Gdy wczesnym rankiem wyszli na zewnątrz, w parku zalegała jeszcze mgła; zasnuwała całkowitą, nieprzeniknioną bielą ziemię i niskie krzewy. Z tej nicości wystrzeliwały w górę pnie drzew. Powietrze, które wciągali w płuca, czyste i zimne, nieśmiało już przypominało o nadchodzącej jesieni, ledwie jednak zagłębili się w park, mgła zdążyła się rozwiać, przegnana rosnącym w siłę, wrześniowym słońcem.
Z każdą chwilą promienie słoneczne grzały im plecy coraz mocniej, jakby natura próbowała udowodnić, że letni czas jeszcze się nie skończył. Z parku zniknęła całkowicie mleczna biel i wszystko nabrało żywych barw; zarośla, nieprzycięte od dawna krzewy, rabatki pełne zmarniałych kwiatów i suchej, kruchej ziemi, a także pierwsze wirujące w powietrzu i padające im do stóp liście, ciągle zielone, nieruchomiejące na żwirowych alejkach, wśród piachu i śmieci.
Ludwig zwolnił kroku i spojrzał w dół, na liść, którego fragment wyłaniał się zza podeszwy jego wojskowych butów. Uniósł lekko stopę, ale gwoździe już zdążyły rozerwać kruchą strukturę. Przesunął butem po żwirze, patrząc jak dziurawy liść zwija się i uniesiony powiewem podskakuje, by za sekundę zaklinować się w kamieniach wyznaczających brzegi ścieżki.
Wrzesień nadszedł i trwał. Jak każdego roku, już niedługo natura zacznie swoją agonię, by odrodzić się na wiosnę; tym razem jednak budziło to w nim nieprzyjemne skojarzenia i paskudne przeczucia. Wypuścił powietrze przez zęby, zirytowany; dlaczego spadające liście, rzecz tak zwykła i błaha, zaczęła przywodzić mu na myśl kolejne ludzkie ciała, padające bez życia na ziemię, w brud i kurz?
Może to znak, to przeczucie, że za moment wielkim i rozłożystym dębem, wiecznym dębem, wieczną Rzeszą, ktoś bez litości potrząśnie, połamie gałęzie i zamierzy się na jej pień siekierami, a pojedyncze liście – pojedyncze istnienia – spadną pod buty i obumrą w zapomnieniu i pogardzie.
Drgnął, gdy te myśli pojawiły mu się w głowie. Przestań bredzić.
Zerknął kątem oka na idącego obok brata; Prusy płynnie zmienił temat ich rozmowy, bo oto po raz kolejny w ich spacerze zbliżali się do wartownika. Nie byli skorzy do dzielenia się swoimi planami.
– Nie jest możliwe pełne bombardowanie Paryża – mówił Prusy, gdy mijali żołnierza; ten natychmiast wyprężył się w salucie. Skinęli mu głowami od niechcenia i ruszyli dalej. – Czytałem w raportach, że tylko jeden pocisk faktycznie trafił w miasto, szkody były niewielkie...
Ludwig złapał jego spojrzenie i ledwo dostrzegalnie kiwnął głową. Nie odwracając się, zaczął w myślach odmierzać pokonywane metry, aż był pewny, że wartownik, pilnujący obrzeży parku – ledwie dwa dni po przybyciu starszego Beilschmidta ktoś spróbował podłożyć tam ogień – nie jest w stanie usłyszeć ich cichej rozmowy.
Gilbert również powstrzymał odruch obejrzenia się za siebie. Wiatr szumiący w koronach drzew tłumił ich głosy, a oni starali się być dyskretni – tutaj, w parku z dala od generała i oficerów, co rusz przyjeżdżających do dworku z meldunkami i wracających do Warszawy z nowymi rozkazami, byli względnie bezpieczni.
Odkąd przed tygodniem Ludwig się tu zjawił i został przywitany przez brata oszczędnym, acz mocnym uściskiem, tuż pod zirytowanym i podkrążonym od braku snu okiem generała, poranny spacer po zaniedbanym parku wokół dworku stał się ich rutyną. Co niektórzy wartownicy, mając wciąż z tyłu głowy myśl o miniowej chorobie, wręcz zalecali Gilbertowi pobyt na powietrzu; skwapliwie z tego korzystali.
Rozmawiali więc o wszystkim; o swoich planach na przyszłość, o obecnej sytuacji, ale i o tym, co już się wydarzyło i nie obchodziło żyjących; za każdym razem, gdy mijał kolejny rachityczny, wiotki krzew tęskniący za ulewą, Ludwig przypominał sobie odległe czasy, gdy ledwie sięgał bratu do pasa i dawał się prowadzić bezdrożami za rękę wśród złotych łanów, przez groble między głębokimi jeziorami czy po szczytach bawarskich gór.
Dopiero z czasem zrozumiał sens tych wędrówek; miał poznać kraj, zapamiętać, jak pachnie jego ziemia, rozpoznać ją każdym zmysłem i potrafić się po niej poruszać, znać drogi, których nie było na mapach i zaglądać w okna domów jak w ludzkie oczy.
Pod jego stopami kruszyły się kolejne liście; ich szelest kojarzył się nieprzyjemnie z polską mową, tak samo jak szum otaczających drzew, po których umykały rude wiewiórki. Mogli nazwać tę ziemię Generalnym Gubernatorstwem, Krajem Warty czy Prusami Zachodnimi, ale ona i tak nie była jego i nigdy nie miała do niego należeć, buntownicza i uparta; teraz to czuł, odróżniał jej głos i zapach, gdy deptał ją niespokojnie butami, zostawiając w żwirze wyraźne ślady, coraz bardziej rozumiejąc, że to wszystko zaszło za daleko.
– Co sądzisz o tym jego pomyśle? – zapytał cicho Gilbert, zatrzymując się i szturchając butem zaniedbane rabatki, gdzie lęgły się chwasty i nieujarzmiona trawa.
Sam na naradzie zaśmiał się pomysłodawcy prosto w twarz, a Ludwig posłał pełne politowania spojrzenie; oficer niemalże się skulił i poczerwieniał, mamrocząc pod nosem przeprosiny.
– Przekonać Polaków, by walczyli ramię w ramię z Wehrmachtem przeciwko Armii Czerwonej – powtórzył teraz Niemcy, kręcąc głową. Uniósł kącik ust; tak, to był ponury żart. – Kapitan chyba przespał ostatnie piętnaście lat i wydaje mu się, że kwestia niemiecko-polskiego sojuszu dalej jest aktualna. Lepiej, żeby nikt więcej o tym nie usłyszał – dodał po chwili milczenia. – Siły polskie nigdy by na to nie przystały, a Niemców to tylko skompromituje. Nie wiem, czy istnieje lepszy sposób na to, by pokazać Rosji naszą desperację.
– I strach – mruknął Prusy pod nosem. Swobodnym ruchem obejrzał się za siebie, udając, że śledzi wzrokiem lecącego nad parkiem kruka; po krótkiej chwili zsunął wzrok z nieba na widoczne w oddali drzwi dworku. Rozpoznał dwóch z trzech pełniących tam wartę żołnierzy. – Kölzow się zakumplował z Bielerem – oznajmił, znów patrząc przed siebie. – Może się dowie czegoś ciekawego, Bieler papla gorzej niż wiejska baba... Meier znów gdzieś zniknął.
Ludwig skinął głową. Meier coraz częściej rozpływał się w powietrzu, gdy chcieli go dyskretnie skontrolować, ale jednocześnie pojawiał się jak natrętna ćma tam, gdzie nie chcieli jego obecności. Co najgorsze, w żaden sposób nie wzbudzał podejrzeń nikogo innego poza nimi.
Prusy uniósł głowę i znów spojrzał na niebo, tym razem na wschód, gdzie słońce wspinało się coraz wyżej. Od czasu do czasu, gdy wiatr się uciszał, a drzewa nieruchomiały, byli w stanie zarejestrować odległe, głuche dudnienie artylerii.
– Wejdą w końcu? – Gilbert zadał pytanie, które męczyło niemiecki sztab od miesiąca.
– Jestem pewny, że Moskwa lada dzień da pozwolenie – Ludwig zmarszczył brwi, analizując w myślach sytuację. – Ale nie wejdą całą armią. Przychodzą na gotowe, nic się w tej kwestii nie zmieniło. Będą dawać Polakom nadzieję, by nie przestawali walczyć tak zaciekle... Im bardziej są wyczerpani, im bardziej zmęczona jest nasza armia, tym lepiej dla Rosjan – westchnął ciężko.
Od samego początku wojny wiedzieli, że Warszawa może stać się zarzewiem buntu, więc istniały plany zorganizowania tu większego garnizonu, ale w praktyce… Może gdyby mieli tu więcej ludzi od samego początku, może nikt by się nie odważył złapać za broń... Nieważne. To już było nieważne.
Czekał, aż Gilbert pierwszy rozpocznie temat, który musieli w końcu poruszyć.
– Widziałem go, a on widział mnie.
– I uważasz, że on chce się z tobą spotkać – Ludwig przymknął na moment oczy; zaraz potem szybko je otworzył i zlustrował brata wzrokiem. Ten wzruszył lekko ramionami, ale przez moment w czerwieni tęczówek zatańczyły iskry, które Ludwig zawsze chciał w nich widzieć, więc nie miał innego wyjścia, niż włączyć się w plan. – Jesteś pewny, że to nie pułapka? – zapytał jeszcze, nie mogąc wyzbyć się obawy.
Gilbert roześmiał się lekko.
– To nie w jego stylu – oznajmił wesoło. – Próbuje mi przekazać wiadomość. Widziałeś znaki.
– Może są przypadkowe... – Ludwig westchnął, bo te ślady, wypisane kredą i węglem, znajdowane na kolejnych obszarach miasta wracających w niemieckie ręce, wcale nie musiały powstać z ręki Łukasiewicza. – Może zrobił je, nie wiem...
– ... lokalny fascynat heraldyki? – Gilbert uniósł brew. – Wyszedł z piwnicy i zaczął malować herby z pasji, nie zwracając uwagi na to, że dookoła wszystko się wali i płonie? Bruderherz, to jest Polen. Tylko on ma taki tupet, by w czasie powstania rysować Ostoję Pruską na ścianach.
– Ostoja... – wymamrotał Ludwig, przypominając sobie wymalowane na ścianie poczty dwa księżyce i uśmiechającą się ponad nimi gwiazdę. – Jak to możliwe, że ja byłem taki ślepy...
Gilbert spoważniał.
– Nie waż mi się teraz tym zadręczać – zastrzegł, zastępując bratu drogę i patrząc mu w oczy. – Już o tym rozmawialiśmy. Wszystko między nami w porządku.
Gdy Niemcy, wciąż nieprzekonany, skinął głową, Prusy westchnął i usunął się na bok.
– On też chce się ze mną spotkać. To zaproszenie.
– A w jaki sposób chcesz je przyjąć? – zapytał Ludwig, marszcząc brwi. – Jak chcesz się z nim spotkać w ogarniętym wojną mieście? Nawet nie znasz Warszawy wystarczająco dobrze, a teraz połowa miasta legła już w gruzach. – dodał i czekał; spodziewał się tego, co usłyszy i miał już gotową odpowiedź.
– Poradzę sobie... – zaczął Gilbert niecierpliwie.
– Nie puszczę cię tam samego, czy ci się to podoba czy nie.
Słysząc stanowczy ton młodszego brata, Prusy znów się zatrzymał; przez chwilę przyglądał się Ludwigowi z lekkim zdziwieniem, a potem uśmiechnął się szeroko i ciepło. Też nie podobała mu się wizja rozłąki, nie po ostatnich nerwowych tygodniach. Dobrze, że brat był u jego boku, że wrócił z Paryża cały i zdrowy...
– Niedawno mówiłeś, żebym ja i Polen nie pokazywali ci się na oczy – zauważył, śmiejąc się cicho. – Robisz postępy, wiesz?
– Nie chcę, byś wpadł w ich ręce – mruknął Ludwig, odwracając na moment głowę, by ukryć swoje zmieszanie. W odpowiedzi poczuł dłoń na ramieniu; niosła ciepło i wsparcie, jak zawsze, odkąd tylko pamiętał. – I mam parę słów do zamienienia z Łukasiewiczem – dodał ciszej, czując, że słowa z trudem przechodzą mu przez gardło. – Otworzył mi oczy.
– Tak, był dosadny – Gilbert znał przebieg spotkania w celi, spotkania, które zmieniło ich świat. – Nie jestem pewny, skąd się dowiedział – Zmarszczył brwi. – Ale... – nagle umilkł i spojrzał w bok.
Zdumiony tą ciszą, Ludwig przyjrzał się bratu. Prusy patrzył przed siebie zamyślony.
– Boisz się – wyszeptał cicho Niemcy, w końcu rozumiejąc to spojrzenie. – Boisz się, że on nie będzie już chciał tego ciągnąć. Nie po takiej wojnie.
Wojnie, w której nasz naród rozlał krew jego ludzi, i nie tylko jego, napoił czerwienią ziemię i próbował zbudować sobie domy ich połamanymi rękoma, na grobach ich bliskich.
– To zawsze było poza polityką i wojnami – Gilbert wypuścił wstrzymywane powietrze. – Taka była nasza umowa, ale...
Ludwig rozumiał.
– Ale takiej wojny jeszcze nie było. Nigdy.
Gdyby któryś z wartowników spojrzałby teraz w ich stronę, dostrzegłby, jak stoją nieruchomo, spleceni ramionami w silnym uścisku, patrząc sobie w oczy, z daleka podobni do tylko jednej ludzkiej istoty.
– Pójdziemy tam razem.
– Immer miteinander, Bruderherz.
Gdy nadszedł wrzesień, walka o miasto stała się walką o przetrwanie; czasem osuwał się po murze i patrzył tępo przed siebie, próbując wymyślić, skąd zdobyć jedzenie, amunicję czy leki. Innym razem mocno zaciskał zęby, patrząc w oczy cywili, widząc w nich jedynie głód i rozpacz, i nie potrafił już nawet kłamać, że będzie lepiej, że nadejdzie jakiś przełom i los się odmieni.
Właśnie skończył się bój o Stare Miasto; wraz z początkiem miesiąca oddali z powrotem w niemieckie ręce zroszone krwią ściany, bruk i gruz.
Stratę tej części Warszawy odczuł chyba najbardziej ze wszystkich. Od rana dźwięczała mu w uszach okrutna muzyka artylerii i bombowców, bo Niemcy atakowali dzisiaj z zajadłością wściekłych psów, z każdą godziną triumfując coraz bardziej.
Spojrzał w bok, na puste podwórko między dwoma kamienicami, pełne gruzu i śmieci, wiedząc, że ledwie ulicę dalej znajdują się wejścia do kanałów, ostatnie, co im pozostało. Gdy się skupił, potrafił wychwycić stłumione głosy i szybkie, marszowe kroki; trwała ewakuacja, rozpoczęła się, gdy noc osiadła na mieście i okryła je żałobnym całunem ciemności.
Stojąc tutaj, względnie bezpieczny, w ciemnym, brudnym zaułku, palił ostatnie papierosy, jakie mu pozostały; zdobyte, wymienione albo podarowane, bo zapach tego i tylko tego dymu był przyjazny i nie niósł ze sobą niebezpieczeństwa. Biorąc wdech, oddychał powietrzem Eldorado, a nie płonącej stolicy i na moment ból w jego piersiach znikał, zduszony dymem ręcznie skręcanych w piwnicach papierosów, bibułek pełnych wysypującego się tytoniu albo mieszanki, która jedynie go udawała.
Znów przytknął papierosa do ust, nie przejmując się, że jego palce są pokryte szarym pyłem po tym, jak używał resztek kredy, wygrzebanych z opustoszałej szkoły, i małego węgielka, który ktoś włożył mu w ręce w powstańczej kryjówce.
Był pewien, że już zwrócił jego uwagę albo już za moment to zrobi; Prusy rozpozna herb, nawet jeśli żołnierze uznają dwa księżyce i gwiazdę za dziecięce bohomazy. Kiedyś dla ich gatunku była to wiedza powszechna; lata temu Feliks, nawet obudzony z głębokiego snu w środku ciemnej nocy, był w stanie wyrecytować nazwiska wszystkich liczących się rodzin i opisać symbole, którymi się pieczętowali.
Nie wątpił, że Gilbert też, chociaż te czasy już dawno minęły.
Pozwolił sobie wypalić papierosa do końca; gdy przydeptał go butem i upewnił się, że żar zginął już w piasku i pyle, usłyszał głosy z podwórka. Cywile, pomyślał.
– Oddawaj tego pieprzonego kota, głupia sikso!
Drgnął i zmarszczył brwi, słysząc ostry krzyk po polsku, wydarty z gardła dorastającego chłopca, a zaraz potem pisk dziewczynki. Odruchowo odbił się od muru i ruszył w tamtą stronę. Kot?, pomyślał jeszcze. To pseudonim? Szyfr?
Okazało się, że jednak nie; chociaż z ulic Warszawy dawno już zniknęły psy i koty, a przynajmniej on od tygodni nie widział zwierząt, które nie skończyłyby w polowej kuchni, na podwórku faktycznie znajdował się żywy, chociaż wychudły czarny kot.
Dziewczynka, której Feliks dał może dwanaście, może trzynaście lat, trzymała zwierzaka w ramionach w mocnym uścisku, ku jego wielkiemu niezadowoleniu; bardziej niezadowoleni byli już tylko dwaj chłopcy, niewiele od niej starsi.
– Nie oddam go wam! – pisnęła, patrząc na nich wyzywająco. – To mój kot! Mam go od kociaka!
– Mam to gdzieś! – krzyknął jeden z nich, chłopak w połatanej, przybrudzonej koszuli. Postąpił krok do przodu, napinając ramiona, by wydać się większy i groźniejszy, chociaż niewiele to dało; dziewczynka prychnęła. – Nie jedliśmy od trzech dni, a moja matka jest chora! Dawaj go!
Drugi z chłopców, zniecierpliwiony, skoczył do przodu, złapał dziewczynkę za ramię, przyciągnął do siebie i bezceremonialnie zamierzył się drugą ręką, splatając palce w pięść. Krzyknęła piskliwie w wniebogłosy, ale nie została uderzona; chłopak stęknął wysokim głosem, gdy jego nadgarstek nagle ścisnęła męska dłoń.
Zerknął ze strachem na Feliksa, który podszedł ich cichcem, niezauważony w całym zamieszaniu, i zbladł lekko, widząc powstańca w niemieckim mundurze, z biało-czerwoną opaską brudną od kurzu, błota i krwi, którego oczy płonęły lodowatym ogniem.
Kota już nie było; gdy Polska, reagując odruchowo, powstrzymał cios, z ramion dziewczynki wystrzeliła czarna plama futra i szybko zniknęła w ciemnościach. Jego właścicielka cofnęła się, pociągając nosem. Drugi z chłopców odskoczył na bezpieczną odległość.
– Zamierzasz zostać bandytą? – spytał Feliks cichym, chłodnym głosem.
Chłopiec, wyraźnie przestraszony, potrząsnął głową. Polska puścił jego nadgarstek, wodząc wzrokiem po dzieciach. Dziewczynka, mrugając, zerkała w kierunku zaułka, z którego Feliks się wyłonił jak cień, ale po kocie nie został nawet ślad.
– Ale co my mamy jeść? – zapytał buntowniczo drugi z chłopców.
Słysząc to bezpośrednie pytanie, Polska zacisnął zęby. Za mało. Żywności zawsze było za mało.
– Umiecie polować na gołębie?
Pokręcili głowami. Westchnął ciężko.
– To was nauczę.
Nie widzieli możliwości, by wymknąć się do miasta niezauważeni, z zaledwie dwójką ludzi przy sobie. Von Zelewski, chociaż podchodził z niechęcią do Gilberta, bardzo szanował Ludwiga – zależało mu więc na tym, by żadnemu nie spadł chociaż włos z głowy, zwłaszcza w świetle ostatnich rozkazów führera. Bez większej obstawy nie jeździli do Warszawy; w obecności oddziału trudniej było szukać wzrokiem znaków na murach na kolejnych odzyskanych przez niemieckie wojsko ulicach.
Dworek i jego pokoje – zajęli wspólnie jeden z nich i rozmawiali do późnej nocy, więcej niż kiedykolwiek w przeciągu ostatnich piętnastu lat – za dnia były duszne i pełne oficerów, woleli więc spędzać czas na zewnątrz, w parku, który stał się ich osobistą ostoją.
Na Warszawę, zamiast bomb, w słoneczną ciepłą środę spadły ulotki – Gilbert, nie szczędząc kąśliwych uwag skierowanych do generała, osobiście poprawiał błędy, pochylony nad biurkiem von Zelewskiego – w polskim języku; cywile, opuście miasto. Cześć z nich faktycznie uciekła, a dwa dni temu, dziewiątego, w pochmurną sobotę, rozpoczęły się rozmowy.
Mieli nadzieję na kapitulację.
– Skarysz... – Ludwig powtórzył nazwę ułożoną z liter, które Łukasiewicz wpisywał w herb. – Co to w ogóle znaczy? To jakieś miejsce? Ulica?
Gilbert zwolnił kroku, myśląc. Polskie nazwy wiele im nie mówiły; żaden z nich nie mógł poszczycić się znajomością Warszawy, bo gdy w niej bywali, i przed i w czasie wojny, zawsze mieli kierowcę. Najważniejsze miejsca, ot, chociażby Adolf-Hitler-Platz, mogli zlokalizować od ręki, ale...
– Skaryszewska – odezwał się, tknięty nagłym przebłyskiem. – Parę dni temu zamknięto tam obóz przejściowy. Wywożono stamtąd ludzi na roboty w głąb kraju. To na prawym brzegu Wisły. Tam powstania prawie nie było – dodał, przypominając sobie treść raportów. – Powinno być spokojnie, von Zelewski nie będzie robił problemów.
– Łukasiewicz przyjdzie tam sam? – Ludwig uniósł brew. – Na niemiecki teren?
Gilbert parsknął.
– Nie doceniasz go – odpowiedział z uśmiechem. – Co jak co, ale on umie poruszać się jak cień, a jeśli zechce, doskonale udaje Berlińczyka. Jakby się uparł, przyszedłby nawet tutaj – Powiódł wzrokiem po parku. – ale niech mu będzie. Wysłałem list do Vasha – zmienił temat, chociaż głęboko w szkarłacie jego oczu Ludwig widział, że Prusy wciąż myślał o nadchodzącym spotkaniu. – Będzie wkurwiony, ale skoro tylu już obcych przyjął do siebie, to jeszcze kilka osób nie zrobi mu różnicy. Napomknąłem mu o jeszcze paru bardzo istotnych długach, które sobie u mnie uzbierał… – Prusy uśmiechnął się pewnie.
– Naprawdę?
Gilbert wzruszył ramionami.
– Rodzinie w potrzebie nie pomoże? – odparł niewinnie. – Niektóre może faktycznie podkoloryzowałem, ale w zamian dorzuciłem jeszcze kilka rad wychowawczych o posiadaniu młodszego rodzeństwa. Mam cholerną nadzieję, że Schweiz je doceni, bo trochę się rozpisałem.
– O ile nie spali koperty, nawet jej nie otwierając.
– Spokojnie, wrzuciłem do środka monetę. Otworzy chociażby po to, by ją wyjąć.
Ludwig pozwolił sobie na krótki, lekki uśmiech; potem spoważniał.
– Dzieci von dem Bacha, Kölzow, gdy zwolnię go z przysięgi... Meier?
Prusy zatrzymał się w pół kroku.
– Meier wciąż jest niepewny – powiedział wolno. – Weźmiemy go ze sobą i się dopiero okaże, czy zasługuje na szwajcarski paszport czy na kulkę w łeb. Tu ma związane ręce, ale... – znacząco zawiesił głos.
Ludwig pokiwał głową. Ostrożności nigdy za wiele, w szczególności, jeśli chodziło o szpiega, pomyślał. Przez kolejne minuty spacerowali w milczeniu; tokiem skojarzeń myśli Niemiec przeszły od Łukasiewicza do Gilberta i rzeczy, których istnienie niegdyś ignorował.
– Mam pytanie – odezwał się, czując nagle uderzenie gorąca na swoich policzkach. Gilbert zerknął na niego zdziwiony i uniósł brew na widok jego zmieszania. – Czy kiedyś ty i Friedrich...? Wiem, że on też... – Słowa zatrzymały się na języku i nie chciały opuścić jego ust; mimo że nocami, w ciemnościach, poruszyli już wiele tematów, również ten, w świetle dnia wciąż miał z tym problem.
Gilbert parsknął głośno śmiechem; ruchem dłoni potargał starannie ułożone włosy brata, zamieniając je w pobojowisko.
– Nie, ze starym Fritzem nie, proszę cię – odpowiedział, ciągle się śmiejąc, bo nagle w jego duszy rozpadł się jakiś ogromny kamień, który od dawna tam zalegał i ciążył. Zmieniłeś się, pomyślał, i jesteś nawet ciekawy... Gdy Ludwig odetchnął i opuścił ramiona, Prusy uśmiechnął się szatańsko. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, Bruderherz. – Z młodym Fritzem to co innego.
– Naprawdę...? – Ludwig, chociaż w pełnym mundurze, z rozczochranymi włosami wyglądał jak tamten niepewny siebie chłopiec, którego Prusy tak dobrze pamiętał, więc Gilbert pokręcił głową, nie zamierzając więcej już go dręczyć. Ostatnie tygodnie były dla nich wystarczająco trudne.
– Żartuję – powiedział spokojnie. – Był cholernie przystojny, ale nigdy nie był nikim więcej niż tylko przyjacielem. Nie zakochuj się w ludziach, Bruderherz. Wiesz, umierają. To problematyczne.
Nie zakochuj się, powtórzył w myślach Niemcy. Kiedy ja nawet nie wiem, czy potrafię kochać kogokolwiek poza tobą.
Nocami na swych dłoniach widział krew i czuł swąd spalonych ciał; nocami przychodziły do niego duchy tych, na których śmierć patrzył beznamiętnie, tych, którzy zginęli w kolejnych obrotach wojennej machiny, której ruch obserwował przez ostatnie lata triumfalnie, pełen pogardy dla tych, których miażdżyła.
A potem wyciągnął spod jej pokrytych krwią gąsienic własnego brata, w akcie braterskiej miłości, jedynej, jaką znał.
Prusom nie umknęło jego milczenie.
– Co się stało?
Ludwig potrząsnął głową, powiódł dłonią po włosach, próbując je na powrót przygładzić.
– Nic – odparł krótko. – Chodź sprawdzić, czy Kölzow się czegoś dowiedział…
Gilbert westchnął lekko i skinął głową. Wiedząc, że to nie koniec tej rozmowy, we dwóch skierowali się w stronę dworku, praktycznie już nie zamieniając ze sobą słowa.
Przy drzwiach znów znaleźli Bielera na warcie; dyskutował wraz z Kölzowem i trzecim, nieznanym im żołnierzem. Pozostała dwójka wyglądała już na zmęczoną tematem, Bieler zaś pieklił się i niemalże krzyczał.
– Sam bym tego... własnymi rękami... Herren! – Żołnierz zauważył braci i zasalutował. Pozostali poszli w jego ślady.
– O kim tak paplacie jak przekupki na targu? – zapytał Gilbert, zatrzymując się przy Bielerze; pamiętał, że ten był strasznym plotkarzem. Tylko wtedy, gdy miał coś ciekawego do opowiedzenia, jego zgasłe oczy rozpalały się na nowo życiem.
– O dezerterze – odparł wzburzony Bieler. – Papierosa, Herren?
Ludwig przyjął zapaloną bibułkę; wolnym ruchem przytknął do warg, zaciągnął się i równie powoli wypuścił dym. Palił okazjonalnie, ale czuł, że teraz odmowa nie byłaby wskazana. Rzeczywiście, na twarzy żołnierza pojawiła się ulga, jakby wspólne spotkanie przy papierosie w jakiś sposób ich ze sobą połączyło.
Niemcy nigdy, w przeciwieństwie do brata, nie zadawał się z szeregowymi żołnierzami; teraz poczuł, jakby między nim a Bielerem nagle zniknął wypełniony dystansem lód, roztopiony jego ostrożnym uśmiechem i żarem papierosów.
Gilbert długą chwilę przetaczał papierosa w palcach, zanim włożył go do ust i poczekał, aż Kölzow podetknie mu zapalniczkę pod nos. Nie palił od jedenastu lat, ale zapamiętał ten zapach dokładnie tak, jakby było to wczoraj. Tak pachniał Berlin, za którym tęsknił.
– O co chodzi z tym dezerterem? – zagadnął.
Trzeci żołnierz westchnął cicho, a Kölzow popatrzył w bok.
– Mogę mówić swobodnie? – spytał Bieler. Gdy bracia skinęli głowami, niemalże wybuchł. – Ten sukinsyn zwiał na początku sierpnia! Ja wiem, Herr Deustchland, Herr Preußen, że on pod sąd wojskowy pójdzie, jak go złapią, ale... za przeproszeniem panów, sam bym go... na jedno by wyszło... bo jak tu inaczej go potraktować, jak on z tymi bandytami...?
– Bandytami? – Gilbert uniósł brew. – Dołączył do powstańców? Kto to? I czekaj, masz więcej papierosów?
– Polak. Znaczy, ojca miał Polaka – Bieler pokiwał głową, ciągle wzburzony. Podał pełną paczkę Gilbertowi; ten schował ją do kieszeni. – Był ze mną pod Stalingradem, ramię w ramię... a tu taki cios w plecy... Generał przyjechał tu, do dworku, staliśmy na warcie, a ten nagle mnie popycha i w długą... – Nim złapaliśmy na broń, już był daleko... – dodał ze skruchą, zerkając na Ludwiga. – Byliśmy zaskoczeni...
– To zrozumiałe – odparł Niemcy, starając się brzmieć mniej surowo niż zwykle, gdy rozmawiał z armią.
– Wcześniej mówiłeś, że to matkę miał Polkę – wtrącił się Kölzow, marszcząc brwi.
– Albo ojca, albo sukę, która go urodziła, cholera go wie – Bieler splunął na ziemię. – Wasserpolack pieprzony, krwi nie oszukasz... A dwa lata temu ja mu życie ratował, półżywego za sobą ciągnął, ostatnią racją się dzielił... Przepraszam, Herren, ale... mnie to osobiście...
Nie zdążył dokończyć; drzwi dworku otworzyły się i wyszedł przez nie jeden z wyższych rangą oficerów; zatrzymał się, zaskoczony widokiem braci Beilschmidt palących z wartownikami. Niemcy zastąpił mu drogę.
– Melduj – nakazał.
Odpowiedź była natychmiastowa.
– Rosja zaczyna działać. Polacy zerwali rozmowy.
Kurwa mać.
Stojąc nieruchomo patrzył, jak w nieprzeniknionej ciemności włazu znikają kolejne osoby; zdrowi i lekko ranni powstańcy, ci, którzy byli w stanie iść o własnych siłach.
Reszta zostawała.
– Idź z nami – Powstaniec, zniecierpliwiony jego milczeniem i bezruchem, szarpnął go mocno za ramię. Nawet nie drgnął, zbyt wsłuchany w ból, który krążył mu w żyłach jak trucizna i rozbrzmiewał w głowie krzykami piekielnych potępieńców. – Polsko...!
Dopiero słysząc swoje imię, Feliks wyrwał się z marazmu; pokręcił stanowczo głową.
– Zostaję – powiedział ostro. – Dołączę później, przekaż dowództwu.
Mężczyzna, który próbował go przekonać do przejścia do Śródmieścia razem z setkami walczących, zacisnął mocno zęby. Kręcąc głową, mruknął coś pod nosem, poprawił bandaż na ramieniu, wmieszał się w tłum kłębiący się wokół włazu i szybko znikł Feliksowi z oczu.
Usunął się na bok, w cień zburzonego budynku, w środku nocy niemal niewidzialny i patrzył. Trwał tak wiele godzin, aż do świtu, a przed jego oczami przemykały kolejne cienie ludzkie. Raz usłyszał jakieś zamieszanie, rozpaczliwy kobiecy krzyk, a potem polskie, ostre głosy, nim jednak zrozumiał, co się dzieje, zniknęła już w ciemnościach stolicy, złorzecząc głośno.
Pewnie chciała przejść, zrozumiał i opuścił głowę, wpatrując się we własne, pokryte kurzem buty. Chciał pobiec za nią, złapać za rękę i przeprowadzić, jedno istnienie wśród nieskończoności, ale ciało odmawiało mu już posłuszeństwa.
Trwał, aż oddziały przeszły, pokrywa włazu opadła i dookoła zapanowała śmiertelna cisza. Nie na długo; wkrótce, gdy miasto zalał blask nowego słońca, słuchał przytłumionych strzałów w punktach szpitalnych, krzyków i potwornych wrzasków, sam nie będąc w stanie zrobić nic więcej poza poruszaniem wargami w bezgłośnej modlitwie.
W błaganiu, by śmierć przychodziła szybko i kładła swoje kościste dłonie na sercach jego ludziach bez niepotrzebnego bólu.
Potem, ledwie już świadomy tego, co robi, wyciągnął z kieszeni kredę. Związał włosy, ukrył je pod hełmem i opaskę, swoje barwy, biel – srebro, wodę, czystość – i czerwień – ogień, odwagę, waleczność – schował głęboko pod niemieckim mundurem, przy sercu. Nie mógł dać się złapać.
Był pierwszy września. Nienawidził tej daty.
Kładę się cieniem na twych oczach.
Księżyca chłód na murze.
Czytam w twych miękkich jasnych włosach
I z dłoni twojej wróżę.
Głos twój, stłumiony mgły zasłoną,
Odzywa się nieskoro.
To czarna trąbka telefonu
Czaruje jak jezioro.
Przeczuwam: skończy się kabała
Kart roztoczonych czasu.
Z lękiem dotykam twego ciała
I ust, i ust, co gasną.
(Mieczysław Jastrun – Wróżba)
immer - zawsze
miteinander - jako przysłówek znaczy "razem", "ze sobą nawzajem". Jako rzeczownik das Miteinander oznacza "współistnienie", "współżycie".
Wasserpolen, Wasserpolacken - "wodni/rozwodnieni Polacy/Polaczki" - niemiecki termin pierwotnie stosowany przez Prusaków na określenie ludności polskojęzycznej zamieszkującej Dolny Śląsk oraz Górny Śląsk, zajmującej się rybołówstwem i flisactwem. Później używany także przez Niemców wobec ogółu ludności mieszkającej na pograniczu niemiecko-polskim na terenie Śląska, Warmii, Mazur i Kaszub.
Polacy w Wehrmachcie – wcielano do niego przymusowo następujące grupy: mniejszość niemiecką z polskim obywatelstwem, mniejszość polską z niemieckim obywatelstwem, Polaków z Zaolzia i Gdańska, oraz Wasserpolen. Przybliżoną liczbę Polaków i obywateli polskich wcielonych do armii niemieckiej szacuje się na ok. 375 000 (2% całej armii). Z powodu nieufności, takich żołnierzy rozdzielano (2-3 osoby na pluton). Za próby łamania dyscypliny, usiłowania dezercji lub sabotażu karano śmiercią. Nie mogli awansować wyżej niż do stopnia starszego strzelca, nie trafiali do jednostek elitarnych (ewentualnie jedynie Niemcy z polskim obywatelstwem). Dezerterzy z Wehrmachtu zasilali oddziały Armii Krajowej, partyzantkę i Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie. Po wojnie w Polsce nie spotkały ich represje - ale za to ostracyzm i pogarda.
sojusz polsko-niemiecki - planowane na początku lat 30-tych porozumienie III Rzeszy i II Rzeczypospolitej, do którego nie doszło. Miało być skierowane przeciw ZSRR - politycznie, a później również militarnie.
Ostroja Pruska - pruski herb szlachecki, używany . na Kaszubach, przez niektórych heraldyków uznawany za odmianę polskiego herbu Ostoja. Herbem tym pieczętowały się rody Finck von Fickenstein, Skrzeszewscy i Lninscy.
siksa - młoda, nieletnia dziewczyna (z jidysz)
Obóz przy ul. Skaryszewskiej – obóz przejściowy dla osób aresztowanych w łapankach, utworzony 7 lutego 1941 w budynku szkoły powszechnej na ul. Skaryszewskiej 8 w Warszawie. Był miejscem tymczasowego osadzenia przed wywiezieniem na roboty przymusowe do Niemiec. W pierwszych latach byli to głównie dorośli (mężczyźni powyżej 16 roku życia i kobiety powyżej 17), ale w 1944 zaczęto do Rzeszy wywozić także dzieci poniżej 14 roku życia. Działał do 27 sierpnia '44.
odwrót kanałami - ewakuacja powstańców ze Starego Miasta do Śródmieścia. Ewakuacja rozpoczęła się wieczorem 1 września i trwała do godzin porannych następnego dnia. Do Śródmieścia wycofało się wówczas ok. 4,5 tys. żołnierzy AK, podczas gdy kolejnych 800 powstańców przeszło na Żoliborz. Na Starówce pozostało ok. 2,5 tys. ciężko rannych powstańców oraz ok. 35 tys. osób cywilnych (w tym 5 tys. rannych). Po zajęciu dzielnicy Niemcy wymordowali większość rannych, a cywilów wśród mordów i gwałtów wypędzili z miasta.
Kocham was. Mam nadzieję, że wszystko u was w porządku.
