Muszę przyznać, że wątek niewymownych zaczyna naprawdę dobrze wplatać się w resztę historii. (Podejrzanie dobrze *dziuga historię palcem*).

Rozdział jedenasty: Niewymowni (i Ślizgoni) grają w szachy

Snape obudził się z westchnieniem, którego nie był w stanie powstrzymać. Na szczęście samo wciągnięcie oddechu było bezgłośnie i zacisnął usta, jak tylko wypuścił z siebie ten obłoczek skażonego powietrza. Następnie usiadł i sięgnął po różdżkę, która leżała tuż obok poduszki.

Candela – warknął.

Stojąca na nocnym stoliku świeczka buchnęła płomieniem. Snape rozejrzał się po swojej sypialni, czy raczej, sypialni przydzielonej mu przez Harry'ego, nieprzyjemnie zdając sobie sprawę z roztańczonych wokół niego cieni. Niczego w nich nie zobaczył. Najdziwniejszym w pokoju było wspomnienie bólu w jego lewym przedramieniu i przytłumione pragnienie nazwania siebie „Severusem".

Położył się powoli z powrotem na poduszce i zamknął oczy. Tuż przed wyjazdem z Gollrish Y Thie, Joseph zaoferował mu, cokolwiek niespodziewanie, informację dotyczącą snów, za pomocą których Sanktuarium stara się leczyć umysły tych, którzy nie życzą sobie pomocy wieszczy.

– Zwykle sny zanikają zaraz po wyjeździe z Sanktuarium. – Joseph zdawał się być w pełni pochłonięty ucieraniem rogu dwurożca na pył i nie odwrócił się w stronę Snape'a, mimo że Snape patrzył akurat na niego. – Z drugiej jednak strony, większość naszych gości pozostaje w Sanktuarium do pełnego wyleczenia. Jeśli gość wyjedzie wcześniej, to sny mogą prześladować go dalej, póki nie stawi czoła i nie zaakceptuje zakopanych w snach wspomnień i problemów.

Snape zaśmiał się, również bezgłośnie i bez rozbawienia. Jak jeszcze inaczej mam to przyjąć do wiadomości? Przecież już odpokutowałem ten błąd, wybór Mroku ponad Światłem. Do końca życia będę nosił jego piętno i służyłem Dumbledore'owi, póki nie zobaczyłem, jak bardzo nieludzki sam się okazał.

Ale, oczywiście, nigdy nie będzie w stanie w pełni zapłacić za te błędy. Snape wiedział o tym, kiedy widział współczucie w oczach Dumbledore'a, ilekroć meldował się u niego po misji szpiegowskiej, kiedy widział przyglądającą się mu McGonagall, kiedy widział jak uczniowie przed nim uciekają. Zawsze już tak będzie. Za każdym razem, kiedy usiłował wyciągać rękę, przebijając się przez swoją ścianę goryczy, jego dłoń była odtrącana, a ilekroć reagował w pełni zrozumiałej, urażonej dumie, to inni oskarżali go o nielogiczny sarkazm i nienawiść.

To nieprawda, poinformował go głos, podejrzanie podobny do Josepha. Istnieje wyjątek od tej reguły. Harry.

Snape'owi dech zaparło, po czym kiwnął szybko głową. No dobrze, niech będzie, Harry jako jedyny nie odtrącił jego wyciągniętej dłoni. A Snape postanowił zmierzyć się ze snami przez wzgląd na Harry'ego, w dodatku zamieszkał w domu pełnym wilkołaków, również przez wzgląd na Harry'ego.

A w tej chwili Harry miał znacznie gorsze problemy na głowie niż Snape. Niewymowni nie byli wrogiem, którego można tak po prostu zlekceważyć.

Snape wstał, złapał za swój płaszcz, wiszący w rogu pokoju, po czym wyszedł. Wiedział, że wciąż musiał być środek nocy; lata spędzone pośród śmierciożerców wyczuliły go na pory dnia. Nie spotka teraz nikogo w czasie przechadzki po Nadmorskim Basztańcu i to było dokładnie, czego w tej chwili potrzebował.

Najpierw, oczywiście, zatrzymał się przy drzwiach Harry'ego. Był jednym z niewielu ludzi, którzy nie musieli przejmować się osłonami na jego drzwiach, ponieważ Harry podczepił Snape'a pod nie, dzięki czemu był w stanie minąć je, kiedy tylko chciał. Otworzył drzwi i zajrzał ostrożnie, zmuszając oczy do zajrzenia nawet w najgłębsze cienie, które rzucało wpadające przez okno światło księżyca.

Harry leżał po środku łóżka w pościeli skotłowanej w taki sposób, że Snape przez chwilę nie wiedział nawet, na co patrzy, póki nie dotarło do niego, że kołdra przykrywała dwóch wtulonych w siebie chłopców. Parsknął i wycofał się, zamykając za sobą drzwi. Ostatnio coraz częściej do tego dochodziło. Draco spędzał praktycznie każdą noc w łóżku Harry'ego, zamiast we własnym. Snape podejrzewał, że mu to nie przeszkadza. W razie, gdyby Harry miał koszmar – czy też, broń Merlinie, wizję – Draco od razu będzie wiedział i go obudzi. Gdyby ktoś spróbował zaatakować Harry'ego we śnie, Draco będzie od razu gotów, by go bronić.

Oczywiście, jeśli Draco kiedykolwiek posunie się za daleko i zrobi coś, co niewybaczalnie przerazi Harry'ego, zamiast go bawić, to Snape już miał przygotowaną zemstę. Miesiąc niekontrolowanego, mokrego kichania i rzygania przy każdej okazji uczucia podniecenia, powinien porządnie przestrzec Dracona przed spróbowaniem czegoś takiego ponownie.

Snape zawędrował do kuchni i zapalił machnięciem różdżki czekającą na blacie świecę, po czym wyciągnął czajnik i zabrał się za szykowanie herbaty. Odruchowo próbował przyrządzić ją mugolskim sposobem, nawet jeśli pomagał sobie przy tym magią. Jak tylko zwrócił na to uwagę, skrzywił się i zmusił się do zaprzestania.

Kiedyś wierzył, że nigdzie nie przynależał, ponieważ półkrwisty nigdzie nie mógł należeć. Potem zaakceptował swoje miejsce w magicznym świecie, a to oznaczało mozolne wypieranie się wszystkiego, co było w nim mugolskie.

Jeśli dobrze pamiętał, Dumbledore nawet w pewnej chwili rozważał umieszczenie Potterów, po naznaczeniu Harry'ego i jego brata, w mugolskim świecie pod Fideliusem. Snape był rad, że do tego nie doszło. Nie byłby w stanie znieść myśli, że jego syn należy po części do tego świata.

Ostrzegły go lekkie kroki, dobiegające zza niego. Obrócił się szybko, wyciągając różdżkę i ledwie powstrzymał się przed ciśnięciem klątwą, którą już miał na końcu języka. Bursztynowe oczy zalśniły w padającym przez okno świetle księżyca, a stojąca w progu kobieta zawarczała ostrzegawczo.

Powstrzymała się jednak szybko, potrząsając głową, jak tylko go rozpoznała.

– Profesorze Snape – powiedziała krótko.

Snape pochylił płytko głowę, patrząc na nią chłodno, po czym podniósł czajnik. Kobieta przytaknęła.

– Tak, proszę – powiedziała, po czym usiadła po drugiej stronie stołu, wciąż przyglądając mu się niepewnie. Snape wiedział, że wszystkie wilkołaki były w stanie wyczuwać jego nerwowość w ich obecności, ale ta tutaj…

Cóż, ta tutaj miała naprawdę dobry węch i więcej niż jeden powód do obawiania się jego klątw. Ponadto, była mugolką. Snape wiedział, że nie miała jak obronić się przed jego magią, może poza naturalną dla wilkołaków odpornością, a to niczego nie musiało oznaczać, gdyby Snape postanowił nagle zawalić pokój i przygnieść ją sufitem. Snape przyglądał się stadu, ilekroć nie zdawali sobie z tego sprawy i zauważył, że osobniki pozbawione magii odruchowo zachowywały się usłużnie w pobliżu tych, które ją miały, chyba że była to para. Harry zdawał się uważać, że stado płynnie funkcjonowało bez żadnej hierarchii poza rozróżnieniem między członkiem i alfą. Snape nie dał się temu zwieść.

Przewaga zawsze się znajdzie, jak tylko dobrze się poszuka, pomyślał i zaczekał, aż czajnik nie zaczął gwizdać, nim nie odwrócił się z powrotem do tej wilkołaczycy, tej młodej kobiety, która przedstawiała się jako Kamelia. Z przyjemnością zobaczył, że siedzi z założonymi rękami. Dzięki temu wyglądała bardziej jak naburmuszona nastolatka, choć zakładał, że ma zaledwie dwadzieścia parę lat, niż jak potwór, którego zobaczył tylko przez chwilę na wiosnę.

– Powiedziałaś już Harry'emu? – zagaił uprzejmie, nalewając herbaty do kubków.

– Nie skomentował tego jeszcze w żaden sposób – powiedziała Kamelia, przyglądając się herbacie, jakby chciała upewnić się, że czegoś jej do niej nie doleje. Snape ukrył się ze swoim rozbawieniem. Gdybym chciał ją otruć, to nigdy by mnie na tym nie przyłapała. – Podejrzewam, że po prostu nie chce wywoływać o to afery. Znaczy, przecież musi wiedzieć, nie?

– I tymi właśnie słowami udowodniłaś, że kompletnie go nie rozumiesz – powiedział chłodno Snape, lewitując kubek Kamelii do niej, po czym siadając z własnym. – Gdyby wiedział, to już by do nas przyszedł i spróbował jakoś to omówić. I byłby zły na ciebie, nie na mnie.

Kamelia bezgłośnie obnażyła zęby. W miarę, jak księżyc stopniowo zanikał, ta groźba stawała się coraz mniej niebezpieczna, ale wciąż pozostawała groźbą. Snape wiedział, że całe stado wyczuwało jego strach.

Ale kontrolował teraz ten strach. Wiedział, że musi, jeśli chciał żyć i pracować pod tym samym dachem co Harry. A myśl o truciznach – teraz już trzech oddzielnych, nie tylko srebrnej, którą wynalazł w czasie miesięcy, które nastąpiły po ataku na błoniach Hogwartu – leżących w jego kufrze na górze naprawdę mu w tym pomagała.

– To ty nie rozumiesz, jak wiele alfa znaczy dla watahy – powiedziała dziewczyna z zacięciem. – To nie ma znaczenia, że nie jest wilkołakiem. Jest nasz. Chronimy go, kochamy go, słuchamy go, strzeżemy go. A on poprzysiągł, że zrobi dla nas jeszcze więcej w zamian. Zginiesz, jeśli spróbujesz choćby tknąć go z wrogimi zamiarami. Nie potrzebuję magii, ani nawet pełni księżyca, żeby rozerwać kogoś na strzępy. – Podniosła rękę, jakby chcąc Snape'owi przypomnieć o swojej nieludzkiej sile.

Po raz kolejny zgroza próbowała wyrwać się z niego, wyjąc przeciągle i gdyby tylko jej pozwolił, to to wycie zmieniłoby się w przerażający dźwięk, który usłyszał w tunelu pod Bijącą Wierzbą tuż przed tym, jak James Potter przybiegł po niego, krzycząc jego imię…

Ale już dawno temu opanował ten strach. Tłumił go od lat do stopnia, w którym nawet Harry nie zdawał sobie z niego sprawy. Snape wyważył go, po czym wrzucił do odpowiedniego basenu oklumencyjnego.

– Co musicie wreszcie zrozumieć to to, że Harry musi dzielić się ze znacznie większą ilością ludzi, niż tylko waszym stadem. On nie jest tylko wasz, ma również inne obowiązki i zobowiązania.

Kamelia ponownie obnażyła zęby, ale tym razem to na pewno było w uśmiechu. Snape przyglądał się jej w przelotnym zaskoczeniu, jak pije herbatę, trzymając kubek obiema rękami, po czym odkłada go na stół i wstaje.

– I tego właśnie nie rozumiesz – powiedziała. – Żadne z nas nie oczekiwało, że Loki odpłaci nam się taką samą miłością, jaką my obdarzyliśmy jego. Po pierwsze, było nas zbyt wielu, a po drugie, więź łącząca alfę z watahą polega na czymś innym. W dodatku kochał Gudrun bardziej, niż kiedykolwiek któregokolwiek z nas. Wypełnił swoje zobowiązanie wobec nas poprzez przekazanie nas nowemu, wyjątkowo opiekuńczemu alfie. Przyjęliśmy to do wiadomości. Ale to oznacza, że Harry jest teraz naszym alfą. Kochamy go takim, jaki jest. Nie obchodzi nas, jeśli przy okazji będzie wyzwalał skrzaty domowe, jeśli będzie miał bratnią duszę, którą kocha bardziej od nas, jeśli będzie stawał po twojej stronie. Wciąż pozostanie nasz przez sam wzgląd na miłość, którą do niego czujemy.

Obróciła się na pięcie i wyszła z pomieszczenia, pozostawiając Snape'a z jego herbatą i przemyśleniami. Dokończył pierwsze, ostrożnie poukładał sobie drugie, po czym wstał.

Nie sądził, żeby Harry zauważył, że to zazwyczaj Kamelia z nim rozmawiała, Kamelia zabierała głos, ilekroć planował coś dotyczącego wilkołaki, Kamelia zaproponowała sposoby, na jakie wilkołaki będą strzegły festiwalu, który miał odbyć się już za dwa dni. Nie miała magii, ale i tak była najwyższa rangą w stadzie, zaraz po Lokim. Miała przewagę.

Był też pewien, że Harry nie zauważył, nie pamiętał, że to Kamelia pochwyciła tamtego dnia jego opiekuna, Kamelia przycisnęła mu zęby do gardła, podczas gdy pozostali jej towarzysze pochwycili Dracona i Moody'ego. Gdyby Harry się zorientował, to prawdopodobnie zareagowałby zgodnie z przewidywaniami Snape'a, rozmawiając z nimi o tym, póki wszelkie zmarszczki na problemie nie zostałyby solidnie wyprasowane. A już na pewno nie dopuściłby do tego, żeby wrogość między Snape'em i Kamelią powoli wrzała.

Nie wiedział, a Kamelia mu nie powiedziała. Może i była wilkołaczycą, ale żadna z niej Ślizgonka.

Snape zatrzyma tę informację dla siebie, póki nie znajdzie momentu, w którym będzie mógł najlepiej ją wykorzystać.


Rufus pracował tego dnia od ranka tak wczesnego, że nawet Percy'ego Weasleya jeszcze nie było. Nie był w stanie zasnąć, a przecież nikt nie będzie kwestionował ministra pojawiającego się we własnym ministerstwie.

On sam jednak zaczął kwestionować pukanie, jakie rozległo się do jego drzwi, póki nie zorientował się, jak strasznie było delikatne i ciche. Nie powinien być w stanie usłyszeć go po drugiej stronie gabinetu, ale i tak zdołał. W dodatku żaden ze stojących na straży aurorów o niczym go nie uprzedził. W taki właśnie sposób ostatnim razem skontaktowali się z nim niewymowni, kiedy jego pierwsi sojusznicy z Departamentu Tajemnic chcieli zadeklarować swoje wsparcie do jego buntu przeciw Amelii.

Zareagował, jak mu wtedy powiedzieli, że powinien – zamykając dłoń wokół różdżki i stukając w nią trzykrotnie palcem.

Drzwi zrobiły się dziwnie mgliste i po chwili przeszły przez nie dwie osoby, ubrane w szare płaszcze. Wilmot wciąż nie zareagował, a jego osłony w dalszym ciągu niczego nie wyczuwały. Rufus kiwnął głową, czując osobliwy podziw. Artefakty, którymi zajmował się departament, były zbyt niebezpieczne, albo mroczne, albo przeklęte, żeby można było pozostawić je w niepowołanych rękach – tak długo, jak komuś w ogóle udałoby się je opanować. Rufusowi nie po raz pierwszy przyszło do głowy, że to naprawdę dobrze, że Departament Tajemnic jest lojalny ministerstwu.

– Ministrze – odezwała się pierwsza, nieco wyższa zakapturzona postać. Jej towarzysz już zajął miejsce; pokłonił się jednak przedtem. Jej głos był spokojny i bez wyrazu. Rufus był przekonany, że nie rozpoznałby go w innych okolicznościach. – Przynosimy złe wieści.

Przecież i tak nie spodziewałeś się dobrych, upomniał się Rufus, po czym kiwnął lekko głową.

– Słucham?

– W naszym departamencie nastąpił podział – powiedział niewymowny. – Kilku członków uważa, że najlepiej spełnimy nasze cele pomagając Amelii Bones. Karmili ją informacjami i wierzymy, że jej niespodziewana odwaga do ustanawiania nowych praw anty–wilkołaczych, jak i założenia Departamentu Kontroli i Poskramiania Niebezpiecznych Bestii, mogła zrodzić się właśnie dzięki ich wsparciu.

– To by miało sens – powiedział powoli Rufus. W czasie swojej ostatniej rozmowy z Amelią, stale starał się patrzeć jej w oczy. Były szeroko otwarte i zobaczył w nich cmentarze, na których strach pojawiał się, by umrzeć, w dodatku przez cały czas wyglądała, jakby chciała mu o czymś powiedzieć. – Czy to oznacza, że nie działa z własnej woli? Ktoś ją do tego przymusza?

– Nie za pomocą artefaktów – odparł spokojny głos. – Samą zgrozą. Ale tak, tak nam się wydaje.

Rufus odchylił się w fotelu i zamknął oczy. Ostatecznie jednak musiał pokręcić głową. Zwyczajnie wiedział za mało o Departamencie Tajemnic, by w tej chwili postanowić, co byłoby najlepszym możliwym rozwiązaniem. Wiedział, że naprawdę mu się poszczęściło, skoro udało mu się znaleźć w nim sojuszników. Był w stanie polegać na ich radach. Niewymowni rzadko współpracowali z innymi departamentami, a ich motywy były równie tajemnicze co ich tytuły, ale w ostatecznym rozrachunku postanowili zaoferować swoją lojalność całemu światu czarodziejów. Pogardzali takimi ludźmi, jak Korneliusz Knot, który zajmował to stanowisko dla własnego dobra, ale sami przyszli do Rufusa. Rufus wiedział, że to świadczy o tym, jak bardzo go cenią.

– I pewnie nie wydaje wam się, że możecie już teraz powstrzymać te wpływy? – zapytał.

– Nie – odparł niewymowny. – Póki nie dowiemy się, czemu nasze rodzeństwo uważa, że pomaganie Madam Bones ułatwi nam osiągnięcie celów naszego departamentu, to nie możemy niczego z nimi zrobić. Proszę utrzymywać sytuację patową, ministrze. Nie możemy dopuścić, żeby zmieniła się wyłącznie przez powagę sytuacji. Wiedza to drogocenny towar.

Powinienem był się spodziewać, że usłyszę coś takiego od niewymownego, pomyślał Rufus, ponownie kręcąc głową. Drugim powodem istnienia Departamentu Tajemnic, poza upewnieniem się, że magiczne społeczeństwo nie zostanie nagle wystawione na działanie czegoś wyjątkowo niebezpiecznego, było zgromadzenie tak wielu informacji na temat tych artefaktów, jak tylko byli w stanie, dzięki czemu, po odpowiednim zrozumieniu, można było wykorzystać je z pożytkiem dla ludzi. Niektóre z największych odkryć ostatnich dwóch stuleci pochodziły właśnie z Departamentu Tajemnic. Nic dziwnego, że niewymowny radził mu teraz, żeby wstrzymać się z działaniem, póki nie dowie się wszystkiego co można.

– Jeszcze jedna sprawa – odezwał się niewymowny. – Niechętnie o tym wspominam, ministrze, ale wiemy, że jest pan człowiekiem oddanym swoim obowiązkom, który robi co należy nawet, jeśli to niekoniecznie mu odpowiada. – Zamilkł na moment. – Niestety, nie wszyscy ludzie na tym świecie tak mają.

Mięśnie Rufusa spięły się. Jakimś cudem wiedział, o kogo może chodzić, nawet zanim jeszcze zapytał dla potwierdzenia swoich domysłów.

– Harry?

Kaptur niewymownego poruszył się w płytkim kiwnięciu.

– Tak. Podeszliśmy do niego wczoraj, kiedy zorientowaliśmy się, że pojawił się w ministerstwie i użył magii w biurze Departamentu Kontroli i Regulacji Magicznych Stworzeń.

Dłoń Rufusa zacisnęła się na krawędzi jego biurka. Czy Harry byłby w stanie oprzeć się pokusie, kiedy dopiero co zostały ustanowione nowe prawa anty–wilkołacze? Wie przecież, który departament, po za Departamentem Kontroli i Poskramiania Niebezpiecznych Bestii, jest odpowiedzialny za tego rodzaju prawa. Zwierzątka Amelii po prostu polują. To nadzorcy zajmują się zarejestrowanymi wilkołakami.

– Do czego użył tej magii?

– Przede wszystkim do ucieczki przed naszymi osłonami – powiedział niewymowny. – A potem poczuliśmy, jak jego moc się podnosi. Nie jesteśmy do końca pewni, co to oznaczało, ale zauważyliśmy osobliwą nadaktywność w jednym z biur.

Rufus zamknął oczy. Nikogo by nie przymusił. W to bym nie uwierzył. Ale ostatnim razem sam stwierdził, że ma nadzieję, że nigdy nie przyjdzie mu użyć magii w ministerstwie, a teraz to zrobił. Zastraszenie kogoś, jak to zrobił Amelii? Umożliwienie ucieczki przyjacielowi? Och tak, w to mogę uwierzyć.

– Mów dalej – wyszeptał, podczas gdy serce kroiło mu się na kawałki z goryczy na myśl o nadchodzącej wojnie i rewolucji.

– Próbowaliśmy z nim porozmawiać, ale uciekł przed nami. Możemy wyłącznie założyć, że wydawało mu się, że chcieliśmy go skrzywdzić, zamiast porozmawiać na osobności. Kiedy spróbowaliśmy użyć artefaktu, który ustanowiłby wokół nas prywatną osłonę, wchłonął jego magię. – Niewymowny ponownie się zawahał, musiała minąć dobra minuta milczenia, nim nie podjął ponownie, wciąż tym samym, monotonnym i spokojnym głosem. – Obawiamy się, że może uznać nasze artefakty za źródło magii, które pozwoliłoby mu na osiągnięcie znacznie więcej.

Rufus przełknął ślinę. Harry wyjątkowo niechętnie osusza ludzi. Ale przedmioty? Przecież chodziły historie o dzieciach, które Voldemort skazał na charłactwo, a którym Harry przywrócił magię. Zrobił to dzięki osuszaniu artefaktów Blacków.

A przecież jest dziedzicem tej rodziny. Co będzie, jeśli uzna kiedyś, że Departament Tajemnic, wraz ze swoim zbiorem, jest dopuszczalną ofiarą, ponieważ nie są świadome?

Rufus był w stanie wyobrazić go sobie, decydującego się na coś takiego. W dodatku Harry nie był… no, niechętnie słuchał rad, a przynajmniej nie zawsze. Rufus nie wyobrażał sobie, żeby Harry postanowił sobie coś takiego już teraz, że atak na Departament Tajemnic i osuszenie jego artefaktów to dobry pomysł. Ale co, gdyby w pewnej chwili uznał, że inaczej nie zdoła ochronić bliskich sobie osób? Prawa anty–wilkołacze stopniowo robią się tylko coraz gorsze i Rufus domyślał się, że Harry nie zniesie, jeśli wilkołaki zaczną być osądzane i zabijane po prostu za bycie wilkołakami i się zbuntuje.

Pamiętał spokojną, surową minę Harry'ego, jak i magię, która płonęła wokół niego. Harry podjął decyzję. Użył magii w ministerstwie – magii na lordowskim poziomie, przeciw której zwykli czarodzieje i czarownice nie są w stanie się obronić.

A Rufus pragnął, żeby ministerstwo było miejscem dla zwyczajnych czarodziejów i czarownic, gdzie będą mogli znaleźć pomoc, której potrzebowali i której pragnęli, w którym prawo, które było narzędziem pracującym dla każdego, bez względu na ilość mocy, działało jak należy.

To było, być może, naiwne marzenie z jego strony, że pewnego dnia uda im się wygładzić wyjątki, jakie przez lata znalazły się w prawie dla Lordów i Ladies. Że pewnego dnia zwykli ludzie przestaną żyć w strachu przed potężną magią, przypomną sobie, że prawdziwa siła tkwi, pod wieloma względami, w liczbie i pokiwają z aprobatą głowami, kiedy ostatnie ślady po Ciemnych Wiekach zostaną egzorcyzmowane z ministerstwa.

Harry zdawał się to pojmować, kiedy Rufus ostrzegł go, że nie lubi, jak ktoś mu miesza w ministerstwie. Dumbledore przekroczył tę granicę, przymuszając swój Zakon Feniksa. Harry zrobił to samo, korzystając ze swojej magii do udzielania pomocy swoim sojusznikom.

– Będę musiał skontaktować się z Harrym i go o tym poinformować – powiedział ciężkim tonem, otwierając oczy.

– Prawdopodobnie sam do pana napisze – powiedział cicho niewymowny. – Być może były pan Potter wydaje się cokolwiek agresywny i… nie do końca rozumie naszą rolę w ministerstwie, ale jego szczerość jest nam znana.

Rufus kiwnął głową, doceniając jego słowa. To była prawda. Harry prawdopodobnie już się zorientował, że ich drogi się rozeszły i wyszedł z założenia, że Rufus jakoś dowie się o tym wszystkim, od niewymownych czy od osłon, stąd domyśli się, że ostatnie, co mu w tej sytuacji pozostało, to sformułowanie odpowiednich przeprosin.

– Jak to zrobi, to proszę nie informować go o naszym udziale w tym wszystkim, bez względu na to, czego sam by się nie domyślał – ostrzegł go niewymowny, wstając. – Najpierw musimy w pełni zrozumieć podziały w naszym departamencie. Oraz, oczywiście, cena za naszą pomoc pozostaje taka, jak zawsze: jeśli komukolwiek pan o niej powie, to przestaniemy przychodzić.

– Rozumiem. – Rufus odchylił się i spojrzał na nich smętnie. – Dziękuję wam za szczerość, panowie. Żal mi tylko, że nie wszyscy są równie lojalni ministerstwu co wy.

Niewymowni wykonali szybkie, płytkie skinienia głowy połączone z równie płytkimi pokłonami, po czym rozmyli się i zniknęli. Chwilę później Rufus usłyszał, jak Wilmot wita Percy'ego. Następnie drzwi się otworzyły i do środka wszedł Percy, nucąc pod nosem.

Zatrzymał się, kiedy zobaczył wyraz twarzy Rufusa.

– Proszę pana? – zapytał z wahaniem.

– Mam dla ciebie nowe zadanie, Percy – powiedział Rufus, usiłując zmusić się do choćby pozornego okazywania dobrego nastroju. Nie mógł pozwolić sobie na melancholijny namysł nad tym wszystkim. Od dawna wiedział, że pewnego dnia ich ścieżki się rozejdą. Harry nie zadeklarował się jako Lord, ale nikt tak potężny nie był w stanie długo trzymać się z dala od polityki.

A Rufus nie mógł poświęcić swoich marzeń, swoich ludzi, swojego ministerstwa dla jednej osoby, choćby nie wiem jak skomplikowanej, choćby nie wiem, jak dobry nie byłby z niego przywódca czy sojusznik.

– Jakie, proszę pana?

– Z tego, co mi wiadomo, czeka cię niebawem sesja treningowa – powiedział neutralnym tonem Rufus. – Będziesz musiał w jej czasie obserwować jeden z departamentów ministerstwa i zobaczyć w pełni, jak płynnie funkcjonuje z dnia na dzień.

Percy mrugał przez chwilę.

– Tak, proszę pana.

– Upewnij się, że otrzymasz Departament Kontroli i Regulacji Magicznych Stworzeń – powiedział Rufus. – Harry tam był i mógł pozostawić po sobie jakieś… ślady po magicznej aktywności, czy też nienaturalnie pośpiesznie udzieloną komuś pomoc.

Twarz Percy'ego wygładziła się ze zrozumieniem… i nieoczekiwanym smutkiem. Do Rufusa dotarło, po raz kolejny, że nie tylko on wysoko sobie cenił Harry'ego.

– Tak, proszę pana – wyszeptał Percy, po czym zajął swoje miejsce przy biurku, znajdującym się za grubą osłoną. Wyglądał na zamyślonego.

Rufus oparł się w swoim fotelu i ponownie zamknął oczy. Wyglądało na to, że ten poranek zostanie poświęcony na rozmyślania.

Czy naprawdę aż tak bardzo się różnimy? Czy nie istnieje coś, co mógłbym zrobić, żeby cała sytuacja ułożyła się pomyślnie dla nas obu? Skoro już o tym mowa, może mimo wszystko bylibyśmy w stanie pozostać w jakimś sensie sojusznikami?

Ale każda ścieżka, którą usiłował obrać w tym labiryncie, kończyła się ślepym zaułkiem. Nie był w stanie wybrać Harry'ego ponad ministerstwo. Był kim był: ministrem magicznej Brytanii, odpowiedzialnym za bezpieczeństwo wielu, a nie tylko paru i nie tylko tych, którzy złożyli mu przysięgę. Na tych ziemiach mieszkali czarodzieje, którzy każdego dnia dopuszczali się czegoś, co spotykało się z moralnym potępieniem od Rufusa. Było mnóstwo ludzi w ministerstwie, włącznie z Amelią, którzy poddali się strachowi. Wciąż na jego barkach spoczywało brzemię odpowiedzialności, by każdego kryminalistę spotkał sprawiedliwy wyrok, żeby każdy z departamentów pracował dalej pomimo strachu, żeby świat kręcił się dalej. Zrobi dla wilkołaków, co będzie mógł, ale nie był w stanie zmienić całej swojej ścieżki wyłącznie po to, by im pomóc, jak to zrobił Harry.

I choć historia Harry'ego mnie porusza, choć mi pomóc, to istnieje powód, przez który nigdy w pełni nie zostałem jego sojusznikiem. Jest rewolucjonistą; ja reformatorem. I właśnie w tym sęk.

Dobrze mu życzę, zawsze będę, ale nie możemy kroczyć ramię w ramię.

Wyprostował się w fotelu i pokręcił głową. Być może wszystko zacznie wyglądać lepiej po wypiciu herbaty.

A może i nie.


Harry prawie skończył pisać list do Lucjusza, bo ten do Freda i George'a z prośbą o ustanowienie jakiejś linii komunikacyjnej z Percym już leżał obok, czekając na wysyłkę, kiedy nieznana sowa wleciała przez okno Nadmorskiego Basztańca. Wstał niepewnie, zwłaszcza kiedy chwilę później wleciała kolejna para, jedna do Connora, który czytał po drugiej stronie pokoju książkę o animagach, a druga do Dracona, który oderwał wzrok od listu od matki. Odkąd Peter powiedział mu o sztuczce Rosiera ze zniczowym świstoklikiem, Harry miał paranoję pod względem każdego listu, którego nie przyniosła Hedwiga, albo jedna z sów, należących do wilkołaków.

Connor jednak już otworzył swój list i roześmiał się – prawdopodobnie na widok miny swojego brata.

– Bez obaw, Harry – powiedział, po czym zamachał kartką. – To nasze wyniki SUMów!

Harry zamrugał, po czym odwrócił się i przyjął pergamin od sowy, która go już lekko skubała w łokieć. Przejrzał go pośpiesznie, po czym też się roześmiał, kompletnie nieoczekiwanie.

– Nie rozumiem, co was tak bawi w SUMach – mruknął Snape od strony drzwi. Od czasu do czasu sprawdzał, gdzie Harry się znajduje, jakby obawiał się, że Harry obrazi się o ich rozmowę w Gollrish Y Thie i ucieknie do innego domu Blacków. A może po prostu unika wilkołaków, pomyślał Harry, uśmiechając się szeroko do swojego opiekuna.

– Dostałem Wybitny z praktycznego wróżbiarstwa – powiedział Harry i roześmiał się na widok miny Snape'a.

Jak ci się to udało? – zapytał Connor z oburzeniem, za którym kryła się wyraźna zazdrość. – Ja mam z tego Nędzny!

Harry potrząsnął głową.

– Bo nazmyślałem, co mi ślina na język przyniosła i najwyraźniej egzaminatorka to łyknęła. – Odwrócił pergamin. – Wygląda na to, że podziałało to też na teorię z astronomii, bo dostałem z niej Powyżej Oczekiwań. Nie pamiętam tych wszystkich gwiazdozbiorów.

– Ja pamiętam – ogłosił Draco.

– Wybitny, co? – zapytał go Harry, a Draco kiwnął głową, wyraźnie zadowolony z siebie. – Nie moja wina, że twoja matka ma obsesję w temacie gwiazd – mruknął Harry, po czym wrócił do przeglądania pergaminu.

– Domyślam się, że otrzymałeś Wybitny z eliksirów – powiedział Snape, przeciągając zgłoski i opierając się o framugę.

Harry uśmiechnął się do niego.

– Zarówno z teorii jak i praktyki.

Zastanawiał się, czy Draco albo Connor w ogóle zauważyli, że Snape'owi lekko złagodniały oczy na te wieści, albo jego drobne, niewielkie pochylenie głowy, z jakimi je przyjął. Harry poczuł w sobie przelotną, błyszczącą falę dumy, jakby stał się drobiną promienia słonecznego.

Co zostało zastąpione koszmarnym głodem. Czasami pragnienie Harry'ego o posiadanie rodzica, który zachowywał się jak rodzic, zaskakiwało go. Przynajmniej tym razem spodziewał się go i był w stanie jakoś zaspokoić ten głód, upominając się, że przecież Snape był z niego dumny i go kochał. Czego więcej mu było trzeba? To było lepsze, znacznie lepsze od fałszywej miłości, którą otrzymywał od matki i ojca.

Rozproszył się ponownie wynikami SUMów. Wybitny z obrony przed mroczną magią, zarówno teorii jak i praktyki – byłoby mu głupio, gdyby otrzymał cokolwiek innego, zwłaszcza po naukach Acies z zeszłego roku. Powyżej Oczekiwań z historii magii. Ktokolwiek to oceniał naprawdę musiał lubić lanie wody. Powyżej Oczekiwań z zaklęć, Zadowalający z transmutacji, prawdopodobnie dlatego, że kazali mu używać cholernej różdżki. Ta druga ocena jednak trochę go martwiła. Musiał popracować nad sobą, jeśli będzie chciał kiedykolwiek stać się animagiem. Przynajmniej otrzymał Wybitny z teorii zaklęć i Powyżej Oczekiwań z teorii transmutacji.

Zadowalający z zielarstwa, nic dziwnego. Zadowalający z numerologii, z której Hermiona niewątpliwie otrzymała Wybitny; po prostu nie miał jej głowy do liczb. Harry kiwnął głową. Wydawało mu się, że całkiem nieźle mu poszło, jak na kogoś o bardzo wyspecjalizowanej wiedzy, pracującego głównie z magią bezróżdżkową, z Mrocznym Panem stale czyhającym na jego życie i w samym środku planowania bitwy.

Poczuł, jak coś ciepłego owija mu się wokół karku, po czym Argutus stuknął go pyszczkiem w gardło.

Co dostałeś?

Harry pokręcił głową. Już wcześniej próbował wyjaśnić Argutusowi, o co chodzi w SUMach, ale wąż omenu nie był w stanie tego zrozumieć, co go w żaden sposób nie powstrzymywało od dalszych pytań.

– Wybitny ze wszystkich przedmiotów, które mają znaczenie – powiedział Argutusowi, zawieszając pergamin w powietrzu przed sobą i drapiąc węża pod brodą – poza transmutacją, co może okazać się problematyczne. Jeśli mam kiedykolwiek odkryć, o co chodzi w przemianie animagicznej, to muszę nad tym popracować.

Kątem oka zauważył, że Snape przygląda mu się z ukosa. Harry zmarszczył brwi, ale komentarz pozostawił dla siebie. Czemu? Przecież to nie tak, że nigdy wcześniej nie słyszał, jak mówię w wężomowie.

Ale przecież będziesz wężem omenu – powiedział Argutus, brzmiąc na zagubionego.

Harry zamrugał.

– Co? – Właściwie to był całkiem przekonany, że jeśli kiedykolwiek zdoła osiągnąć formę animagiczną, to będzie to ryś.

Bo ja tu jestem i mogę ci pokazać, jak ma wyglądać efekt końcowy – powiedział Argutus. – No i dlatego, że to jedyne stworzenie, w jakie w ogóle warto się przemienić, oczywiście.

Harry zaśmiał się i wtulił twarz w jego łuski.

– Obawiam się, że to tak nie działa – powiedział.

No to jak działa?

Harry zaczął mu tłumaczyć. Istniała pewna szansa na to, że Argutus lepiej pojmie, o co chodzi z formami animagicznymi, niż z SUMami, a Harry wolał dyskusje ze swoim wężem omenu, niż z kimkolwiek innym. Obecność Argutusa była poprzedniego dnia bardzo pokrzepiająca, kiedy powiedział Draconowi i Connorowi o ataku niewymownych, a potem musiał znosić zarówno deklaracje zemsty, jak wzrok Dracona, przyglądający mu się bardzo łagodnie, troskliwie, jakby miał na sobie jakieś niewidzialne rany.

A potem Draco zasnął mu w łóżku i z samego rana zainicjował długie, powolne pocałunki.

Harry podniósł wzrok i pochwycił nim spojrzenie swojego partnera, siedzącego po drugiej stronie pokoju. Draco podniósł brew i uśmiechnął się.

W końcu powiedział, że będzie naciskać. Ale Harry odpuścił sobie dalsze rozmyślania o tym, jak i przerwał wyjaśnienia, ponieważ Draco mówił coś bezgłośnie.

Wyglądało jak „Zaczekaj tylko na festiwal".

Harry zmarszczył niespokojnie brwi, zastanawiając się, co to miało znaczyć, ale wtedy Argutus ponownie go szturchnął.

A czemu nie możesz po prostu przekonać swojej duszy, żeby wyglądała jak wąż omenu? Może posłucha.


Lucjusz podchodził do przerywających mu śniadanie sów z takim samym entuzjazmem co do ludzi, którzy próbowali się z nim skontaktować przez stworzone przez Charlesa Rosiera–Henlina zaklęcie. Dlatego też najpierw skończył herbatę, zanim przyjął list, bo wiedział, że musi pochodzić od Harry'ego.

Wyglądało na to, że Harry chciał formalnie zwrócić się do niego o coś – a może chciał sprawdzić, czy nikt nie śledzi jego poczty i czy Lucjusz w ogóle otrzyma list – a może Draco po prostu powiedział mu, że Lucjusz wolał otrzymywać listy. Poczuł, jak na twarzy pojawia mu się lekki uśmiech, kiedy nakarmił śnieżną sowę kawałkiem bekonu z własnego talerza. Co za rozkosz, mieć Lorda, którego może dotyczyć tak wiele możliwości na raz.

Otworzył list i wówczas nadszedł atak.

Drogi Lucjuszu,

Draco mógł Ci już o tym wspomnieć, ale obecnie sprawdzam dostępne dziedzicowi Blacków legalne możliwości i za ich pomocą chcę uporać się z prawami anty–wilkołaczymi. Udałem się do pewnego gabinetu w Departamencie Kontroli i Regulacji Magicznych Stworzeń, który obecnie zajmowany jest przez człowieka znanego jako Aureliusz Flint, ojciec Marcusa Flinta. Zdawał się wiedzieć więcej, niż się po nim spodziewałem, zwłaszcza że stary dług wobec rodu Blacków po prostu zobowiązuje pracującą w tym gabinecie do udzielenia pomocy; nie miał żadnych powodów do przypuszczania, że zdecyduję się na obranie tej ścieżki, czy też zażądam od niego informacji na ten konkretny temat. Jak wiele wiesz o Aureliuszu Flincie? Czy to jakiś Twój kontakt w ministerstwie? Jakie ma powiązania, kontakty?

Dziękuję,

Harry

Lucjusz odłożył list na stół i zaczął mu się przyglądać. Śnieżna sowa zahuczała wesoło, jakby chcąc powiedzieć, że jeśli chce napisać odpowiedź, to ona może ją zanieść.

Lucjusz przeniósł na nią wzrok. Myślał.

Był w stanie zrozumieć, czemu Harry wolał nie powierzać listowi takiej informacji. To, czego się podjął, było absolutnie legalne. Wyjątek dla rodziny Blacków był przekazywany z pokolenia na pokolenie już od dawna i dowiedzieć o tym mógł się każdy, komu tylko chciało się poszukać.

Aureliusz Flint znajdował się w samym środku potężnej siatki przysług, długów i tajemnic. Lucjusz znał go osobiście i parokrotnie wymienili się usługami. Już to, samo w sobie, było czymś, czego Harry mógłby dowiedzieć się, pytając kogoś innego i nie to wyrwało ziemię spod stóp Lucjusza, ukazując czającą się poniżej bezdenną otchłań.

Nie, chodziło raczej o fakt, że dzięki siatce przysług Flinta, Lucjusz zdołał wejść do ministerstwa kompletnie niewykryty, dzięki czemu mógł poświęcić się torturowaniu Potterów. Niewątpliwie wiedział już o tym, albo dowie się w przeciągu kilku najbliższych godzin, po czym poinformuje o tym Harry'ego, pomimo kroków, jakich Lucjusz podjął się, by ktoś inny, była aurorka Fiona Mallory, przyjęła na siebie ten upadek, a potem wprowadził ją w śpiączkę, kiedy ją zwolniono.

Jeśli Harry dowie się, że Lucjusz torturował jego matkę i ojca, pozycja Lucjusza i wszelka związana z tym przewaga, raptownie dobiegną końca. Nie miał pod tym względem żadnych złudzeń. Bez względu na to, czy ta zemsta była usprawiedliwiona, czy też nie, czy odbyła się w imieniu dziecka, nad którym się znęcano, a które nigdy nie podjęłoby się czegoś takiego, czy nie, Harry będzie musiał słuchać się swoich zasad i odwrócić się od Lucjusza.

Sięgnął do kieszeni szaty i wyciągnął inny list, tym razem na szarym pergaminie, z pieczęcią przedstawiającą klepsydrę, czarną na szarym tle. Otrzymał go poprzedniego dnia, ale nie miał pojęcia, kiedy, ani w jaki sposób po prostu leżała przy drzwiach do sypialni, kiedy Lucjusz udawał się spać. Na pergaminie widniały tylko słowa, Znaleźliśmy się w konflikcie z byłym panem Potterem w kwestii wilkołaków. Niebawem przekonasz się o grożącym ci niebezpieczeństwie.

No to się przekonał. Wiadomość pochodziła z Departamentu Tajemnic, z którym Lucjusz skontaktował się w kwestii mrocznego artefaktu, który wprowadził Fionę Mallory w jej trans – nieodwracalny, chyba że za pomocą tego samego artefaktu. Jeśli Harry starł się z niewymownymi, to niniejszym znalazł kolejny punkt, w którym mógłby dowiedzieć się o wszystkim, co naprawdę zaszło, kto był odpowiedzialny za upadek Mallory i dlaczego. Lucjusz nie był w stanie powiedzieć, że rozumiał niewymownych, na pewno nie lepiej od przeciętnego czarodzieja. Mogliby wyjawić Harry'emu prawdę z własnych powodów, albo jako cenę zakończenia tego konfliktu, albo w ramach odwracania jego uwagi, oferując mu kogoś, kogo mógłby uratować.

A wraz z tym nadciągnie potępienie Lucjusza.

Lucjusz będzie musiał zacząć stąpać wyjątkowo ostrożnie, jeśli nie chce stracić swojej pozycji w Przymierzu Słońca i Cienia. Lekka sugestia dodana w wiadomości od niewymownych, „w kwestii wilkołaków", już poddała mu pewien pomysł, choć nie miał pojęcia, czemu Departament Tajemnic miałby być zainteresowany wilkołakami.

Ale to mogło zadziałać. Mogło. Będzie musiał jednak podejść do tego powoli, w tajemnicy i ostrożnie, och, tak bardzo ostrożnie, bo jeśli Harry się dowie, to Lucjusz nie był pewien, czy tylko dobra opinia Harry'ego na jego temat nie zostanie tu zszargana.

Już wcześniej kroczył między kolcami takich sytuacji – kiedy nieznani ludzie w Hogwarcie grozili jego synowi, jak i w czasie swoich śmierciożerczych dni. Powiedział sobie, że nawet jeśli tym razem miał znacznie więcej do stracenia, to nie znaczyło, że ta ścieżka była niemożliwa. Po prostu będzie musiał uważać na więcej kolców.

Przeżyje i, co więcej, będzie prosperował, zabezpieczy pozycję swojej rodziny jak najbliżej Harry'ego, pozbędzie się wszelkich niebezpieczeństw i zakopie błędy swojej przeszłości, a to wszystko za jednym zamachem.

Lucjusz odprężył się na tyle, żeby sięgnąć po więcej bekonu i podać go… Hedwidze. Imię świętej. Wspaniała sowa, naprawdę.

Osiągnie sukces tam, gdzie inni widzieliby tylko porażkę.

Bo tak już postępowali Malfoyowie.