Ten rozdział wyszedł nieco dziwnie.

Rozdział dwunasty: Festiwal Harry'ego

Tym razem ostrzeżeniem Harry'ego był cichy, uradowany śmiech.

Pazury przeorały my lewe ramię, posyłając go, dyszącego z bólu, na kolana. Obrócił się, drgnął potężnie, kiedy przerzucił przy okazji ciężar ciała z dłoni na kikut, po czym poderwał wzrok. Ptaszysko unosiło się ponad nim, jego ostro zakończone skrzydła uderzały statecznie, a pazury zaciskały się i otwierały.

Powinieneś był już ustalić, czym jestem, powiedział mu. I nigdy nie powinieneś był o mnie zapominać, nigdy nie powinieneś był, nie. Walczysz na zbyt wielu frontach, ale jeden z nich znajduje się u podstaw wszystkich pozostałych i pod koniec właśnie jemu przyjdzie stawić ci czoła, w prawdziwej wojnie, twojemu prawdziwemu wrogowi.

– Nie mam pojęcia, o co ci chodzi – warknął Harry, przeciskając na siłę słowa przez zaciśnięte z bólu zęby. Mróz, który dosłownie ścinał mu krew w żyłach bolał, ale rany po chwili zdrętwiały. Harry zerknął w dół i powstrzymał się od skrzywienia. Przynajmniej te nacięcia nie były równie głębokie, czy niebezpieczne, co te, które ptak zadał mu w Sanktuarium.

Spójrz w lustro, powiedział ptak, po czym zaśmiał się i wzniósł się wprost w sufit łazienki. Tam rozprysnął się, zmieniając w ciepłą mgiełkę, co tylko potwierdzało podejrzenia Harry'ego, że to musiało być stworzenie zrodzone z czystej magii. Gdyby tak nie było, to ciepła woda prysznica powinna była jakkolwiek zranić stworzenie lodu.

Harry spędził chwilę czy dwie na wbijaniu wzroku w miejsce, w którym ptak zniknął, po czym pokręcił głową, wstał i podszedł do lustra. Ostatecznie i tak był w łazience, więc równie dobrze mógł sprawdzić.

Lód już topniał wokół nacięć, pokonany przez nagrzane przez prysznic powietrze. Harry zagapił się i przez dłuższą chwilę nie był w stanie niczego zobaczyć. A potem przekręcił się na bok i zorientował się, że te trzy linie układały się, tak jakby, w znak błyskawicy.

Czy każda rana, jaką zadał mi do tej pory, wyglądała jak błyskawica?

Zastanawiał się nad tym, kiedy spróbował zaklęcia leczącego, które, rzecz jasna, nie podziałało. Wyglądało na to, że żadne z jego własnych zaklęć leczniczych nie było w stanie zadziałać na zadane mu przez ptaka rany, jeśli nie liczyć pomniejszych efektów, jak ogrzewających skórę, czy powstrzymanie krwotoku. Owinął sobie ręcznik wokół pasa i wrócił do sypialni.

Draco już nie spał i patrzył się na niego.

Harry powiedział sobie, że to niedorzeczne, kiedy jego umysł momentalnie przerzucił się z nacięć na ramieniu na fakt, że stał przed swoim chłopakiem praktycznie nagi. Draco prawdopodobnie chciałby, żeby Harry tak myślał, ale przecież najpierw musiał uporać się z raną, a potem jeszcze z festiwalem, który miał dzisiaj miejsce i wciąż wymagał organizacji i przygotowań.

Boisz się, poinformował go głos, który brzmiał na zdecydowanie za bardzo podobny do Sylarany.

Harry kazał mu się zamknąć i przesunął się, żeby pokazać Draconowi swoje ramię.

– Cholerne ptaszysko znowu pojawiło się w łazience – powiedział.

Draco momentalnie zerwał się i podbiegł do niego, krzycząc cicho i starając się zamknąć nacięcia. Niczego nie wspomniał o ich kształcie. Harry miał wrażenie, że trzeba było spojrzeć na nie pod odpowiednim kątem, ale już zaczynał odsuwać od siebie te rozważania. Przecież wiedział, że niektóre z innych nacięć nie miały szans wyglądać jak błyskawica, choćby nie wiem jak na nie patrzeć, no i po co w ogóle myślał o czymkolwiek, co powiedział ten ptak?

– I nie wiesz, czym jest ten ptak, Harry, ani czemu to robi? – Palce Dracona ścisnęły mu ranę, przez co Harry syknął. Draco wymamrotał przeprosiny i spróbował Integro. Tym razem Harry poczuł, jak skóra zamyka się ponad nacięciami, więc odprężył się, wydając lekkie westchnienie. Tym razem rany były naprawdę niewielkie, jeśli przyrównać je do wyrwanej skóry i rozerwanych mięśni, które zadawał mu kiedyś.

– Nie. Mogę tylko zgadywać, że to uwięziony gdzieś czarodziej, który jest na mnie naprawdę zły, a jego magia zyskała na świadomości, dzięki czemu mogła wyrwać się z zamknięcia i mścić na mnie w jedyny znany jej sposób. To by pasowało do wspominanego przez ptaka „jego", jak i faktu, że osobowość ptaka przypomina mi moją własną magię, kiedy wyrwała się po raz pierwszy spod sieci feniksa. – Harry przymrużył oczy, przyglądając się swojemu ramieniu. Opuszczały go już ostatnie ślady po bólu, pochodzącego zarówno od utraty krwi, jak i lodu. Kiwnął z aprobatą głową. – Ale ponieważ nie wiem, o jakiego czarodzieja może chodzić, a sam ptak pojawia się cokolwiek niespodziewanie i bez żadnego ostrzeżenia, to nie wiem też, jak to powstrzymać.

– Nie podoba mi się, że nawet Vera nie wiedziała, co o tym myśleć – mruknął Draco, głaszcząc Harry'ego po bokach, póki jego dłonie nie ześlizgnęły się na jego ręcznik i zaczęły się nim bawić. Harry poczuł, jak wzdłuż kręgosłupa przeszywa go dreszcz, ale szybko zignorował dotyk i wzruszył ramionami.

– Mi też nie. Ale właśnie dlatego nie wydaje mi się, żebym miał poznać na to odpowiedź w najbliższym czasie. Skoro nawet wieszcze i ich przepełnione magią Sanktuarium nie mieli pojęcia, co to może być, to kto ma wiedzieć? Przynajmniej wiem, że ptak nie jest dziełem czegoś zniszczonego, albo zgniłego w mojej duszy. Wydaje mi się, że byliby w stanie to zobaczyć.

Draco kiwnął głową. Wyglądało na to, że z chwilą zamknięcia ran, jego umysł przeniósł się na coś innego i Harry podejrzewał, że wie co to może być. Odwrócił się do swojego kufra, z determinacją powstrzymując się przed wzdrygnięciem.

– Harry?

Obejrzał się przez ramię.

– Tak?

– Czemu fakt, że widzę cię niemal nagim sprawia, że robisz się taki nerwowy? – Twarz Dracona była spokojna, jakby potrzebował wyjaśnień względem czegoś z zielarstwa, ale jego oczy zdecydowanie nie wyrażały spokoju. Harry powstrzymał kolejne wzdrygnięcie.

– Ponieważ czuję się zagrożony – powiedział Harry, uznając, że powinien mówić szczerze. Draco zamrugał, a spokojna maska nieco zsunęła się z jego twarzy. Harry kiwnął głową, nie odrywając od niego oczu. – Tu nie chodzi tylko o to, że ja nie mam na sobie ubrań, a ty masz...

– Tylko piżamę – mruknął Draco.

– To mi nie pomaga – powiedział Harry. – Tu nie chodzi też tylko o to, że wiem, że nigdy byś mnie nie skrzywdził... Tu chodzi o... – Pokręcił głową, zastanawiając się, jak to ująć. Czy też raczej, czy Draco w ogóle zniesie takie szczegóły. Naprawdę męczyło go już śledzenie wszystkich swoich osobliwych poczynań i zauważanie, że wywodzą się z jego treningu, a myślenie o rozmawianiu o wszystkim, co miało związek ze sprawami łóżkowymi, przyprawiało go o rumieniec.

Znacznie lepiej sobie radzę, kiedy wiem, że mogę poświęcić komuś czas czy uwagę, nie żądając niczego w zamian, pomyślał nieszczęśliwie.

– Harry – powiedział Draco. – Prędzej czy później i tak będziemy musieli o tym porozmawiać. Przecież wiem, że nie przeszkadza ci już tak bardzo dotyk. Czy to coś nowego? Czy też może wyrosło to z czegoś starego?

– Wyrosło z czegoś starego. – Harry uznał, że musi wyjaśnić, inaczej chyba nigdy się nie ubierze. – Draco, ja... nigdy nie spodziewałem się kochanka. W ogóle. Matka powiedziała mi, że kochankowie powinni być sobie równi, powinni być partnerami, powinni być najważniejsi na świecie dla siebie nawzajem. Zaakceptowanie w moim życiu kochanka byłoby niesprawiedliwe, bo przecież Connor miał być najważniejszym człowiekiem w moim życiu, więc byłoby to niesprawiedliwe wobec tej osoby. Oczekiwaliby ode mnie, i słusznie, pełnej uwagi, co nigdy nie zostałoby spełnione. I wygląda na to, że wciąż w to poniekąd wierzę. Nie w kwestii Connora, ale wysiłków wojennych i rewolucyjnych. – Założył ręce na piersi i oparł się o swój kufer, starając się zignorować fakt, że Draco przyglądał mu się, jakby był... kimś specjalnym i fizycznie pięknym. Harry musiał to zignorować, inaczej nie tylko nigdy się nie ubierze, ale jego wyjaśnienia też zabłądzą donikąd. – Przecież stanę się vatesem. I będę nim całe moje życie. Nie wiem, jak mógłbym przestać, bo przecież to zadanie potrwa dłużej, niż będę żył.

Spojrzał Draconowi w oczy.

– I... podejrzewam, że wciąż się martwię, że jeśli zostaniemy kochankami, to nie będę w stanie zaoferować ci całej uwagi i czasu, na jakie zasługujesz. Kocham cię, Draco. Nie zasługujesz na strzępy uwagi, ulotne chwile, które mogę spędzić z tobą, ilekroć nie będę zajmował się czymś innym.

Draco słuchał go w milczeniu. Harry miał wrażenie, że zastanawia się nad tym głęboko, póki nie zapytał:

– Skończyłeś już?

Harry zamrugał.

– Tak.

– Świetnie. – Draco podszedł do niego, jego twarz była spokojna i zdeterminowana. – Harry. Posłuchaj mnie. Nigdy nie musisz martwić się o coś takiego. Wydaje mi się, że twoja matka nakreśliła ci obraz kochanka, który nigdy by nie narzekał i opuściłby cię w chwili, w której uznałby, że poświęcasz uwagę czemukolwiek poza nim. – Kiwnął głową, jakby znalazł swoją odpowiedź w wyrazie twarzy Harry'ego. – Zaczynasz rozumieć. Nie jestem taki. Stoicyzm do mnie nie pasuje. Powiedziałem ci już, że będę naciskał. Jak zaczniesz mnie zaniedbywać, to uwierz mi, dam ci znać.

– Ale...

– Tak?

– Zasługujesz na kogoś, kto będzie zwracał uwagę wyłącznie na ciebie. – Harry przeczesał ręką włosy. – Nie rozumiem, czemu tego nie chcesz.

– Bo nie muszę się z nikim o ciebie bić – powiedział Draco. – Jestem przekonany, że jestem dla ciebie ważniejszy od kogokolwiek innego, Harry. Jeśli zaś chodzi o walkę o pierwszeństwo z twoimi ideałami... to nie w nich jestem zakochany. I tak szczerze, to kiedy ktoś poświęca uwagę tylko jednej osobie o każdej porze dnia i nocy, uderza mnie raczej jako osoba, która ma obsesję, a nie jest zakochana.

Harry przechylił głowę.

– Czyli zamartwiam się o nic?

– Właśnie. – Draco kiwnął głową w kierunku nacięć na jego ramieniu. – Tak samo w przypadku tego. Gdybyś wcześniej powiedział mi o tym ptaku i co on właściwie ci robi, to już wcześniej mógłbym zacząć cię pocieszać po każdym ataku. Masz koszmarną tendencję do trzymania wszystkiego w tajemnicy, Harry. Ale to? To nie jest problem. – Zarówno jego głos, jak i twarz, były nieziemsko spokojne. – Tylko dlatego, że zaczniemy uprawiać seks nie oznacza, że nagle zmienisz się dogłębnie i będziesz musiał zwracać uwagę wyłącznie na mnie.

Harry kiwnął powoli głową. Podejrzewał, że powinien był już wcześniej zacząć kwestionowanie tego, ale Lily sprawiła, że marzenie o kochanku, który zwraca uwagę wyłącznie na swojego partnera, brzmiało naprawdę cudownie. Mówiła o tym, jakby spodziewała się, że małżeństwo, czy też związek Connora też będzie wyglądało w ten sposób. Wspomniała kiedyś, że jej relacja z Jamesem wyglądałaby dokładnie tak, gdyby nie musiała wychować jednego syna na zbawcę świata i drugiego do ochrony go.

– Muszę cię jednak ostrzec – ciągnął dalej Draco, tonem głosu sugerując zmianę tematu – że jeśli zaraz nie założysz czegoś na siebie, to nie ręczę za siebie.

Harry zaśmiał się i otworzył kufer, czując jak podenerwowanie, które czuł przez kilka ostatnich dni w pobliżu Dracona, roztapia się. Czyli seks zmieni niektóre sprawy, ale nie wszystko i wciąż będzie mógł kochać Dracona w ten sam sposób i pozostać vatesem.

Zawahał się na moment, po czym pokręcić głową. Draco przecież powiedział, że mam pytać o to, co mnie zastanawia, zamiast ciągle trzymać język na wodzy.

– A czy mogę cię jeszcze o coś zapytać? – zagaił, wyciągając koszulkę i nakładając ją na siebie.

– Pewnie – powiedział Draco znacznie bardziej normalnym głosem.

Harry znalazł głową kołnierz koszulki i wyjrzał sponad niego niepewnie.

– Ciągle patrzysz na mnie z tym... – No dalej, Harry, poradzisz z tym sobie, nie masz już dziesięciu lat i nie jesteś chłopcem, którego wychowała twoja matka. – ...tym pożądaniem w oczach – dokończył z determinacją. – Czy to coś oznacza?

– Poza tym, że cię pożądam i naprawdę chcę cię przelecieć, kiedy już obaj będziemy na to gotowi? – Draco wyszczerzył się do niego. – Nie, w sumie nie.

Ostatecznie Harry jednak zalał się rumieńcem, po czym zanurkował w kufrze, szukając majtek i spodni. Draco wyśmiał go, po czym sam poszedł do łazienki.


– Czyli mam rejestrować różdżki wszystkich, którzy przejdą przez te drzwi? – Eryka poklepała się po swoich ciemnoniebieskich szatach, które użyczyły jej wilkołaki. Jak tylko zobaczyła wspomnienia w myślodsiewni Snape'a, oznajmiła, że za bardzo obawia się powrotu do swojego mieszkania, przekonana, że niewymowni będą tam na nią czyhali. Harry odczytał jej umysł za pomocą legilimencji, ale odkrył, że jej sieć Obliviate była cokolwiek odmienna od tej, którą zerwał kiedyś z umysłu Remusa. Nie śmiał tknąć tej, póki nie dowie się czegoś więcej o artefakcie, który ją stworzył.

– Właśnie tak – powiedział Harry. Stali przy frontowych drzwiach do Srebrnego Lustra. Wybór padł właśnie na nie, ponieważ Harry uznał je za najbardziej imponujący dom Blacków, jeśli wziąć pod uwagę prezentowane w nim skarby, takie jak wbudowany basen słoneczny, czy wietrzny, czy też obrazy Neptuna Blacka, choć najpierw obłożył wszystko ciężkimi osłonami, żeby nikt ich czasem nie był w stanie tknąć bez jego zgody. – Jak tylko zaczną pojawiać się gościa, po prostu poproś ich o różdżki. Powinni mieć je wszyscy poza wilkołakami, którzy urodzili się jako mugole.

Eryka pokiwała kilkakrotnie głową. Harry ścisnął jej dłoń, zapewnił, że na pewno sobie z tym poradzi, po czym odsunął się od drzwi frontowych, przechodząc przez oświetlany przez ognisty basen hol. Złote krople ściekały z sufitu po długich łańcuchach, prowadzących do lamp, wypełniały je bogatym światłem, po czym wracały z powrotem do zawieszonego na górze basenu. Harry widział, jak niektóre wilkołaki, które przyprowadził tu ze sobą z Nadmorskiego Basztańca, włącznie z Kamelią, zagapiły się na ten pokaz. Uśmiechnął się lekko, zastanawiając w jaki sposób reszta gości na to zareaguje.

Potknął się nagle o krawędź swojej szaty i skrzywił się. Zamówił je od Madam Malkin, która upewniła się, że znajdą się na nich wszystkie odpowiednie symbole rozgłaszające jego status jako dziedzica Blacków, bo skoro już miał to zrobić, to miał zamiar zrobić to jak należy. Ale z jakiegoś powodu – a może tak właśnie miały wyglądać szaty festiwalowe – Madam Malkin zrobiła je z niezwykle grubego materiału. Wirowały przy kostkach w tak ciężkich fałdach, że ledwie schodziły mu z drogi, ilekroć usiłował zrobić krok, a już w ogóle można było zapomnieć o szybkim marszu.

Ktoś zaintonował za nim szybkie zaklęcie i jego szaty nagle zaczęły unosić się wokół niego na tyle subtelnie, że było to niemal niezauważalne. Harry wykręcił szyję i zobaczył Snape'a w szatach o nieco bogatszym kroju niż zwykle, ale wciąż niezmiennie czarne, który właśnie chował różdżkę do kieszeni.

– Dziękuję – powiedział Harry. – Naprawdę mi się to przyda.

Snape uśmiechnął się blado. Zaraz potem jednak jego spojrzenie przeskoczyło na drzwi i jego usta zacisnęły się w surową, wąską linię. Harry obrócił się i zobaczył, że właśnie wszedł Remus, otoczony przez inne wilkołaki z watahy, która niegdyś należała do Lokiego. Kusiło go, żeby się zjeżyć, ale przecież na tym festiwalu pojawi się przynajmniej paręset gości. Nie będzie musiał rozmawiać z Remusem, jeśli nie będzie tego chciał.

– Proszę się grzecznie bawić – mruknął do Snape'a.

– Będę się bawił sprytnie – odparł Snape, po czym odwrócił się i z gracją wmieszał w tłum już obecnych gości. Harry westchnął i poszedł powitać resztę watahy.

Remus parokrotnie usiłował pochwycić jego spojrzenie. Harry za każdym razem uprzejmie go ignorował, a potem Peter pojawił się, gotów do podzielenia się opowieściami, które usłyszał od Regulusa o tym domu, więc Harry z wdziękiem przeprosił wszystkich i odszedł z nim na bok.

Pojawiło się więcej gości. Między innymi ci, którzy już złożyli przysięgę związaną z przyłączeniem się do Przymierza Słońca i Cienia, ale też ci, którzy rozmawiali z nim w czasie spotkania na równonoc wiosenną, jak i czystokrwiste rodziny, które Harry zaprosił, ponieważ tego wymagała tradycja, a które prawdopodobnie przyjęły zaproszenie z czystej ciekawości.

No i były również watahy.

Harry odkrył, że praktycznie od razu może rozróżnić inne alfy i nie sądził, żeby stało się tak dlatego, że Loki podarował mu jakąś specjalną do tego zdolność; po prostu przebywał w pobliżu wilkołaków dość czasu, żeby zauważyć sposób, w jaki członkowie watahy podchodzili do siebie nawzajem. Widział, jak w grupach składających się z trzech czy dwudziestu osób, których członkowie mieli bursztynowe oczy i wydłużone kły, ludzie oglądali się stale na jednego z nich, skręcali jednocześnie z nim, jak nachylali się, ilekroć ta osoba zaczynała mówić. To zazwyczaj podpowiadało mu, kto jest alfą.

Niektórych się spodziewał: potężny mężczyzna, wyższy od Lokiego i z charyzmą oczekującą poświęcania mu znacznie więcej uwagi, mężczyzna z poszarpaną bliznami twarzą i ślepy na jedno oko, co świadczyło o wielu potyczkach o status alfy, czarownica o przedwcześnie posiwiałych włosach, która wyglądała, jakby nigdy w życiu się nie uśmiechnęła. Obecności pozostałych jednak Harry w ogóle nawet by nie podejrzewał, gdyby nie te nauczył się ich rozróżniać. Niezwykle niska kobieta o bardzo ciemnej skórze i dłoniach tak miękkich, że odnosiło się wrażenie, jakby nie przepracowała nawet dnia w swoim życiu, powąchała Harry'ego za uszami i kiwnęła do niego głową.

– Nazywam się Pustułka – powiedziała, a Harry rozpoznał imię alfy, którą Kamelia skomentowała, że mieli wielkie szczęście, że w ogóle odpisała, bo agresywnie nie ufała czarodziejom i nieraz już uciekła ministerstwu, które chciało ją na siłę zarejestrować.

– Witaj, Pustułko – powiedział Harry, a alfa zdawała się usatysfakcjonowana szacunkiem w jego głosie. A przynajmniej pokazała zęby w niewielkim uśmiechu, po czym poprowadziła swoją watahę do jednego ze stołów z jedzeniem. Harry poprosił Różę i jej towarzysza o kupienie odpowiednich ilości mięsa, jak i świeżych owoców i warzyw, chleba, herbaty, rozmaitych serów i win.

Pojawiło się tak wielu gości, że Harry nie miał czasu na przewlekłe rozmowy. Wirował od jednej grupy do drugiej, wymieniając się szybkimi wyrazami troski z tymi, których znał, czy politycznymi zagwozdkami z tymi, których nie znał. Wiedział, że wszyscy mu się przyglądają. Nie przejmował się tym. Sama Narcyza przyjrzała mu się uważnie, po czym ogłosiła, że każdy Black byłby dumny z takiego dziedzica. Harry nie sądził, żeby czyjekolwiek inne opinie miały w takiej sytuacji w ogóle znaczenie.

Stopniowo zaczął kierować się do środka pomieszczenia. Wielu z jego gości czekała tam niespodzianka pod postacią pewnej szczególnej myślodsiewni i artefaktu Blacków, zdolnego do wyświetlania obrazów.


Snape nie starał się opierać tłumowi, kiedy jego prąd prowadził go z dala od miejsca, w którym starał się znaleźć, ale jak tylko udało mu się znaleźć wzrokiem swój cel, to ruszył w jego kierunku. Dlatego też w niedługo po pojawieniu się drugiej połowy stada Lokiego, Snape znalazł się za swoim celem, który powoli napełniał talerz przysmakami ze stołu. Wyglądało na to, że kompletnie nie zdawał sobie sprawy z przyglądającej mu się pary oczu. Snape delektował się tą chwilą przez jakiś czas, trzymając w obu dłoniach ciepłą filiżankę herbaty.

– Witaj, Lupin – odezwał się wreszcie.

Lupin podskoczył dziko i Snape z przyjemnością obserwował, jak wilkołak stara się nie upuścić talerza. Ostatecznie odłożył go na brzeg stołu i odwrócił się, po czym spojrzał na Snape'a tak niepewnym wzrokiem, że niemal można było zapomnieć o bursztynowym kolorze jego oczu.

– Witaj, Severusie – powiedział Lupin formalnym tonem o odpowiedniej intonacji. – Czy Harry cię po mnie przysłał? – Nadzieja pojawiła się w jego głosie, ale Snape uśmiechnął się z wyższością, przez co emocja spełzła mu z twarzy, jak tylko się na niej pojawiła.

– Nie – powiedział Snape. – Czemu niby Harry miałby chcieć z tobą porozmawiać, Lupin? Przecież parę dni temu powiedział ci wszystko, co miał do powiedzenia. Wciąż cię kocha – te słowa parzyły go w gardło i usta niczym kwas – ale nigdy więcej ci nie zaufa, przynajmniej póki sam nie udowodnisz, że warto obdarzać cię zaufaniem.

– Kiedy ja nie wiem, jak to zrobić! – Oczy Lupina lśniły od satysfakcjonującej desperacji. – Wiem, że teraz jest alfą mojej watahy i wydawało mi się, że będę go uczył ścieżek wilkołaków. Ale ciągle trzyma mnie na dystans, a niedawno dowiedziałem się, że wydaje mu się, że go zdradziłem.

Snape doznał wtedy kolejnej przyjemności, jaką było zaskoczenie tak wielkie, że aż się zaśmiał.

– A tobie wydaje się, że tego nie zrobiłeś? – zapytał, kiedy już się opanował. – Oczywiście, że go zdradziłeś, Lupin. Nigdy go nie poinformowałeś o zmianie swoich priorytetów, że uważasz się za wilkołaka i nic więcej, że nie uważasz się już nawet za jego przyrodniego ojca chrzestnego. – Obserwował jak Lupin wzdrygnął się na to oskarżenie. – Porzuciłeś go, kiedy byłeś przyjacielem jego ojca, ojcem chrzestnym jego brata, ostatnim spośród tych, w otoczeniu których dorastał i któremu wydawało mu się, że wciąż może zaufać. Tak wiele o nim wiesz. Jest bezbronny wobec tej wiedzy. A ty odwróciłeś się od niego i sprzedałeś ją Lokiemu.

– To nigdy nie była kwestia zapłaty – powiedział oschle Lupin. – Tylko kwestia lojalności stadnej.

– O której również mu nie powiedziałeś. – Snape zamilkł na moment, przyglądając się Lupinowi przymrużonymi oczami. Właśnie dlatego nie do końca wierzył Kamelii, kiedy ta powiedziała mu, że jej stado kochało Harry'ego tylko dlatego, że był ich alfą, więc byli gotowi rzucić się do gardła każdemu, kto choćby spojrzy na niego krzywo. Lupin w żaden sposób nie okazywał tej rzekomej miłości, jaką miał automatycznie obdarzyć Harry'ego. – Czemu nie, Lupin?

– Bo wiedziałem, że by nie zrozumiał.

– Jakiś ty szybki w swoich osądach – powiedział Snape z namysłem. – Można by pomyśleć, że po wszystkim co przeszedłeś, nauczyłeś się już, jak niepoważne jest takie podejście.

Lupin zalał się rumieńcem. Snape podniósł filiżankę herbaty do ust, żeby ukryć się ze swoim uśmiechem. Lupin okazał się być całkiem niezłą rozrywką. Snape wiedział, że delikatne torturowanie jedynego żyjącego, pozostającego na wolności, zdradzieckiego Huncwota będzie go bawiło, ale nie spodziewał się jak bardzo.

– Już rozumiem – powiedział nagle Lupin. – To wszystko przez ciebie, prawda? Trzyma się z dala ode mnie dla twojego dobra.

– I tak oto – powiedział Snape – zyskaliśmy pierwszy dowód na to, że likantropia jest w stanie doprowadzić z przegnicia mózgu, jeśli jest się jej ofiarą od ponad trzydziestu lat.

– Ty łajzo – powiedział niemal bezgłośnie Lupin. Snape nie był w stanie określić, czy mężczyzna w ogóle go usłyszał. – Czyli tu o to chodzi. Ty wcale nie boisz się wilkołaków, ty się boisz mnie i Harry'emu wydaje się teraz, że nie powinien mnie przez to słuchać. To właśnie ty naciskałeś, żeby zaczął postrzegać to jako zdradę, jak tylko przyłączyłem się do tej watahy, bo zawsze tak o mnie myślałeś, jak o jakimś zdradzieckim zwierzęciu. Inaczej uznałby to po prostu za różnicę poglądów. Ale ty zatrułeś jego myśli, nastawiłeś go przeciw mnie.

– Zapewniam cię, Lupin – powiedział Snape, opuszczając dłoń, żeby musnąć palcami zawartość swojej kieszeni, którą była zarówno jego różdżka jak i fiolka szczególnego wywaru – że bez względu na uczucia, jakich bym nie żywił wobec twojego żałosnego gatunku, nigdy nie spróbowałbym wpłynąć w ten sposób na Harry'ego. Zupełnie jak w wielu innych przypadkach, obawiam się, że mylisz siebie ze mną.

Lupin obnażył zęby. Snape powstrzymał swój dreszcz, ale w jego zapachu prawdopodobnie nastąpiła jakaś zmiana, ponieważ w oczach Lupina zalśnił tryumf.

– Boisz się – powiedział. – Mnie. I dlatego właśnie pójdziesz teraz do Harry'ego i powiesz mu, że, że wcale go nie zdradziłem, że to ty zachęciłeś go do myślenia, że w ogóle do tego doszło.

– Wygląda na to, że likantropia faktycznie doprowadza do zgnilizny mózgu – powiedział Snape. Jego dłoń wślizgnęła się do kieszeni szaty i palce złapały mocno za różdżkę. – Harry sam podjął tę decyzję. Po Sanktuarium nie ma już skłonności do pobłażania innym i wybaczania im spraw, które uznałby niewybaczalne dla innych. Nie wiesz, jak sobie z tym poradzić, Lupin, dlatego starasz się obwinić mnie. Zapomniałeś jednak, że wszyscy czarodzieje są zmiennokształtni zarówno pod względem umysłów, jak i dusz, zwłaszcza jeśli prowadzi nimi dość siły woli.

Po wymówieniu tego wszystkiego z wyższością, Snape postanowił odwrócić się i odejść z godnością, ale dłoń zacisnęła mu się na ramieniu. Wiedział, że musiała należeć do Lupina i instynktownie spróbował mu się wyrwać, przez co rozlał herbatę. Choć nie istniały żadne dowody na to, że paznokcie wilkołaka są w stanie przekazać infekcję równie dobrze co ich pazury, to sama myśl o tym, że ta bestia w ogóle go dotyka, spowodowała napływ wielu nieprzyjemnych wspomnień.

Lupin obrócił go na siłę, korzystając ze swojej nieludzkiej siły, której Snape tak koszmarnie nienawidził, po czym popchnął go o kilka kroków w tył, póki Snape nie zderzył się plecami z pobliską ścianą. Miał otwarte usta, a jego wargi były akurat na tyle rozchylone, że Snape był w stanie zobaczyć lśniące kły i gardziel, w dodatku warczał cicho.

– Powiesz Harry'emu jak było naprawdę – powiedział. – Chcę, żebyś powiedział mu prawdę. Coś mu zrobiłeś. Inaczej nie trzymałby się ode mnie z daleka. Musi istnieć jakiś powód, przez który nie jestem w stanie zaakceptować go jako alfy...

– Puść go, Remusie.

Głos był zimny, stateczny i tak surowy, że Snape w pierwszej chwili w ogóle go nie rozpoznał. Zerknął w bok i zobaczył, że podszedł do nich Peter Pettigrew, którego różdżka wystawała w naturalnym geście z rękawa, a niebieskie oczy były wbite w byłego przyjaciela.

Snape pamiętał Petera ze śmierciożerczych czasów, jak i ze szkolnych dni, oczywiście, ale nie miał zbyt wiele do czynienia z nim od jego ucieczki z Azkabanu, a ten Peter nie był już otyłym przydupasem jego dręczycieli, ani skulonym kretynem, wiecznie płaszczącym się przed Voldemortem – który i tak był zaledwie cieniem prawdziwego człowieka, o czym Snape zawsze musiał sobie przypominać, bo przecież Peter przekonał Voldemorta, że chciał przyłączyć się do niego z zazdrości. Peter miał w sobie odwagę i siłę, której zabrało jego przyjaciołom. Nawet Snape nie spodziewał się, że jego czyny z tamtych czasów miały okazać się czymś diametralnie innym.

Jak i całej naszej trójki, pomyślał w tym momencie Snape. Peter, Regulus i ja, wszyscy pracujący w tajemnicy przeciw Voldemortowi, każdy z własnych powodów. Nie byliśmy w stanie zaufać sobie nawzajem dość, żeby powiedzieć innym prawdę.

– Peter, nie rozumiesz... – powiedział Lupin niemal bezgłośnie.

– Rozumiem, że nie podjąłeś się żadnego wysiłku, by się zmienić – powiedział Peter. – Jeśli masz problem z zaakceptowaniem Harry'ego jako swojego alfy, to powinieneś o tym z nim porozmawiać. Jeśli chcesz zmienić zdanie i wrócić do nas, to powinieneś zacząć się tak zachowywać, a nie po prostu twierdzić, że powinno do tego dojść. Wahasz się i wahasz, Remusie, masz naprawdę niewiele pewników w swoim życiu. – Skrzywił usta i podszedł o krok bliżej. – Nic dziwnego, że tak dobrze dogadywałeś się z Jamesem.

Lupin puścił Snape'a, jakby się nim sparzył.

– Nigdy nie wziąłem udziału w dręczeniu Harry'ego – powiedział buntowniczo. – Nigdy o tym nie wiedziałem, a jak się dowiedziałem, to Dumbledore mnie zobliviatował, a potem bałem się własnego gniewu, więc...

– Wymówki – powiedział Peter, stając obok Snape'a, od którego Lupin stopniowo się odsuwał. Nawet przez chwilę nie spuścił wzroku czy różdżki z wilkołaka, ale i tak skinął głową do Snape'a. – Wszystko w porządku, Severusie?

– Tak – powiedział Snape. Zerknął na Petera z ukosa, zastanawiając się, czy tylko jego słowa tak zastraszyły Lupina.

Peter przyglądał się niewzruszenie, póki Lupin nie odwrócił wzroku i odszedł, znikając w tłumie. Peter odetchnął głęboko i potrząsnął głową.

– Nigdy tak naprawdę nie przeprasza – zauważył, chowając różdżkę z powrotem do rękawa. – Tłumaczy własne zachowanie, tak, wyjaśnia swoje powody i poglądy, ale nigdy nie usłyszałem od niego słowa „przepraszam". Wydaje mi się, że właśnie od tego powinien zacząć naprawianie swoich relacji z Harrym, ale zwyczajnie nie chce tego zaakceptować. Wmówił sobie, że jest pokrzywdzony za samo bycie wilkołakiem, że wszystkie wilkołaki są w ten sposób pokrzywdzone, więc przeprosiny powinny padać od innych ludzi, nie od nich.

Snape przechylił z namysłem głowę. Nie był w stanie przypomnieć sobie, żeby ktoś lepiej opisał przy nim Lupina. Wydawało mu się, że Harry mógłby wyrazić podobną opinię, gdyby tylko podchodził do kwestii Lupina z nieco większym dystansem.

– Jakie zaklęcie chciałeś na niego rzucić? – zapytał.

Peter zaśmiał się cicho.

– Inkantację pcheł.

Snape podniósł brew.

– Działa na wilkołaki nawet w ich ludzkiej formie?

– Oczywiście – powiedział Peter. – Pchły wciąż wyczuwają, że ich bogata, wilkołacza krew jest znacznie smaczniejsza od ludzkiej. W dodatku ciężko się ich pozbyć, bo nie da się po prostu użyć kontrzaklęcia. – Zamrugał niewinnie. – Zwłaszcza, jeśli ktoś odnawia zaklęcie co kilka dni, żeby wracały jak tylko ofiara uzna, że wreszcie pozbyła się wszystkich.

– Podejrzewam, że nie byłbyś skłonny nauczyć tego zaklęcia ewentualnie zainteresowanej osoby? – mruknął Snape.

Peter przechylił głowę.

– Taka oferta może zostać wysunięta, o ile w zamian spotka się z ofertą nie nadużywania tego zaklęcia do stopnia, w którym mógłby on zirytować Harry'ego.

Snape uśmiechnął się krzywo, po czym przeszli w kąt by poćwiczyć. Może jednak przekonam się do tych całych psikusów.


– Więc tak sobie pomyślałem, że czas najwyższy, żebyście się poznali.

Harry powstrzymał się od westchnienia. W sumie nie mógł winić Connora. Nie spędzał szczególnie wiele czasu z bratem, mimo że Connor ostatnio z nim zamieszkał, i właściwie nie poznał nikogo z jego prywatnego otoczenia. Żałował jednak, że Connor nie przedstawił mu swojej dziewczyny już po tym jak Harry pokaże wszystkim swoim sojusznikom wspomnienie o ataku niewymownych.

Było jednak jak było, więc Harry spojrzał uprzejmie na Parvati i kiwnął do niej głową.

– Naprawdę cieszę się, że zgodziłaś się na umawianie z Connorem, Parvati. – Nie znali się najlepiej, ale miał wrażenie, że "panna Patil" byłaby niezręczna w tym momencie, a samo "Patil" byłoby niegrzeczne. – Merlin jeden wie, że przyda mu się w życiu porządna kotwica.

Connor zaśmiał się. Parvati, która miała na sobie ciemną suknię z ciężkiego materiału, odsłaniającą jej długie, czarne włosy i delikatne rysy, nie przyłączyła się do niego.

Connor patrzył przez chwilę to na jedno, to na drugie, po czym uśmiechnął się.

– Podejrzewam, że sytuacja jest nieco napięta przez to, że tu jestem – powiedział, potrząsając głową. – Skoczę po coś do przegryzienia, żebyście mogli porozmawiać w spokoju. – Przytaknął i szybkimi susami zniknął w tłumie, zanim Harry zdążył go powstrzymać.

– Właściwie to faktycznie chciałam ci o czymś powiedzieć, więc dobrze, że go tu nie ma – powiedziała Parvati jak tylko zniknął.

Harry zamrugał i dopiero po chwili odpowiedział. Wychodził z założenia, że po prostu postoją tu chwilę w milczeniu, może poza jakimś niepewnym "no więc", dlatego też tylko to zdołał z siebie wydusić.

– No więc?

Parvati założyła ręce na piersi i kiwnęła głową. Harry nieczęsto widział, żeby się nie śmiała, albo nie słaniała przed rozległą mądrością profesor Trelawney. W tej chwili wyglądała niemal jak dorosła kobieta.

– Nie podoba mi się to, że ciągle tylko prosisz Connora o pomoc i nie oferujesz mu niczego w zamian – powiedziała mu.

– Pomoc? – Harry nie znosił brzmieć jak idiota, ale teraz zupełnie szczerze nie miał pojęcia, o czym ona gada.

– Wiem, że powiedzenie wszystkim o tym, że to on jest Chłopcem, Który Przeżył, było jego pomysłem – powiedziała z powagą Parvati. – Więc nie winię cię o to. W dodatku to prawda, więc nic mi do tego. – Położyła dłonie na biodrach. – Ale nie poświęcasz mu nawet połowy uwagi, jaką powinieneś poświęcać własnemu bratu. Prawie nie spędzasz z nim czasu. Prosisz go o pomoc, kiedy ci wygodnie, jak na przykład dogłębna zmiana struktury osłon w Lux Aeternie, ale sam w żaden sposób mu nie pomagasz. Tylko raz wziął udział w bitwie, walcząc u twojego boku, bo podczas ostatniej nie podzieliłeś się nawet z nim testralami. Bo Malfoy z pewnością musiał lecieć na drugim. – Jej skrzywienie ust na myśl o Draconie powiedziało Harry'emu wszystko, co musiał wiedzieć. No trudno, w końcu nie będzie jej o to winił. Była Gryfonka, w dodatku z czystokrwistej, świetlistej rodziny. – Wiem, że nie jesteś Lordem, bo ciągle to powtarzasz, ale pod pewnymi względami zachowujesz się jak Lord, na przykład wtedy, kiedy przyjąłeś sobie zaprzysięgłych kompanów. Czemu nie możesz utrzymywać równie bliskich relacji z Connorem? Przez większość czasu zachowujesz się, jakbyś w ogóle nie pamiętał, że masz brata, aż do chwili, w której okazuje się to nagle w jakiś sposób użyteczne.

– Connor nigdy mnie o to nie poprosił – powiedział Harry. – Wydawało mi się, że nie chce wycinać sobie znaku błyskawicy na ramieniu, czy zaprzysięgać mi się.

– Za bardzo opierasz się na domysłach – powiedziała miękko Parvati. – Ciągle o tobie mówi. Kocha cię. I po prostu nie wygląda, jakbyś kochał go równie mocno.

– Możliwe, że nie spędzam z nim równie wiele czasu, ale w końcu należymy do różnych domów – powiedział Harry, świadom że brzmi, jakby usiłował się bronić. Miał to gdzieś. Sugestia, że nie kocha Connora, była po prostu niedorzeczna. – W dodatku rywalizujących ze sobą. No i nie potrzebował udawać się z nami do Sanktuarium. Przecież pomagam mu w treningu i tym podobnych, w dodatku...

– Przeniosłeś się z jednego skraju na drugi – rzuciła beztrosko Parvati, ignorując spojrzenie, jakie rzucił jej Harry. – Do trzeciego roku miałeś obsesję na jego punkcie, po czym zacząłeś go ignorować. Nie wiedziałeś nawet, że zaczęliśmy się umawiać. Byłeś zaskoczony, kiedy zaprosił mnie na Bal Bożonarodzeniowy. Nie docierało do ciebie, jak strasznie był przerażony zadaniami w Turnieju Trójmagicznym. Prawie z nim w zeszłym roku nie rozmawiałeś, poza sytuacjami, w których czegoś od niego chciałeś. On cię kocha jak brata, podczas gdy sam traktujesz go jak... jakiegoś znajomego. – Parvati przechyliła głowę. – A zasługuje na coś więcej. Zasługuje na coś lepszego.

Harry usłyszał, jak w głowie przebrzmiewa mu echo słów Lily. Ktoś, kto zasługuje na cały twój czas, całą twoją uwagę, Harry.

– Byłem nieco zajęty – powiedział oschle Harry.

– Tak zajęty, że w ogóle nie byłeś w stanie znaleźć czasu dla swojego brata? – Parvati podniosła brwi. – Naprawdę ciężko mi w to uwierzyć. My z Padmą też trafiłyśmy do innych domów, ale jakoś znajdujemy dla ciebie czas. Jesteśmy bliźniaczkami. Czasami naprawdę ciężko mi uwierzyć, że ty i Connor też nimi jesteście. On cię kocha znacznie mocniej, niż ty jego.

Harry poczuł, jak w sercu pojawia mu się zadra niepewności, która momentalnie zaczęła wdzierać się coraz głębiej.

A co, jeśli to prawda? Wiem, że Draco i Snape są dla mnie ważniejsi od Connora. Ale co, jeśli jestem dla niego najważniejszy?

– Nie chcę widzieć, jak chłopiec, którego kocham, jest tak wykorzystywany – powiedziała Parvati. – Jak dalej będziesz tak go traktował, to zrobię, co będę musiała. A on otrzyma to, na co zasługuje. Może i jesteś vatesem, Lordem i wszystkim innym, ale to przecież twój brat. Znajdź dla niego czas. On tego pragnie. – Kiwnęła stanowczo głową i odwróciła się akurat w porę, żeby powitać Connora wracającego z talerzem pełnym jedzenia.

Harry przyglądał im się przez chwilę z bólem w sercu, ale musiał pokręcić głową, kiedy Connor zaprosił go, żeby został z nimi jeszcze chwilę. Connor wyglądał na rozczarowanego. Parvati rzuciła Harry'emu spojrzenie, które mówiło znacznie wyraźniej niż dowolne słowa, Widzisz co mam na myśli?

Harry odwrócił się i w ponurym nastroju udał się do stołu z myślodsiewnią. Chwilę zajęło mu, nim nie zdołał odpowiednio dotknąć artefaktu Blacków, pryzmatu, zachęcając go do rozbudzenia się. Rozświetlił się, rzucając kilka tęcz naokoło i sprawiając, że ludzie zaczęli się oglądać w jego kierunku. Kiedy Harry rzucił zaklęcie, które niosło jego głos do wszystkich gości, większość już na niego patrzyła.

– Dobry wieczór i witam wszystkich na festiwalu z okazji moich szesnastych urodzin i objęcia legalnego dziedzictwa nad wszystkim, co pozostawili po sobie Blackowie – powiedział formalnie Harry. Usłyszał, że większość rozmów przycichła. – Wiem, że w takich okazjach zwykle odbywa się przyjmowanie prezentów, ale osobiście wolę dawać. Dlatego też podaruję wam dar wiedzy. Nie będę od was wymagał, żebyście zrobili z nią cokolwiek konkretnego, tylko żebyście wysłuchali, zobaczyli i zapamiętali.

Obrócił pryzmat tak, żeby jedna z jego ścianek była wymierzona w myślodsiewnię, po czym przyłożył do niej ciężką bransoletę a godłem Blacków, którą nosił już całe popołudnie na nadgarstku, a której potrzebował do odpowiedniego pokierowania mocą artefaktu. Tęcze skupiły się w intensywnym słupie białego światła, które wbiło się w srebrny płyn myślodsiewni. Harry zobaczył postacie ze wspomnień wyciągane na wierzch pojemnika, a potem w górę, gdzie pojawiły się pod sufitem, odgrywając sytuację.

Niezliczone karki wygięły się do tyłu. Z tego, co było Harry'emu wiadomo, kąt patrzenia nie miał większego znaczenia. Ale ostatecznie sam był w tym wspomnieniu i teraz patrzył, jak jego obraz pojawił się przed niewymownym, który usiłował uwięzić go w windzie. Wszyscy byli w stanie zobaczyć, że trzymał w ręku obrożę i Harry usłyszał ich oburzone szepty.

Harry–ze–wspomnienia zawołał o pomoc i Eryka przybiegła z odsieczą. Od tego momentu walka potoczyła się tak, jak Harry wiedział, że się potoczy. Usłyszał zszokowane westchnienia, kiedy dłoń niewymownego, który sięgał po Erykę, po prostu zniknęła, a potem ponownie, kiedy spopielił skorupę bezruchrząszcza i osuszył magię z kuli, którą niewymowny w niego cisnął. Kiedy usłyszeli spokojne "Obliviate!" i Eryka zaczęła narzekać na brak pamięci, zapadła pełna zgrozy cisza.

Harry pozwolił obrazom zniknąć, a światło pryzmatu zamigotało i również zgasło.

– Nie wiem, czego chce Departament Tajemnic – powiedział wszystkim wprost. – Wiem, że ma to jakiś związek z wilkołakami. Źródło, któremu ufam, poinformowało mnie, że o to oni są odpowiedzialni za nowe prawa, które stanowią, że wilkołaki muszą wszędzie nosić obroże i papiery identyfikujące. Próbowali mnie złapać. Czyniąc to, zrobili sobie ze mnie wroga. Zastanawiam się, jak wiele razy dopuścili się już czegoś takiego, po czym zobliviatowali świadków, po czym wykorzystali swoje artefakty, żeby wmówić oszołomionym ofiarom dowolną historyjkę, jaką tylko chcieli. Co jeszcze może kryć się w ich arsenale, poza obrożami, które w ich mniemaniu są zdolne do uwięzienia czarodzieja o lordowskiej mocy, szklanymi kulami, w których znajduje się magia czasu, czy misami, zdolnymi do rzucania zaklęć z dowolnej odległości? Nie wiem. Wiem jednak, że ich działalność opiera się głównie na pracy w cieniach, chronieni przez strach. Pracownicy ministerstwa, z którymi usiłowałem o nich porozmawiać, bali się nawet wymawiać ich nazwę. Poprzysiągłem, że nie dopuszczę do tego, by rządził mną strach. Chcę powstrzymać tych, którzy usiłują rządzić innymi za jego pomocą. Bądźcie ostrożni, ale nie bójcie się. Ich największą bronią jest pozostawanie w ukryciu, załatwianie wszystkiego ukradkiem i w tajemnicy. Jeśli wywleczemy ich na światło dzienne, to nie będą mieli, gdzie się ukryć. Jeśli wyciągniemy na światło dzienne ich artefakty, to sami zdołamy dowiedzieć się, do czego służą, dzięki czemu przestaną być dla nas tajemnicą. Mój sojusz nazywa się Przymierzem Słońca i Cienia, ale Cień oznacza tylko chęć powitania tych, którzy praktykują magię Mroku. Nie ma nic wspólnego z cieniami, które rzucają niewymowni. Zniszczę te cienie i zmuszę je do rozmycia się pod potęgą Światła.

Pochylił głowę w lekkim pokłonie, po czym odsunął się od stołu, wchodząc z powrotem w tłum. Ludzie spięli się wokół niego, niektórzy starając się odsunąć, inni przysunąć, by móc z nim porozmawiać. Harry'ego to nie zaskoczyło, więc czekał tylko cierpliwie na pierwszą osobę, która do niego podejdzie.

Co ciekawe, był to czarodziej, którego Harry wcześniej nie spotkał, odziany w szaty tak wykwintne, że Harry z miejsca uznał go za czystokrwistego. Miał długie i srebrne włosy, a jego oczy były ciemnozielone. W dłoni trzymał pióro, na które Harry zerknął przelotnie, zastanawiając się, czy może jednak ktoś zdecydował się podarować mu coś z okazji festiwalu.

– Harry vatesie – powiedział czarodziej głębokim głosem, na dźwięk którego Harry zapragnął usłyszeć kiedyś, jak śpiewa. – Przybyłem zaoferować ci to pióro jako pamiątkę po sobie. – Wyciągnął pióro z powagą. Harry przyjął je. Jego moc już wcześniej poinformowała go, że nie było w nim żadnej magii, to faktycznie był tylko symbol. – Widzisz, moja forma animagiczna to orzeł bielik.

Harry zamrugał. Kiedyś badał listę zarejestrowanych animagów w Wielkiej Brytanii i nie było na niej żadnych orłów bielików. Czemu niezarejestrowany animag miałby tak się przed nim ujawniać?

– Kim pan jest?

– Nazywam się Falco Parkinson.

Harry przymrużył oczy.

– Czytałem o panu – powiedział. – Był pan mentorem Albusa Dumbledore'a, człowiekiem, który powiedział mu, że nie będzie w stanie zostać vatesem bez poświęcania swojej magii. A potem był pan przez rok dyrektorem Hogwartu, po czym pan umarł.

Falco uśmiechnął się lekko, a jego wzrok nabrał na ostrości.

– Tak, wielu ludzi w to uwierzyło – mruknął. – Ale kiedy kroczy się między Światłem i Mrokiem, to można oszukać innych wyszukanymi iluzjami czy urokami, pokazując im to, w co sami chcą wierzyć.

Musiał w tym momencie zdjąć barierę ze swojej magii, mimo że Harry wcześniej żadnej na nim nie wyczuł. Jego moc momentalnie rozlała się po Srebrnym Lustrze. Harry zagapił się na niego. To była lordowska potęga, która kojarzyła się Harry'emu z wiatrem dmącym od morza i niosącym słaby zapach kwiatów.

– Byłem mentorem Albusa Dumbledore'a – zgodził się Falco. – To ja nauczyłem go o równowadze i poświęceniu, choć nie spodziewałem się, że pewnego dnia wykrzywi je aż do tego stopnia, czy też, co gorsza, spróbuje owinąć je wokół ciebie. Opuściłem świat na pięćdziesiąt lat, wędrując między ścieżkami Mroku i Światła, ponieważ wydawało mi się, że Albus wszystkiego tu dopilnuje. – Harry drżał przez moment; pamiętał te ścieżki, nawet jeśli tylko połowicznie. Dziki Mrok pokazał mu je przez chwilę w czasie zimowego przesilenia. Żaden śmiertelnik nie powinien się tam pchać. – Po powrocie dowiedziałem się, co zaszło i przez dłuższy czas przyglądałem się w milczeniu zarówno tobie, jak i Voldemortowi. Teraz jestem już pewien, że jesteś gotów zniszczyć świat czarodziejów swoimi bezmyślnymi poczynaniami i wyraźnie potrzebujesz kogoś, kto się tobą zajmie i pokaże ci, jak utrzymywać równowagę. – Falco przyglądał mu się przez chwilę ze spokojem. – Radziłbym ci się zadeklarować. Wówczas będę mógł zostać twoim mentorem, a nie twoim wrogiem.

Harry chciał się roześmiać. Naprawdę chciał. Choćby z absurdu sytuacji. Jeśli Falco przyglądał mu się, po czym doszedł do wniosku, że Harry po prostu zadeklaruje się po to, by uniknąć konfliktu, to musiał być pojebany.

Ale potem przypomniał sobie, że przepowiednia przecież może sprawdzić się trzykrotnie i za każdym razem miała dotyczyć Mrocznego Pana, a jak do tej pory pokonał tylko jednego.

– Komu się zadeklarowałeś? – zapytał wyzywająco.

Falco kiwnął głową, jakby podobało mu się to pytanie.

– Nikomu. Spędziłem dużo czasu, zawieszony między Światłem i Mrokiem, przekonując obu, że pewnego dnia mogę zadeklarować się jednemu z nich, o ile pokażą mi dość magii, by mnie do tego przekonać. Żadnemu jeszcze się nie udało. W ten właśnie sposób pozostałem przy życiu przez te wszystkie stulecia. Zachowują mnie przy życiu w nadziei, że pewnego dnia się zadeklaruję.

– No to skąd pomysł, że powinienem się zadeklarować? – zapytał Harry. – Przecież sam tego nie zrobiłeś.

Falco wyglądał na lekko zaskoczonego.

– Moja magia dojrzewała wraz ze mną, dzięki czemu zdążyłem poznać naturę świata czarodziejów zanim osiągnąłem pełnię mocy – powiedział. – Rozrost twojej jest nienaturalny, przecież jesteś tylko dzieckiem. Deklaracja zaoferowałaby ci ścieżkę, której mógłbyś się trzymać, przysięgi, których mógłbyś przestrzegać. W tej chwili po prostu uderzasz bez przerwy w podstawy własnego świata, nie oferując mu niczego w zamian.

Harry pomyślał, że jeszcze dwa lata temu ten argument pewnie by go przekonał. Ale od tamtego czasu dużo myślał o poświęceniu i etyce, i jeśli czegoś się z tego wszystkiego nauczył, to tego, że podejmowanie jednej decyzji i trzymanie się jej na dobre i na złe po prostu do niego nie pasuje. Udanie się z Rosierem do Durmstrangu dzięki jego "darowi przekonywania" było dobrym pomysłem. Poświęcenie własnego życia w zamian za możliwość uratowania garstki dzieci, przez co potępiłby wszystkich w Hogwarcie, byłoby złym pomysłem.

Poza tym, nic nie jest proste. Nie dana mi jest prosta ścieżka w życiu.

– Żyję z dnia na dzień – powiedział Falco. – Żyję podczas załatwiania wszystkiego innego. W dodatku brzmi mi to, jakbyś chciał, żeby stał się Mrocznym albo Świetlistym Panem.

– To właśnie oznacza deklaracja. – Falco brzmiał teraz na zniecierpliwionego. – Zadeklarujesz się, czy nie? Powinieneś. Ludzie o lordowskiej mocy nie mogą chodzić niespętani. Twoja magia jest najważniejszą częścią ciebie. – Kiwnął w kierunku trzymanego przez Harry'ego piórka. – Podarowałem ci je, żebyś mógł dostosować swoje osłony i powstrzymać mnie przed szpiegowaniem cię w formie bielika. Ale jeśli się nie zadeklarujesz, to wiedz, że będę pomagał Voldemortowi, by zachować równowagę między Światłem i Mrokiem. Czy wolałbyś mieć mnie jako swojego mentora, czy wroga?

– Żadnego z nich – powiedział chłodno Harry. – Już kiedyś kroczyłem tą ścieżką u boku Dumbledore'a i wiem, jak się kończy. – Zacisnął palce na piórku. – Nie zadeklaruję się.

– Czyli wroga – powiedział Falco, po czym jego ręce rozmyły się w skrzydła i wzniósł się, krążąc po pokoju, podczas gdy ludzie gapili się na niego, szepcząc i wzdychając niepewnie. Harry zauważył, że nikt nie spróbował do nich podejść. Falco prawdopodobnie rozstawił wokół nich barierę, przez którą nie mogli tego zrobić. Teraz Draco biegł do niego z wyciągniętą różdżką i bladą twarzą, poza dwoma rozognionymi plamami na policzkach.

– Czy to był duch Dumbledore'a? – zapytał z oburzeniem, obejmując wolną ręką Harry'ego w pasie i przyciągając go do siebie.

– Nie – powiedział Harry, opierając się o niego. – Falco Parkinson. Człowiek, którego uważałem za zmarłego, a który okazał się żyjącym czarodziejem o lordowskiej mocy, który chce mi się postawić.

– Czemu ci się ujawnił, skoro nie miałeś pojęcia, że w ogóle żyje? – zapytał Draco z niedowierzaniem.

– Pewnie miało to jakiś związek z równowagą. – Harry spojrzał ponownie na piórko w swojej dłoni, które nie nabrało magii, ani nie zmieniło się w żaden sposób. Pokręcił głową. – Po prostu kolejny wróg, z którym przyjdzie mi się zmierzyć.

Draco warknął, nisko i złowrogo, z głębi gardła.

– Z którym nam przyjdzie się zmierzyć – powiedział. – A to miało być znacznie bardziej dramatyczne i odbyć się znacznie później, ale w tej chwili naprawdę mam to gdzieś. – Złapał Harry'ego za włosy, odsunął mu głowę do tyłu i pocałował agresywnie.

Harry zareagował ochoczo na pocałunek, słysząc kilka westchnień, jak i parę komentarzy, wymówionych półgłosem. Przez chwilę starał się przejąć kontrolę nad pocałunkiem, ale Draco naprawdę silnie z nim walczył. Harry odsunął się, zanim w głowie zdążyło mu się zanadto zamglić i uśmiechnął się ponuro do otaczającego ich tłumu.

– Jeśli ktoś z was jeszcze o tym nie słyszał, to się pobieramy – powiedział. – Oto mój przyszły małżonek, Draco Malfoy.

Draco podniósł zadziornie głowę, pozwalając wszystkim przyjrzeć mu się uważnie. Harry uśmiechnął się, świadom tego, że ma opuchnięte usta, i wcale się tym nie przejmując. Wiedział, że niektórzy obcy mu ludzie gapią się z oburzeniem i tym też się nie przejmował. Wiedział, że Snape przedzierał się do niego przez tłum, złorzecząc szpetnie i tym również się nie przejmował.

Dwa lata temu Falco by go przekonał. Rok temu sprawiłby, że Harry pochorowałby się z nerwów. Teraz po prostu podniósł mu ciśnienie.

Kiedy moi wrogowie nauczą się, że nie dam im się zastraszyć?