Ron zapewnił, że jest mile widziany w Norze. Harry próbował w to wierzyć, lecz miał ku temu małe wątpliwości. Z pewnością, nie był mile widziany przez Ginny. Dziewczyna wysyłała mu aż do dnia wyjazdu wrogie spojrzenia.

Dawniej pewnie bardziej próbowałby rozgryźć zachowanie dziewczyny, lecz nie miał na to siły. Zignorował także zaproszenie Dumbledorea do siebie. Nie miał nic do powiedzenia, nie chciał słuchać półprawd. Profesor również nie ponawiał prośby, widać zrozumiał złość ucznia. Harry wybaczał mu wiele, niedługo pewnie i zatajenie śmieci Natea. Z jednej strony rozumiał dyrektora. Cedric umarł tragicznie, Nate sam zadecydował o swoim losie. Z drugiej, potrzebował na kimś zawiesić swoją złość.

- Są naprawdę ładne – przyznała Hermiona oglądając zamówione przez rękawice.

Z racji, że wyjścia do pobliskiej wioski zostały odwołane, postanowił skorzystać z pomocy przyjaciółki. Dziewczyna podsunęła mu kilka katalogów sklepów, które prowadzą sprzedaż wysyłkową. Zamówił te z smoczej skóry, zapewniały ciepło, a przy okazji pozostawały bardzo eleganckie.

- Brzydkich bym nie zamówił – zażartował Harry i przeciągnął się w fotelu.

Czekali w trójkę w pokoju wspólnym na godzinę dziesiątą, aby zejść i udać się do powozów, które miały zawieść ich na stacje. W pomieszczeniu panował duży gwar rozweselonych uczniów.

- Mimo wszystko, uważam, że nie musisz mu robić prezentów, szczególnie tak kosztownych.

Harry słuchał już kilka razy na ten temat. Ron zaśmiał się i podrzucił złoty znicz, którym się bawił. Dziewczyna musiała po raz kolejny wygłosić swój monolog.

-Poświęca mi tak wiele czasu, co dziwnego w tym, że chce się odwdzięczyć? – Harry pokręcił głową - jak już coś kupuje, to lepszego, a nie zwykłe czekoladki. Po za tym widziałem, że Rose stale trzyma dłonie w kieszeniach.

Kłamstwo, ale nie powie, że nauczyciel sam upomniał się o prezent.

- To jego praca -zauważyła dziewczyna.

- Jego pracą jest prowadzenie zajęć, a nie lekcje dodatkowe. Nie chce umniejszać Remusowi, ale dzięki Roseowi umiem naprawdę dużo. Jeszcze pół roku i będę naprawdę ciężkim przeciwnikiem do pokonania.

- Ah ta skromność – włączył się Ron za co Harry uderzył go szalikiem.

- Po prostu, możesz też wprawić go w krępującą sytuacje.

Harry zakrył twarz dłońmi w geście zażenowania.

- O co ci właściwie chodzi? – zapytał podejrzliwie.

- Spędzasz z nim teraz więcej czasu niż z nami. Pan Rose jest miły. Po prostu… mam wrażenie, że możesz go odrobinę osaczać. Szczególnie po śmierci Natea.

Dziewczyna miała racje, z boku mogło to tak wyglądać.

- Jakby miał coś przeciwko, powiedziałby.

- Początkowo ustalaliście lekcje dwa razy w tygodniu, a teraz biegasz prawie codziennie.

Harry lekko się zapowietrzył. Nie wiedział jak ma wyjść z tej sytuacji.

- Wierz mi, jakby mu to tak przeszkadzało, powiedziałby. Umiem wyczuć, gdy ktoś ma mnie dosyć. Zaufaj mi.

Dziewczyna odpuściła, ale nie przekonał jej. Nagle wszystko ucichło. W wejściu zobaczyli profesor McGonagall. Harry wymienił z przyjaciółmi podejrzliwe spojrzenie. Wizyta opiekunki domu z pewnością nie zwiastowała niczego dobrego. I co najgorsze, nogi kobiety skierowały się właśnie w ich stronę.

- Potter, szukałam ciebie. Nigdzie nie jedziesz – oznajmiła bez jakichkolwiek uczuć, jakby mówiła o padającym za oknem śniegu.

- Że co?! Jadę do Nory, jestem spakowany – wskazał na swoją walizkę.

- Profesor Dumbledore uznał, że tak będzie lepiej. Rozumiesz – ściszyła głos, by nikt obok jej nie usłyszał – względy bezpieczeństwa.

- Mam to gdzieś! – ryknął.

- Profesor Dumbledore jest w swoim gabinecie, jednak…- Harry nie dał jej dokończyć. Ostentacyjnie wstał, chwycił swoją walizkę i skierował się na schody.

- Harry? – krzyknęła za nim Hermiona.

- Idę zostawić swoje rzeczy, zostaje przecież, prawda? Jestem tylko głupim uczniakiem, który nie może decydować sam za siebie. Jestem pełnoletni, ale wszyscy mają to gdzieś!

- Panie Potter! – upomniała go profesorka, lecz nie słuchał. Wtaszczył ciężką walizkę i rzucił ją w kąt.

Położył się na łóżku w pustym dormitorium. Zostanie zupełnie sam. Owszem, analizował pozostanie w zamku, lecz teraz został do tego zmuszony. Nie chciał iść do dyrektora. Szczerze wątpił, że cokolwiek wskóra. Ewentualnie dyrektor powoła się na bezpieczeństwo Weasleyów. Swoje życie chłopak mógł stawać na szali, ale nie rudowłosej rodziny.

- My też zostaniemy stary – powiedział Ron, który wszedł do sypialni z Hermioną. Nie taszczył swojej torby.

- Daj spokój - Harry poniósł się z pozycji leżącej – zaraz minie mi złość. Zasługujecie na odpoczynek od szkoły. Nie patrzcie na mnie – dodał widząc już próbę zaprotestowania przyjaciół - dwa tygodnie szybko minął.

Nie potrzebował litości oraz wiedział, że przyjaciele chcą wyjechać. Nie powinni czuć się zobowiązani dotrzymywać mu towarzystwa.

- I co? Będziesz siedział sam tyle czasu?

- Są uczniowie, którzy przecież zostają. Po za tym oznacza to dużo treningów.

- Harry, profesor Rose z pewnością też chce odpocząć – upomniała go Hermiona.

- Dlatego powiedziałem dużo - odpowiedział ciemnowłosy z błyskiem w oku – inaczej powiedziałbym bardzo dużo. Daj spokój, znam granicę. Nie musisz mnie umoralniać. Przeczytam wszystkie książki, co mi dał i z raz go odwiedzę, by omówić co przeczytałem.

- Powinieneś pójść do Dyrektora. Z pewnością będzie miał do powiedzenia coś sensownego.

- Tak zrobię – przytaknął.

Oczywistym było, że tak nie zrobi, ale to nie miało najmniejszego znaczenia.

Gwar, który wkradał się także do dormitorium ustał. Był to znak, że pora udać się na pociąg.

- Odprowadzę was – poinformował Harry ostatecznie kończąc dyskusje.

Był pewny, że Ginny jak zobaczy, że nie wsiada w pociąg o mało nie pęknie z radości. Chociaż jedna osoba z tego zbiegu okoliczności pozostanie szczęśliwa.

Długo włóczył się po dziedzińcu. Hogwart bez większości uczniów zamieniał się w ponure zamczysko. Niedługo wydeptane dróżki w śniegu zostaną zasypane. Podszedł do chatki Hagrida, ale nie widząc buchającego dymu z komina zrezygnował. Widać gajowego nie było w domu.

Analizował słowa Hermiony odnośnie Rosea. Czasem nauczyciel wykazywał chęci pozbycia się go, lecz zawsze odbierał to jako zwykłe droczenie. Trzeba przyznać, mężczyzna należał do dość emocjonalnych i fochliwych ludzi. Zasadniczo zna go dość krótko. Może zwyczajnie nie ma odwagi, by dosadnie go pogonić. Tylko Harry tak lubił ich lekcje i późniejsze rozmowy. Ciężko nawet stwierdzić, co cenił mocniej.

Zapyta się go. Prosto i jasno porosi o odpowiedź. Dlatego też nieco przemoczony udał się do komnat mężczyzny. Zapukał grzecznie najpierw do sali lekcyjnej. Pozostawała pusta. Potem do części prywatnej. Usłyszał ciche i nieco zaskoczone proszę, więc delikatnie otworzył drzwi.

- Co ty tu ropisz ? – spytał Rose z pełnymi ustami. Siedział na fotelu w dresowych spodniach, które niegdyś Harry miał na sobie, bokserce i zajadał się sernikiem. Ogień dosłownie buchał tworząc w pomieszczeniu niemalże klimat tropikalny.

- Kazali mi zostać – westchnął smętnie Harry i wszedł do pomieszczenia.

- Kto? – zaciekawił się nauczyciel.

- Dyrektor. Chociaż poinformowała mnie McGonagall. Nie rozmawiałem z nim, więc nie wiem dokładnie. Mogę, posiedzieć? – zapytał. Rose tylko kiwnął głową zaskoczony nieśmiałością. Zwykle Harry robił co chciał. Chłopiec ściągnął wierzchnią szatę i rozwiesił ją przy ogniu, by wyschła – chyba, że nie chcesz.

- No jak widzisz, jestem dość zajęty.

Harry nie zrozumiał aluzji.

- Skoro tak…- znów ruszył swoje ubranie z zamiarem wyjścia.

- Co ci jest!? – Rose podniósł głos – jesteś chory, czy coś?

- Nie no, po prostu zapytałem.

- Ty nigdy nie pytasz! Nawet jak każe ci wyjść to bodaj cokolwiek dopowiesz. Niby co teraz robię, zakosiłem z kuchni ciastka i lenię się, próbując zająć w jakikolwiek sposób czas. Ciasteczko? – Rose podniósł talerz z stolika w kierunku Harrego. Uczeń nie omieszkał wziąć kawałka.

- Więc będziemy ćwiczyć? – zapytał radośnie Harry.

Był zły, że kilka uwag Hermiony zagnieździło mu w umyśle tyle wątpliwości.

- Tak, czemu nie – przyznał – właściwie, skoro jesteś… Wyjdźmy dziś poza mury zamku. W nocy. Nie będę musiał iść do Voldemorta.

- Masz zabić Nagini –zaprotestował Harry. Wiedział, do czego zmierza i wcale mu się to nie podobało.

- Do tego potrzebuje się przygotować – Harry uśmiechnął się po usłyszeniu tych słów – nie znaczy, że to zrobię! Przywlokę ci tego gada, a reszta to już nie mój interes.

- To znaczy, że masz plan?

- I tak i nie. Nie jestem jakoś strasznie głodny, ale coś chciałbym przekąsić. Jak jestem pożywiony, lepiej pracuje. Teraz twoja kolej na wywiązanie się z umowy – skomentował nieco ostrzej.

Rose widział niezadowolone chłopca. Tylko Harry nadal nie był pewny jak dokładnie mają zrealizować plan odwiedzenia kostnicy. Pamiętał, że jedna znajdowała się poblisko jego mugolskiej szkoły. Czasem dzieciaki lubiły się nią wzajemnie straszyć. Pewnie zamontowano jakąś kamerę.

- Jasne – przytaknął.

Pomyśli i jakoś dadzą radę.

- Ktoś został od Ciebie?

- Nie rozumiem? Ah, czy ktoś został w dormitorium? – Nik przytaknął – jestem sam.

- To wspaniale! – nauczyciel zaśmiał się i Harry niewiadomo czemu poczuł, że na jego policzki wpływa rumieniec - nawet nie będziemy musieli kombinować, by nikt nie zauważył twojego braku.

- Czyli planujesz po prostu tak wyjść z zamku? Ktoś może zauważyć? Nie ma jakiś liczących skrzatów?

- Też wymyśliłeś. Masz mnie tylko prowadzić. Nie musisz być przy mnie jak jem – Rose złożył ręce na krzyż.

- Nie o to chodzi… - zaprotestował. Czuł, że zniszczył właśnie jakąś nić, którą do tej pory zbudowali.

- Akurat. I ogólnie zdaje sobie sprawę, że twoja propozycja była powiedziana pod wpływem chwili. Zadziałała sytuacja, strach i co tam jeszcze było. Powiedz mi, dostarczysz mi pożywienia, czy nie?

- Nigdy nie włamywałem się do miejsca, gdzie przechowują trupy! – nie powinien krzyczeć -także mogę mieć z tym małe trudności, ale ogarnę co i jak. Nie zostawię cie przecież samego.

Rose założył nogi na stoliku. Jego twarz przybrała wyraz głębokiej zadumy.

- Jesteś tutaj z zwykłej sympatii do mnie, czy przyciąga cie śmierć? – rzucił po chwili.

- O co ci chodzi?

Harry chciał zrozumieć intencje, aczkolwiek nie rozumiał. Owszem, Rose kiedyś wspominał o tym, lecz jakie to miało znaczenie.

- Mam wątpliwości.

- Lubię przecież spędzać z tobą czas.

- Tylko czujesz, że nasza znajomość jest niepoprawna, że powinieneś uciec, wyjawić wszystkim kim jestem.

- Nie! – Harry wstał gwałtownie. Nie podobała mu się ta gra. Rose zdawał się być niewzruszony – czasami jesteś dupkiem.

- Przyjdź do mnie po rozpoczęciu ciszy nocnej i przepraszam.