Czas na poniekąd spokojniejszy rozdział. Tak jakby.
Rozdział trzynasty: Lekcje, cholerne lekcje
Harry przesunął się lekko, żeby książka o druidycznej magii wygodniej osiadła mu na kolanach. Uznał, że kolejnym problemem związanym z nieposiadaniem obu dłoni było to, że zaklęcie lewitujące marnie radziło sobie ze stabilnym utrzymywaniem ciężkich ksiąg; zawsze zdawało się unosić po lewej stronie, nieco wyżej niż w miejscu, w którym złapał ją prawą ręką. Burknął pod nosem i ponownie się poprawił, po czym zamarł, kiedy usłyszał parsknięcie Dracona.
Draco przyszedł poleżeć z nim na łóżku, po czym zasnął, co Harry uznał za znak tego, jak koszmarnie musiał wymęczyć go festiwal. Wciąż było przed północą, więc Harry uznał, że nie ma niczego złego w spędzeniu jeszcze chwili na czytaniu przy zapalonej świecy, ale gdyby obudził tym Dracona, to wcale nie uważałby, że było warto.
Zaczekał chwilę, ale Draco obrócił się niespokojnie i ponownie wtulił twarz w poduszkę. Harry odetchnął z ulgą i wrócił do czytania.
Zawierała w sobie kilka definicji magii miejsca, dzięki czemu okazała się znacznie ciekawsza od większości innych książek, jakie Harry znalazł na ten temat.
Najstarszą definicją magii druidycznej jest magia związana z miejscem, w którym ktoś mieszkał przez wiele lat, albo gdzie konkretna rodzina druidów zamieszkiwała przez stulecia. Magia miejsca ma wtedy czas do przyzwyczajenia się do ludzi. Magia miejsca jest, ogólnie rzecz biorąc, cokolwiek powolna, przez co dużo czasu zajmuje jej zauważenie rzeczy, które pozostają w ruchu. Dlatego najlepiej zachowuje się w drzewach, wzgórzach i głazach, tych powolnie starzejących się, nieruchomych olbrzymów naszego świata. Choć rzeka może przebiegać przez magiczne miejsce, a inni ludzie mogą tam zamieszkać, to nie staną się jego częścią, jeśli rzeka będzie często zmieniała koryto, a ludzie ciągle będą wyjeżdżali. Magia miejsca musi najpierw zauważyć żyjącego w niej człowieka, po czym owinąć się wokół niego – rozważyć go jako część czegoś, co późniejsi badacze przywykli nazywać "macierzą". W starszych dokumentach często nazywa się to "prądem".
Harry pomyślał o prądzie magii, który krążył wokół Leśnej Twierdzy. Zdawał się w ogóle nie zauważać ludzi, którzy wlali się do doliny w czasie przesilenia wiosennego – żadnego z nich. Zauważył jednak, kiedy próbowali przenieść głazy z jednej strony doliny na drugą i szybko odkładał je z powrotem na miejsce. Zastanawiał się, czemu antypodzka opalooka okazała się wyjątkiem od reguły. Przecież też była ruchomym stworzeniem i nie przebywała w Leśnej Twierdzy na tyle długo, by dolina zdążyła się do niej przyzwyczaić.
Wrócił do czytania.
Niektórzy uważają, że to nie może być jedyny sposób na powstawanie magii miejsca, ponieważ niektórzy druidzi naprawdę wiele podróżowali i byli powiązani z różnymi miejscami, nie tylko jednym. Badania są w tym punkcie bardzo niejasne – z oczywistych przyczyn wiemy znacznie mniej o druidach, którzy często zmieniali miejsce zamieszkania od tych, którzy pozostawali w domu przez lata i pozostawili po sobie zapiski – istnieje spora szansa, że ci druidzi przyzwyczajali do siebie jedno miejsce, przekonując jego magię do zauważenia ich istnienia. Kiedy już decydowali się na podróż, to wędrowali po kole, a przynajmniej ich ścieżki przypominały mniej więcej kolistą trasę. W gruncie rzeczy tworzyli kolejne magiczne miejsce, które nie było związane ze wzgórzami w sposób, w jaki doszłoby do tego w dolinie, albo z morzem, jak doszłoby do tego na wyspie, ale z ich podróżami. Przekonywali prąd, który początkowo owinął się wokół nich, do rozciągnięcia swojego terytorium, po czym zamykali koło, wracając do niego. Całość jest najbardziej podstawowym elementem magii miejsca. Druidzi, którzy wiązali się ze swoimi nowymi domami, nie byli zdobywcami. Musieli zgodzić się na przyłączenie do czegoś znacznie potężniejszego od nich samych, zaakceptować, że są tylko źdźbłem trawy w ogromnym trawniku.
Harry przygryzł wargę. Wiedział, że niektórzy z Opalline'ów, którzy studiowali magię druidyczną, pracowali dokładnie w ten sposób; Paton mu o tym opowiedział. Mieszkali całymi latami w odizolowanych miejscach, takich jak Leśna Twierdza, albo adaptowali stare techniki, owijając magię miejsc wokół swoich domów.
Ale Harry nie miał czasu na mieszkanie w jednym miejscu tyle czasu, albo stworzenie magii miejsca poprzez podróżowanie w kółko.
Przewrócił stronę.
Naturalnie, niektórzy czarodzieje chcieli skorzystać z magii miejsca bez konieczności przywiązywania się do jednego miejsca. Czasami budowali pokoje, które odzwierciedlały ograniczenia magii miejsca – przede wszystkim pod tym względem, że nie można było korzystać z ich mocy poza jego granicami – jak i płynące z niego korzyści – przede wszystkim fakt, że magia skupiona w jednym miejscu staje się niezwykle potężna i może stworzyć własną świadomość, jak każdy rodzaj magii, jeśli trzyma się go odpowiednio długo w okowach. W Hogwarcie, na przykład, znajduje się kilka pokojów, które wykorzystują tę przewagę. Można w nich znaleźć bezpieczne miejsce do treningów, czy widzenia przyszłości, ale nie da się korzystać z tych samych możliwości w innych miejscach w szkole. Założyciele, w swojej mądrości, zorientowali się, że sam Hogwart nie mógł być wypełniony magią miejsca. Zbyt wielu ludzi podróżuje po jego terenach w ciągu roku, w dodatku większość z nich to młodzi czarodzieje, którzy wciąż się rozrastają na własne sposoby. Magia miejsca nie utrzymałaby się przy takim natężeniu ruchu.
Pozwólmy sobie w tym miejscu na lekką dygresję. Wielu badaczy usiłowało udowodnić, że magia miejsca jest neutralna – ponieważ niektórzy druidzi mieli ponoć na jej terenach uprawiać mroczne rytuały, czy magię krwi – w codziennym zastosowaniu, jak w starszych jej przykładach, takich jak pokoje w Hogwarcie, które przetrwały do naszych czasów, magia zdaje się być bardziej przychylna Światłu. Magia miejsca jest bardzo uporządkowana, bardzo spokojna, a osobowość, którą potrafi wytworzyć sobie spętana w niej magia, zwykle jest inteligentna i równie opanowana, nigdy nie spotkaliśmy się z rozwścieczonymi bestiami. Jeśli wziąć pod uwagę stare definicje magii Światła i Mroku, magia miejsc jest świetlista, ponieważ jest oswojona, nie dzika.
Harry kiwnął głową. Czyli to dlatego antypodzka opalooka mogła robić, co jej się żywnie podobało. Smoki to najdziksze stworzenia Mroku. Leśna Twierdza pewnie nie była w stanie nawet jej wyczuć, albo jej dzikość po prostu okazała się wystarczająco potężna, by oprzeć się jej oswojeniu.
Poczytał jeszcze chwilę, ale choć książka opisywała, jak zabrać się za stworzenie kolejnego takiego pokoju jak, na przykład, Pokój Życzeń, czy rozwodziła się nad tym, jakie miejsca w żadnym razie nie powinny być brane pod uwagę do zagnieżdżania w nich magii druidycznej, niewiele był w stanie znaleźć o tym, w jaki sposób mógłby zwrócić na siebie uwagę Leśnej Twierdzy. Już miał zamknąć książkę, kiedy kończący rozdział akapit przykuł jego uwagę.
Pod koniec chcę również wspomnieć o rzadko używanej technice, która może pomóc właścicielowi magicznego miejsca w zwróceniu na siebie uwagi. Badania sugerują, że prąd magii potrafi być w niektórych miejscach tak potężny, że druid nie zdoła wybudować na nim kamiennego, czy drewnianego domu bez uprzedniego przedstawienia się mu. Magia potrafiła po prostu odłożyć kamienie i drewno z powrotem na miejsce, kompletnie nie zwracając na niego uwagi. Niestety, pierwszym co druid powinien zrobić, usiłując oswoić taką magię, to wybudowanie domu na jej terytorium.
To wymaga metody przedstawienia się cokolwiek niespodziewanie i pozostawanie potem w miejscu, w ramach podtrzymywania i wzmacniania więzi, zamiast jej tworzenia. I faktycznie, istnieją pogłoski o metodzie, o której niegdyś wyłącznie opowiadano i którą spisano dopiero po wielu stuleciach, więc nie sposób określić jej akuratności. Potocznie nazywa się ją "Wkraczaniem w sen". Obecnie nie wiadomo jednak nawet na czym ona polegała. Wielu współczesnych czarodziejów i czarownic, pragnących przywrócić magie druidyczną do codziennego użytku, bada ją z wyjątkowym zainteresowaniem.
Harry z namysłem zamknął książkę i odłożył ją na bok. Wygląda na to, że oto ma kolejne hasło do wyszukiwania. Może powinien poprosić Hermionę o poszukanie tego dla niego? Już spisała mu listę dwudziestu czterech sposobów, w jakich nowe prawa ministerstwa pogwałcały poprzednie prawa wilkołaków i powoli zaczynało się jej nudzić. Rana, którą otrzymała od klątwy tnącej Rosiera w Bitwie o Hogwart, wciąż poważnie ograniczała jej możliwości ruchu, a, oczywiście, już zrobiła całą pracę domową, jaką dostali na wakacje.
Harry zdmuchnął świeczkę i położył się. Draco momentalnie obrócił się i wtulił twarz w ramię Harry'ego, wydając przy tym stłumione prychnięcie. Wciąż się nie obudził.
Harry pogłaskał go po głowie. Następnie zamknął oczy i powiedział sobie stanowczo, że idzie spać i nie będzie się teraz już niczym więcej martwił. Potrzebował odpocząć.
Poza tym, już i tak stworzył plan lekcji, którym miał zamiar się zająć przez kilka najbliższych tygodni, jakie zostały do powrotu do Hogwartu, w którym zawarł wszystko, czym potrzebował się zająć – między innymi spędzaniem większej ilości czasu z Connorem. Słowa Parvati naprawdę głęboko go zakuły. Nie był bratem, którym mógł być, a przecież nie mógł poprosić kogoś o pomoc przy tym zadaniu, jak to już robił w kwestii szpiegowania czy badań. Dlatego też pójdzie i zacznie być bratem, którym może być.
– Musicie się skoncentrować. – Głos Petera był lekki i łagodny, ale Harry i tak słyszał, że mężczyzna ledwie powstrzymuje się od śmiechu. – Pomyślcie o wszystkim, co wiecie na swój temat. Musicie...
– Kiedy nic innego od rana nie robimy – wypalił Draco, otwierając oczy i patrząc gniewnie na Petera. – A ja wciąż nie wiem, jak ma wyglądać moja forma animagiczna. No i skąd mam wiedzieć, które z moich cech odzwierciedlą się w moim zwierzęciu? Przecież jesteś szczurem, a nie wszystko w tobie na to wskazuje.
– Może zaczniesz od skupienia się na tym, że jesteś nieznośnym gnojem – powiedział Connor ze swojego kąta. – Spędzisz nad tym więcej jak tylko jeden poranek, Malfoy, przecież Peter cię o tym uprzedzał.
Harry westchnął, kiedy Draco ponownie obrócił się w kierunku Connora, żeby na niego nakrzyczeć. Wydawało mu się, że to ma szansę zadziałać, ponieważ Peter zgodził się nauczać całą ich trójkę – Draco upierał się, że też chce się przyłączyć – dzięki czemu będą mieli szansę na osiągnięcie swoich animagicznych form w tym samym czasie. Póki co jednak, Draco jęczał i zrzędził, a Connor, który zajmował się tym zdecydowanie dłużej od nich i faktycznie chciał słuchać tego, co Peter miał do powiedzenia, wybuchał za każdym razem, kiedy Draco zanadto wlazł mu na nerwy. Peter w sumie tylko przyglądał się temu wszystkiemu, czasami kręcąc głową, a czasami przygryzając wargę, żeby się nie roześmiać.
– Draco – powiedział Harry. Draco momentalnie skupił się wyłącznie na nim z intensywnością, którą Harry uważał za cokolwiek niepokojącą. Odchrząknął i potrząsnął głową. – Wiesz przecież, że Connor ma rację. Nie poradzisz sobie z tym od razu tylko dlatego, że otrzymałeś Wybitny z teorii transmutacji na swoich SUMach. Nad tym spędza się trochę czasu.
– Trzy lata – potwierdził spokojnie Peter. – Tyle nam to zajęło. Ale nie mieliśmy instruktora – przecież nie mogliśmy poprosić profesor McGonagall o pomoc, bo zapytałaby nas, czemu chcieliśmy to osiągnąć – i popełnialiśmy błędy, ponieważ nie wiedzieliśmy, do czego właściwie odnosiły się książki, które znaleźliśmy w tym temacie. – Pochylił głowę i przysiadł na blacie biurka, stojącego u szczytu pokoju. Znajdowali się w gabinecie w Nadmorskim Basztańcu i choć otaczające ich regały były obecnie puste, to pokój nie stracił swojego splendoru. Trzech chłopców siedziało przed nim na podłodze. – Jeśli nie jesteś w stanie zaakceptować, że spędzisz nad tym wiele czasu, to nie powinieneś w ogóle się tego podejmować. Znalezienie własnego kształtu to tylko pierwszy krok, w dodatku Connor ma rację, to potrafi zająć wiele tygodni.
Connor wyglądał na dumnego z siebie. Draco się nadąsał. Harry westchnął i pochylił się, żeby sięgnąć między dzielącą ich przestrzeń i złapać Dracona za rękę.
– Czemu w ogóle chcesz stać się animagiem, Draco? – zapytał go cicho Harry. – Zastanów się nad tym.
– Ponieważ chcę być przy tobie w każdej możliwej sytuacji – warknął Draco, nawet nie starając się ściszyć głosu. – Przecież lepiej od ciebie radzę sobie w transmutacji. To naprawdę nie powinno sprawić mi większych problemów.
– Wiecie, istnieje pewien powód, dlaczego nie zgłosiłem się na stanowisko profesora transmutacji – rzucił Peter do nikogo konkretnego. – Dobrze radzę sobie z przemianą animagiczną i wiem, jak pomóc komuś w osiągnięciu własnej przemiany, ale to nie to samo, co znajomość teorii transmutowania przedmiotów, czy dusz innych ludzi. Dlatego też nie wydaje mi się, żeby ktoś, kto zna się na teorii, powinien spodziewać się wyników w czasie pierwszego treningu na animaga.
Harry obawiał się, że to wywoła tylko kolejny wybuch Dracona, ale, być może dlatego, że tym razem padło to od Petera, a nie Connora, Draco po prostu przygryzł wargę. Wreszcie kiwnął niechętnie głową.
– Chyba jestem w stanie to zrozumieć – mruknął.
– No to spróbujmy jeszcze raz – powiedział Connor, podskakując w miejscu. – Wiem, że widziałem zarysy mojej wizji akurat wtedy, kiedy Malfoy mi przerwał. – Radośnie zignorował łypnięcie Dracona.
– A co zobaczyłeś? – zapytał intensywnie Peter, nachylając się do niego.
– Coś czteronożnego – powiedział stanowczo Connor. – Coś średniej wielkości, co zdecydowanie miało futro. Czyli ssak, ale przecież istnieje mnóstwo czteronożnych ssaków z futrem. – Zaczął się wiercić w miejscu. Harry uśmiechnął się. Wygląda na to, że wyszedł z tego wszystkiego względnie nienaruszony. Ciekawe, jak mu się to udało. – Chcę wrócić i znowu go zobaczyć.
– Nie widziałeś niczego innego? – zapytał intensywnym tonem Peter. – Żadnej sylwetki?
– Sylwetka właśnie zaczynała się tworzyć, kiedy Malfoy mi przerwał – powiedział Connor, rzucając Draconowi pełne wyższości spojrzenie.
Draco otworzył usta, ale Harry ścisnął jego dłoń.
– Pokaż mu, że jesteś ponad to – wymamrotał, co sprawiło, że Draco zamknął dziób z kłapnięciem i odwrócił wzrok.
– To dobre postępy, Connor – powiedział ciepło Peter. – Ale nawet, kiedy znajdziesz sylwetkę, to wypełnienie jej może zająć ci wiele tygodni, czy nawet miesięcy. James utknął na swojej dobrych kilka tygodni.
Connor zamrugał.
– Jakim cudem? Przecież to był jeleń. Jak można pomylić go z czymś innym?
Peter wzruszył ramionami.
– Wydawało mu się, że poroże było innego kształtu i spędził strasznie dużo czasu na tworzeniu rogów kozich, czy łosia. Ten proces bywa najeżony pułapkami, które pochodzą głównie z naszych przekonań, jakie mamy na własny temat. Jak już wspomniałem, ciężko było mi zaakceptować, że okazałem się szczurem. Syriusz spędził dużo czasu na przyjmowaniu do wiadomości, że przyszło mu być akurat czarnym psem, bo uważał to za zbyt oczywiste odniesienie do swojej rodziny. Dlatego powinniście spróbować zobaczyć to, co tam naprawdę jest, zamiast wyobrażać sobie, co chcielibyście tam zobaczyć.
Connor kiwnął głową i zamknął oczy. Harry szturchnął Dracona pod żebra, więc Draco westchnął i zamknął oczy. Harry tylko przymknął swoje, bo to bardziej pomagało mu się skoncentrować; ilekroć próbował je zamknąć, umysł zbyt szybko ześlizgiwał mu się na wszystko inne, czym musiał się zająć, zamiast pozwalać mu się skupić na obecnie prowadzonej lekcji.
Był całkiem przekonany, że okaże się rysiem, ale to prawdopodobnie dlatego, że przybierał taki kształt w czasie swoich wizji od Voldemorta. Peter ostrzegł go, że przekonanie o własnym kształcie potrafi być największą blokadą przed wyobrażeniem sobie prawdziwego. Harry starał się pomyśleć, czemu nie miałby być rysiem, ale jego umysł ciągle do tego wracał.
Czemu w ogóle stałem się rysiem? Chowałem się w tym kształcie, jakby miał mnie ochronić w czasie wizji – i tak było, bo dzięki niemu pozostawałem w cieniach i łatwo schodziłem wszystkim z drogi. Ale czemu akurat taki kształt? Czemu nie ptak, na którego skrzydłach mógłbym uciec przed niebezpieczeństwem? Przecież musi istnieć jakiś powód, dla którego to był właśnie ryś.
Jego umysł zaczął błądzić, muskając cechy, którymi zwykle opisywano rysie w legendach i powieściach. Harry przypomniał sobie rysie, opisywane jako bystrookie, wdzięczne, piękne, najsprytniejsze pośród kotów. Uśmiechnął się lekko. Miło byłoby wyobrażać sobie, że taki właśnie był, ale przecież miał na swoim koncie naprawdę wiele wybitnie durnych decyzji i umykały mu prawdy, które miał tuż przed nosem.
Ile razy jeszcze do tego dojdzie? Czy to ma jakieś znaczenie, jeśli człowiek znajdzie swój kształt w danym momencie swojego życia? Może jeszcze dwa lata temu miałem się stać rysiem, ale teraz stałbym się kimś zupełnie innym?
Harry'ego kusiło odrzucenie od siebie tego pomysłu, po prostu dlatego, że Peter przecież pozostał szczurem całe swoje życie, a James był jeleniem na długo po tym, jak, przynajmniej według Harry'ego, opuściła go wszelka duma i szlachetność. Nie wiedział jednak dość o procesie stawania się animagiem, by stwierdzić to na pewno.
Czyli to kolejna sprawa, o którą powinienem zapytać Petera.
Po jakimś czasie Peter powiedział im, że mają otworzyć oczy i przerwać medytację. Następnie kazał Connorowi iść, poczytać o czworonożnych ssakach. Connor kiwnął głową, okazując entuzjazm, którego Harry nie widział u niego w przypadku innych kwestii niż quidditch.
Z drugiej strony, czy ja w ogóle wiem, czego on lubi się uczyć? Nie dzielę z nim nawet połowy zajęć, w dodatku wybrał sobie opiekę nad magicznymi stworzeniami. Co jest kolejną sprawą, o której wciąż nie porozmawialiśmy.
Jak Harry zaczął się nad tym zastanawiać, to zszokowało go, jak niewiele w sumie wiedział o własnym bracie i to nie tylko w kwestiach, które poruszyła Parvati. Patrzył, jak Connor wychodzi z pokoju i poczuł w sobie puls pragnienia podążenia za nim. Chciał z nim porozmawiać i to nie tylko dlatego, że Parvati mu to zaproponowała. Chciał to zrobić po prostu dlatego, że tego chciał.
Ale nie mógł tego zrobić w tej chwili, ponieważ musiał porozmawiać o czymś z Peterem, skoro już znajdowali się w jednym pokoju. Westchnął cicho i odwrócił się do Petera, mimo że Draco zatrzymał się w drzwiach, wyraźnie pragnąc już stąd uciec.
– Peter?
Peter podniósł wzrok.
– Tak?
– Wiem, że to dziwne pytanie, ale jesteś ostatnim znajomym moich rodziców, któremu mogę zaufać – powiedział Harry. Imię Remusa zawisło między nimi, ciężkie i niedopowiedziane. Peter kiwnął głową i odłożył książkę, którą właśnie zaczynał podnosić. – Wydaje mi się, że przepowiednia, która sprawiła, że Voldemort nas naznaczył, może spełnić się więcej niż raz. – Peter po raz kolejny przytaknął; Harry wspomniał mu o tej spekulacji, kiedy przybył do Hogwartu, żeby pomóc w przygotowaniach przed bitwą na letnie przesilenie. Petera poświęcono z powodu oryginalnej przepowiedni Trelawney, więc opowiedzenie mu o ewentualnych komplikacjach wydawało się Harry'emu po prostu fair. – Nie wiem jednak, czy ona naprawdę pasuje pod każdym względem do Dumbledore'a. Wiem, że Lily i James trzykrotnie oparli się Voldemortowi w czasie Pierwszej Wojny i właśnie dlatego Dumbledore'owi wydawało się, że ich synowie mogą pasować do przepowiedni. Ale czy moi rodzice oparli się kiedykolwiek Dumbledore'owi? Czy on naprawdę może pasować jako pierwszy Mroczny Pan w przepowiedni?
Peter przymrużył z namysłem oczy.
– Będę musiał się nad tym zastanowić, Harry. Nie przypominam teraz sobie wszystkich sytuacji, które mogły mieć znaczenie. Ale instynkt podpowiada mi, że owszem, tak było. Na pewno liczyłby się tu pewien przypadek z ich siódmego roku.
Harry przechylił głowę.
– Co się wtedy stało? – Lily nigdy mu o tym nie wspomniała... ale z drugiej strony przecież chciała, żeby Harry kochał Dumbledore'a i za nim podążał, a nie kwestionował jego decyzje. Gdyby kiedykolwiek wspomniała mu, że zwróciła się przeciw niemu, to mogłaby zasiać w sercu swojego syna ziarno niepewności.
Lily strasznie ostrożnie się ze mną obchodziła. Harry poczuł bolesne dźgnięcie bólu na tę myśl. Aż zanadto.
– Większość starszych Gryfonów wiedziała, że po szkole wyruszą na wojnę – zaczął Peter, ponownie opierając się o biurko. Harry usłyszał, jak Draco wzdycha ze zniecierpliwieniem za nim. Zignorował go. Jeszcze nigdy nie słyszał tej historii, a mogła zawierać w sobie istotne szczegóły dotyczące tego, jak pokonać Voldemorta i kogokolwiek, kogo przepowiednia naznaczy jako trzeciego Mrocznego Pana. – Albus poprosił nas o to, a my go kochaliśmy i podziwialiśmy, w dodatku osobiście nas wytrenował. Więc się zgodziliśmy. Ale James przeżył ulotny okres buntu w czasie siódmego roku. Wydaje mi się, że miało to jakiś związek z tym, że jego rodzice, a twoi dziadkowie, umarli w czasie wakacji poprzedzających siódmy rok, przez co James stał się głową swojej rodziny. Byli starymi czarodziejami, kiedy się urodził; prawie nie mieli już nadziei na dziecko. Dlatego też ich śmierć przyszła naturalnie, ale też przypomniała Jamesowi, że lada moment skończy szkołę i jego własna śmierć może nadejść w nie tak naturalnych okolicznościach. Uznał, że na świecie musi być coś ważniejszego od wojny. Zaczął planować dezercję, życie na własną rękę z dala od wpływów Albusa. – Peter potrząsnął głową. – Usłyszałem o wszystkim już po fakcie, więc nie wiem nawet, jak określone były te jego plany... czy chciał udać się, na przykład, do Francji, gdzie tak wielu uczniów z innych domów szukało schronienia. Ale chciał uciec. A ponieważ był nielegalnym animagiem, o czym nawet Albus wtedy jeszcze nie wiedział, to mógłby przez bardzo długi czas unikać wykrycia. A nasza grupa przecież by go nie wydawała. Problem polegał na tym, że chciał zabrać ze sobą Lily, ale wiedział, że była znacznie bardziej oddana Albusowi, niż on. Dlatego odkładał to i odkładał, aż pewnej nocy... – Peter urwał z zakłopotaniem.
– Zaciągnął ją do łóżka i przeleciał – powiedział Harry i potrząsnął głową, kiedy Peter zalał się jeszcze głębszym rumieńcem. – Bez obaw, Peter. Nie lubię myśleć o własnych rodzicach uprawiających seks, ale przecież wiem, że musiało do tego dojść przynajmniej raz. – Tu wskazał na siebie.
Peter kiwnął głową.
– No i ją przekonał. Uciekli. Opuścili szkołę w piątek w nocy i ludzie właściwie nie zauważyli, że ich nie było, póki nie doszło do treningu quidditcha i ktoś zorientował się, że Jamesa nie ma i to tym razem nie dlatego, że gdzieś się dąsa po kłótni z Lily. Więc Albus zaczął się szykować do poszukiwań. Ale wrócili, zanim cokolwiek zorganizował. Wyglądali na koszmarnie zawstydzonych, ale James już nigdy więcej się nie zawahał. Nie wiem, co Lily mu wtedy powiedziała, ale wiem, że to przez nią wrócili.
Oczywiście że tak, pomyślał Harry. Wiedział, że Dumbledore zaczął „nauczanie" Lily już na jej trzecim roku. Do czasu siódmego musiała być już tak spętana łańcuchami poświęcenia, że nawet wpływ ukochanego przez nią chłopca nie mógł ją odciągnąć na długo.
– A właściwie to czemu tak niewiele o tym wiesz? – Draco brzmiał na zainteresowanego, nawet jeśli podchodził do tego wyjątkowo niechętnie. – Skoro żaden z was by go nie zdradził, to czemu ci o tym nie powiedział?
Harry poderwał wzrok akurat w porę, żeby zobaczyć niezwykle zgorzkniały uśmiech w kącikach ust Petera. Spróbował się go pozbyć, ale już się pojawił i Harry skrzywił się na wspomnienie tego, jak Huncwoci traktowali Petera. Jego oddanie nigdy nie zostało odpłacone oddaniem.
– Och, Syriusz i Remus wiedzieli – powiedział Peter. Kręcił różdżką w palcach, jego głos był chłodny i opanowany, a lekką tylko poświatą emocji, bardzo podobnej do nienawiści. Harry wiedział, że to właśnie czeka, niczym czarna woda, zaraz pod powierzchnią. – Ale mi nie powiedzieli. Wciąż godzili się z moją formą animagiczną i wszystkim, co mogła oznaczać. Najwyraźniej obawiali się, że pisnę komuś słowo, jak tylko ktoś mnie przyciśnie. – Niebieska iskra wystrzeliła z jego różdżki i uziemiła się bezpiecznie w dywanie.
Peter szybko się opanował. Harry zobaczył, jak mężczyzna kręci głową i przestaje bawić się różdżką. Kiedy podniósł na nich wzrok, jego twarz odzwierciedlała spokój, jaki pragnął przed nimi udawać. A może po prostu nałożył lepszą maskę.
– Żeby nie było, poniekąd ich rozumiem – powiedział. – Wciąż zmieniałem się wtedy z koszmarnego gnoja, jakim byłem na piątym i szóstym roku, w kogoś znacznie lepszego. Nie zdradziłbym ich, jasne, ale przecież o tym nie wiedzieli. Nie wiedzieli, co w ogóle o mnie myśleć. Zmieniałem się i nie wiedzieli, czemu.
– A czemu się zmieniłeś? – zapytał wyzywająco Draco.
Peter wzruszył ramionami i tym razem Harry uznał, że jego uśmiech był nieprzenikniony, niczym ściana.
– Z wielu powodów.
Harry rozpoznał to, jako koniec tej rozmowy, więc złapał Dracona i wyciągnął go z pokoju, mimo że ten wciąż wyglądał, jakby chciał zadać jeszcze wiele innych pytań. Ruszył jednak za nim, burcząc ponuro pod nosem.
– Czasami nie wiem, jak się do niego zwracać – powiedział Harry'emu, kiedy skręcili za róg, w kierunku jednej z bibliotek. – W ogóle nie zachowuje się jak człowiek, który spędził dwanaście lat w Azkabanie, a potem nagle robi coś, co mi o tym przypomina.
Ja tam zastanawiam się, jak wiele z niego nigdy nie zobaczyliśmy, pomyślał Harry.
– To jak, chcesz jeszcze o tym porozmawiać, czy jednak się za to zabierzesz? – Draco leżał na przełaj łóżka Harry'ego, opierał podbródek na złożonych dłoniach, a na jego twarzy rozpościerał się rozleniwiony, usatysfakcjonowany uśmieszek.
– Zabieram się. – Harry łypnął na niego, po czym odwrócił się z powrotem do Argutusa. Wąż omenu pozostawał statecznie zwinięty wokół jego lewego przedramienia, jego łuski wiernie odzwierciedlały lewy nadgarstek Harry'ego i unoszący się nad nim blask mrocznej magii. Harry wiedział już, że była to klątwa permanentności, która zapobiegała dowolnym próbom przyczepienia jakiejkolwiek kończyny do jego kikuta, a po długich badaniach wreszcie udało mu się znaleźć na to przeciwzaklęcie.
Zawiesił dłoń nad nadgarstkiem i nabrał głęboko tchu.
– Pausa iam – wymamrotał.
Czarny poblask na łuskach Argutusa zaczął rosnąć, rozprzestrzeniając się niczym wybuch na słońcu. Harry pozostał w bezruchu, nawet kiedy całe lewe przedramię zaczęło go piec i swędzieć. Książka, w której znalazł przeciwzaklęcie, naciskała na to, jak ważne w tym momencie było pozostanie w bezruchu, inaczej magia może znaleźć sobie jeszcze głębsze zaczepienie, a tak była po prostu wyciągana na siłę z głębi jego kości.
Zaklęcie wreszcie splunęło, warknęło, po czym zniknęło w niewielkiej implozji. Harry zadygotał, czując całej ręce przeszywający ból, ale to przynajmniej szybko przeminęło. Wyprostował się i spojrzał na Dracona, podnosząc lekko brew.
– To już druga – powiedział cicho. Pierwszą klątwę usunął w Sanktuarium. – Jeszcze dwie, potem wielka i powinienem być w stanie przyczepić sobie nową dłoń. – Pogłaskał Argutusa po łbie w podziękowaniu, a wąż omenu odwinął się z niego i ześlizgnął na podłogę, po czym wypełzł z pokoju. Harry podejrzewał, że miał zamiar kąpać się w promieniach słońca na klifach. W Nadmorskim Basztańcu niewiele było okien, więc ich światło przemieszczało się zdecydowanie za szybko jak na gust Argutusa.
– To wspaniale – powiedział Draco niemal bezgłośnie, po czym opamiętał się, wyglądając na niego zawstydzonego. – Znaczy, nie chcę przez to powiedzieć, że nie jesteś przystojny bez jednej ręki, Harry, bo jesteś, absolutnie jesteś. Ale pomyśleć, że będziesz miał znowu obie dłonie, kiedy Bellatrix i Voldemort tak strasznie starali się upewnić, że nie będziesz mógł...
– Albo po prostu chcieli, żebym był zdesperowany – mruknął Harry, wstając i przeciągając się. – Nie wydaje mi się, żeby Voldemort przewidział, że opuszczę ten cmentarz żywym.
Draco parsknął i przetoczył się.
– Co za debil. Ale to już ustaliliśmy... gdzie idziesz? – dodał ostro, kiedy Harry ruszył do drzwi.
Harry obejrzał się przez ramię z zaskoczeniem.
– Spędzić trochę czasu z Connorem. Przecież ci powiedziałem, że się nad tym zastanawiałem.
Draco skrzywił się i sięgnął do kieszeni szaty. Harry przyglądał mu się, nie rozumiejąc, póki Draco nie wyciągnął drewnianej monety i rzucił w niego. Harry złapał ją odruchowo i przyjrzał się jej. To była moneta, którą cisnęli w niego zamachowcy w ministerstwie, naznaczona wzbijającym się do lotu, uskrzydlonym koniem.
– Wydaje mi się, że ustalenie, kto to było, jest nieco ważniejsze – powiedział Draco.
Harry stłukł swoją irytację, zmuszając się do uspokojenia. Przecież wiem, że nie podoba mu się, że Connor radzi sobie lepiej od niego w treningu animagii. Podrzucił monetę z powrotem do Dracona.
– Kiedy już to wiem – powiedział. – To w sumie żadna tajemnica. Poprosiłem Zachariasza o sprawdzenie tego dla mnie, ponieważ wiem, że ma kontakty w ministerstwie. To symbol Tarczy Graniana, grupa bojowników, zajmujących się hodowlą uskrzydlonych koni. To oni walczyli z ministerstwem, kiedy miały wejść nowe podatki dotyczące sprzedaży źrebiąt, czy ograniczenia hodowli.
Draco zagapił się na niego.
– No to trochę głupio z ich strony, że tak otwarcie zadeklarowali, kim są – powiedział wreszcie.
Harry wzruszył ramionami.
– Może, może i nie. Nikomu tak naprawdę nie udało się ustalić pełnej listy członków Tarczy Graniana. Albo naprawdę dobrze radzą sobie z urokami, albo mają po swojej stronie kogoś, kto zna się na transmutacji twarzy i jest w stanie przywrócić ich do poprzedniego wyglądu. W dodatku sami hodowcy potępiają stosowane przez nich taktyki. Podejrzewam, że obawiają się, że wyzwolę ich graniany, czy inne uskrzydlone konie z ich hodowli. Nie jestem jednak przekonany, że to bezwzględnie musi oznaczać ich udział. – Kiwnął głową w kierunku monety w dłoni Dracona. – Wydaje mi się, że Falco Parkinson już wtedy mnie szpiegował i wyjawił zamachowcom czas mojego spotkania ze Skeeter. Ustawiłem już osłony, które więcej mu na to nie pozwolą. Równie dobrze jednak mógł wykorzystać do tego pozostałości po Zakonie Feniksa.
– Nie podoba mi się to – powiedział Draco. – Wydaje mi się, że powinieneś zostać tu ze mną, żebyśmy mogli porządnie to omówić.
Harry prychnął.
– Wiem dobrze, że nie o tym chcesz rozmawiać.
Draco westchnął i wywrócił oczami.
– I to niby jakaś zbrodnia?
– Nie – powiedział cicho Harry. – Ale naprawdę chcę teraz spędzić trochę czasu z własnym bratem, Draco.
– Czyli wszystko sprowadza się do braku czasu.
– I tego, że ktoś przypomniał mi, że nie spędzam z Connorem dość czasu, a przecież mógłbym – zgodził się z nim Harry, po czym odwrócił się. Nawet, kiedy już szedł korytarzem, wciąż czuł rosnącą za nim irytację Dracona, który już niczego więcej nie powiedział.
I dobrze. Harry potrząsnął głową. Musiał przyznać, że te wszystkie nawarstwiające się problemy też zaczynały go irytować.
Ale przecież zdecydował się na udział w większości z nich, choćby poprzez własne przysięgi, czy przyjęcie pozycji, z której mógł sprawować władzę nad innymi ludźmi, więc nie mógł narzekać i jedyne, co mu pozostało, to dać z siebie wszystko. Poza tym, to było haniebne, że dopiero dziewczyna Connora poinformowała go, że go zaniedbuje. Harry przecież sam powinien był się zorientować.
Connor usiłował zrozumieć, o co właściwie Harry'emu chodzi, naprawdę, ale póki co Harry się jąkał i gubił słowa, więc wyglądało na to, że nikomu chwilowo nic nie wychodziło. Connor niemal żałował, że Harry nie miał przygotowanej jakiejś mowy. Naprawdę podobała mu się przemowa, jaką Harry wygłosił o niewymownych, bo zrozumiał ją w całości.
– Ale chcesz się bawić – powiedział, próbując przejść do rzeczy.
Harry wzruszył ramionami, jakby było mu głupio, po czym zaszurał trampkiem o podłogę w sypialni Connora.
– Chcę się pobawić z tobą – powiedział. – Stęskniłem się za tobą, Connor. Chcę spędzić z tobą trochę czasu.
– Przecież spędzasz – powiedział zdumiony Connor. – Codziennie widzimy się razem na treningu z animagii.
– Czasu poza lekcjami – wyjaśnił Harry, brzmiąc na jeszcze bardziej zakłopotanego.
– No to trzeba było tak od razu – powiedział Connor, odkładając na bok swoją książkę o animagach. Póki co udało mu się odrzucić względnie niewiele zwierząt; jak już wspomniał Peterowi, istniało naprawdę wiele, wiele średniej wielkości czworonożnych ssaków. – Możemy poćwiczyć quidditch, jeśli chcesz?
Harry uśmiechnął się, jakby kompletnie wyleciało mu z głowy, że istnieje coś takiego jak quidditch, ale z przyjemnością sobie o tym przypomniał.
– Chętnie.
Connor podszedł do kąta swojego pokoju, gdzie znajdował się jego Nimbus, podczas gdy Harry rzucił zaklęcie przywołujące, żeby ściągnąć do siebie Błyskawicę, co wydawało się jego ulubionym sposobem na przyciąganie jej. Connor przyglądał się kątem oka swojemu bratu, kiedy biegli truchtem do wyjścia Nadmorskiego Basztańca, które prowadziło na klify. Spięte linie nerwów i zmęczenia powoli opuszczały twarz Harry'ego, który uśmiechał się przelotnie od czasu do czasu, jakby wyobrażał sobie chwytanie znicza.
Czyli to mu dobrze zrobi. Connor wziął pod uwagę coś, co nigdy wcześniej nie przyszło mu do głowy – a już z pewnością nie w czasach, kiedy sam myślał o sobie jak o Chłopcu, Który Przeżył. Pewnie to nieustanne bohaterowanie zaczyna go już męczyć.
Wyszli na brzeg klifu i Connor poczuł w dole uderzenie i plusk fali. Odetchnął głęboko słonym powietrzem. Było orzeźwiające i przyszło mu go głowy, że ciekawie byłoby wlecieć na miotle w miejsce, w którym podmuchy wiatru krzyżowały się ze sobą i rozbiegały po zderzeniu z kamienną ścianą. Wskoczył na Nimbusa i poleciał w bok.
– Nie fair! – jęknął za nim Harry, ale szybko wskoczył na własną miotłę, a Connor wiedział, że Błyskawica bez trudu dogoni Nimbusa, dlatego też nie przejmował się w tym momencie, czy to było fair, czy nie. Bardziej go ciekawiło, czy może w ogóle lecieć przed siebie wbrew rozhulanemu wokół wiatrowi, czy też będzie zmuszony skręcić.
Chyba jednak muszę, pomyślał, kiedy prąd powietrza miotnął nim w kierunku klifu. Connor zawrócił miotłę, nacierając wprost na podmuch, który swoim naciskiem przykleił mu szaty do ciała. Connor krzyknął radośnie. Zastanawiał się, czy Harry w ogóle go usłyszał; wiało tak mocno, że pewnie nie.
Zaczął dygotać z zimna i żałował, że nie spędził chwili na założenie na siebie swojego stroju do quidditcha, albo przynajmniej rękawic, ale szybko stłamsił to pragnienie. W końcu nie było aż tak zimno, nawet jeśli podmuchy miały w sobie zębiska oceanu. Wzniósł się wyżej i zaczął lecieć ponad Atlantykiem.
Morze pod nim było szare, rozległe, migocące i pełne opadających fal o białych czubkach. Connorowi przyszło do głowy opadnięcie i zanurzenie stóp w wodzie, ale uznał, że będzie grzeczny. Harry pewnie spanikowałby, gdyby Connor podjąłby się czegoś takiego na jego oczach bez odpowiedniej ochrony.
Jego myśli błądziły tak jeszcze przez chwilę, póki nie obrócił się, żeby zobaczyć, co porabia jego bliźniak i zobaczył, jak Harry nurkuje prosto w dół, ewidentnie usiłując wykonać Zwód Wrońskiego z niewystarczającej do tego wysokości. Poderwał miotłę w samą porę, żeby uniknąć zderzenia z wodą, ale zanim zdążył się wznieść, z boku natarła na niego potężna fala, przykrywając go w całości. Harry skrzeknął i zaczął pluć słoną wodą. Cały ociekał, a jego okulary były tak mokre, że Connor nie pojmował, czemu ich jeszcze nie zdjął. Connor roześmiał się głośno, niespodziewanie znacznie bardziej szczęśliwy od czasu, kiedy dowiedział się, że Harry musi wyjechać do Sanktuarium i dlaczego.
– Żadnej orientacji w terenie! – zawołał.
– Akurat bo tobie wyszłoby lepiej! – wypalił Harry.
Connor prychnął.
– Czy ty w ogóle wiesz, kim ja jestem? – krzyknął, sterując miotłą pośród wyjątkowo ostrego wiatru. – Nie jestem po prostu szukającym, jestem szukającym Gryffindoru. To automatycznie oznacza, że jesteśmy gotowi na ryzyko, którego tchórzliwi Ślizgoni w życiu by się nie podjęli.
Kiedy wymawiał te słowa, dotarło do niego, że jeszcze dwa lata temu powiedziałby je na poważnie. I choć ciężko było zobaczyć to z tej odległości i poprzez ochlapane wodą szkła, to wydawało mu się, że Harry otworzył szerzej oczy, słysząc jego słowa, jak i żartobliwy ton.
Tak strasznie zmieniliśmy się od tamtego czasu, pomyślał z satysfakcją Connor. Starali się nas uformować, a i tak wygraliśmy. Takiego wała, Lily.
Jeśli jednak dalej tak będzie myślał, to prędzej czy później umysł podsunie mu rozważania o Syriuszu, za którym Connor wciąż tęsknił, dlatego też wyrzucił je z głowy i skupił się na odpowiedzi Harry'ego.
– Chyba chciałeś powiedzieć, że Gryfoni myślą jajami, a nie głową – powiedział beztrosko Harry. Wyciągnął rękę przed siebie, łapiąc Błyskawicę kolanami, a na jego dłoni uformowała się kuleczka złotego światła, mniej więcej wielkości znicza. Connor przymrużył oczy, wbijając w nią wzrok, kiedy Harry podrzucił ją w powietrze i ponownie złapał. – Ale też znacznie częściej od nas blefują.
Connor prychnął.
– Akurat.
– No to zobaczmy, czy ją złapiesz. – Harry cisnął kuleczką światła daleko od siebie. Poleciała lekkim łukiem w kierunku fal, od czasu do czasu rozmazując się na wietrze. – Dozwolony jest wyłącznie Zwód Wrońskiego.
Connor zarzucił głową i zadarł lekko w górę trzonek swojej miotły. Wiedział, że szczerzy się jak idiota, ale miał to gdzieś. Merlinie, jak fajnie. Zaczekał, aż zniczowata kuleczka opadła na jedną z fal i zanurkował.
Wiatr był tak silny, że poczuł się, jakby ktoś przywalił mu z pięści w twarz. Mróz szczypał go tak mocno, że ręce mu się trzęsły. Zdawał sobie sprawę, że otaczało go już nie tylko powietrze, ale i krople wody, i o ile powietrze było mu znane, to kilka minut przyglądania się oceanowi z pewnością nie wystarczyło, by go w pełni zrozumieć.
Miał to gdzieś. Jeszcze nigdy się tak dobrze nie bawił.
Poderwał miotłę dopiero nad samą falą, wyciągając prawą rękę. Zacisnęła się wokół kuleczki złotego światła, która ogrzała mu lekko dłoń, po czym otworzył usta, żeby zawyć ze szczęścia.
Zamiast tego wypełniły się nagle wodą i koszmarnie słonym posmakiem. Connor poczuł, jak opadająca właśnie fala chwyta po drodze witki jego miotły, ciągnąc ją akurat wystarczająco, żeby wytrącić go z równowagi, kiedy spróbował ponownie wzbić się w powietrze. Opadł w bok, prąd pierwszej fali wywrócił go do góry nogami, a kolejna pociągnęła go w dół.
Connor trzymał jedną ręką miotłę, a drugą kuleczkę złotego światła, co oznaczało, że nie miał jak zasłonić sobie usta i nos. Przełknął koszmarną ilość soli i zaczął kaszleć. Słyszał, że morska woda nie zabija po pierwszym wypiciu, ale i tak była obrzydliwa. Może zabijała dopiero po drugim, czy trzecim łyku.
Podciągnął nogi do piersi i kopnął z całych sił. To pomagało mu, kiedy pływał w niewielkim stawiku obok domu w Dolinie Godryka. Ale Atlantyk nie był stawem. Wyprostowane nogi zostały pochwycone przed jakiś prąd, który płynął wbrew temu, na którym Connor właśnie się unosił, co obróciło nim niespodziewanie. Przez cały czas woda naciskała mu na pierś niczym ogromna dłoń i coraz więcej wpływało mu jej do nosa i ust, a potem nagle nie mógł już oddychać i oczy piekły go tak strasznie od soli, że chciał je zamknąć i nie wiedział nawet, którędy na powierzchnię.
Wydawało mu się, że Harry go woła, ale może po prostu dlatego, że tak strasznie pragnął to usłyszeć. W uszach mu dzwoniło, a serce waliło w piersi tak głośno, że przecież nic nie byłoby w stanie przebić się przez taki hałas.
A potem złapała go ręka i coś niewidzialnego, co, jak Connor się później domyślił, musiało być potężnym zaklęciem lewitującym, po czym wspólnie wyciągnęły go z wody. Connor spróbował nabrać tchu, nie pojmując, czemu wciąż nie może oddychać, kiedy nagle z ust wylał mu się potężny strumień wody, odpowiadając mu na to pytanie. Zakaszlał z paniką. Harry zaczął klepać go po plecach, co tylko wylało z niego jeszcze więcej wody.
– Connor, słyszysz mnie? – Harry brzmiał na przerażonego. – Czy jesteś w stanie kiwnąć głową?
No oczywiście, że był w stanie; Connor pozwolił, żeby głowa opadła mu do przodu, po czym podźwignął ją z powrotem, przetaczając ją po swoim ramieniu. Harry zadławił się własnym, zrozpaczonym jękiem, a jego ręka i zaklęcie lewitujące podjęły pracę w oklepywaniu pleców Connora. Connor mrugał i mrugał i po chwili zrozumiał, co właściwie widzi. Leżał na Błyskawicy Harry'ego, patrząc się na rozpościerające się pod nimi morze, podczas gdy jego Nimbus wisiał za nim, a jego prawa dłoń wciąż trzymała złotą, zniczową kuleczkę.
Był bezpieczny. Odprężył się na tyle, na ile był w stanie, podczas gdy Harry wciąż go tłukł, bo znów był w stanie mówić, a wiedział, co chce powiedzieć.
Pluł, dyszał, kaszlał i czkał, póki połowa Atlantyku, którą najwyraźniej połknął, wylądowała z powrotem na miejscu. Harry pomógł mu usiąść i nawet na chwilę nie zamykała mu się jadaczka, zarówno z paniki, jak i ulgi.
– Connor, tak strasznie cię przepraszam... nie powinienem był robić czegoś takiego... co ja sobie myślałem...
Connor podniósł prawą rękę i otworzył ją, pokazując mu złotą kulkę. Harry ucichł; Connor miał wrażenie, że z szoku.
– Mówiłem, że Gryfoni nie blefują – powiedział Connor, którego głos wciąż był znacznie bardziej zachrypnięty, niż mu się to podobało, ale wyraźnie dobijając swego.
Zgodnie z jego przewidywaniami, jego brat wrócił do bełkotu.
– Ale prawie cię zabiłem i to w ramach jakiegoś głupiego popisywania się...
– Kiedy ja się naprawdę dobrze bawiłem – powiedział stanowczo Connor. Zastanowił się przez chwilę, po czym dodał: – No dobra, poza tą chwilą, w której prawie się utopiłem.
Harry niczego nie powiedział.
Connor wykręcił się, puszczając zniczową kuleczkę, żeby móc złapać za ramię Harry'ego i spojrzeć w jego zmartwione oczy.
– Naprawdę dobrze się bawiłem – powiedział. – Nie jesteś odpowiedzialny za każdą, najmniejszą głupotę, jaka mi się przytrafi, Harry. A to było przynajmniej zabawne. Odrobina niebezpieczeństwa jest fajna, wiesz? – Wyszczerzył się. – W końcu jestem Gryfonem.
– Ale gdybym tylko nie...
– Ale to zrobiłeś, a ja rzuciłem się w pościg i dobrze się bawiłem – powiedział Connor. Zaśmiał się. – No i udowodniłem, że jestem lepszym szukającym od ciebie, bo jestem gotów na większe ryzyko dla mojej drużyny. Patrz!
Przerzucił nogi nad miotłą Harry'ego i zeskoczył. Harry zawył tak, jak tylko Parvati byłaby w stanie. Connor jednak nawet na chwilę nie puścił swojego Nimbusa i po pełnej adrenaliny chwili, kiedy leciał swobodnie w dół, usiłując ułożyć pod sobą miotłę, pomknął z powrotem do Harry'ego i zatoczył lekkie koło wokół niego, śmiejąc się radośnie.
– Naprawdę powinieneś się odprężyć, Harry – powiedział bratu. – Nie powinno się tak wrzeszczeć w czasie wygłupów.
Harry tylko pokręcił głową, przyglądając mu się. Connor zamrugał.
– No co?
– Zastanawiałem się, jakim cudem pozostałeś taki otwarty w obliczu wszystkiego, co ci się przytrafiało – mruknął Harry. – Teraz zaczynam dochodzić do wniosku, że miało to wiele wspólnego z rozwinięciem w sobie poczucia humoru i nie rozpaczaniem nad przeszłymi błędami.
Connor wyszczerzył się.
– To prawda, Harry, masz w tym pewne braki.
Harry pokiwał głową, po raz kolejny zdecydowanie nazbyt poważnie. Connor zmienił temat.
– Tak w ogóle, to jakim cudem wciągnąłeś mnie na swoją Błyskawicę? – zapytał. – Wydawało mi się, że Draco zaczarował ją tak, żebyś tylko ty mógł na niej jeździć.
Twarz Harry'ego momentalnie spochmurniała.
– Tak i chyba go za to zabiję – powiedział. – Musiałem przełamać te cholerne zaklęcia, zanim zdążyłem cię wyciągnąć, bo ciągle wyślizgiwałeś mi się przez nie z uchwytu. – Spojrzał z namysłem na Connora. – Jak myślisz, co będzie zabawniejsze: nawrzeszczenie o to na Draco, czy odczekanie, aż sam zauważy, że zaklęcia zniknęły i dopiero wtedy wyjaśnienie mu powodu?
Connor uznał, że Harry ma naprawdę ogromne braki w nauce figli.
– Żadne z nich, oczywiście – powiedział. – Powinieneś wejść sam i udawać, że utonąłem, ponieważ Błyskawica mnie zrzuciła, kiedy starałeś się uratować mnie za jej pomocą. A wtedy ja wyjdę zza Draco i przyprawię go o zawał.
Harry wahał się przez dłuższą chwilę.
– Wiesz, nie sądzę, żeby...
– Przecież zasłużył sobie na to za bycie takim koszmarnym debilem – powiedział stanowczo Connor. – Wiem, że chciał ci dać na urodziny coś, co będzie wyłącznie twoje, ale zaczarowanie Błyskawicy tak, żeby nikt inny nie był w stanie na nią wsiąść, było koszmarną głupotą.
– To fakt – mruknął Harry.
– No właśnie – zachęcił go Connor. – No weź. Tak będzie zabawniej.
Harry znowu się zawahał.
– Nie mówię, że to zrobię – zaczął.
Connor wyszczerzył się i zaczął go przekonywać. Według niego mina Dracona była tego warta, tym bardziej, że Connor chciał nauczyć Harry'ego, jak się dobrze bawić.
I to może nawet ze mną. Tęskniłem za nim.
