Notatki do rozdziału
Pomyliłam się. Bolton miał prowadzić oddzielną armię na południe, w stronę Harrenhal i nie mógł brać udziału w Bitwie w Szepczącym Lesie, gdy Robb po raz pierwszy zobaczył Hermionę. Nie miałby też czasu na powrót do Riverrun podczas kilku dni między pierwszym spotkaniu, a dołączeniem do Robba, gdy ten pojechał prosić Hermionę, by do nich dołączyła. Więc Robett Glover zajął jego miejsce. Wrócił do Riverrun tydzień później, zdążając na koronację Robba. Wszystko co musicie wiedzieć to, że jest starym białym facetem skłóconym z Umberami.
Czarownica Zimy V
Robb stał nerwowo przed swoimi Lordami i Lady Mormont. Wezwał ich na spotkanie rady przed swoim wyjazdem do Oxcross jutro rano. Było już późno i wielu marzyło o udaniu się do łóżka. On jednak musiał im pokazać zmieniający wszystko wynalazek Hermiony. Wszyscy też musieli poćwiczyć ich używanie, by pewnie i spokojnie robić to w bitwie.
- No, już wszyscy jesteśmy. - burknął Greatjon. - O co chodzi, Wasza Wysokość?
Robb zerknął na stojącą obok niego Hermionę. Miała w ramionach kilka zwojów pergaminu i pudło czegoś co nazywała „piórami automatycznymi". Była niższa od niego, ale jej obecność wydawała się tak ogromna, że czasem Robb czuł się w niej niezmiernie niepewnie. To właśnie był taki moment, Robb nie miał pewności co może powiedzieć czy zrobić, by przekonać swoich Lordów, szczególnie, że magia znacznie wychodziła poza ich zrozumienie.
- Lady Hermiona zaproponowała mi coś, co może pomóc nam w bitwie - odezwał się ostrożnie Robb, przyglądając się stołowi. Oczywiście, że propozycja spotkała się z sceptyzmem. Z wyjątkiem Roosa Boltona, Greatjona, Karstarka i straży Robba w osobach Daryna Hornwooda, Eddarda i Torrhena Karstarka i Dacey Mormont, Lordowie z Północy mieli tylko domysły i plotki na temat mocy Hermiony.
- Ale najpierw, czy ktoś wie o czym chcemy z Lady Hermioną z wami pomówić? -spytał Robb, napotykając spojrzenia swoich Lordów i Lady Maege Mormont. - gdy wszyscy potrząsnęli głowami, kontynuował. - Dziękuję. Lady Hermiona rozda wam kawałki pergaminu, które macie zabrać ze sobą do bitwy.
- Jeśli mamy wysłać kruka, mój panie - zaczął Wendel Manderly, - opasły, żywiołowy człowiek o kręconych, rudych włosach i schludnie przyciętej brodzie, ale imponujących wąsach. - towarzyszący nam maesterowie dostarczą nam pergamin.
Robb skinął głowę.
- Tak, oczywiście. Te jednak... są inne. Lady Hermiona rzuciła na nie zaklęcie.
- Po co? - spytała Maege Mormont, ogromna, starsza kobietę o gęstych, brązowych włosach. Marszczyła brwi.
W odpowiedzi, Robb obrócił się do Hermiony i pozwolił jej podejść do przodu. Położyła wszystko na stole, rozkładając pergaminy, ale pióra pozostawiając w pudełku.
Wzięła głęboki oddech, a potem wyprostowała się, odrzucając łopatki do tyłu i odważnie napotkała spojrzenie siedzących przy stole Lordów.
- Ten pergamin jest połączony z innymi. - oznajmiła, pospiesznie oddzielając słowa od siebie i ostro kładąc na nich nacisk. - Co zostanie napisane na jednym, natychmiast pojawi się na pozostałych, bez względu na to, gdzie w Westeros się znajdą. - Urwała. - A przynajmniej tak mi się wydaje. Nie miałam czasu, by sprawdzić odległość.
Kilku lordów zaczęło mamrotać, więc Robb odchrząknął.
- Czy ktoś chce zgłosić się na ochotnika?
- Do czego? - spytał Karstark, którego wzrok krążył od pergaminów, to Hermiony i Robba, a potem z powrotem.
Robb uśmiechnął się, ale przypominało to bardziej wyszczerzenie zębów na widok człowieka, który zaproponował Hermionie swoich synów na męża. Nawet teraz nie podobała mu się ta myśl, więc ochoczo poddał się swojej złośliwej stronie. - Lord Karstark, wspaniale! Proszę wziąć pergamin i wyjść z komnaty?
Mężczyzna zamarł, a zmarszczki na jego twarzy pogłębiły się, gdy próbował zrozumieć czy wybrano go w ramach obrazy czy uhonorowania. Jednakże i tak wyszedł do przodu i skinąwszy Lady Hermionie głową, wziął jeden pergamin i opuścił komnatę.
Obróciła się do niego, a jej bursztynowe oczy były jasne i szeroko otwarte, odbijając czerwienie i pomarańcze płonącego za nimi ognia. Robb zrobił to co ustalili wcześniej, gdy sprawdzali pergaminy w jego gabinecie. Sięgnął do pudełka z piórami i ku zdumieniu ludzi północy natychmiast przycisnął pióro do pergaminu, nie zanurzając go wcześniej w kałamarzu. Czarny atrament rozlał się po pergaminie.
„Czy to zadowala twoją ciekawość, Lordzie Karstark?" napisał, a potem podniósł pergamin, by wszyscy mogli przeczytać. Kilku z tyłu zmrużyło oczy, ale najbliżsi zaczęli mamrotać. Potem napisał kolejną linijkę: Możesz wrócić do komnaty.
Kilka sekund później Karstark wpadł do sali, a w jego rozgorączkowanych oczach płonął ogień.
- CHCĘ TAKIE TRZY! - zawołał.
Obok niego Hermiona wypuszyła się z dumy, gdy szmery stały się głośniejsze.
Zebrani podzielili się na grupy. Kilku podeszło do Hermiony, która zabrała pergamin użyty przez Robba demonstrowała go zebranym. Młodzi Karstarkowie stali bok w bok przy odległym krańcu stołu i nie potrafili ukryć entuzjazmu na myśl o możliwościach.
Ale Bolton i Karstark stanęli obok Robba z Greatjonem, Lordem Mallisterem, Lordem Halysem Hornwoodem i Lordem Robettem Gloverem.
- Całkiem pomysłowe, Wasza królewska mość. - odezwał się Karstark, a jego broda zadrżała, gdy poruszył szczęką.
Robb lekko odwrócił w jego stronę głową, cały czas nie spuszczając wzroku z Hermiony, która właśnie entuzjastycznie wymachiwała jednym z piór.
- Pomysł należy do Lady Hermiony.
Nad głową Robba, Bolton, Karstark i Greatjon wymienili spojrzenia. Mallister, Lord z Dorzecza, który przysięgał Tullym, a także dwóch lordów z Północy, Hornwood i Glover, zmarszczyli brwi.
- Czy mądrze jest zaufać czarownicy? - spytał cicho Glover.
- Myślisz, że jej pergaminy i pióra rzucą na nas urok? - warknął Greatjon do mężczyzny, z którego rodem się wadził, unosząc szyderczo wargę.
- To czarownica. - zaprotestował drugi mężczyzna, wypluwając z siebie to słowo. W migotliwym świetle paleniska i pochodni jego oczy wydawały się ciemne. - Kto wie do czego są zdolne?
Robb prawie się odsunął słysząc taki jad w głosie mężczyzny. Zamrugał ze zdumienia. „Lady Hermiona dała nam coś co pomoże nam w bitwie, coś znacznie bezpieczniejszego niż jakikolwiek kruk i coś co da nam przewagę nad naszymi wrogami. Jak to może być coś złego?" Zmrużył oczy, a Lord Glover, wyczuwszy zmianę nastroju otaczających go ludzi, szczególnie tych trzech, którzy już wcześniej widzieli umiejętności czarownicy i ją polubili, odchrząknął.
- Wasza królewska mość raczy mi wybaczyć. - powiedział bez zająknienia Glover, choć wciąż nieco poddenerwowany i przeniósł ciężar ciała na drugą nogę. - Nie chciałem urazić.
Robb nie spuszczał z niego wzroku aż wreszcie powoli, władczo, skinął głową.
- Wybaczam.
Mężczyzna opuścił ich małe zgromadzenie, przemykając przez zatłoczoną komnatę, aż pochłonął go tłum innych lordów.
Ktoś kto pozostał u boku Robba, prychnął cicho. Po chwili usłyszał jak Karstark ostrzega go szeptem. - Może powodować problemy.
„Ty będziesz miał z nim problemy" usłyszał Robb. „Za okazanie przychylności Lady Hermionie."
Robb zmarszczył brew i pomyślał „Wiem".
Hermiona jeszcze nigdy nie została zostawiona z tyłu.
Istniała taka zasada (niepisana), że przez te wszystkie lata w Hogwarcie, u boku Harry'ego i Rona, od momentu, gdy przyłączyła się do nich i Neville'a i wszyscy prawie zginęli podczas północnej wycieczki na Zakazane Piętro i do Puszka, Hermiona nigdy nie została w tyle.
Dziwnie więc czuła się stojąc obok wyprostowanej sztywno Lady Stark, gdy razem z nią, Maesterem Vymanem i licznymi chorążymi rodu Tully, włączając w to Edmure'a, zostawali w Riverrun i musieli patrzeć jak królewski pochód wyjeżdża przez bramę.
Robb powinien był wyjechać jako jeden z pierwszych, ale ociągał się z Dacey, Eddardem i Darżynem, a także swoim wujecznym dziadkiem, Blackfisha. Jego koń tańczył w miejscu, nie mogąc się doczekać wymarszu, a Szary Wicher węszył, a ozór zwisał mu z paszczy ze zniecierpliwieniem.
Patrzył na wuja, przyglądając mu się z powagą.
- Utrzymuj Riverrun, wuju. - odezwał się swoim królewskim głosem.
Edmure, choć z włosów o oczu podobny do siostrzeńca, miał tak odmienną minę, że Hermiona prawie parsknęła śmiechem. Jego długa twarz była kredowobiała, a jabłko Adama uniosło się i opadło gwałtownie, gdy przytaknął.
„Ciężar na ramionach" pomyślała Hermiona, zerkając na niego z ciekawością i odrobiną litości. Przypominał jej Neville'a na pierwszym roku. „Pewnego dnia zostaniesz Lordem Tully z Riverrun, ale jak na trzydziestolatka zupełnie nie jesteś gotowy ani na tę pozycję, ani na to co nadejdzie."
Potem spojrzenie Robba przeniosło się na wysokiego, postawnego mężczyznę u boku Hermiony, a właściwie odrobinę za nią.
- Będziesz miał na nią oko? - spytał, nieco przyjaźniej, ale z taką samą mocą, co, gdy rozmawiał z wujem.
Hermiona skrzywiła się z wściekłością. Nie podobał jej się sugerowany seksizm.
- Sama mogę się sobą zaopiekować, dziękuję bardzo.
Robb zignorował ją i nie spuszczał wzroku z mężczyzny. Torrhen przestąpił z nogi na nogę, zerkając między zirytowaną czarownicą, a swoim Królem.
- Erm. Tak. Wasza królewska mość.
Robb ponownie zmrużył oczy, ale Hermiona tylko westchnęła głośno i skrzyżowała ręce na piersi.
- Naprawdę, Robbie, nie musisz gdzieś być?
Obok niej Catelyn (nie, Lady Stark) głośno wciągnęła powietrze i mruknęła.
- Lady Hermiono, to twój Król, nie wolno zwracać się do niego...!
Hermiona zagryzła zęby i postanowiła niedługo porozmawiać z matką Robba i dowiedzieć się czemu tak jej nie lubiła.
- Nie mój Król. - mruknęła w odpowiedzi, a potem uśmiechnęła się do kobiety szeroko.
Robb, który to słyszał, stłumił uśmiech.
- Zachowaj tego ducha, Lady Hermiono! Nie wyjeżdżam na długo. Od Oxcross dzieli nas nie więcej niż tydzień drogi, a Ashemark jest tylko kilka dni dalej. Dzięki twoim pergaminom zapewnią zamkowi dobrą obronę.
- Nie martwi mnie to. - powiedziała Hermiona, dodając w myślach, że zawsze może rzucić zaklęcia ochronne i ostrzegające, że ktoś się zbliża, a także te odstraszające mugoli.
Robb uśmiechnął się szeroko, a Hermiona odpowiedziała tym samym. Słońce odbijało się od jego rudych włosów (miały o wiele ciemniejszy i bardziej czerwony odcień niż te Rona, które były pomarańczowe), a kącik jego ust uniósł się lekko.
Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, a potem Robb zawrócił konia i pognał galopem po szarym bruku Riverrun, a za nim popędziła jego straż (teraz już Gwardia Królewska). Rozległ się głośny okrzyk radości, potem śmiech i oddzialik minął główną bramę i zniknął.
Cisza zapadła pośród tych, którzy pozostali.
W końcu Catelyn Stark westchnęła i obróciła się na pięcie i wróciła do swego rodzinnego domu, a za nią podążył Maester Vyman mamrocząc o krukach i listach. Edmure też do nich dołączył, w zamyśleniu marszcząc brwi, bo zdał sobie sprawę, że Robb pozostawił mu zadanie obrony zamku i dorzecza. Hermiona jeszcze przez jakiś czas stała na popołudniowym słońcu i odchyliwszy głowę wpatrywała się w puchate chmurki. Powietrze było rześkie i czuło się w nim już zimowy chłód. Nie było tak zimno jak na jesieni w Szkocji, ale dość, by sweter Hermiony ledwo jej starczał.
- Moja pani? - spytał cicho Torrhen. - Wracamy do środka?
Hermiona obróciła się na obutej w trampek pięcie i poszła za wysokim, postawnym i ciemnowłosym Karstarkiem do twierdzy. Miała całą zawartość biblioteki do przeczytania.
Następny tydzień Hermiona spędziła w bibliotece Riverrun, robiąc sobie przerwy tylko na sen (w komnacie, którą jej przydzielono, ale z namiotem rozstawionym w salonie, więc wciąż spała w nim) i jedzenie (jeden posiłek dziennie, gdy Torrhen odnajdywał ją i wyciągał z biblioteki, żeby się socjalizowała z tymi, którzy pozostali w Riverrun na kolacji w Wielkiej Sali).
Biblioteka była ogromna, pełna wiedzy naukowej i ludowej. Część dotyczyła rzeczy codziennych, inne tajemniczych. Hermiona sporo się nauczyła o wielkich rodach Westeros, o Tullych z Riverrun, Starkach z Winterfell, Lannisterach z Casterly Rock, Arrynach z Doliny, Martellach z Wodnego pałacu w Dorne, Greyjoyach z Pike na Żelaznych Wyspach i Tyrellach z Wysogrodu. Byli też balansujący na granicy wyginięcia Baratheonowie z Krain Burzy, rodzina, która jako ostatnia kontrolowała tron i utraciła go (jeśli wierzyć oskarżeniom o kazirodztwo i temu, że obecny władca nie miał praw do tronu ani krwi poprzednika w żyłach) i pomniejsze rody służące tym wielkim.
Dowiedziała się o Targaryenach i miejscu, z którego przybyli (Valyria w Essos, która ucierpiała w jakimś kataklizmie
- Hermiona sądziła, że chodziło o jednoczesną erupcję kilkunastu wulkanów - która nie tylko zniszczyła wszystkie tamtejsze wysokie rody, ale i zabiła wiele smoków).
„Smoki" skrzywiła się, wspominając Turniej Trójmagiczny, nie mówiąc już o śmiałej ucieczce z Gringotta rok wcześniej. I to nie takie w rodzaju Norberta.
Nie, księgi w bibliotece Tullych pisały o gigantycznych, przerażających bestiach, których kontrolowali tylko Targaryenowie przy pomocy komend wykrzykiwanych w Starovalyriańskim, języku, którego Hermiona zaczynała się uczyć tłumacząc kawałki zwojów i wycinki. Te smoki nie przypominały maleńkich słodkich norweskich kolczastych o zielonych grzebieniach ani ciemno-czerwonych ogniomiotów chińskich.
Te smoki były niebezpieczne.
I najwyraźniej jedna z ostatnich Targaryenów (młoda kobieta imieniem Daenerys, która była w tym samym wieku lub trochę młodsza od niej i Robba) miała takie trzy. Trzy smoki pod jej wątpliwą komendą, jak się dowiedziała Hermiona z plotek rozpuszczanych po Wielkiej Sali pewnego wieczora.
(- Ale co to znaczy? - spytała Torrhena. Wzruszył ramionami. - To znaczy, że modlę się do Starych Bogów, by w najbliższej przyszłości nie przybyła do Westeros. Ludzie pamiętają jej ojca i pamiętają Harrenhal.)
Więc ich sprawdziła. Szalony Aerys Targaryen, który ledwie dwie dekady wcześniej brutalnie mordował i torturował swoich poddanych, włączając w to wuja i dziadka Robba. Ojciec Robba, który poszedł na wojnę u boku Roberta Baratheona, by pomścić swoją siostrę, Lyannę Stark. Całe państwo pogrążone w chaosie i nowe rządy ustanowione, gdy wszystko dobiegło końca.
Sprawdziła obsesję Aerysa na temat smoczego ognia, zielonego dzikiego ognia tak podobnego do Szatańskiej Pożogii, że Hermiona nabrała pewności, że kiedyś gdzieś na tym kontynencie byli podobni jej czarodzieje i zadrżała z odrazy i strachu. A potem przeczytała o Harrenhal.
Ogromnym zamku na południu, nie daleko od Riverrun. I podczas Podboju, gdy pierwsi Targaryenowie przybyli do Westeros, zostało spalone smoczym ogniem. Z tego co zrozumiała Hermiona, pod rządami Targaryenów ogromny zamek nigdy nie został przywrócony do dawnej świetności, bo stopiony i poczerniały kamień, bo te sformułowania znalazła w opisie ostatniego turnieju, tego podczas którego syn Aerysa Targaryena ukoronował Lyannę Stark na Królową Miłości i Piękna, rozpoczynając cały ten bajzel.
Zanurzanie się w historii Westeros sprawiało jej frajdę i było o wiele ciekawsze niż wszystko co Binns miał do powiedzenia o Wojnach Goblinów z tego czy tamtego roku. Ale wielu informacji brakowało w przeczytanych przez Hermionę tekstach: Jak daleko sięgało Essos? Jak daleko sięgał Sothoryos? Ile było Wysp? Czym był Ulthos, Wyspą czy Kontynentem? Ile ziemi znajdowało się z Murem i co to w ogóle za nazwa „Krainy Wiecznej Zimy"? Jak zima może być wieczna?
Im więcej czytała, tym bardziej była przekonana, że albo ludzie na tej planecie nie wiedzieli co to ciekawość intelektualna, albo terra incognita pasowała panującym do fantastycznej struktury zachowania statusu quo. Każdy kto wyruszał na nieodkryte tereny znikał, co nie skłaniało kolejnych do odkrywania tego jak i dlaczego działał ten świat.
A bez tych informacji Hermiona była (potencjalnie) w pułapce.
Potrzebowała koordynatów, podobnych do długości i szerokości geograficznej, które mogłaby wpisać w swoje obliczenia. Ale to musiały być dokładnie liczby. Musiała poznać wielkość planety, jej orbity dookoła słońca, dowiedzieć się, ile ciał niebieskich znajdowało się w pobliżu (pasów asteroid, gazowym olbrzymów i czego tam jeszcze), ocenić w której galaktyce się znalazła, albo choć to oszacować.
Potrzebowała też wiedzy o tym jak działała magia w tym dziwnym, nowym świecie. Musieli mieć magię, skoro istniały tu smoki i olbrzymy. Księgi wspominały o zaklęciach czy magicznych broniach, ale wszystko spowijała taka tajemnica i przesada, że Hermiona nie wiedziała co było prawdą, a co zostało zmyślone.
Dacey powiedziała, że lata zajmie zebranie informacji potrzebnych do powrotu do domu i Hermiona dochodziła do wniosku, że miała rację.
Dlatego też ze niechęceniem porzuciła bibliotekę jakiś tydzień po wyjeździe Robba i jego wojska do Oxcross i zaczęła wędrować po Riverrun, zaglądając do pomieszczeń i ogólnie będąc wścibską.
Właśnie przechodziła obok uchylonych drzwi, gdy jej uwagę zwróciło ostre, sfrustrowane westchnienie. Przed wejściem stało dwóch strażników ubranych w błękit Tullych, którzy jednak 1) byli tu tylko dla dekoracji, jak się zorientowali i 2) nie zatrzymali jej, gdy podeszła do drzwi i zapukała w ciężkie drewno.
Komnata była gabinetem, podobnym do tego, który zajmował Robb, ale miała inny widok, i panował w niej znacznie większy bałagan. Oświetlały ją pochodnie na ścianach i innych płaskich powierzchniach, na biurku, bocznych stolikach, wszystko po to, by w gasnącym świetle popołudnia, wciąż dało się pracować.
Przy biurku siedział Edmure Tully o przekrwionych i podkrążonych oczach i włosach potarganych jak u Harry'ego. Pochylał się nad blatem, opierając na nim łokcie i trzymając się za głowę. Był zapatrzony na coś leżącego na biurku, jakiś papier, ale uniósł głowę, słysząc pukanie.
- Lady Hermiono - powiedział, próbując wstać. - Jak mogę pomóc?
Ja jego domniemane zaproszenie, Hermiona weszła do komnaty i usiadła sztywno na krześle po drugiej stronie biurka, z ciekawością przyglądając się pergaminowi i zwojom. Gdy ona usiadła, on zrobił to także.
- Wyglądasz na wyczerpanego. - powiedziała zamiast tego, przyglądając mu się. - Nic ci nie jest?
Edmure się skrzywił.
- To nic.
W odpowiedzi uniosła brew, a on westchnął. Jego twarz była ściągnięta, ale pod tym wszystkim Hermiona dostrzegła bladość.
„Nie jest gotowy do roli Lorda Tully" pomyślała. Czemu nie przygotowano go do tej roli? - Mogę cię o coś spytać? - zapytała ostrożnie, lekko pochylając się do przodu. Edmure przytaknął.
- Rozumiem, że w Westeros są Wielkie rody, do których należy ród Tullych, co oznacza, że leży na tobie ogromna odpowiedzialność - zaczęła, zastanawiając się jak poruszyć ten temat, nie obrażając go. - Jakie przygotowanie odbiera dziedzic takiego rodu? Tam skąd pochodzę nie mamy czegoś takiego.
Edmure rozparł się na krześle aż zatrzeszczało skórzane obicie. Wydawał się dość zadowolony, że rozmowa z nią oderwie go od poprzedniej czynności i potraktował jej pytanie poważnie. - Cóż, każdy ród podchodzi do tego inaczej. Ja odebrałem specjalne lekcje z Maesterem Vymanem, a mój ojciec, Lord Hoster Tully lata temu nauczył mnie innych rzeczy.
- Więc śledziłeś ojca? - uściśliła Hermiona.
- Śledziłem? - powtórzył Edmure.
Hermiona przytaknęła.
- Chodziłeś z nim na spotkania, pytano cię o to jak być sobie poradził z daną sytuacją, dawano ci coraz więcej i więcej odpowiedzialności im starszy się stawałeś...? Chyba tak robią to prezesi.
- Prezesi? - powtórzył Edmure ze zdumieniem. Potrząsnął głową. - Ach, nie. Wtedy mój ojciec miał jeszcze życie codzienne w Riverrun pod kontrolą. A kiedy zachorzał wiele tych obowiązków spadło na mego wuja, Blackfisha, który miał w tym doświadczenie.
Hermiona skrzywiła się.
- Więc jak masz zdobyć doświadczenie? Przez próbę ognia?
Edmure spojrzał na nią ostro.
- Przepraszam?
- Och, wybacz! - Hermiona wycofała się pospiesznie, widząc, że źle dobrała słowa. - To znaczy bycie wrzuconym w jakąś sytuację i konieczność uczenia się w trakcie.
Edmure się odprężył.
- Ach, cóż. W takim razie, tak. Gestem wskazał na komnatę i skrzywił się. - To moja... „próba ognia" jak to nazwałaś.
- Zarządzanie Riverrun? - spytała Hermiona, rozpierając się w krześle i zakładając nogę na nogę.
Przytaknął.
- I rozkaz od Robba.
Hermiono ożywiła się.
- Używa pergaminu?
Edmure zawahał się, patrząc na nią, ale potem bez słowa podał jej jeden z licznych pergaminów leżących na stole. Hermionę poruszyła ta chęć podzielenia się z nią wojskową korespondencją. Na połączonym pergaminie wypisano ręką Robba liczne rozkazy. Każdy zaczynał się od imienia, a potem podawał listę obowiązków. Przy imieniu Edmure'a widniało „Utrzymuj Riverrun. Tywin Lannister szykuje się do wymarszu z Harrenhal i ruszy w twoją stronę."
- Co to znaczy?
Edmure przekrzywił głowę i wskazał nią na pergamin, który Hermiona właśnie oddawała. - To znaczy, że niedługo Riverrun pójdzie na wojnę. Zwiadowcy zauważyli siły Lannisterów o tydzień drogi stąd, a ja już dałem rozkazy przygotowania wymarszu. Jutro ruszam.
- Gdzie idziesz? - spytała Hermiona, marszcząc brwi. - Czy Robb nie kazał ci utrzymać Riverrun?
- To by sugerowało oblężenie. - odparł Edmure, patrząc na wiszącą na ścianie mapę. - I choć Riverrun mogłoby z łatwością je przetrzymać, Brody to znacznie lepsze miejsce na bitwę, bo dzięki temu zatrzymamy Lannisterów przed wejściem głębiej na Dorzecze. Nie zaatakują wiosek znajdujących się po drodze.
Hermiona też obróciła się, by spojrzeć na mapę. Wstała i podeszła do niej. Po godzinach wpatrywania się w wszelkie znane mapy Westeros, Essos i tego co dalej, szybko odnalazła na niej Riverrun. Podążyła wzrokiem w kierunku Harrenhal znajdującego się na północny zachód od Riverrun i odszukała Bród, o którym mówił Edmure, a który znajdował się dalej niż w połowie drogi między zamkami. Oxcross, gdzie obecnie znajdował się Robb, leżało jeszcze dalej, za górami.
- Co dokładnie napisał Robb? - spytała, nie odwracając się do Edmure'a. Zmrużyła oczy.
- Ach - mruknął Edmure i rozległ się odgłos przesuwanych pergaminów. - „Utrzymuj Riverrun"
Hermiona odwróciła się.
- To niezwykle szczegółowe, nie sądzisz?
- Szczegółowe? - powtórzył Edmure, a między jego brwiami pojawiła się zmarszczka.
Hermiona przytaknęła.
- „Utrzymuj Riverrun". Nie, wydaj bitwę Tywinowi Lannisterowi. Nie, przygotuj się do bitwy przy Brodach. Utrzymuj.
Zmarszczki Edmure'a pogłębiły się i spojrzał na biurko.
- Chce... chce by Tywin Lannister zaatakował nas.
- Tak - zgodziła się Hermiona, obracając się częściowo w stronę mapy i wskazując miejsce bliżej do Riverrun. - Ale zobacz... wciągnij go tu.
- Ale dlaczego?
Hermiona wzruszyła ramionami.
- Bitwy, w których walczyłam przypominały raczej potyczki, były krótkie i nieczyste, a nim minęło kilka minut, już dobiegały końca. Najdłuższa rozciągnęła się na jeden dzień, a nasz przeciwnik nawet dał nam czas na zabranie zmarłych i rannych, choć to była raczej technika psychologiczne, by obniżyć nasze morale.
- Obniżyć morale - mruknął Edmure, obchodząc biurko, by stanąć obok Hermiony i zapatrzyć się w mapę. Jego wzrok przesunął się od Harrenhal do Riverrun wzdłuż Czerwonych Wideł na północ i Żołędziowego Dworu na południu. - Nie mogę pozwolić siłom Lannisterów dotrzeć do Riverrun, niedawno oblegał nas Królobójca. Moglibyśmy przetrwać do powrotu Robba, ale...
- Jego wzrok powrócił do Harrenhal. - ..., ale nie chcemy też, by Tywin pozostawał zbyt blisko Harrenhal i mógł się tam wycofać.
- A może zmylenie?
- Zmylenie? - powtórzył Edmure, a przez jego twarz przemknęła irytacja, że wciąż powtarza po Hermionie.
Wzruszyła ramionami.
- Wyślij mniejszy oddział w stronę Harrenhal, a resztę armii zachowaj z tyłu. Udaj, że zdziesiątkowano cię w bitwie i nakaż odwrót strategiczny. Zwab go bliżej.
Edmure zamrugał ze zdumieniem.
- A potem?
- Zmieć go. Z tego co o nim słyszałam, jest inteligentny. Jest przebiegły. Ale pokłada też pewność w swojej potędze i sile, więc ma ego. Ma rację uważać na Robba, w końcu pojmał jego dziedzica, ale ty jesteś mu nieznany.
Edmure wydawał się zadowolony ze słów Hermiony. Spojrzał z powrotem na mapie i zamyślił się.
- Tak - mruknął. - Tak, myślę, że to może zadziałać.
Hermiona uśmiechnęła się radośnie.
- Świetnie! To, kiedy ruszamy?
Edmure powiedział „nie".
Torrhen też jej odmówił.
Maester Vyman spojrzał na nią jakby oszalała.
Hermiona prychnęła. To nie tak, że w armii Robba nie było przedstawicielek płci pięknej. Kobiety z rodu Mormontów były potężnymi wojowniczkami! A ona miała różdżkę! Poza tym nie zamierzała dowodzić w ataku, za bardzo przypominało jej to szarżę Lekkiej Brygady. Nie przeszkadzało jej zostanie za linią wojsk, w namiocie dowódczym, nadzorując komunikację na pergaminie, a potem pomoc rannym żołnierzom.
- Plac bitwy to nie miejsce dla ciebie, Lady Hermiono - wykłócał się gorączkowo Edmure. Stali na tym samym wewnętrznym dziedzińcu, na którym żegnali się z Robbem, a siły Tullych pod komendą Edmure'a gotowały się do wyjazdu przez główną bramę. - Robb nie byłby rad, gdybym pozwolił ci jechać z nami!
Stojący niedaleko Torrhen przytaknął.
Hermiona skrzywiła się z wściekłością.
- Wiecie, że mogłabym pójść waszym śladem?
Edmure spojrzał na nią sceptycznie.
- Jak?
Hermiona rozejrzała się po dziedzińcu. Catelyn Stark stała nad nimi, na balkonie, który wyrastał z drugiego piętra wieży i stamtąd obserwowała brata i jego ludzi. Nie było to daleko, by się tam dostrzec wystarczyło wejść po schodach, ale wejście znajdowało się wewnątrz zamku i dlatego obecnie było poza zasięgiem ludzi na dziedzińcu, chyba że mieli ze sobą drabinę.
Chyba, że ktoś używał magii.
Już kiedyś była na balkonie, więc teraz wyobraziła sobie miejsce obok Catelyn.
A potem obróciła się na pięcie.
Rozległo się głośne pyknięcie i Hermiona pojawiła się obok zaskoczonej kobiety, która wrzasnęła i odskoczyła, chwytając się za szyję pokrytymi bliznami dłońmi. Na dole Edmure, Torrhen i tych kilku żołnierzy, którzy wciąż przebywali na dziedzińcu też krzyknęło ze zdumienia.
Hermiona wychyliła się z balkonu i pomachała do nich.
Pozwolili jej się przyłączyć.
CDN
Od tłumaczki: No i oczywiście nie wyrobiłam się na środę. Mam nadzieję, że czwartek koło południa też może być. Na swoją obronę mam tylko tyle, że rozdział mojego nowego projektu przerósł moje oczekiwania i musiałam poświęcić mu znacznie więcej czasu niż się spodziewałam. Tak, znowu pracuję na zakładkę i tłumaczę coś nowego wstawiając stare.
Tym razem na warsztacie tekst The Winter Witch autorstwa writing_as_tracey, na co oczywiście otrzymałam pozwolenie. Nic z wyjątkiem tłumaczenia nie należy do mnie i tylko za nie jestem odpowiedzialna. Oryginał możecie znaleźć na tej ao3, albo na albo na , gdzie autorka posługuje się nickiem Kneazle. Tłumaczenie dostępne także na ao3, więc jeśli ktoś woli czytać tam, to zapraszam.
