Dawno nie słyszał wojny; wystrzałów artylerii i ręcznych granatów, przytłumionych krzyków i rozkazów, niosących się od żołnierza do żołnierza, od pozycji do pozycji, ostrych, możliwie krótkich słów niesionych wiatrem, monotonnego terkotu karabinków i cichej, złowieszczej muzyki łusek uderzających o bruk.
W leśnej, szwajcarskiej głuszy, którą nocą otulała nieskalana, miękka ciemność wyszyta gwiazdami, można było łatwo zapomnieć o drżącym blasku nieokiełznanych płomieni, o przesuwających się falach świateł reflektorów. O widoku krwi i ludzi w nią ubranych, padających, by nie podnieść się już z ziemi, zamieniających się w ciemne, nieruchome cienie na ulicach.
Kątem oka zauważył ruch; przez mrok przecinany światłem błyskawic, zalewających świat trupią bielą, przeleciał granat. Eksplozja, huk, dym i deszcz odłamków; jakiś powstaniec runął na ziemię.
Na śmierć inny odpowiedział serią z karabinu; Gilbert odruchowo cofnął się jeszcze kilka kroków, chociaż kule nie mogły go tu dosięgnąć.
Gdy powiedział generałowi, że chce się rozejrzeć po Warszawie, naprawdę miał to myśli. Chciał oszacować, ile miasta mieli w swoich rękach, przejechać przez zniszczone ulice i zobaczyć, które budynki o znaczeniu strategicznym nie nadawały się już do niczego, zamienić parę słów z dowódcami oddziałów i wybadać panujące w armii nastroje. Wolał zebrać informacje w ten sposób, niż czytać wszystkie raporty z von Zelewskim dyszącym mu nad karkiem i pałętającym się w okolicy Meierem, któremu nie ufał za grosz.
Chciał się tylko rozejrzeć, a nie znaleźć się w środki cholernej walki!
Chociaż tyle, pomyślał, że gdy powstańcy podjęli kolejną próbę ataku, był już w grubych murach cytadeli. Gdyby walka rozgorzała wcześniej, na przykład wtedy, gdy przyglądał się pancernemu pociągowi i dyskutował z jego załogą, spacerując po peronie, miałby problem. Stąd jeszcze da radę się wymknąć, wrócić do Ożarowa, nim noc się skończy.
– Niezła taktyka – mruknął, patrząc z wysoka. – Ale cholernie desperacka.
Przeprowadzić atak zaraz po poprzednim, nie dając szans na odpoczynek ani wrogowi, ani samemu sobie. Imponujące, pomyślał chłodno, ale niepotrzebne. W waszej kondycji i ze stratami, jakie ponieśliście wczoraj, spodziewałbym się raczej wycofania i przegrupowania, a nie kolejnej próby.
Muszą być wyczerpani. Zdecydowanie desperacja... Nasi wciąż mają przewagę, a mało który powstaniec ma karabinek.
Znajdował się w małym, ciemnym pomieszczeniu na piętrze. W grubych murach, które zapewniały mu bezpieczeństwo, było jedno wąskie okno, z którego mógł niezauważony obserwować natarcie.
Udając się do Warszawy, wziął ze sobą broń i ściskał ją teraz w rękach, gotową do strzału. Mausera z pełnym magazynkiem zawsze lepiej było mieć niż nie mieć, ale nie zamierzał włączać się w walkę, chyba że zostanie do tego zmuszony.
Stojąc tak, bił się jedynie z własnymi myślami.
Ciekawe, ilu z nich w to wszystko jeszcze wierzy, pomyślał, słysząc szybkie, ostre rozkazy wydawane po niemiecku, przytłumione przez odgłosy artylerii z okolic dworca. Ilu czuje, że chce walczyć do końca, a ilu modli się już o koniec tej wojny.
Koniec... Wygnani z Paryża, niemalże wygnani z Warszawy. Francuzi pójdą na Zagłębie Ruhry i dalej, Rosjanie pójdą... do Prus Wschodnich.
Odruchowo zacisnął mocniej palce na broni, gdy nawiedziło go znajome uczucie, a lodowaty dreszcz przeszedł po kręgosłupie. Odkąd tylko opuścili Szwajcarię, odkąd tylko rozstał się z Ludwigiem i musiał pilnować każdego ruchu Meiera, niepokój wiązał mu wnętrzności, gdy tylko myślał o tym, co może się zdarzyć.
Musiał dowiedzieć się, jakie są plany na ewakuację, czy ona już się zaczęła. Chociaż... czy istniało miejsce, do którego jego ludzie mogli się ewakuować, skoro wrogie armie szły z obu stron? Walka na dwa fronty obróciła się przeciw Rzeszy, prędzej czy później alianci dojdą do Berlina i nic już nie zostanie, nawet kamień na kamieniu. Zaklął i westchnął, wspominając, jak w ogóle do tego doszło, jak zaczęło się to szaleństwo.
Gdy się pojawiła, ta charyzmatyczna, przeklęta persona, obaj zachłysnęli się nową, kuszącą ideą, wsłuchiwali się w słowa o potędze i wielkości jak urzeczeni. Lepsza nacja, lepsza rasa... Nic nie mogło bardziej połaskotać ich ego, nadal stłamszonego klęską Wielkiej Wojny, ale w czasie, gdy Gilbert odkrył pierwszą rysę na tej wizji, a potem znajdywał kolejne, Ludwig wkroczył w nią bez namysłu i wahania, rzucając się w nią jak w głęboką toń, brnąc w nią coraz dalej i dalej.
– Nigdy o tym nie rozmawialiśmy – mruknął do siebie Gilbert, boleśnie zdając sobie z tego sprawę. – O niczym i o nikim, aż do teraz.
Bycie poza. Próba oddzielenia siebie, swoich uczuć i opinii, od polityki kraju i relacji zagranicznych, chyba zaszła nieco za daleko.
Stał w oknie, starając się pozostać niewidoczny, wsłuchany we własne myśli i w terkot karabinów. Przyjedź tu szybko, młody, pomyślał i uniósł wzrok ponad gruzy budynków, na niewzruszone, letnie niebo, na przemian ciemne od nocy i przeraźliwie jasne od toczonej walki i przetaczającej się nad tym buntowniczym, upartym polskim miastem burzy.
Polska, południe, stała.
Ostrzegłeś Ludwiga, pomyślał. Domyślałeś się, co politycy chcą zrobić? A może się czegoś dowiedziałeś? Mniejsza o to. Zrobiłeś dużo więcej, niż ci się pewnie wydaje, dla mnie i dla niego. Kto by pomyślał, Polen, że będę musiał ci dziękować... Jakaś okazja na pewno się znajdzie, musisz gdzieś tu być, nie odpuścisz okazji, żeby walczyć.
Daleko, z dala od przeprowadzanego szturmu, dostrzegł jakieś zamieszanie. Widząc mundury, odruchowo wysunął się naprzód. Chciał szybko rzucić okiem na to, co tam się działo i szybko schować się z powrotem.
Wśród błyskawic ciężko było mu skupić wzrok, więc po paru sekundach mrużenia oczu zrezygnował i nagle zdał sobie sprawę, że wysunął się o pół kroku za daleko. Od kilku sekund był na muszce wroga. Przeklął w myślach własną nieuwagę.
Ciało, jeszcze nieco osłabione chorobą, tęskniące za porządnym łóżkiem i posiłkiem, nie zdążyłoby cofnąć się tak szybko. Gdyby powstaniec strzelił, Gilbert dorobiłby się pięknej rany postrzałowej w klatce piersiowej albo barku.
Ale broń nie wypaliła; Gilbert zamrugał zdezorientowany, widząc jak karabin upada na ziemię, i nie ruszył się z miejsca. Co to za żołnierz, który wypuszcza broń z ręki? Jakiś dzieciak, który spanikował, bo to jego pierwsza walka? Przecież to oznacza natychmiastową...
Myśl roztrzaskała się w połowie, bo rozpoznał człowieka, który nie posłał w niego kuli, chociaż miał doskonałą okazję; człowieka w zdobycznym mundurze z powstańczą opaską na ramieniu. Rozpoznał sylwetkę, rozpoznał skołtunione, sklejone potem jasne włosy, wymykające się spod hełmu.
Rozpoznał człowieka, który wcale nie był człowiekiem; nie był ani dzieciakiem, ani nie była to jego pierwsza walka, wręcz przeciwnie, lat i stoczonych bitew od dawna z pewnością już nie liczył.
Gilbert też dawno przestał.
– Dlaczego ja nie jestem tym zdziwiony... – wyszeptał do siebie, robiąc krok w tył, bo nawet jeśli Feliks nie chciał w niego strzelić, to kto wie, ile jego towarzysze mają jeszcze naboi w magazynkach tych swoich Visów. Zachowanie Polski musiało przyciągnąć ich uwagę, a to oznaczało, że za moment zobaczyliby i Gilberta...
Przyciągnęło nie tylko ich uwagę…
Wróg upuszczający broń, stojący bezradnie...
– Łap za broń! – warknął, kryjąc się w cieniu, wiedząc, że i tak nie zostanie usłyszany. Ku swojemu zaskoczeniu, zauważył, że głos mu zadrżał. – Nie jesteś chyba taki głupi, żeby...
Urwał, bo ku jego uldze Feliks opanował się, podniósł karabin z ziemi i rzucił się za najbliższą osłonę, a potem wrócił do walki tak, jakby nic się nie wydarzyło. Załoga cytadeli nie zdążyła wziąć go za cel.
Gilbert westchnął ciężko. To wszystko było jedną wielką pomyłką.
– Znalazłem cię.
Nawet nie musiałem szukać.
Dlaczego?
To pytanie łomotało mu pod czaszką, rozkruszając mury, którymi otoczył część swoich uczuć w ostatnich tygodniach, by móc po prostu robić to, co należało. Uwolniło dziesiątki wspomnień, na wargach znów czuł smak mazurskich jezior, przed oczami stanęły mu roziskrzone gwiazdy odbijające się w ich taflach, a w nozdrzach zawirował zapach nocy, lasów i papierosów, których dymem spowite było Eldorado, zanim zabito jego wejście deskami dekadę wcześniej.
Jego nie powinno tu być!
Przecież tam, w tej berlińskiej celi, wyczekiwał tygodniami, aż nadejdzie okazja porozmawiać z Ludwigiem sam na sam; aż w wiecznych ciemnościach błysną te jego zimne, niebieskie oczy i krzyż żelazny na jego szyi. Niemcy był młody i całkowicie ślepy, ale kochał Gilberta jak nikogo na świecie i był w stanie zrobić dla niego wszystko.
Polska był wtedy w cholernie złym stanie, zarówno psychicznym, jak i fizycznym, dwa miesiące męczarni w wiecznie ciemnej piwnicy zebrały swoje żniwo, rzucając go w objęcia omamów i gorączki, ale miał swoją misję, której uczepił się gorączkowo, misję, która trzymała go przy zdrowych zmysłach.
Północ musiała być bezpieczna.
Wtedy mu się właściwie przyznałem. Ale on nie zrozumiał.
Miłość boli.
Ludwig pojął za to jego wskazówkę, zabrał brata gdzieś, gdzie Rzesza nie mogła go pochwycić, a ich zniknięcie odbiło się echem po całym kontynencie, a jednak... a jednak teraz, po tych kilku tygodniach, Gilbert tu był, stał w oknie Cytadeli Warszawskiej, na pierwszy rzut oka w pełni sił.
Coś wykombinowali, pomyślał oszołomiony. Musieli jakoś zapewnić sobie bezpieczeństwo, inaczej by tu nie wrócili. Ludwig też musiał tu być, ta dwójka była tak nierozłączna, jak niebezpieczna.
Któryś z powstańców krzyknął jego imię; Feliks, jakby wybudzony ze snu, drgnął i sięgnął szybko po porzuconą broń. Chłód metalu go otrzeźwił, przypomniał, gdzie jest i co robi.
Schował się za barykadą. Oddychając głęboko, znów próbował wyłączyć myślenie i skupić się wyłącznie na walce.
Aż dziwne, że nikt we mnie nie strzelił, pomyślał, i pozwolił sobie na ostatnie zerknięcie na piętro cytadeli; okno było ciemne i puste. Zawahałem się. Nie...
Co rusz pociągał za język broni, nie przestając odbierać życia. Odpłacał się strzałem za strzał, kulą za kulę, ale widział już, że i to natarcie skończy się ich sromotną klęską.
Czuł śmierć wielu ludzi, domyślał się, że przy dworcu sytuacja wygląda dużo gorzej niż tutaj. Wielu padało rannych, czuł ich ból. Wątpił, czy dla jeńców znajdzie się litość, bo Niemcy już udowodnili nie raz, że na prawo wojenne nie ma w tym mieście mocy.
Jedynie co mogli robić, to walczyć do końca, tak desperacko, jak to tylko możliwe, dopóki nie usłyszą rozkaz odwrotu.
I gdyby nie wiedział, że w środku jest Gilbert, może mógłby się skupić na wykonywaniu rozkazów.
Nienawiść? Może w końcu należy zacząć nazywać rzeczy po imieniu, pomyślał gorzko. Po tylu latach...
Z każdym rokiem stwierdzam coraz bardziej... że wybraliśmy sobie... najgorsze możliwe stulecie... na takie... Ale to jest... poza, prawda? Pewnie rzeczy muszą być poza... poza polityką, poza wojnami... inaczej my dawno... cały nasz gatunek... byśmy po prostu zwariowali z samot...
Nie myśl o tym teraz, Polen, krzyknął mu w głosie znajomy głos, więc go usłuchał. Skulił się za barykadą, wymienił magazynek, a potem rozejrzał się. Lunęło; strugi letniego, silnego deszczu zmniejszyły i tak słabą widoczność.
W najbliższej okolicy widział dwa ciała. Powstaniec, który zawołał go wcześniej po imieniu, napotkał jego spojrzenie i pokręcił głową.
Teraz już tylko czekamy, zrozumiał Feliks. Załoga cytadeli, chociaż nie zaznała snu drugą noc z rzędu, nie dawała im żadnych szans. Znów się nie udało...
Poczuł gniew, bo w końcu próbował przemówić do rozsądku dowództwu, ale zaraz potem opuścił ramiona w geście bezsilności. Już za późno, pomyślał smutno. To nie zwróci im życia.
– Wycofać się!
Powitał te słowa z ulgą, chcąc jak najszybciej stąd uciec, bo w powietrzu było tak dużo bólu, strachu i śmierci, że ledwie oddychał. Wycofują się… jeśli da radę złapać jakiegoś rannego. wziąć go na ramiona… Jedno życie więcej…
Przypomniał sobie, że na chwilę przed tym, jak w oknie ujrzał Prusaka i zamarł w szoku, rzucono w nich granat odłamkowy. Widział to kątem oka; potem rozpoznał, w kogo celuje i świat na moment przestał istnieć.
Jeśli da się komuś jeszcze pomóc… Chaotycznie omiótł wzrokiem mokre ulice i odnalazł powstańca, który oberwał.
Gdy rozpoznał leżącą w bezruchu postać, serce go zabolało. Nie ten dzieciak.
Nie ten młody mężczyzna, który, będąc sam na świecie, uczepił się jego boku, szukając nadziei.
Gdy tylko zrobiło się trochę bezpieczniej, gdy ostrzał zwolnił na moment tempa, Polska przemknął pochylony do Simonasa i złapał za jego bezwładny nadgarstek, szukając pulsu.
Wyczuł delikatne, ale nieustające bicie. Mundur zsunął się z bladej, niemalże przezroczystej ręki, a czarne cyfry zaśmiały się Polsce prosto w twarz. To nawet nie był jego pierwszy obóz, ta Gęsiówka, pomyślał, czując, jak ból ściska go za gardło i rozłamuje serce. On przyszedł tutaj z Auschwitz.
Westchnął ciężko i zarzucił sobie bezwładne ramię chłopaka na swoją szyję, pociągnął za sobą tak, jak poprzedniej nocy.
To nawet nie był jego człowiek, ale walczył razem z nimi, w tej udręczonej stolicy, i Feliks nie darowałby sobie, gdyby mu nie pomógł.
Miliony, pomyślał. A ja zdołałem w ciągu tych lat uratować zaledwie kilkadziesiąt.
– Przeżyje? – zapytał pustym głosem, patrząc na leżącego w malignie mężczyznę.
Jego klatka piersiowa – żebra obleczone skórą, wyraźnie odznaczający się mostek – unosiła się w ciężkim, nierównym oddechu, krew poplamiła otulające jego wychudłe ciało prowizoryczne bandaże, zrobione ze strzępów jakiejś koszuli. Wyschnięte usta co jakiś czas wyrzucały z siebie fragmenty słów, zlepek jidysz i litewskiego, którego Feliks nie był w stanie zrozumieć.
Sanitariuszka Dorota otarła ramieniem oczy, nie odrywając dłoni od rannego. Próbowała zatamować krwotok, jej szczupłe palce pełne były czerwieni. Rana znów się otworzyła.
– Nie wiem – wyszeptała, zaciskając mocno zęby. – Wyrwał się z jednego piekła, żeby... – urwała, a słowa ugrzęzły jej w gardle.
Kapelan, który obserwował ich od dłuższej chwili, zbliżył się i położył dłoń na gorącym, wilgotnym czole Simonasa.
– Niech Adonai ma cię w swojej opiece, dziecko… – powiedział cicho i westchnął. – On potrzebuje lekarza, natychmiast.
– Man skauda... – wyjęczał nagle Simonas. Przez jego pokaleczoną twarz przebiegł spazm bólu. – Siau...bingai skauda...
– Co on mówi? – dziewczyna zwróciła wzrok na Feliksa. Mrugała zawzięcie, by nie wybuchnąć płaczem.
– Że boli – odparł krótko, patrząc ponuro na brzuch mężczyzny. Odłamki granatu utknęły głęboko w trzewiach, piwnica przesiąkła już zapachem krwi. Patrząc na niego, Feliksowi przypomniało się, jak sam leżał w gorączce, a lekarz w Wolfsschanze próbował doprowadzić go do porządku. Ale jemu nie groziła śmierć z wykrwawienia i wyczerpania… – Musi trafić do szpitala. Przejdziemy...? – zapytał, unosząc głowę i patrząc na malutkie, zasnute pyłem okienko u sufitu.
Sanitariuszka skinęła głową z zaciętą miną.
– Musimy. Pomóżcie mi go przenieść na nosze. Ostrożnie... stracił dużo krwi, każdy niepotrzebny ruch... Kapelan niech zostanie tutaj…
Do punktu szpitalnego, który wciąż działał, było niedaleko, ale czym innym było nocne przemykanie kanałami i zaułkami, a czym innym przemarsz z rannym w świetle świtu.
Za nosze posłużyło wąskie skrzydło drzwi; złapali mocno za drewno, Feliks posłał jeszcze pocieszające spojrzenie dziewczynie – ta odpowiedziała bardzo bladym, nerwowym uśmiechem – i wyszli na powierzchnię.
Nie uszli stu metrów, a zza rogu prosto na nich wyszedł mały, kilkunastoosobowy patrol niemiecki.
Stanęli w miejscu. Feliks zerknął za siebie; Dorota zacisnęła mocno usta, a Feliks wziął głęboki oddech. Czuł jej strach, jego własne serce tłukło mu się o żebra, ale żadne z nich nie zamierzało puścić noszy.
Idący na czele oddziału oficer na ich widok zmarszczył brwi. Najpierw zlustrował wzrokiem Feliksa w pełnym niemieckim umundurowaniu, odróżniającego się od jego ludzi jedynie biało-czerwoną opaską na ramieniu i włosami dłuższymi niż u jakiekolwiek żołnierza, a potem przeniósł oceniające spojrzenie na szczupłą, odzianą w poplamiony krwią fartuch dziewczynę.
Spokój. Nie mogli biec, uciec ani się schować. Mogli jedynie zachować spokój.
Oficer w końcu spojrzał na rannego, na jego błyszczące nieprzytomnie, półotwarte oczy, na ciemne włosy, całe jego zniszczone głodem ciało i zmarszczył brwi.
– Jude? – zapytał.
– Soldat – odparł krótko Polska, patrząc mu prosto w oczy. Oby trafili na honorowego człowieka.
– A ty?
– Też Soldat – odparł z naciskiem, krzyżując spojrzenie z oficerem. Był pewny, że Niemiec go rozpoznał i wiedział, z kim ma do czynienia. Nawet nie próbuj... drugi raz do niewoli nie trafię. Nawet nie próbuj, powtarzał w myślach, nie zamierzając pierwszy przerwać kontaktu wzrokowego.
Oficer milczał przez chwilę, walcząc z nim w bezruchu i całkowitej ciszy. Polska zauważył mimochodem, że na klapie munduru ma przypięty krzyż rycerski.
Reszta żołnierzy stała nieruchomo, nie zdradzając na swoich twarzach żadnych uczuć. Tylko jeden z nich próbował na Feliksa nie patrzeć.
– Idźcie – rzucił w końcu oficer, gwałtownie odwracając głowę. – Żołnierze, za mną! – dodał i szybko ruszył przed siebie. Mijając ich, skinął jeszcze z uznaniem sanitariuszce. Ta wypuściła z ulgą powietrze.
Żołnierze minęli ich szybkim, miarowym krokiem, bez zbędnego słowa, ruchu czy gestu; tylko jeden z nich splunął Polsce pod nogi.
– Nic się nie zmieniłeś, Radke – mruknął bardzo cicho Feliks. – Uważaj, plujesz na niemieckie buty.
– Ścierwo... – warknął jego dawny oprawca, ale nie uniósł głowy, by spojrzeć mu w twarz.
Uniósł kącik warg w bardzo bladym uśmiechu. Dziś mieliśmy szczęście, pomyślał, patrząc za oddalającym się oddziałem. Z dwojga złego, lepiej było trafić na regularną armię niż na SS... Radke, sukinsynie, a ja cię puściłem wolno, a mogłem po prostu zabić.
Westchnął i mocniej zacisnął dłonie na krawędzi trzymanych drzwi, słysząc chrapliwy, ciężki oddech rannego, którego dusza rozpaczliwie miotała się w zniszczonym ciele, między ziemską gehenną, a pieśniami nieba.
– Chodź. Nie ma czasu.
Kilkanaście godzin później przysiadł w piwnicy, dając w końcu odpocząć ciału. Oparł głowę o kolana, uspokajając oddech.
Simonas był w rękach lekarzy, on nie mógł już niczego zrobić. Stracili mnóstwo ludzi, wielu było rannych, za jeńców mógł się już tylko modlić, bo wątpił, czy jeszcze żyli.
Dorota przykucnęła przy nim i zaczęła opatrywać niewielką ranę na jego łydce, gdzie musnęła go kula; sukinsyny ostrzelały ich, gdy się wycofywali spod cytadeli i chyba tylko łutem szczęścia nie dostał serią z karabinu maszynowego, gdy ciągnął za sobą chłopaka.
Podziękował jej skinieniem głowy, widząc zaschnięte ślady łez na jej policzkach.
Dałby radę sam, ale widząc jak dziewczyna mocno zaciska szczęki, by się nie rozpłakać, pozwolił jej się tym zająć, rozumiejąc doskonale tę rozpaczliwą próbę zajęcia się czymś, byle tylko nie rozpaść się na kawałki.
Odchylił głowę, oparł o mur, zamknął oczy. Po raz pierwszy od tygodni poddał się wyczerpaniu... i własnym myślom.
Jeziora, pomyślał. Mazury. Prusak.
Przed wojną nie mówił głośno o swoich wyprawach do Prus Wschodnich, ale też nie trzymał ich w tajemnicy; rząd sądził, że wymyka się tam, by samodzielnie wpływać na żyjących tam ludzi, realizować po swojemu polityczne cele – a celem był powrót tych ziem do Rzeczypospolitej – a on nie zamierzał wyprowadzać go z błędu. Z czasem pojezierze stało się o wiele bezpieczniejszym miejscem ich spotkań niż pogrążający się w ciemności Berlin.
Feliks poczuł nagłą ochotę, by zapalić, otulić się znajomym zapachem, ale kieszenie miał puste. W czasie wojny papierosy były cenniejsze od pieniędzy, tak samo jak wszystko inne, co pozwoliło przywołać chociaż mgliste poczucie normalności.
Nienawiść, ich ulubione słowo. Znali się od setek lat i nie jeden raz skoczyli sobie do gardeł albo obrzucili obelgami, to prawda, ścierali się często, czasem w sprawach wielkich, czasem prywatnie, i gdy ich relacja się zmieniła, gdy rzuciła na stół nowe karty w półmroku Sali Luster, właściwie nigdy nie próbowali nazwać jej inaczej.
Nienawiść była doskonałą wymówką; nie zadawała pytań i nie przynosiła podejrzeń, a świat nie był im przyjazny.
Muszę się dowiedzieć, pomyślał nagle. Muszę się z nim spotkać. On jest tu z mojego powodu. Muszę wiedzieć, co zrobili.
Nie chciał zachowywać się nierozsądnie, chociaż zdrowy rozsądek i wojna nie szły ze sobą w parze. Nie był jednak na tyle szalony, by próbować podejść w pojedynkę pod opanowane przez Niemców budynki ani szukać sztabu, który – jeśli wierzyć informacjom wyciągniętym od niemieckich jeńców – był zlokalizowany gdzieś pod miastem. Był zbyt wyczerpany ostatnimi miesiącami, by być pewnym, że w razie samotnej walki z licznym wrogiem jakoś sobie poradzi.
Nie, to trzeba było rozegrać inaczej.
– Mamy węgiel, kredę albo jakąś farbę? – zapytał.
Odpowiedziały mu zdziwione spojrzenia.
– Coś się znajdzie – odparła niepewnie sanitariuszka.
Pozwolił sobie na bardzo słaby uśmiech. Musimy porozmawiać, Prusy, ale najpierw muszę cię jakoś wywabić z tego gniazda wściekłych szerszeni. I wywabię, nawet jeśli zajmie to miesiąc albo i dłużej.
I tyle zajęło.
– Dostałeś telegram – warknął von Zelewski, gdy tylko Gilbert przekroczył próg gabinetu w południe następnego dnia. Prusy zatrzymał się w pół drogi do krzesła przed biurkiem.
– Od kogo? – zapytał, chociaż domyślał się odpowiedzi. Dobry humor, zniweczony tym, co ujrzał dzisiejszego poranka, na moment do niego wrócił. Miał nadzieję, że u Ludwiga wszystko jest w porządku.
– Od twojego brata – odparł generał, przesuwając po blacie telegram.
Spokojnie sięgnął po wiadomość, ale zdradziły go palce, które mocno na niej zacisnął. Oby była dobra, pomyślał, odwracając się plecami do von Zalewskiego. Ten odchrząknął.
– Raport...? – upomniał się.
– Oj, dostaniesz od dowódców – Prusy obejrzał się przez ramię. – Pewnie niejeden. Był kolejny atak na dworzec.
Generał zastukał palcami w blat.
– I co? – zapytał, brzmiąc tak, jakby już o tym wiedział, ale oczekiwał jego opinii.
– Ponieśli bardzo duże straty – odpowiedział Prusy. – Jeśli naprawdę myślisz o tym, żeby ich skłonić do poddania się, to może przestalibyśmy strzelać do jeńców? – dodał nagle, starając się, by jego słowa brzmiały jak luźna propozycja, a nie wyrzut. Był militarystą, nie zaprzeczał – ale lubił walkę i wojenne zabawki, nie rzeź. Większość wojny spędził na froncie, z żołnierzami stającymi naprzeciw innych armii; nie czuł się dobrze w Warszawie. Zacisnął jeszcze mocniej palce na telegramie, niemal go mnąc. – Inaczej będą walczyć, dopóki będą w stanie utrzymać się na nogach. Wiedzą, że jeśli dostaną się w niewolę, mają nikłe szanse na przeżycie.
– Tak jak SS i Gestapo u nich – odparł spokojnie von Zelewski.
– Spytaj któregoś z chłopców z regularnej armii, gdzie woli trafić, w ręce polskie czy rosyjskie – odparł Gilbert niecierpliwie. – Odpowiedzą ci jednogłośnie, zapewniam. SS i Gestapo to inna kwestia, zaszli im mocno za skórę. Na ich miejscu też bym nie liczył na łaskę.
– A skąd mam wiedzieć, że nie zaczną zabijać też jeńców z Wehrmachtu? – generał wzruszył ramionami, patrząc na niego niechętnie. – To w końcu złośliwy i pomysłowy naród.
Gilbert, słysząc, jak jego własne słowa obracają się przeciwko niemu, zazgrzytał zębami.
– Przemyśl to – rzucił tylko, wiedząc, że stąpa po cienkim lodzie. – Rosjanie... Rosjanie są blisko.
Von dem Bach skinął głową z ponurą miną i zmarszczył brwi, jakby faktycznie zastanawiał się nad tą propozycją. Gilbert przystanął przy oknie i uniósł telegram do oczu. Pozostając w gabinecie, dał do zrozumienia von Zelewskiemu, że rozmowa nie jest zakończona; ten tylko westchnął.
Przynajmniej w Paryżu ich plan poszedł gładko... uśmiechnął się, czytając oszczędne streszczenie telefonicznej rozmowy Ludwiga z Hitlerem. Więc wódz im uwierzył... teraz muszą tylko zachowywać się tak, jak od nich oczekiwano... czuł, że to będzie cholernie trudne.
Szlag. Spotkanie z nim też będzie cholernie trudne, a przecież mocno tego pragnął, zobaczyć go w końcu po tych pięciu koszmarnych latach, dowiedzieć się, czy to wszystko między nimi jeszcze istnieje.
Uśmiechnął się jeszcze do siebie, pocieszając się ostatnim wierszem telegramu.
Ja ciebie też, Bruderherz. Przybądź tu szybko...
– A propos Rosjan i SS... – zaczął, gdy skończył czytać. – Co oni, do jasnej cholery, wyprawiali w tym obozie dla cywilów? Wpadłem tam dzisiaj na chwilę.
– Byłem tam na kontroli. Nie stwierdziłem żadnych nieprawidłowości – odparł generał bez zmrużenia oka.
Żadnych nieprawidłowości. Więc ta dziewczyna, drobniutka, o krótkich włosach, tak przypominająca Lili, posiniaczona, leżąca nago pod płotem z przestrzeloną czaszką, rozkładająca się już w sierpniowym gorącu, nie była nawet nieprawidłowością.
Odetchnął głęboko. Uspokój się...
Nagle uniósł głowę, przypominając sobie, o co miał jeszcze spytać.
– Wiesz coś na temat ewakuacji Prus Wschodnich? – rzucił, odchodząc od okna i chowając telegram do kieszeni.
– Podobno nie będzie żadnej ewakuacji – odparł cicho Erich von Zelewski.
Prusy znieruchomiał.
– Co powiedziałeś? – zapytał cicho ostrzegawczym tonem. Poczuł, jak serce w nim zamiera, gdy dotarło do niego znaczenie słów generała. – Przecież gdy ta ruska dzicz tam wejdzie, wyrżnie wszystko co żyje! Nie odpuszczą krowie albo kurze, nie mówiąc o ludziach!
– Koch ma bronić tych ziemi do końca – odparł chłodno von Zelewski.
– Kim? – warknął Gilbert. – Dziećmi? Starcami? Kobietami?
– Takie są rozkazy führera.
Pierdolę führera, wysyczał w myślach, czując, jak gotuje się w nim krew. Dawno nie czuł takiej wściekłości; przed oczami stanęło mu Mauersee, ale zamiast w czystym błękicie, słońce obijało się w ciemnoczerwonej, gęstej i cuchnącej tafli. Ta wizja sprawiła, że zaczął drżeć z gniewu i bezsilności.
– Masz żonę, von Zelewski? – zapytał cicho, ledwo nad sobą panując.
Obergruppenführer oszczędnie skinął głową, marszcząc brwi na widok jego wzburzenia.
– Urodziła mi kilkoro dzieci.
– Chciałbyś zobaczyć, jak piętnastu żołnierzy robi sobie z niej zabawkę, a potem podrzyna gardło i zostawia, by zdechła? – warknął Prusy. Von Zelewski nie dał się sprowokować, zachował kamienną twarz, ale Gilbert dojrzał w jego chłodnych oczach jakiś przebłysk, który powiedział Prusom, że dotknął wrażliwego punktu. – I to samo robią twoim córkom? Ile mają lat?
– Przestań.
Umilkł natychmiast, zdając sobie sprawę, że posunął się za daleko, ale spuszczał oczu z generała.
– Zrób dla mnie jedną, jedyną rzecz, Erich – powiedział po chwili, ściszając głos do szeptu. – Dowiedz się wszystkiego. Żadnego „podobno" albo „chyba". Pisz, dzwoń do Kocha. Chcę wiedzieć wszystko. Chcę mieć każdy telegram, jaki śle do Hitlera.
– Nie będę go przecież szpiegował – von Zelewski wyprostował się na krześle i zmrużył oczy. – O co ty mnie prosisz, Beilschmidt?
– Jestem wiernym człowiekiem führera – wyszeptał Gilbert, pochylając się nad biurkiem, pozwalając, by generał zajrzał wprost w jego czerwone jak krew oczy. – Ale to jest moja ziemia, mój dom. Więc jeśli... jeśli nie będzie ewakuacji... ja chcę wiedzieć o wszystkim, co tam się wydarzy. Chcę znać każdy szczegół. Znasz się z Kochem. Dogadaj się z nim. Stąd do Prus niedaleko. Nie będzie zdziwiony, że chcesz wiedzieć, na czym stoimy na froncie wschodnim.
Generał milczał przez chwilę.
– Mogę się na to zgodzić – powiedział po chwili. – Ale co otrzymam w zamian?
– Gdzie są twoje dzieci? – zapytał łagodnie Gilbert.
Oczy zbrodniarza zajaśniały nagle czystym strachem. To był strzał w dziesiątkę; człowiek, który tak wypierał się swoich przodków, drżał o los swojego potomstwa w świecie, który nie będzie miał litości dla nazistów.
– W Austrii... Gisela została we Wrocławiu...
– Mogę ci obiecać, że rodzina von Ze... von dem Bachów – Prusy poprawił się, nie spuszczając wzroku z generała. – będzie bezpieczna. Włos nie spadnie im z głowy, nawet jeśli Rzesza spłonie. Mam na to swoje sposoby.
Jedną rodzinę mógł uratować; mógłby w razie potrzeby przerzucić ich do Szwajcarii, pod opiekę swojego niechętnego kuzyna. To, że nie mógł zapewnić tego wszystkim swoim ludziom, bolało. To nie było sprawiedliwe, ale dawno nauczył się już, że na świecie nie istniała sprawiedliwość.
Wszyscy mi mówią, że nie jesteś piękna, moja rodzinna ziemio,
nie masz wysokich, dumnych gór, nie strojnaś w winnic zieleń
W twoich przestworzach orzeł nie szybuje, palma nie składa pokłonów,
ale pradawnych czasów łza lśni czysto u twoich brzegów.
I choć dla swego króla nie masz rud, purpur ni diamentów,
twoje serce najwierniej bije dla ojczyzny świętej.
Do boju dajesz rumaka, tony złota wartego i więcej,
i mężów silnych, o dłoniach krzepkich i do miecza chętnych.
A kiedy marząc tak idę pośród jodeł mrocznych,
a górą dęby mocarne przepych roztaczają królewski,
I gdy na plażach Niemna słowików śpiew rozbrzmiewa
a nad dalekim piaskiem wydm sunie biała mewa,
Wtedy nachodzi mnie radość niewypowiedziana,
Z piersi wyrywa się pieśń, wesoło strony trącam.
I chociaż nie masz dumnych gór i szata twoja skromna,
Moja rodzinna wschodniopruska ziemio, jakżeś ty piękna!
(Johanna Ambrosius – Moja rodzinna ziemia)
tatuaż - Auschwitz był jedynym niemieckim obozem koncentracyjnym, w którym wprowadzono tatuaż jako metodę oznaczania więźniów (w innych obozach oprócz naszywanego na ubiór numeru stosowano bransoletki z numerem, noszone na nadgarstkach).
Gęsiówka - potoczna nazwa obozu koncentracyjnego Warschau.
Adonai - określenie Boga Jahwe oddawane w przekładach jako Pan, używane zamiast imienia Boga, uważanego przez Żydów za zbyt święte, by je wymawiać.
Jude - Żyd
Soldat - żołnierz
Krzyż Rycerski - niemiecki order, najwyższe odznaczenie wojskowe okresu III Rzeszy. Stanowił rozszerzenie klas Krzyża Żelaznego.
Erich Koch - niemiecki nazista, gauleiter i ostatni nadprezydent Prus Wschodnich w latach 1933–1945, jednocześnie od 1941 szef Zarządu Cywilnego Okręgu Białystok i komisarz Rzeszy dla Ukrainy, zbrodniarz wojenny. Gdy Armia Czerwona wkroczyła na Ukrainę, wrócił do Prus Wschodnich. Stamtąd słał telegramy do Führera, iż będzie bronił tych terytoriów do końca.
Moja rodzinna ziemia - pierwszy "hymn" Prus Wschodnich, powstały w 1918 roku, zastąpiony potem przez Pieśń Prus Wschodnich.
Dzień dobry...? Dobranoc? Jest prawie 3 w nocy, a obecność rozdziału oznacza, że wygrałam z sesją :) Prusak nam się nieco uaktywnił w tym rozdziale, ale w sumie, nic dziwnego...
