Gdy Harry spotkał się z Ronem postanowił przemilczeć wszelkie informacje, które uzyskał od Rosea w sprawie Hermiony. Jeśli miałaby potajemny romans z Malfoyem, jej zachowanie byłoby w jakiś sposób bardziej akceptowalne. Niemniej jednak, same domysły lepiej zachować dla siebie. Zasadniczo, ich relacja była tak irracjonalna, że mógłby nawet wybaczyć dziewczynie. Chłopiec nie pozostawał także zszokowany opanowaniem i dojrzałością rudowłosego. Gdzie podział się Ron, który wykrzyczałby o wszystkim w wielkiej sali nie bacząc na spojrzenia tłumów? Śledził stale mapę huctwotów i tyle. W jego oczach widać było wielkie pokłady smutku i zmartwienia. Przez chwilę, Harry pomyślał, czy nie podkochiwał się w Hermionie. Nigdy nie dawał ku temu żadnych oznak, lecz Hermiona Malfoyem także zdawała się gardzić.
Wraz z mijającym czasem pojawiła się również wizja świąt. Został zaproszony do Nory, gdzie ma być wielu członków Zakonu Feniksa. W pierwszym momencie chciał odmówić. Wolne od nauki oznaczało więcej czasu spędzonego na nauce z Rosem. Mocno cenił każda lekcję prowadzoną przez mężczyznę. Może nie był idealnym nauczycielem, aczkolwiek wiele wyciągał z ich spotkań. Poznawał tajniki magii z nieco innej strony. Jednak po głębszym zastanowieniu doszedł do wniosku, że powinien odpocząć. Czas spędzony na przyjemnych rozmowach, kawałach i jedzeniu czasem potrzebny jest każdemu. Również, chociaż Rose nie wspominał, by posiadał jakich przyjaciół, może też chce podczas wolnego odetchnąć? Jakby nie patrzeć, pracował na trzy etaty.
Dumbledore ostatecznie nie wspomniał nic o śmierci jednego z uczniów. Ot, jeden dzieciak właśnie zostaje przysypany ziemią, czy jest o czym mówić? Absolutnie nie. Dla Harrego był to pewnego rodzaju cios.
Harry przyszedł wieczorem na prywatne lekcje obrony, lecz zastał Rosea w sali lekcyjnej jak to zawsze bywało. Zapukał więc do jego komnat, nie otrzymawszy odpowiedzi postanowił poczekać chwilę. Byli umówieni, więc pewnie profesor zaraz się zjawi. Może na kolacji został dłużej? Ktoś go zatrzymał, z pewnością.
Rose nie zjawiał się, więc uczeń postanowił wkraść się do jego komnat. Zasadniczo, bywał w nich już kilka razy, więc miał na to pewnego rodzaju pozwolenie. Na łóżku leżały niedbale pozostawione ubrania, które mężczyzna miał dziś na sobie, a w powietrzu unosił się specyficzny zapach. Wybraniec nie wiedział, z czym go może skojarzyć. Podszedł do biurka, na którym nie spoczywał żaden niepotrzebny przedmiot i zobaczył kartkę. Uśmiechnął się czytając pierwsze zdanie informacji, potem mina stanowczo mu zrzedła
„Jestem pewny, że tutaj wlazłeś. Musiałem odwiedzić naszego wspólnego znajomego. Spotkamy się jutro."
Więc Rose był u Voldemorta. Harry usiadł na łóżku i bił mocno paznokcie w jasną pościel. Dlaczego poszedł do Voldemorta? Nie mogło być to planowane spotkanie, skoro nic mu o tym nie powiedział i umówił się tradycyjnie. Pozostawał niezmiennie ciekaw co nauczyciel mówi. Czarny Pan nie był ślepcem ani ignorantem. Rose nie krył sympatii do Harrego.
Położył się z nogami widzącymi poza łóżkiem i postanowił poczekać. Miał serdecznie gdzieś sugestię zawartą w wiadomości, że powinien wrócić do wieży.
Przez chwilę przeszła mu myśl, czy mógłby połączyć się z Voldemortem. Chociaż ich więź została w jakiś sposób ugaszona, to z pewnością nadal istniała. Potrząsnął głową w niedowierzaniu za własną głupotę. Nie chciał znów przechodzić cierpienia związanego z więzią. Ewentualne wywoływanie może przynieść zbyt wiele nieszczęścia. Musi poskromić swoją ciekawość. Bo tylko o ciekawość chodziło. Nie. Czuł lekkie zmartwienie. Rose mógł gadać co chciał. Pewny siebie ignorant. Voldemort był niebezpieczny.
Harry zamknął oczy i po chwili znalazł się w kranie snu. Przyśnił mu się Nate. Spacerowali trzymając się za dłonie po opuszczonym, niewielkim miasteczku. Domy zostały w nim murowany, a ogrody przepełniały polne kwiaty. Gdzieniegdzie zostało zasadzone drzewo owocowe, jabłonie, grusze, śliwy. Nate stale się śmiał i był o niebo śmielszy niż podczas ich dotychczasowych spotkań. Rozstali, gdy minęli ostatni dom, na skraju lasu. Nate zapewnił Harrego, że nie jest na niego w żaden sposób zły. Harry chciał w to wierzyć.
Gdy obudził się, wcześniej rozpalony kominek dogasł. Harry pokręcił karkiem, który zaskrzypiał nieprzyjemnie. Zasypianie w takiej pozycji nie pozostawało najlepszym pomysłem. Wstał wolno z bolącą głową i zobaczył, że Rose w najlepsze leży na boku obtulony kołdrą. Mężczyzna nie spał. Chłopiec widział białe gałki jego oczu.
Harry chwycił różdżkę i po chwili pokój obiegła jasność. Rose wstał i przetarł oczy. Ciemnowłosy mógł przysiąc, że jego towarzysz wycierał łzy.
- Dlaczego mnie nie obudziłeś? – prychnął Harry.
- Dlaczego urządziłeś sobie z mojego pokoju miejsce przesiadywania? – warknął Rose.
Harry zobaczył, gdy nauczyciel wysunął się z pościeli, że miał na sobie jedynie szarą bokserkę i włosy związane z maleńki warkoczyk. Wyglądał zupełnie inaczej niż dotychczas.
- Po co byłeś u Voldemorta? – zapytał chłopiec.
- Proszę, jutro, chce spać. Miałem cichą nadzieję, że nie obudzisz się do rana.
- Chce wiedzieć teraz – oburzył się Harry i usiadł po turecku na znak, że nie zamierza odpuścić.
Mężczyzna kpił sobie z niego myśląc, że będzie potulnie czekał na informacje.
- Minus dziesięć punktów dla Gryffindoru za łamanie ciszy - powiedział Rose z krnąbrnym uśmieszkiem.
- Serio? – Harry nie dowierzał własnym uszom.
- Mogę być z tobą złączony przysięgą wieczystą, ale nadal mam własne zdanie! – Rose podniósł głos – jutro powiem ci wszystko, teraz daj spokój – odwrócił się i ponownie położył – wypad – dodał.
- Nik – zwrócił się po imieniu, na co zauważył widoczne drgnięcie – jeśli nie chcesz to nie mów szczegółów. Chce wiedzieć tylko ogólniki po co cie wezwał.
Rose ponownie wstał i oczy miał wypełnione nienawiścią.
- Uważaj, bo ci wierzę – westchnął i Harry z trudem powstrzymywał uśmiech – nie wezwał, tylko na śmierć zapomniałem, że miałem się zjawić. Interesowało go jak wygląda moja praca tutaj, czy czegoś się dowiedziałem.
- Co mu… - wtrącił Harry.
- Nie przerywaj. Kłamałem tylko odrobinkę. Powiedziałem, że nikt niczego nie podejrzewa. Uczę ciebie wieczorami, lecz zupełnie nieprzydatnych zaklęć ofensywno pozyty – widząc dziwienie w oczach chłopca – wierz mi, strasznie beznadziejna dziedzina magii i zupełnie niepotrzebna. Dzięki temu ty czujesz się pewnie, a praktyce jesteś bezbronny. Powiedziałem mu o Natecie. Pozostajesz w strasznej żałobie, bo był twoim ukrytym chłopakiem, więc postaraj się publicznie udawać –Harry chciał mu przerwać, lecz pogroził palcem- z pewnością ma tu innych donosicieli – co więcej – zamyślił się – no i jadłem, więc na razie nie musisz się tym przejmować.
- Dowiedziałeś się czegoś o Malfoyu?
- Nie.
- Mam sobie pójść? – zapytał Harry niepewnie.
- Tak – po usłyszeniu odpowiedzi Harry nawet nie ruszył się z miejsca – na co czekasz?
- Nigdy nie zabiłeś nikogo. Ale ktoś dzisiaj umarł, prawda? – Rose skinął głową – więc jak to wygląda?
- Proszę cie – westchnął – naprawdę nie ma mam na to siły.
- Powiedz.
- Kłamałem, dobrze? – oczy mężczyzny zalazły się czerwienią – jesteś strasznym idiotą. Jestem ghoulem, który właśnie wrócił z spotkania, gdzie było dużo krwi i ciał. Jestem cholernie nabuzowany. Postanowiłeś czekać, a kij tam z tobą, nie, ty jeszcze musiałeś się obudzić. No to już jest złośliwe- oddychał ciężko - kłamałem, bo tak było prościej – wyjaśnił – to nie tak, że ja zabijam. Po prostu, czasem rzucę czar uśmiercający. Sporadycznie, gdy nie ma innego wyboru…
Harry zauważył, że Nik walczył z sobą.
- Czyli tego śmierciożerce, o którym pisali w proroku?
- Zabiłem.
- Dlaczego?
- Bo nie powinno go tam być. Dodatkowo, zaatakował mnie. To Czarny Pan też chciał wiedzieć, co się tam wydarzyło – dodał.
- Był zły na ciebie?
- Niby czemu? To tamten złamał zasady, łaził koło szkoły. Sprzeciwił się Czarnemu Panu atakując mnie.
- Dobrze – skomentował wybraniec najbardziej spokojnym tonem na jaki mógł się wysilić
Rose uspokoił się, oczy wróciły mu do normalności, jedynie dłonie nerwowo zaciskały róg kołdry.
- I to wszystko? – zapytał nieco nieśmiało nauczyciel.
- A co ma być więcej – Harry wzruszył ramionami.
- Okłamałem cie przecież.
- Rozumiem dlaczego – odpowiedział nieco sam zdziwiony własną postawą. W pokręcony sposób ufał Roseowi. Fakt złożonej przysięgi pomagał, ale nie gwarantował ostatecznego efektu. Dzięki mężczyźnie zaczął patrzeć na świat w nieco odmienny sposób- jeśli coś cie boli, możesz powiedzieć. Jesteśmy przecież… - zawiesił się – przyjaciółmi.
Harry nie traktował Rosea jak przyjaciela, lecz powstała między nimi specyficzna nić i w pokręcony sposób, zależało mu. Rose musi traktować go poważnie. W ten sposób to osiągnie.
I Rose zalał się łzami. Początkowo oczy ledwo się zaszkliły, ostatecznie niemalże krztusił się własnym płaczem. Harry miał problem. Absolutnie nie oczekiwał takiego obrotu sprawy. Jeśli miał być szczery, nie powiedziałby tego wszystkiego, jeśli umiałby przewidzieć reakcję.
Postanowił więc zrobić coś szalonego. Przesunął się do nauczyciela, wsunął obok niego pod kołdrę i przytulił. W pierwszym momencie rozpacz wezbrała, aczkolwiek po chwili ustała.
- Wierz mi – odezwał się Nik nie patrząc na Harrego – jestem potworem, naprawdę nim jestem- powtórzył jakby chciał przekonać samego siebie- ale czasami mięknę. Nie tylko ja. Pewnego razu… jeden z niby najwierniejszych uronił łzę. Widziałem.
