ze względu na okoliczności. Spoczywał przykryty białym prześcieradłem na zwykłym szpitalnym łóżku. Świeca, którą ktoś wcześniej zapalił pomału dogadała, aczkolwiek w połączeniu z światłem księżyca wkradającym się przez okno ofiarowywała wystarczającą jasność.

Bał się ściągnąć materiał zasłaniający twarz. Wówczas wszystko stanie się absolutną i niezaprzeczalną prawdą. Dłonie mu drżały niczym alkoholikowi próbującemu odstawić swoją używkę.

Nate wyglądał jakby spał. Nie był bledszy niż zazwyczaj w szkolnych szatach. Wybraniec uzmysłowił sobie, że nie mógł ujrzeć chłopca latając na miotle. Tamta postać spacerowała w mugolskim stroju. Właściwie co Nate robił w niedzielę w szkolnej szacie? Harry delikatnie dotknął palcami policzka. Zimny. Łzy same zaczęły płynąć mu do oczu. Czuł się winny. Mógł się domyśleć, zrobić cokolwiek, a on uciekł jak zwykły tchórz. Tak, był tchórzem, a nie dzielnym gryfonem. Jeśli byłby prawdziwym wybrańcem, ocaliłby go. On jest wyłącznie błaznem.

Nie do końca wiedział jak wiele czasu spędził pochylony nad chłopcem, gdy zauważył, że spod dziurki między guzikami koszuli kawałek blizny. Zdarł materiał dalej i ujrzał starannie zszytą szramę na mostku. Nie mógł złapać tlenu. Dlaczego go okłamali? Wiedział, że musiał za tym stać Dumbledore. Jeszcze użyli tak kretyńskiej wymówki... Zabił go. Zabił go ten cholerny śmieciożerca! Wyrwał mu serce!

Złożył na czole Natea delikatny pocałunek po czym zasłonił ciało. Chwycił mapę huctwotów i sprawdził, czy Rose znajduje się w swoich komnatach. Ujrzał nazwisko nauczyciela i o ile mógł poprawnie oszacować położenie mebli w jego komnatach, nie leżał na łóżku. Zapewnie powinien pójść obudzić Rona, tylko przyjaciel nie pomógłby mu w sposób, jakiego potrzebował. Rose pozostawał jedynym nauczycielem, który, o ile będzie miał dobry humor zdradzi mu więcej szczegółów.

Komnaty Rosea pozostawały zamknięte. Zapukał, lecz nie usłyszał żadnej reakcji. Może zaklęcia wyciszające? Ewentualnie mężczyzna usnął. Nie znał hasła, wiec postanowił rzucić wszystkie możliwe zaklęcia otwierające jakie zna z nadzieję, że któreś otworzy drzwi. Nie pomylił się. Rose nie wysilił się szczególnie, aby chronić swoją prywatność.

- Musiałem przyjść – krzyknął w progu nieco podniesiony na duchu, gdy zobaczył odwróconego tyłem nauczyciela siedzącego na fotelach. Rzeczywiście, spędzał wieczory wpatrując się w gwiazdy.

Rose odwrócił się gwałtownie i wtedy Harry zrozumiał, jak wielkim był głupcem. Oczy mężczyzny pozostawały czerwone, a beżowy rękaw koszuli pozostawał delikatnie ubrudzony krwią, podobnie jak usta. Harry chciał wyciągnąć różdżkę, lecz nie zdążył, został odrzucony na ścianę.

Uderzenie ogłuszyło Harrego. Zanim całkowicie jego umysł wrócił do normalności, Rose podszedł do niego i podniósł mu głowę.

- Zanim zaczniesz panikować, krzyczeć lub co gorsza, próbować mnie zabić – jego oczy z każdym kolejnym słowem wracały do normalności – wysłuchaj, co mam do powiedzenia. Jeśli zrobisz jakikolwiek ruch, który odbiorę negatywnie, spetryfikuje cie i koniec końców i tak wysłuchasz co mam do powiedzenia.

- Zabiłeś go... Jesteś zwykłym skurwycyne... - nie dokończył, bo nauczyciel zasłonił mu usta dłonią.

Rose wstał i ponownie usiadł na fotelu. Bawił się różdżką Harrego.

- Usiądź i porozmawiamy normalnie. Nie zabiłem Natea, za kogo ty mnie masz – prychnął. Harry niechętnie, ciężko dysząc przepełniony rozpaczą, gniewem i bezsilnością usiadł na fotelu – nigdy nikogo nie zabiłem – wyjaśnił – jestem ghoulem, ale nie potworem, chociaż- zastanowił się- dla niektórych to z pewnością to samo – spojrzał się na Harrego, lecz widząc brak zrozumienia dodał – jak wampir potrzebuje do przeżycia ludzkiej krwi, ja potrzebuje ludzkiego mięsa.

- Jak śmiałeś sprofanować jego...

- Oh, więc czar kamuflujący, który rzuciłem nie działa – podrapał się w brodę -wyciąłem serce Natea, ale on umarł bez mojej pomocy. Mam czyste sumienie. Wtedy, gdy go znaleźliśmy, pierwszego dnia, posmakowałem jego krwi. Nie mogłem się powstrzymać. Nie przerywaj mi, nigdy z nikim o tym nie rozmawiałem, poważnie to nie jest łatwe – wrzucił widząc, że Harry aż kipi, by wybuchnąć słowotokiem – śmierć za tym chłopakiem chodziła od jakiegoś czasu, ale po kolei. Wiesz cokolwiek o ghoulach?

- Nie. Daj mi jak możesz jakiegoś alkoholu. Inaczej nie zdzierżę tej rozmowy... - poprosił chłopiec.

Rose wstał, wyciągnął ognistą oraz dwie szklaneczki. Po chwili oboje w dłoniach trzymali naczynie z trunkiem.

- Mówią, że jesteśmy dziećmi śmierci. Ogólnie w to nie wierzę. Jesteśmy bardziej jakimś chorym żartem, no ale, nie wybrałem swojego pochodzenia. Tak czy inaczej, czuję śmierć. Wiem, że w najbliższym czasie ktoś umrze. Szczerze mówiąc, byłem niemalże pewien, że umrze po tym jak go znaleźliśmy. Jakoś się wykaraskał. Ważne, jeśli śmierć na kimś zawiśnie, zawsze go zabierze. Dlatego też powiedziałem, że jest chwiejny. Szkoda mi cie było, a jak niby miałem wyjawić prawdę. Dla mnie ludzkie ciało jest zwykłym pożywieniem. Tak, powinienem się opamiętać przez zjedzeniem serca twojego kochanka, ale nie potrafiłem. Nikt miał się o tym nie dowiedzieć. Zepsułeś wszystko.

- Jasne! Więc teraz to moja wina! Jesteś szczerze popieprzony. Nie wierzę ci – Harry opróżnił szklaneczkę, po czym nalał sobie więcej.

Rose wstał i podszedł do parapetu. Złapał marmur i dosłownie zmiażdżył go.

- Przeciętni czarodzieje tego nie umieją, co? Harry, jaki miałeś wybór rodząc się Potterem? Żaden. Ja chce po prostu żyć. Do tego potrzebuje ludzkiego mięsa. Po za tym, spotkałeś kiedyś wilkołaka?

- Mam przyjaciela wilkołaka – zauważył Harry.

- Więc zrozumiesz mnie! – krzyknął wyraźnie uradowany i ponownie usiadł na fotelu -jakbym się nie pożywiał, zamieniłbym się w coś podobnego jak wilkołak podczas pełni. Proszę, zrozum mnie.

Harry wiedział jedno, nie wie nic. Wbrew pozorom, zrozumiał Rosea, nie akceptował, ale rozumiał. Pamiętał Remusa podczas przemiany. Przyjaciel jego ojca podobnie nie wybrał swojej klątwy.

- Wypuść mnie – poprosił – ja nie potrafię...

- Nie mogę.

Harry przełknął nerwowo ślinę.

- Więc zabijesz mnie?

- Ale z ciebie idiota! – Rose rzucił szklaneczką, która roztrzaskała się na ścianie -nigdy nikogo nie zabiłem! Nigdy. Odżywiam się padliną! Znalezionymi ciałami!

- Więc co zamierzasz?

Harry zobaczył w oczach mężczyzny ból.

- Złóż mi przysięgę wieczystą lub wymażę ci pamięć.

Harry miał ochotę zaśmiać się.

- Zawsze możesz oddać mnie Voldemortowi. Przecież jesteś jego sługą.

Rose zmieszał się.

- Więc o to chodziło – uniósł krnąbrnie kąciki ust – jak wiesz, nie mam mrocznego znaku. Fascynuje mnie śmierć. Jestem śmiercią... Czarnego Pana, również fascynuje śmierć. Czy jestem jego poddanym? Nie. Nie mam mrocznego znaku. On... w pewien sposób boi się mnie. Nie rozumie tego, czym jestem. Przyznaj Harry, Ty też przychodzisz do mnie nie z czystej sympatii. To śmierć cie przyciąga. Mugole dowiedzieli się czym była moja rodzina. Zabili ich, moją siostrę, chociaż ona nawet nie rozumiała co złego robi. Mimo tego, nie nienawidzę ich. Moją naturą jest jedzenie ludzi, a ich bać się tego, czego nie rozumieją. Po prostu przy Czarnym Panie nie grozi mi brew pozorom śmier i mam dostęp do pożywienia. Nigdy zapewnie nie doznałeś takiego głodu, jakiego ja. Śmierciożercy to zbiorowisko takich wyrzutków, którymi gardzi jasna strona, ta niby dobra. Wiesz mi, mam mniej na sumieniu niż Dumbledore. Nie każdy śmierciożerca to fanatyk. Wielu z nich, nie ma innego wyboru.

- Z pewnością, a Voldemort to w rzeczywistości obrońca uciśnionych!

- Nie. To kawał zwyrodnialca, mówię ci jednak, że nie każdy słucha się go z przekonań. Nie każdego podnieca cierpnie ludzi.

- Co tu właściwie robisz?

- Chciał mieć szpiega, czy to nie oczywiste? Ale nie zaprzyjaźniłem się z tobą z tego powodu. Naprawdę cie lubię – Rose zarumienił się.

- Jak ty sobie to w ogóle wyobrażasz? Przytaknę ci, a potem wszystko wróci do normy, wypierzesz koszulę, aby nikt nie powiązał cie z śmiercią Natea i będziesz mnie wieczorami uczył, a potem szklaneczka miodu?

- Dokładnie tak – Harry pokręcił zniesmaczony głową – ciężko jest żyć, gdy wiesz, że przed każdym musisz ukrywać swoją naturę? Nie możesz nikomu powiedzieć kim jesteś?

- A inni? Inni tacy jak ty?

- Nie znam innych. Czasem mam wrażenie, że jestem ostatni. Nigdy nie będę miał dzieci, także problem rozwiąże się naturalnie. Naprawdę Harry, gardzisz mną?

- Nie rzucaj mi ckliwych tekstów, jak to się na mnie zawiodłeś – oburzył się.

Czy gardził? Absolutnie nie. Z każdą kolejną chwilą było mu zwyczajnie szkoda Rosea.

- Wtedy, gdy przyszedłem do ciebie z moim... czarno magicznym przedmiotem. Dlaczego tak zareagowałeś? Czarna magia, powinna cie chyba kręcić?

- No tak. Jestem przecież złym skurwielem, którego podnieca czarna magia – oburzył się i założył nogi na stolik – czarna magia trochę odbiera mi logiczne myślenie. Wolałem nie rzucić się na ciebie.

- Jakiś ty troskliwy i uczynny – stwierdził ironicznie Harry – dlaczego jeszcze nie oddałeś mnie Voldemortowi? Zamiast rozmawiać mógłbyś czekać na kolejną przekąskę. Długo w towarzystwie Toma, bez różdżki nie pożyłbym.

- Mogłem mu cie oddać dzisiaj, wczoraj, zasadniczo podczas każdego naszego spotkania. Skoro tego nie zrobiłem, może aż takim potworem nie jestem? Harry! Zacznij myśleć szerzej. Powtarzam, czasami do niego chodzę, wykonuje jakieś drobne zadania, bo ofiarowuje mi jedzenie. Wierz mi, niezbyt często spacerując potykam się o trupa.

- Jesteś z nim związany w jakikolwiek sposób po za zwykłą, słowną umową? – zapytał Harry.

Wbrew pozorom, Harry potrafił myśleć wielotorowo. Wiedział, że podejmuje się czegoś maksymalnie wątpliwego, lecz wiedział, to pomoże.

- Nie.

- A dlaczego wybierasz akurat serca?

- Do czego zmierzasz?– Rose uniósł pytająco brwi – wolisz udka czy pierś z kurczaka? Zwykła kwestia preferencji. Serce jest najsmaczniejsze, ot co. I daje mi informacje o... pokarmie.

- Co masz na myśli? Jakie informacje?

- Potrafię stwierdzić, co czuł umierając, czy kogoś kochał, czy cierpiał. Takie ogólnie główniejsze odczucia. U ciebie przykładowo z pewnością poczułbym nienawiść do Czarnego Pana.

Harry machnął ręką grożąc palcem.

- Takich przykładów przedstawiać nie musisz – przyznał –czyli... co czuł Nate?

- Szczęście. Był szczerze szczęśliwy, że umiera. I nie kochał ciebie, jeśli chcesz już dokładnie wiedzieć – wyraźnie Rose skrępował się.

- Zdziwiłbym się, gdyby kochał. Poznałem go po tym jak go znaleźliśmy.

- Poważnie!? Myślałem, że coś dłużej was łączyło!

Harry westchnął nieco zawstydzony.

- Więc dlaczego się zabił?

- Niektórzy po prostu nie chcą żyć. Ich umysły pracują inaczej. Nie znam całego życiorysu tego chłopaka, więc szczegółów nie podam.

- Co wiesz o świecie mugoli? Wiesz co to kino, zoo, dentysta? – Harry uśmiechnął się krnąbrnie. Stanowczo ma coś w sobie z ślizgona.

- Wiem jak kupować w ich sklepach i chyba tyle. No i jak jeździć autobusami. Po co ci to...

-Mam dla ciebie propozycję. Złożę jeśli chcesz przysięgę wieczystą, że nie pisnę ani słowa. Ale ty, zrobisz tak samo. Zapewnie ci stały dostęp do – przełknął ślinę zniesmaczony – jedzenia. Tylko będziesz musiał zrobić tak, żeby nikt nie zauważył jakiegokolwiek braku.

- Teraz czar korekcyjny ciała martwego wyszedł średnio, ale da się zrobić. I zaraz poważnie trzeba skończyć tą rozmowę i usunąć przecięcie Natea, albo jego całego...

- Nie ruszysz go! – oburzył się. Nate zasługiwał na godziwy pochówek, a nie zakopanie w jakimś rowie, aby nikt nie zorientował się, że zostało mu wycięte serce -pójdziemy zamaskować, jakoś damy radę.

- Więc co chcesz w zamian?

Wbrew pozorom, to najtrudniejszy rozdział jaki napisałam w tej historii. Zasadniczo, od niego rozpoczęłam pomysł na Śmierciożerce, wiele razy układałam go w głowie, ale w praktyce, lekko nie było. Mam nadzieję, że nie jesteście zawiedzeni i motyw ghola przypadnie wam do gustu ;)