Ron nie odezwał się ani słowem. Słuchał Hermiony, która wyjaśniała sytuacje. Harry postanowił milczeć i włączył się dopiero w momencie, dlaczego wpierw postanowił rozmówić się z dziewczyną, bez udziału rudzielca. Chłopak naprzemiennie czerwienił się i bladł. Harry miał szczere wątpliwości co do jego akceptacji nowości jakie zaprezentowali. Z pewnością nie był to totalny szok, jaki wywołałaby ta informacja przekazana na początku roku szkolnego. Harry miał w sercu mętlik, że ich przyjaźń przejdzie na kolejny mistyczny etap lub pomału zgaśnie i skończą na godzinnej kawie dwa razy do roku. Jeszcze gdyby światło dzienne ujrzały jego machlojki…

Ginny podeszła do nich podczas kolacji widocznie radosna, że widzi trójkę przyjaciół tak jak dawniej. Zwróciła na ich wspólnie jedzony posiłek nie tylko dziewczyna. Uczniowie szeptali. Nawet Dumbledore posłał Harremu skinienie głowy. Czyżby tak wiele osób zauważyło napięcie między nimi i swoisty rozłam Złotej Trójki? Niektórzy gryfoni mogli zaobserwować złość Harrego na dziewczynę, ale reszta?

- Mam nadzieję, że przeprosiłeś Harry Hermionę – rzuciła dziewczyna, a Harry spojrzał się na nią podejrzliwie.

- To nie tak Ginny, nie miałam okazji ci wytłumaczyć – wtrąciła Hermiona majacząc rękami, że o mało nie wywróciła pucharu z sokiem dyniowym– ja zawiniłam.

- Harry cie zrugał przy połowie domu! – prychnęła rudowłosa – nie ważny jest powód, nie miał prawa…

- A ty nie masz prawa się wtrącać – oburzył się Harry przerywając jedzenie szarlotki, widelczyk, który wypuścił z rąk uderzył głośno w blat – to nasze sprawy.

- Ej, nie mów tak do mojej siostry – dorzucił Ron, jednak niezbyt przekonującym tonem. Bronił Ginny z przyzwyczajenia, a nie przez słuszność jej racji.

- Hermiona jest moją przyjaciółką, więc mogę powiedzieć co myślę! – dziewczyna znacznie podniosła głos, co wywołało w Harrym uczucie dzikiej furii. Przez chwilę skojarzył ją z nienawiścią towarzyszącą zniszczeniu horkruksa.

- Ginny przestań! – poprosiła Hermiona.

Uczniowie przyglądali się z jeszcze większym zaciekawieniem.

- Nie przestanę. Widziałam jak płakałaś. Powinieneś przeprosić – zwróciła się do Harrego nieco grzeczniej, spokojniej.

Nie miała złych intencji. Nie rozumiejąc sytuacji z pewnością doszła do jakiś strasznych wniosków. Harry zawsze uważał Ginny za twardą babkę, nie chłopczycę, aczkolwiek babę z jajami. Wymyślanie czarnych scenariuszy nie pasowało do niej. Harry wiec ostentacyjnie wstał, chwycił czysty talerzyk i nałożył na niego kawałek makowca. Pokłonił się Hermionie.

- Wybacz najdroższa moje paskudne zachowanie. Przyjmij tego oto placka na znak mojej skruchy – i uśmiechnął się szeroko, najbardziej sztucznie jak tylko potrafił.

Hermiona chwyciła talerzyk, poklepała przyjaciela po czarnej czuprynie i zaśmiała się rozumiejąc żart.

- Nie wiem kiedy stałeś się Harry takim burakiem – Ginny nie wystarczyła pokazówka – mam nadzieję, że święta zamierzasz spędzić w zamk…

- Przestań! – tym razem go gry wkroczył rudzielec – Harry jest moim przyjacielem! Przychodzisz, wtrącasz się w nie swoje sprawy i jeszcze sugerujesz, że mój najlepszy kumpel, który jest mi bliższy niż brat nie powinien spędzić z nami świąt. Harry jest też przyjacielem rodziny, jakbyś nie zauważyła.

- Twój przyjaciel obrażał Hermionę. Podobno też twoją przyjaciółkę.

- Bo zasłużyła!

- Dzięki Ron - Ron chciał jeszcze rzucić wiązanką, lecz Harry zasłonił jego usta swoją dłonią. Nie chciał, aby rodzeństwo kłóciło się z jego powodu. Cokolwiek Ginny sobie ubzdurała, nie miało znaczenia. Aczkolwiek, ciemnowłosemu było przykro. Bardzo lubił i cenił Ginny, nie podejrzewał, że będzie zachowywać się do niego w taki sposób. W pewien sposób miała przecież rację – lepiej będzie jak pójdę.

- Harry – Hermiona chwyciła go za szatę w momencie, gdy chciał przełożyć nogę przez ławkę – daj spokój.

- Wszystko ok. Rose i tak już zniknął, a przecież mam z nim teraz zajęcia.

Jak na komendę wszyscy odwrócili się w stronę stołu prezydialnego, lecz wymieniony nauczyciel w najlepsze gawędził z Snapem. Mimo tego, wyrwał się dziewczynie i odszedł. Z pewnością odbiorą jego reakcję jako ucieczkę. Zabolało go. Zabolała go sugestia, że nie jest mile widziany w Norze. Przecież to był jego drugi dom, zaraz za Hogwartem. Jutro z pewnością Ron i Hermiona trochę posuszą mu na ten temat głowę.

Rosea nie było w sali. Harry jednak nie wszedł do jego prywatnych komnat. Zjawił się dużo wcześniej niż zazwyczaj. Postanowił wykorzystać ten czas na przygotowania. Ściągnął szatę szkolną pozostając tylko w koszuli. Podwinął rękawy. Przesunął stoliki.

Na biurku leżały dwie książki. Zawierały zaklęcia obronne, ale Harry miał małe uczucie, że nie koniecznie przeznaczone dla przeciętnego, jasnego czarodzieja.

- Jesteś? – Rose wszedł niespodziewanie przez drzwi.

- Jak widzisz – prychnął nieco niemiło Harry – walczmy.

Chłopiec wyciągnął różdżkę i skierował w stronę mężczyzny.

- Co to za dramat w wielkiej sali? – zapytał Rose zupełnie ignorując prośbę Harrego.

Chłopiec zauważył, że w dłoni nadal ma kawałek kanapki, którą konsumuje.

- Nie wiem o czym mówisz – nie silił się na bardziej wykwitnę kłamstwo - potrzebuje się wyżyć, proszę. Po za tym nie masz ciekawych zajęć niż śledzenie każdego mojego kroku? – dodał przypominając sobie uwagę Hermiony.

Czasami łapał na sobie spojrzenie nauczyciela. Sam jednak obserwował go od początku roku i nie szczególnie analizował strony w które Rose kieruje oczy. W sumie patrzenie się na kogoś, kogo zna się lepiej można uznać za zupełnie normalne i logiczne.

- Nie.

Rose spokojnie przeżuł ostatni kęs, zrzucił marynarkę i uderzył Harrego czerwonym czarem. Chłopiec zaśmiał się nieco dziko odpierając czas.

- Nie chciałem dzisiaj walczyć. Mam kilka fajnych zaklęć do przećwiczenia.

- Tylko kilka minut – rzucił błagalnie ciemnowłosy.

- I będziesz zmęczony! – zaprotestował – patrząc na to, że nic się nie stało, potrzebujesz stanowczo jakiegoś wyżycia się.

Harry nie odpowiedział, posłał w stronę mężczyzny czar, a potem kolejny i kolejny. Zniszczyli w międzyczasie wnękę przy kominku. Chłopiec zgonił winę na Rosea, ale czuł, że to raczej promień z jego różdżki wywołał szkodę. Ich pojedynek przeciągnął się stanowczo zbyt długo, więc przerobili tylko dwa nowe zaklęcia i to z trudem. Rose miał rację, koncentracja Harrego upadła, był zmęczony, niemniej jednak, odgonił z umysłu złe myśli, które zagnieździła Ginny.

- Na jutro masz przerobić wszystkie zaznaczone czary – podał Harremu książki pozostawione na biurku.

- Niby kiedy mam to zrobić? – oburzył się.

- Więc przyjdź jak to zrobisz. Kiedykolwiek to będzie.

Więc Harry wiedział, że jakoś musi znaleźć czas. Zasadniczo, jakby jutro prysnął z Historii Magii…

- Mam dla ciebie zadanie.

Rose podniósł pytająco brwi.

- Zadanie? A co ja jestem…

- Musisz zabić Nagini- Rose zaśmiał się w głos. Usiadł na biurku i zrobił coś, co maksymalnie zaskoczyło chłopca. Wyciągnął paczkę mugolskich papierosów.

- Skąd ty to masz?!

- Mówiłem, że rozumiem działanie mugolskich sklepów.

Wyciągnął papierosa, odpalił go bez używania różdżki bądź zapalniczki. Harry z uwagą przyglądał się ustom wciągającym dym.

- Nieważne – Harry pokręcił głową i przysiadł na krześle. Odgonił od siebie dym ręką. Zapach papierosów pozostawał mu obojętny, aczkolwiek przy dużym natężeniu jak teraz, dusił. Rose jest człowiekiem mającym swoje nawyki i przyzwyczajenia, nie powinien się tak dziwić – mówię poważnie, musisz zabić Nagini.

- Nie wydaje mi się, że umawialiśmy się na wypełnianie twoich idiotycznych zadanek. W ogóle po co mam zabijać tego węża!?

- Nie, ale miałeś mi pomóc pokonać Voldemorta. To bardzo ważne. Jakbyś chociaż spróbował – poprosił Harry.

- Ten wąż jest bardziej inteligentny niż połowa uczniów w tej szkole – rzucił zgryźliwie nieco w stylu Snapea. Harremu nie spodobała się ta uwaga.

- Co wiesz o horkruksach? – wtrącił ciemnowłosy.

Dumbledore pozwolił mu poinformować o cząstkach duszy Voldemorta przyjaciół, więc nie łamał w żaden sposób tajemnicy, ewentualnie tak wolał sobie wmówić.

Przez chwilę poczuł na dnie serca niepewność. Rose nie ukrywał, że przysłał go tutaj Voldemort. Może to wszystko jest ich grą? Miał go zmanipulować, pozwolić uwierzyć, że pociąga za wszystkie sznurki. On naiwny łyka wszystko.

- Czy to przekleństwo, przez które wylądowałem na ścianie było pieprzonym horkruksem!?

Rose wyraźnie się zdenerwował i przez chwilę jego oczy zabłysły czerwienią. Harremu poczuł się nieswojo i ogarnął go lekki strach. Był to moment uświadamiający, czym dokładnie jest nauczyciel. A on z nim igrał.

- Tak jakby – przyznał Harry najspokojniej jak potrafił.

- W co ty mnie pakujesz… Ja nie będę w stanie zniszczyć niczego czarno magicznego. Nie dam radę – przyznał Rose nieco spokojniej wciągając ostatnie milimetry papierosa.

- Więc ją przynieś mi. Jakoś spetryfikuj? Na pewno się da – to będzie ostateczny test po której stronie stoi mężczyzna. Zero gadania, wyłącznie czyny.

- To już chyba sam ją zadźgam – przyznał Rose i przełknął nerwowo ślinę – i nie jestem twoim chłopcem na posyłki – oburzył się.

- Nie traktuje cię tak – poinformował Harry spokojnie. Nie chciał, by mężczyzna myślał, że jest dla niego tylko narzędziem, chociaż mogło się to tak prezentować – naprawdę – dodał dla dogłębniejszego potwierdzenia.

Rose nie skomentował tego, tylko przytaknął głową.

- Niedługo, o ile nie zawitam do Czarnego Pana będę potrzebował się… posilić. Zawitam, jeśli upadnę na głowę i postanowię jednak zrobić coś z tym gadem, ale czy się najem… Różnie to bywa.

Harry poczuł, że cała krew spływa z niego. Wiedział, że to nadejdzie. Miał jednak cichą nadzieję, że później niż wcześniej. Aktualnie Nik nadal pozostawał w ramionach Voldemorta, więc to on powinien zapewniać mu jedzenie…

- Dobrze – tylko tyle był w stanie zrobić – ale… przed świętami czy po.

- Ah, no tak, święta. Zupełnie zapomniałem. Nie no, kilka tygodni przeżyję. Nie muszę posilać się aż tak często.

- Jesz normalne jedzenie, pijesz. Potrzebujesz dwóch rodzajów… jedzenia?- zapytał nieco nieśmiało.

- Jem wasze jedzenie dla czystej przyjemności. Nie potrzebuje go do przeżycia.

- Oh.

Harry nie wiedział co więcej powiedzieć. Wstał, chwycił książki i schował je do torby. Uznał, że to koniec zajęć.

- Wyjeżdżasz? – Nik go zatrzymał.

- Chyba. Do tej pory chciałem, ale mam teraz wątpliwości, czy jestem mile widziany. To ta sytuacja w sali, która nie ma znaczenia.

- Jeśli zostaniesz to poćwiczymy. Jak nie to dam ci kolejne książki – Rose wstał i udał się w stronę drzwi do sypialni – daj znać – rzucił i skierował się do swojej kwatery.

- Tak – Harry odwrócił się – więc ty zostajesz?

- Raczej. Śmierciożercy nie siedzą razem przy stole i nie dają sobie prezentów.

Harry zaśmiał się na wyobrażenie tej sceny.

- Jakbyś chciał mi podziękować za poświęcenie tobie większości wolnego czasu to możesz mi kupić rękawiczki – stwierdził mężczyzna i chłopiec miał wątpliwości ile w tej wypowiedzi żartu.

- A ja co dostanę?

Rose wzruszył ramionami.

- Pomagam ci, poświęcam się szpiegując…

- Na razie z twojej roli szpiegowskiej nie wiem nic istotnego, więc nie przeceniaj swoich możliwości- pogroził palcem- też chce coś dostać.

- Czy jako gryfon powinieneś być ponad pazerność? A jako gryfoński bohater już całkowicie?

- Też chce coś dostać – zaprotestował Harry i tupnął nogą. Nie chciał. Cieszył się z otrzymanych prezentów, lecz nie był na nie w żaden sposób pazerny. Jednak skoro Rose zaczął ten temat – po za tym, niedawno miałem cie za strasznego zbrodniarza, a teraz prezenty? Szybko idziemy.

- Więc spowolnijmy – przyznał Nik – zaraz cisza nocna więc wracaj do siebie, bo odejmę ci punkty- Harry miał ochotę mu przywalić. Nie dziwne, że potrafi się dogadać z Snapem – dobranoc!

I zniknął.