Chłopiec udał się do nauczyciela zaraz po wybiciu ciszy nocnej. Ukryty pod peleryną niewidką wszedł do komnat mężczyzny niepostrzeżenie. Rose nieświadomy leżał na łóżku i bawił się swoją różdżką. Ubrany był cały na czarno, co chłopiec uznał za nieco zabawne. Podszedł do niego najciszej jak potrafił i delikatnie połaskotał w ucho. Reakcją było jedynie pokręcenie głową. Połaskotał ponownie, po czym poczuł uderzenie.
Rose szybko zorientował się, że nie był atakowany. Harry pół przykryty wylądował na podłodze kuląc się z bólu. Podbiegł do ucznia i wyciągnął dłoń, w chęci pomocy. Chłopiec mimo szczerych chęci, nie miał siły wstać. Wziął go więc na ręce i przeniósł sam na łóżko. Po chwili pobiegł po pomarańczowy eliksir ukryty w jednej z szuflad komody. Po podaniu, ból ustał.
- Jak przywalisz, to konkretnie – skomentował Harry podnosząc się i nieco krztusząc.
- Musisz iść do skrzydła szpitalnego. Mogłem cie poważnie uszkodzić. Ja nie chciałem Harry, naprawdę nie chciałem – Nik usiadł obok ucznia.
- Po prostu teraz wiem, że nie ma co zakradać się do znudzonego ghoula – odpowiedział półżartem – i nie pójdę za żadne skarby do skrzydła. Nic mi nie jest już.
- Jakby cie coś bolało, to bym się zdziwił. To silny środek. I pielęgniarka…
- Co niby jej powiem – oburzył się – nauczyciel mi przywalił i boli? Słabo brzmi.
- Mógłbyś powiedzieć, że ktoś cie uderzył zaklęciem.
- To by się zaczęło kto. Niepotrzebna afera – Harry podniósł bluzę i odsłonił swój brzuch –będzie tylko siniak.
- Jest cały przekrwiony – skomentował Rose dotykając delikatnie opuszkami palców torsu ucznia.
- Daj spokój – ukrył ciało – idziemy? – wstał gwałtownie przez co lekko zakręciło mu się w głowie.
- Przełóżmy. Nic pilnego. Przepraszam, jeszcze raz przepraszam. Nie chciałem cie skrzywdzić – głos mu drżał, podobnie jak dłonie – nie chciałem.
Harry demonstracyjnie przeszedł się po pokoju i zrobił dwa przysiady.
- Nic mi nie jest. Możemy iść teraz.
Nie chciał iść. Tylko jutro nie będzie chciał iść bardziej. Odkładanie w czasie nie pomogłoby. Liczył cichutko, że jak przełamie się raz to potem poleci już z górki.
- Przełóżmy…
- Nie, chce…
- Mieć z głowy? – Znów nadepnął na bliżej nieokreślony odcisk Rosea.
- Nie o to chodziło.
Rose nie czekał na odpowiedź. Troska i zmartwienie ustąpiły.
Po chwili przekroczyli bramę Zakazanego Lasu. Harry pozostawał w tyle, co mężczyzna skrupulatnie ignorował. No, może z raz czy dwa rzucił komentarz o beznadziejnej kondycji. Trochę racji w tym miał. Jak chłopiec uczęszczał na treningi, latał na miotle, męczył się o wiele mniej. Sam zauważył, że podczas ich ćwiczeń jest zmęczony i spocony dwa razy mocniej niż mężczyzna.
Harry nie był przekonany, by przekroczyć barierę anty teleportacyjną w Zakazanym Lesie, lecz nie kwestionował tego wyboru. Nie pierwszy raz przemierzał mroczną puszczę.
- Daleko jeszcze? – zapytał Harry i zasłonił się szczelniej szalikiem. Para wydobywała się z jego ust.
Nie miał pojęcia jak działają bariery, lecz szli stanowczo zbyt długo. Na całe szczęście, nie spotkali ani jednego mieszkańca.
- Chyba nie.
Rose pędził do przodu niczym skoczna sarenka omijająca przeszkody, a było ich sporo. Gigantyczne konary co chwilę wychodziły z ziemi. Mała nieuwaga i człowiek leżał na ziemi.
- To ty nie wiesz? Ciągniesz mnie przez ten przeklęty las i nawet nie wiesz?
- A co ja miarkę mam w oczach? – odpyskował – od jutra zaczniemy biegać.
- Możemy, ale nie o to mi chodzi.
- To tutaj – powiedział Rose. Doszli do niewielkiej polanki oświetlanej przez półksiężyc. Miejsce w lecie, w ciągu dnia z pewnością było urokliwe. Harry nie miał pojęcia jak mężczyzna rozpoznaje odpowiedni moment, aczkolwiek nie miało to większego znaczenia – chwyć mnie za ramie.
Harry postukał butem o but, by wytrzepać zimny puch, który wszedł mu za skarpetkę po czym wykonał polecenie.
- No proszę, tacy mili goście – usłyszeli głos za sobą.
Harry odruchowo zasłonią bliznę grzywką. Nie wiedział, kim jest tajemniczy nieznajomy mężczyzna, lecz nie wyglądał na przyjaciela. Nie powinien nalegać, by jednak poszli. Uderzenie powinien traktować jako znak.
- Snooki, jaka miła niespodzianka – ton Rosea przepełniony był sympatią - cóż cie tutaj sprowadza?
Rose położył swoją dłoń na dłoni Harrego w znaku, że kontroluje sytuację i by chłopiec nie odchodził od niego. Przynajmniej młodzieniec tak zinterpretował gest.
- Mogę zadać ci to samo pytanie – zaśmiał się.
Obcy był barczystym mężczyzną w średnim wieku. Włosy posiadał krótko ścięte, a policzek zdobiła świeża blizna.
- Widzisz, ja tu pracuje.
- Czarny Pan będzie zachwycony widząc, jaki prezent dla niego szykujesz.
Harry milczał. Z pewnością powinien coś powiedzieć, lecz milczał. Może dawny Harry rzuciłby się z słowotokiem.
- Czarny Pan przeznaczył dla mnie nieco bardziej skomplikowane zadanie, które właśnie zniszczyłeś. Mam nadzieję, że masz dobry argument.
- Zniszczyłem?! Wypuść z objęć tego dzieciaka, w dwójkę bez problemu go zaciągniecie przed oblicze naszego pana. Nie musisz prowadzić już z nim żadnych gierek.
Nik roześmiał w głos. Nie był to śmiech, który zwykle im towarzyszył, podczas którego w oczach ghoula pojawiały się radosne iskierki i na czole marszczyły zmarszczki. Nie był to śmiech, który Harry lubił. Poczuł strach.
Rose nie kontynuował dalej dialogu. Nagle w jego dłoni spoczęła różdżka. Śmierciożerca również pozostawał zaskoczony. Nie zdążył się podjąć nawet próby obrony. Padł oszołomiony na ziemię.
-To Snooki Varks. Nazwisko pewnie nic ci nie powie – wyjaśnił zimno Rose -dość niebezpieczny typek, chociaż całkiem sympatyczny. Nie podejrzewałem, że może pałętać się koło szkoły, chyba, że… - zamilknął przytłoczony własnymi myślami.
- Chyba, że? No skończ! – krzyknął Harry dysząc ciężko od nadmiaru emocji.
Zwątpił w swojego towarzysza. Znów w niego zwątpił.
- To dziwne, nie uważasz? Drugi raz spotykam śmierciożerce tuż przy bramach.
- Za pierwszym razem przecież nie było mnie jeszcze… znaczy się, byłem – pokręcił głową - ale nie mieliśmy jeszcze zbyt dobrego kontaktu.
- Nie podoba mi się to. Nikt mnie nigdy nie kontrolował.
- Skasujesz mu pamięć?
- Żartujesz? – Rose podszedł bliżej ofiary -jeśli jest tu przypadkowo, miałby to sens. A jeśli nie? Wówczas dlaczego nagle ma wymazane wspomnienia? Zbyt duże ryzyko.
- Mówiłeś, że Voldemort w żaden sposób ci nie zagraża, bo czuje śmierć.
- Nie, jeśli pozostaje mu wierny. Powiedzmy, że mam przywileje, ale nie pozwoli mi ujść, jak dowie się, że go zdradzam. Z strachem dobrze się walczy.
Harry poczuł gigantyczną ulgę. Rose był po jego stronie, niezaprzeczalnie był.
- Więc? -Rose wyciągnął różdżkę, lecz Harry zobaczył, że dłoń mu drży. Powstrzymał nauczyciela- co chcesz zrobić?
- No zabić go? – to było oczywiste, lecz potrzebował potwierdzenia- powinieneś się cieszyć, nie będziemy musieli teleportować się do mugolskiego miasta.
Rose drżał i Harry był pewny, że nie jest przekonany co do słuszności swojego czynu. Potrzymał go.
- Skasowanie pamięci jest złe, a zabicie już dobre?
- Pozbędziemy się ciała. Nie ma ciała, nie ma dowodu, problemu. Masz jakiś sposób, gdzie podrzucić ciało?
- Ty nie chcesz go zabijać.
- I co z tego!? Dużo rzeczy nie chce robić, a jednak robię. Myślisz, że chciałem tutaj iść z tobą? Nie, nie chciałem. Wolałbym siedzieć i popijać wino, objadać się szarlotką, a potem pójść spać. Jeśli został wysłany przez Czarnego Pana, by mnie śledzić, znaczy, że coś podejrzewa.
- Nie lubisz zabijać.
- Nie powstrzymuj mnie – powiedział z rozżarzonym głosem – bez twojej obecności i gadania jest to trudne. Najlepiej odejdź. Idź do zamku – pchną chłopca, by po chwili znów go przyciągnąć – nie będziesz się tu przecież pałętać sam. Odwróć się.
W oczach przepełnionych czerwienią Harry ujrzał łzy.
- Nie! To co robisz ma sens i rozumiem, że nie ma innego wyboru. Po za tym, jeden śmierciożerca mniej to zawsze jakaś korzyść.
- Więc?
- Mogę to zrobić za ciebie?
- Co?...
Harry nie czekał na protest i wyciągnął różdżkę.
- Avada Keadavra – powiedział cicho. Zielony płomień uderzył mężczyznę w pierś.
Rose stał zszokowany i otwierał usta, by coś powiedzieć.
Harry nie wiedział, dlaczego to uczynił. Przypomniał sobie moment, w którym nauczyciel płakał z bezsilności. Chciał chronić Rosea? Chciał uchronić go przed ewentualnym cierpieniem? Czy był zły, a to przyszedł moment w którym przestał udawać? Wiele myśli krążyło mu w umyśle. Toczyli wojnę, a on miał zamiar ją wygrać.
- Nie musiałeś – szepnął nauczyciel.
- Ale chciałem, naprawdę chciałem.
Harry spojrzał na Rosea. Do tej pory nigdy ich twarze nie znajdowały się tak blisko. Wybraniec wiedział, że jest tylko jeden sposób, aby nie zwariować, gdy wróci do wierzy. Emocje opadną, a świadomość, że zamordował człowieka z zimną krwią pozostaną. Musiał zrobić więc coś bardziej szalonego. I zrobił.
Rose początkowo nie odpowiedział na pieszczotę, co znacznie przestraszyło Harrego. Oczekiwał kolejnego dość bolesnego strzału. On jednak nie nastąpił. Mężczyzna ruszył swoimi ustami dopiero w momencie, gdy chłopiec zaczął odsuwać lekko głowę. Nie wiedział ile czasu trwali w pocałunku. Oderwali się od siebie dopiero w momencie, gdy chłodny wiatr zawiał mocniej. Emocje, które im towarzyszyły opadły.
- Odwróć się – poprosił Nik po czym przełknął nerwowo ślinę. Harry patrzył się na niego niepewnie. Nie oczekiwał żadnych wyznać, aczkolwiek te słowa całkowicie zbiły go z tropu – nie chce...nie chce tego robić, gdy patrzysz – skierował wzrok na nieboszczyka.
Harry posłusznie wykonał polecenie, nie rzucił żadnego komentarza. Usłyszał najpierw zaklęcie tajności, potem szelest metalu, ubrań a na końcu uderzenie. Korciło go, bardzo kociło, by odwrócić się. Jak wcześniej marzył, by oddalić ten moment tak długo jak się da, teraz chciał podejrzeć.
Nik nie zauważył, że jest obserwowany. Zajadał kawałek mięśnia jakby był nieco przerośniętą żelką kapiącą krwią. Ciało było zbyt świeże, by ona zastygła. Harry doszedł do wniosku, że jego zęby także muszą mieć szczególne właściwości. Po skonsumowaniu posiłku położył się na śniegu i przetarł twarz dłonią, przez co pozostała pobrudzona krwią. Oddychał spokojnie, jakby był pogrążony w transie. Zamknął oczy.
Harry miał ochotę podejść, lecz zbyt mocno obawiał się reakcji. Poruszał dłońmi próbując je ogrzać. Przez panującą pogodę ledwie je czuł.
- Nik... - szepnął cichutko, aczkolwiek to wystarczyło, by mężczyzna wyszedł z transu. Odwrócił głowę i czerwonymi oczyma spojrzał na towarzysza.
- Minuta – odrzucił spokojnie i znów zamknął oczy.
Chłopcu nie pozostało nic więcej, jak czekać. Jednak skoro Nik nadal pamiętał o jego obecności, postanowił do niego podejść. Podszedł do leżącego mężczyzny i przykucnął przy nim. Dotknął twarzy, rozmazał jeszcze bardziej resztki krwi. Nie otrzymał jakiejkolwiek reakcji.
- Wiem, że z pewnością wygodnie ci się leży w zimie, w nocy na glebie, no ale mam już chyba dosyć – przyznał marudnie. Rose wstał nieco rozzłoszczony.
- To jest cały cykl, etap –oburzył się - jak możesz mi przerywać w takim momencie?! – wstał rozzłoszczony -trzeba coś zrobić z ciałem. Tak, by nie został po nim nawet popiół, może szatańska pożoga, chociaż nie...
- Ewentualnie przelewitujmy je do gniazda Akromantul. Z chęcią do zjedzą i pewnie nawet kosteczki nie pozostaną – przyznał bez wzruszenia – chociaż potem musimy raczej szybko zwiewać. Kiedyś z Ronem mieliśmy okazję je poznać. Chyba do tej pory ma koszmary z tego powodu.
- W sumie to dobry pomysł – powiedział i rzucił na ciało czar lewitujący.
- Ej! - zaprotestował Harry – żartowałem. Spal je. Przecież nie wejdziemy w to cholerne gniazdo. Raz o mało nie przypłaciłem takiego spotkania życiem, więc wolę nie ryzykować.
- Dym może być widoczny. Po za tym i tak zbyt długo tutaj jesteśmy - Harry pokręcił głową. Nie wierzył, że jego propozycje Nik weźmie na poważnie. Miało to jednak mały plus. Po zobaczeniu całego stara dzieci Aragoga, będą do zamku pędzić tak długo, że nie pozostanie już siły ani chęci na jakiekolwiek rozmowy. O ile będą. Przecież pocałunek po morderstwie, a przed aktem kanibalizmu jest zupełnie normalną, przeciętną czynnością – więc którędy idziemy?
- Nie mam pojęcia gdzie jesteśmy. Ostatni raz byłem tam na drugim roku i...
Przyjechał zaczarowany samochód. Rose wyciągnął w jego stronę różdżkę, lecz Harry potrzymał go przez rzuceniem czaru. Stary Ford Anglia nie wyglądał na o wiele bardziej zniszczonego niż poprzednim razem.
- Mamy do niego wsiąść? – zapytał się mocno zszokowany.
Samochód jakby zrozumiał pytanie o otworzył swoje drzwi.
- Ostatnio nim uciekaliśmy z Ronem. Zasadniczo, jest tutaj dzięki nam. Przylecieliśmy nim aż z Londynu, ale to historia na kiedy indziej. Wsiadaj.
Nik umieścił ciało śmierciożercy na dachu, usiadł na miejscu pasażera, a Harry kierowcy. Nie stało się jednak nic, więc chłopiec wcisnął sprzęgło i jedynkę. Podziałało.
- Znasz się całkiem dobrze na mugolskiej technologii.
- Widziałem jak mój wuj kieruje. Po za tym, resztę tutaj robi magia – przyznał Harry i uśmiechnął się.
- Zawiezie nas tam, gdzie trzeba?
- A skąd ja mam wiedzieć?! To czarodziejski samochód, który zachowuje się, jakby posiadał własny rozum. Równie dobrze może odwieźć nas pod bramy.
Nauczyciel tylko pokręcił głową i nie odezwał się aż do momentu, gdy samochód postanowił się zatrzymać. Byli dalej w środku lasu. Wysiedli niepewnie.
- Jesteśmy na miejscu – zauważył Harry.
Pamiętał to miejsce. Zauważył lekkie poruszenie dookoła. Nie zwiastowało nic dobrego. Spojrzał na Rosea.
- Twoje oczy... - oczy nauczyciela znów oblały się czerwienią.
- Właśnie otaczają nas pająki. Wielkie pająki, a ty patrzysz na mnie!? – warknął.
Rzeczywiście. Chwilę temu obserwował poruszenie, a teraz już armię dzieci Aragoga. Nie wyglądały przyjaźnie.
- A coś ty myślał?! Sam chciałeś tutaj przyleźć. Zostaw tu ciało i spadamy.
- Tak po prostu mamy go zostawić? To jednak zbyt okrutne... - pokręcił głową.
Harry miał ochotę go uderzyć.
- Przed chwilą go zacząłeś, więc oni teraz skończą, wielkie halo - Nik ściągnął ciało i położył na ziemi – a teraz spadamy. Szybko.
Harry wiedział, że przesadził swoim komentarzem, aczkolwiek jak to zwykle bywa, najpierw powiedział, potem pomyślał. Chłopiec zauważył, że akceptacja Rosea w kierunku siebie samego jest bardzo delikatna i nieco fałszywa. Chciał żyć, więc robił wszystko, by tak się stało. Jakkolwiek go nie usprawiedliwiać, zabijał. Jednocześnie nie byłby zaskoczony, gdyby Nik znalazł zabrudzonego, ślepego kociaka i zarwał kilka nocy w celu opieki nad nim.
Wsiedli ponownie w Forda idealnie w momencie, gdy pająki przekroczyły bezpieczną przestrzeń. Samochód jak najlepszy taksówkach ruszył szybko. Nie obyło się bez minimalnego problemu, aczkolwiek nauczyciel rzucił zielone zaklęcie w kierunku pajęczaka
- Dziękuję samochodziku – rzucił Rose, na co Harry się zaśmiał.
- To samochód.
- Który przyjechał, odwiózł nas i w ogóle. Może jakiś duch w niego wszedł – wyjaśnił.
Ford odjechał zatrąbił jakby w potwierdzeniu i nadal kontynuował swoją drogę do zamku.
- Duchy mogą wejść w przedmiot? – zszokował się Harry.
- A bo ja wiem. Zasadniczo horkruks to dusza umieszczona w przedmiocie, więc kto ich tam wie. Ja też teoretycznie nie istnieje, a jakoś jestem. Sceptycznie patrzę na takie sprawy.
- Jesteś niesamowity – przyznał szczerze i był prawie pewny, że Nik się zarumienił. W mroku ciężko stuprocentowo ocenić takie szczegóły.
Dojechali prawie na skraj i samochód pozbył się nich mało przyjemnie, wyrzucając brutalnie. Harry poczuł znów przeszywający ból, lecz wstał i próbował robić dobrą minę do złej gry. Widać eliksir pomału przestawał działać
- Czy ty mnie akceptujesz? – zapytał Rose nim przykryli się peleryną niewidką.
- Rozwiń – poprosił Harry i zadrżał z zimna. Zaczął nerwowo tupać.
- Gubię się. Twoja pierwsza rekcja była normalna, a potem... czasem zachowujesz się jakby mnie akceptował. To kim jestem. Niby brzydzi cie sposób mojego pożywienia, ale i tak jesteś.
- Ja... - Harry zaczął się jąkać – ja też nic nie wiem i się gubię. Gubię się w twojej sprawie i ogólnie. To kim jestem i kim się staje.
- Czarna magia. Obracasz się ostatnio zbyt często w towarzystwie czarnej magii. Ona może ci mącić w głowie. Zabiłeś człowieka. Bez zastanowienia. Jeszcze wczoraj wątpiłbym, że w ogóle będziesz w stanie wymówić śmiercionośne zaklęcie, a tutaj taka niespodzianka. Źle się stało. To zmienia duszę. Dodatkowo, jesteś taki podatny...
- Tobie nie jest zimno!?- wtrącił próbując zmienić temat. Nie teraz, nie dziś. Jutro do niego wrócą, jak zawsze.
- Nie- Rose pokręcił głową – to chyba związane z moją naturą.
- Zależy mi na tobie - Harry nie wiedział do końca dlaczego wystrzelił z tym wyznaniem, czuł, że ono jest tutaj potrzebne.
- To dobrze – to wszystko? W chłopcu zawrzało, lecz nie dał po sobie tego poznać.
Nagle Nik zaczął się śmiać. Szczerze śmiać, aż w oczach pojawiły się łzy. Harry stał całkowicie zagubiony.
- Wracajmy do zamku. Jeszcze się rozchorujesz – po czym podszedł do chłopca i cmoknął go w usta.
Mam nadzieję, że nie wyszło zbyt ckliwie oraz, że jesteście zadowoleni. Nie planowałam jakichkolwiek romantycznych akcji aż do epilogu, ale ostatecznie postanowiłam trochę nagiąć scenariusz.
