Harry wrócił do wieży nieco rozkojarzony i zmęczony. Zaczynało świtać, a to świadczyło, że nie będzie mu dane zbyt długo odpocząć. Niemniej jednak, pomimo okoliczności, pozostawał z siebie dumny. Czuł się o krok bliżej do pokonania Voldemorta. Skoro dla Rosea najważniejszym aspektem pozostał dostęp po pożywienia, zapewni mu go i wykorzysta do tego mugolskie prosektoria. Są czarodziejami, jakoś ominął zabezpieczenia, ewentualne kamery. Nieboszczykom niepotrzebne są narządy wewnętrzne, więc zasadniczo nie zrobi nic strasznego i złego. Dzięki temu zyska sojusznika i podwójnego szpiega. Rose niby twierdził, że zbyt wielu informacji nie posiada, bo do tej pory ich unikał, lecz zawsze lepiej cokolwiek niż nic. Złożyli sobie wzajemnie przysięgę wieczystą, jedynie Harrego obejmowała całe życia, Rosa wyłącznie do momentu zabicia czarnoksiężnika.

Przysięga Rosea była potrzebna. Harry wierzył nauczycielowi, ale dzięki temu nabrał pewności. Wiedział, że bez tego stale miałby głowę zaprzątniętą niepewnością, a tego nie potrzebował. Jego przysięga pozostała zbyteczna. Nie powiedziałby nikomu kim jest Rose. Nie do końca wiedział skąd ta pewność. Dumbledore byłby zachwycony lub maksymalnie przeciwny, ciężko stwierdzić i nie chciałby zaryzykować drugiej opcji. Słowa Rosea odnośnie żyć na sumieniu profesora również kazały spojrzeć mu na wszystko zupełnie z innej strony. Czy właściwie da się wygrać jakąkolwiek wojnę grając wyłącznie czysto? Tej nocy nie mieli okazji podjąć reszty tematów, lecz pamięta i powrócą do nich.

Po zakończonej rozmowie udali się do skrzydła. Plan miał rację bytu, gdy Rose był cały, zdrowy i niezamknięty w Azkabanie. Zatuszowanie wyciętego serca było szczególnie ważne. Harry czuł się winny, dlatego nie chciał podchodzić zbyt blisko Natea. Rose nie miał żadnych skrupułów czy wyrzutów. Ściągnął biały materiał, po czym oczy zaszły mu czerwienią. Harry wiedział iż musi się do tego przyzwyczaić. Czary rzucane na osoby martwe nie działają natychmiastowo. Wychodziło na to, że chłopiec odwiedził Natea świeżo po nauczycielu, dlatego mógł ujrzeć wycięcie. Teraz skóra martwego nie zdobiła żadna rana.

- Tak myślałem, że będziesz chciał tam trochę posiedzieć. Dlatego nie czekałem zbyt długo – przyznał Ron podczas śniadania w wielkiej sali.

Usiedli na końcu stołu, tak, by żaden z uczniów nie mógł usłyszeć ich rozmowy.

- Potrzebowałem po prostu pobyć z Netem – wyjaśnił Harry smętnie i ziewnął.

Od kiedy kłamanie weszło mu w tak wielki nawyk? Nie analizował, nie gorączkował się. Okłamywał Rona bez żadnych skrupułów.

- Będziesz chciał, no wiesz – Harry wysłał pytające spojrzenie – pójść na pogrzeb?

- Sam nie wiem.

To akurat pozostawało prawdą. Z jednej strony, chciałby. Pożegnałby Natea tak, jak powinien. Jednak z drugiej, czuł się winny jego śmierci i znieważenia zwłok. Owszem, Rose nie pytał się go o pozwolenie, lecz teraz wiedząc i kryjąc nauczyciela został takim samym winnym. Podobnie jak nauczyciel miał resztki jego serca na swoich ustach.

- Myślisz, że cie w ogóle puszczą?

- Znając życie, nie. Ewentualnie pod takimi warunkami, że będę mógł sobie darować. Jak miałbym iść z ochroną, okropnie –przyznał.

Pogrzeb powinien pozostawać uroczystością skromną, a takiej nie będzie, jeśli postanowią go ochraniać. Oczyma wyobraźni zobaczył Moddiego z swoim okiem stojącego wśród mugoli i Tonsk z różowymi włosami. Nie, stanowczo nie.

- W ogóle zauważyłeś? Ani słowa o tym co się stało. Gdybyś nie znał Natea, nawet byś nie wiedział, że ktoś umarł. Trochę dziwne.

- Rzeczywiście. Może nie chcą wzbudzać niepotrzebnej afery, ale z drugiej strony, nawet jego koledzy z klasy nie wiedzą. Pieprzona tajemnica.

Ron zachichotał cicho słysząc przekleństwo. Hermiona z pewnością rzuciłaby nieprzyjemnym wykładem na temat używania łaciny podwórkowej, lecz tutaj jej nie było. Wczorajsza rozpacz minęła, znów postała między nimi niewidzialna granica, której nie powinni przekraczać.

Harry spojrzał na kiełbaskę, którą właśnie nabił na widelec. Wyglądała i pachniała znakomicie. Czy podobnie patrzył Rose na nieboszczyków? Jak kawałek pokarmu, a nie na człowieka. On przecież także nie wyobraża sobie różowej świnki taplającej się w błotku. Czy rzeczywiście tak bardzo różnili się od zwierząt? Zjada mięso, a zwierzęta to takie same czujące i myślące istotny. Może zbyt wiele inteligencji nie można spodziewać się po Kle Hagrida lub kurze, ale Aragog. Miał rodzinę, myślał... Pokręcił głową wywołując zdziwione spojrzenie Rona. Zbyt wiele gadaniny Rosea.

- Chyba pójdę do McGonagall po tym jak zjemy – zauważył Harry.

Niech potraktują go jak człowieka. Uda, że wczoraj nie widział Natea. Nie robił tego z potrzeby serca, a przekory. Grali w gierki, on zagra z nimi. Czysto obiektywnie, zachowywali się podle. Nawet jeśli znał Natea krótko, mogła zaboleć go jego śmierć. A oni tuszują, udają, jakby nic się nie stało, a on powinien go wymazać ot tak z swojej pamięci.

- Wiesz, nie wiem czy powinienem ci teraz zawracać głowę – zagadał Ron i Harry poczuł ścisk na gardle. Taki początek zdania nie może wróżyć niczego dobrego.

- Mów.

- Wczoraj, gdy poszedłeś mieliśmy z Hermioną pójść do swoich dormitoriów. Uznaliśmy, że nie ma co czekać. No i ja poszedłem, ale nie wszedłem do środka. Stanąłem w cieniu framugi i czekałem. Hermiona cofnęła się i wyszła wieży.

- Poszedłeś za nią?

- Śledziłem ją na mapie huctwotów- Harry poczuł niebezpieczeństwo. Jeśli Ron analizował mapę, mógł ujrzeć, że wcale nie siedział tylko opłakując Natea – poszła do lochów i spotkała się z Malfoyem? – dokończył.

- Malfoyem?! Co ona z nim robiła?! – uderzył w stół i wszystkie naczynia podskoczyły w górę.

- Nie mam pojęcia. Zanim zdecydowałem się pójść tam i zobaczyć, ona wróciła. Ten dupek nawet odprowadził ją do połowy.

- Może to po prostu – Harry przełknął głęboko ślinę – spotykają się?

- Ona jest za mądra! – zakwestionował Ron- przecież wyzywał ją, gdzież by ona i ten dupek... - oburzył się.

Jednak Harry znał rudzielca na tyle dobrze, by wiedzieć, że chce on przekonać sam siebie do własnych słów.

- Chyba wolę, żeby się umawiała z nim – odwrócił się w stronę stołu ślizgonów. Odnalazł wzrokiem Malfoya, który w najlepsze gawędził o czymś z Zabinim – niż tą drugą opcję.

- Drugą? – Ron nie zrozumiał aluzji.

- Ojciec Malfoya jest śmierciożercą. Kto wie, czy syn już poszedł w jego ślady lub dopiero zamierza. Może omamił Hermionę, podał jej amortencje...

- Lub szpieguje dla niego po prostu – skończył Ron.

- Nie chce w to wierzyć. Hermiona... Jestem na nią zły, tak, ale to nadal Hermiona.

- Twoi rodzice też wierzyli Pettigrew.

- Wierzyli - co mógł więcej powiedzieć? W ile rzeczy wierzył, bo tak chciał, a nie dlatego, że były prawdą? - będę ją szpiegować, ty też, musimy się dowiedzieć.

- Fred i George zmodyfikowali uszy dalekiego zasięgu. Miałem ci powiedzieć, ale okazji jakoś nie było. Działają na większe odległości i to bez kabelka. Podrzucimy jej do torebki.

- Na jak duże odległości działają? Znając ją w torebce nie ma żadnego niepotrzebnego okruszka. Szybko zorientuje się, że nosi coś takiego.

- Nie wiem jak daleko, ale są maleńkie. Nawet jak znajdzie, to co z tego? Nie ma ich w sprzedaży. Napiszę do chłopaków i ...

- Przepraszam was – Harry i Ron jak komendę odwrócili głowy. Podszedł do nich Rose, po którym także było widać nieprzespaną noc – mógłbym prosić cie na chwilę Harry, to dość istotne – zaznaczył ostatnie zdania.

- Jasne – odpowiedział, chwycił ostatni kęs i odszedł od przyjaciela na bezpieczną odległość.

- Czym jest sekcja zwłok? To nic dobrego, prawda? – syknął Rose nie siląc się na zachowanie pozorów.

- Absolutnie nie, co się dzieje? – Harry przestraszył się.

- Rodzice Natea przybyli do zamku. Nie wierzą, że ich syn zabił się sam. Powiedzieli, że zabiorą ciało i poddadzą je tej sekcji.

- To bardzo źle – Harry pokręcił nerwowo głową – bardzo źle – powtórzył, jakby dla pewności.