No i znowu nadchodzi chaos. Hurra.
Rozdział czternasty: „Vox Populi"
Trzask!
Draco stał pośród opadających piór, usiłując wmówić sobie, że eksplodowanie poduszki było lepsze od eksplodowania głowy Connora Pottera. A potem pomyślał, że może jednak to drugie byłoby lepsze, ale tylko dlatego, że jego moralność była wystawiana w tym momencie na ciężką próbę. Chciał satysfakcji i to mu nie pomagało.
Ktoś zapukał ostrożnie do drzwi. Draco to zignorował. Wiedział, kto to był i nie chciał w tej chwili rozmawiać z tą osobą. Nie chciał nawet przeprosin od tej osoby. Dopiero, kiedy ta osoba spędzi dość czasu na rozpaczaniu o popełnionym błędzie, to może znajdzie przy okazji słowa, których Draco chciałby usłyszeć.
Draco wycelował różdżką i zaintonował kolejną klątwę. Tym razem eksplodowało wezgłowie łóżka. Draco odetchnął chrapliwie. Przynajmniej to jest dobre w mieszkaniu tutaj, pomyślał. W Rezydencji Malfoyów od razu zaczęłyby pojawiać się skrzaty domowe, skrzecząc z niepokojem, że własność Malfoyów jest niszczona. Tu jednak mógł niszczyć, ile mu się podobało i po prostu naprawić potem wszystko za pomocą lekkiego Reparo. Może Harry miał rację, może życie bez skrzatów domowych faktycznie było łatwiejsze.
No, zobaczymy, czy ma też rację pod innym względem. Zobaczymy, jak łatwo będzie mu się spało przez kilka najbliższych nocy w pustym łóżku, pomyślał Draco. Tym razem cisnął klątwą w ścianę. Ściany Nadmorskiego Basztańca były kamienne i tak gęsto przeplecione osłonami, że zaklęcie Dracona odbiło się i pomknęło w niego. Musiał wznieść szybkie Protego, co go nieco uspokoiło.
Draco usiadł na łóżku, przeczesał dłonią włosy i zamknął oczy. Harry przyszedł tu sam i wyglądał na tak znerwicowanego, że Draco momentalnie uwierzył mu na słowo, jak tylko zaczął mówić o zaklęciach na Błyskawicy i tonącym Connorze. Draco rozumiał już, że Harry był przede wszystkim był znerwicowany samym faktem, że brał udział w czymś takim, ale to nie miało znaczenia. Najważniejsze było to, że w ogóle ustąpił swojemu bratu.
– Draco? – zapytał Harry.
– Idź sobie – powiedział Draco, po czym opadł na łóżko, skrzyżował ręce pod głową i skrzywił się w kierunku zwieńczenia baldachimu.
– Draco, ja tylko chciałem przeprosić i powiedzieć...
– Nie chcę tego słuchać! – wrzasnął Draco, co uciszyło zarówno pukanie, jak i słowa Harry'ego. Po chwili Harry westchnął i Draco usłyszał jego oddalające się kroki.
Powiedział sobie, że tego właśnie chciał, ale po chwili jego nastrój uległ zmianie i chciał, żeby Harry dalej próbował, dalej z nim rozmawiał, może nawet krzyknął, albo wysadził drzwi, gdyby musiał. To przynajmniej pokazałoby, że mu naprawdę zależy, że wolał spędzać czas na uspokajaniu Dracona, niż na rozmowach z tym swoim skretyniałym bratem.
Draco wiedział, że zachowuje się jak dziecko, zdawał sobie z tego sprawę i miał to gdzieś.
Nabrał głęboko tchu. Jego myśli powoli zaczynały się uspokajać i nie wirowały już wściekle wokół jego oburzenia. Zacisnął ręce na pościeli, ale nie sięgnął po różdżkę, żeby znowu coś przekląć, co było postępem.
Czemu Harry nie może zachowywać się jak normalny człowiek? Zapytał niesprawiedliwego losu, przez który zakochał się w chłopaku, dla którego nawet pocałunek musiał odbywać się z jakiejś szczególnej okazji. Czemu nie był w stanie zrozumieć, że taki wygłup by mnie skrzywdził, czemu nie mógł odmówić wzięcia w nim udziału?
Problem w tym, że Harry zdawał sobie z tego sprawę i momentalnie zrobiło mu się przykro. Draco był w stanie przyjąć to do wiadomości. Ale to wciąż nie zmieniało faktu, że i tak w ogóle wziął w tym udział.
Uderzył pięścią poduszkę. Cholera jasna, przez chwilę naprawdę uwierzył, że ten dureń, Connor, nie żyje!
Draco zamknął oczy i odetchnął ciężko. Znowu zaczynał się denerwować, a jeśli się popłacze, to Potter wygra. Ojciec mu tak zawsze powtarzał, a Draco nie widział powodu do powątpiewania w niego pod tym względem. Skupił się na swoim oddechu i powoli zaczął przeczesywać swój umysł w poszukiwaniu rozsądku.
Harry powiedział mu, że chce spędzić więcej czasu z Connorem. To jedno. Ale nawet to postanowienie było wybite w żelazie; Draco niemal wierzył, że Harry zrobił sobie jakąś rozpiskę tego, ile czasu ma zamiar spędzać z poszczególnymi ludźmi, w tym ze swoim bratem, w ten sam sposób, w jaki robił to z lekcjami, czy innymi zadaniami. Czemu nie docierało do niego, że wcale nie musiał w ten sposób dysponować swoim czasem? Przecież mógłby zajmować się kryzysami w miarę, jak te się pojawiały, po czym spędzać rozleniwione popołudnia, czy nawet poranki, w łóżku z Draconem.
Harry był zdecydowanie zanadto świadomy każdej mijającej chwili i Draconowi zdecydowanie się to nie podobało. Wiedział, że Connor był bratem Harry'ego, tak samo jak wilkołaki były stadem Harry'ego, a Snape był opiekunem Harry'ego. Harry jednak wydawał się być przekonany, że powinien ich wszystkich zrównoważyć, zamiast... zamiast po prostu z nimi żyć.
Jego myśli prawdopodobnie dalej wirowałyby tą ścieżką, gdyby nie przypomniał sobie czegoś, co powiedział mu kiedyś Blaise Zabini, ten parszywy zdrajca. Draco chciał wtedy, żeby Harry przejrzał na oczy i zorientował się, że Draco go kochał, a Blaise powiedział mu, że jeśli będzie czekał, aż Harry zacznie zachowywać się jak normalny człowiek, to jeszcze długo sobie poczeka.
Kiedy to prawda, co nie? Draco westchnął i ponownie otworzył oczy, machając różdżką i rzucając Reparo na wezgłowie. Jego trening, to nowe polityczne życie i wszystko inne prawdopodobnie zrodziło w nim przekonanie, że powinien rozdzielić swój czas pośród wszystkich i pewnie uznał, że powinien zgodzić się na ten wygłup po prostu po to, żeby uszczęśliwić swojego brata. Jak tylko zobaczył, jak bardzo mnie tym skrzywdził, to momentalnie znienawidził się za to, ale, po raz kolejny, było to za to, jak myśmy się w tym momencie czuli. Nie jak on się wtedy czuł. Nie jest normalny pod tym względem, że nie jest w stanie ocenić, jak taki wygłup odbiłby się na nim.
Cholera jasna. Jak ja nienawidzę jego matki. Jest od niej lepszy na tyle różnych sposobów, ale wszystko, co mu zrobiła, wciąż w nim siedzi, przeplecione przez jego głowę i wijące się w nim.
Draco bawił się przez chwilę wyobrażeniami torturowania Lily Potter, po czym odsunął je od siebie. To w żaden sposób by mu w niczym nie pomogło. Poza tym próby ustalenia, jak właściwie włamać się do Tullianum, przyprawiły go o ból głowy.
Ostatecznie uznał, że jest ponad to. To on zrozumiał, jak bardzo ten wygłup zaszkodził Harry'emu, bo gnojek Potterów pewnie wciąż wył ze śmiechu, podczas gdy Harry rozpaczał nad wszystkim, tylko nie nad tym, jak sam przy okazji ucierpiał. Dlatego też Draco przejmie się nim w jego imieniu.
Czy to sprawiedliwe, że to właśnie ja muszę się tym zajmować? Nie. Ale to też nie jest sprawiedliwe, że Harry musi w ten sposób dzielić swoje dni.
Poza tym, dzięki temu będę mógł bardziej naciskać. Draco uśmiechnął się. Potter chce się po prostu powydurniać z Harrym. Ja chcę od niego czegoś znacznie ważniejszego i z pewnością to dostanę. Kto powiedział, że nie mogę być jednocześnie samolubny i troskliwy?
Draco uznał, że dopiero rankiem porozmawia o tym z Harrym. Zaczną wtedy od nowej strony, nowego dnia, a Harry będzie bardziej skłonny uwierzyć, że Draco nie jest już na niego zły.
Usatysfakcjonowany Draco naprawił swoją poduszkę i zwinął się w kłębek, żeby uciąć sobie drzemkę. Medytacja nad formą animagiczną, którą już dawno temu powinien był zobaczyć, była męcząca.
– Dzień dobry, Malfoy.
– Dzień dobry – powiedział neutralnie Draco, wchodząc do kuchni. Wilkołaki wciąż zwracały się do niego przeważnie po nazwisku. Draco musiał używać ich imion, ponieważ większość z nich nie miała nazwisk, albo się ich wyrzekła. Dlatego też zwykle uciekał się do nie zwracania się do nich w ogóle.
Kamelia obejrzała się na niego, kiedy przewracała na patelni kiełbaski, a oczy jej pociemniały, kiedy padły na korytarz.
– Harry nie przyszedł z tobą?
– Nie tym razem. – Draco wyminął ją, żeby nalać sobie soku pomarańczowego i cokolwiek ciesząc się przeszywającym spojrzeniem, jakie mu rzuciła.
– Czemu nie?
– Bo wczoraj się pokłóciliśmy – powiedział Draco, opierając się biodrem o blat i powoli popijając swój sok. – Spłatał mi naprawdę głupiego figla. – Wzruszył ramionami. – Wybaczyłem mu i mam zamiar porozmawiać z nim o tym dzisiaj, ale nie spaliśmy wczoraj w tym samym łóżku.
Kamelia skupiła się na chwilę na smażeniu kiełbasek, podczas gdy jej mina robiła się coraz bardziej pochmurna. Wreszcie zdjęła patelnię z ognia i nachyliła się w jego kierunku, mierząc go groźnym spojrzeniem. Draco prychnął w myślach i zaczekał. Wiedział, że prędzej czy później któryś wilkołak przyjdzie do niego z tekstem „Jeśli kiedyś skrzywdzisz naszego alfę" i w sumie miało to sens, że padło akurat na Kamelię, która spędzała z Harrym najwięcej czasu.
– To nasz alfa – powiedziała Kamelia niemal bezgłośnie. – Nie jest wilkołakiem, więc nie ma możliwości nawiązania z nami więzi bratniej duszy. Dlatego nie mówię tego z zazdrości, czy żeby rzucić ci wyzwanie, Malfoy. Powiem ci po prostu, co się stanie. Skrzywdź go, a nikt nie będzie w stanie znaleźć nic ludzkiego w tym, co z ciebie zostanie.
Draco popił soku.
– Jest nasz na sposoby, z jakich w ogóle nie zdajesz sobie sprawy – powiedziała Kamelia i tym razem jej zęby kłapnęły o siebie. – Chronimy go i strzeżemy. Widać jak na dłoni, że w ogóle nie ma dla siebie czasu. Niebawem mamy zamiar nakłonić go do odpoczynku i nie pozwolimy, żeby jakieś nerwowe pieski kanapowe mu w tym przeszkodziły...
– I wydaje ci się, że w ten sposób zmusicie go do relaksu? – Draco zaśmiał się lekko i przyjrzał się wewnętrznej stronie swojego nadgarstka. – Zrozum. Harry, o ile nie lata, nie ma pojęcia jak się odprężyć. Stara się, ale wszystko po prostu zmienia się dla niego w kolejną walkę, albo myśli, jak może skorzystać z tego czasu z pożytkiem dla wojny czy polityki. I nie możecie mu też powiedzieć, że sami chcecie, żeby się odprężył, bo wówczas zrobi to jako przysługę. – Spojrzał na nią z kpiną. – Mam znacznie większe szanse na przebicie się przez jego bariery, bo wie, że lubię zachowywać się jak rozpieszczony gnojek, a ja wiem, jak to wykorzystać. Jestem w stanie rozdrażnić go do stopnia, w którym nawet nie zauważy, kiedy się odsłonił, póki nie będzie za późno.
Kamelia przyglądała mu się w bezruchu i bez mrugania. Draco słyszał gdzieś, że wilkołaki zwykle korzystały z takiej walki na spojrzenia do ustalenia dominacji, ale i tak nie odwrócił wzroku.
– Lepiej, żebyś miał rację – powiedziała po chwili Kamelia, po czym wróciła do kiełbasek.
– Mam – powiedział cicho Draco, ale nie obejrzała się już na niego. Zajął miejsce przy stole i uśmiechnął się w kierunku jej pleców. Były spięte z dezaprobaty. Snape pewnie wyglądałby podobnie, gdyby Draco powiedział mu o swoich zamiarach.
Draco miał to gdzieś. Kiedy wczoraj przysypiał, dotarło do niego, że problem Harry'ego z tym wygłupem, jak i jego problem z intymnością, były ze sobą powiązane. Zbyt świadomie do wszystkiego podchodził, za bardzo bał się, że kogoś skrzywdzi. Prawdopodobnie w ogóle nie chce tracić panowania nad sobą.
Draco będzie musiał go sprowokować, wytrącić z równowagi i wówczas otrzyma to, czego chce, a Harry to, czego potrzebuje. Obie strony na tym skorzystają.
Kilka minut po tym, jak Kamelia podała śniadanie, przez okno wleciała osobliwa sowa, piękne, szare stworzenie z ciemnymi plamkami na piórach. Draco przyjrzał się jej z zaciekawieniem, kiedy lądowała na stole. Zwykle bez trudu można było rozpoznać sowy „Proroka Codziennego", ale ta ich nie przypominała, mimo że też przyniosła gruby zwój gazety. Była za bardzo spięta, niemal wibrowała z przekonania o istotności własnej misji.
Draco odruchowo podał jej parę połączonych ze sobą kiełbasek. Sowa przyglądała mu się przez chwilę, po czym uznała dar za wystarczająco dobry i zabrała się za jedzenie. Dopiero wtedy puściła gazetę, a i to zrobiła, ewidentnie się wywyższając. Draco ściągnął sznurek, który utrzymywał gazetę zwiniętą w rulon. Może to jakieś specjalne wydanie.
Nie było nim. To była kompletnie inna gazeta. Wokół jej tytułu tańczyły obrazy długowłosych kobiet. Draco podniósł brwi. Nie trzeba było przyglądać się temu jakoś wyjątkowo uważnie, by zauważyć, że żadna z kobiet nie miała na sobie szat, nie trzeba było nawet jakiejś wybitnej wyobraźni, żeby dojść do wniosku, co znajduje się tuż pod zasłoną włosów.
Tytuł gazety był zarośnięty pnączami winnymi, a każda z liter roztapiała się na końcach swojej ozdobnej czcionki, a spływające z nich krople lądowały w butelkach na wino. Dlatego też Draconowi znacznie dłużej zeszło na odczytywaniu tytułu, niż wyobrażaniu sobie wszystkiego, co tańczące wokół niego kobiety mogły, choć nie musiały, mieć pod włosami.
Vox Populi, głosił tytuł. Pomniejsze litery pod spodem również były zapisane ozdobną czcionką, z jeszcze większą ilością winogron i czegoś, co przypominało rogi, ale łatwiej można było go odczytać. Głos Ludu.
Draco zmarszczył brwi. Pierwsze słyszę. Spojrzał na nagłówek na pierwszej stronie z nadzieją, że to mu coś podpowie. I wtedy się zakrztusił.
Minister spiskuje z niewymownymi
– Wszystko w porządku, Draco? – zapytał go Harry. Draco poczuł, jak jego dłoń opada na jego ramię, po czym zawisa w powietrzu.
Draco zaczął czytać artykuł na pierwszej stronie. Czuł, jak Harry czyta go razem z nim.
Zgodnie z zeznaniem wiarygodnego świadka, niewymowni z Departamentu Tajemnic zaczęli polować na naszego Wybrańca, niegdyś znanego jako Harry Potter. Przegonili z Atrium wszystkich potencjalnych świadków, po czym zaatakowali go, kiedy udał się do ministerstwa w sprawie kompletnie legalnej i cokolwiek ważnej. Jedyną osobą, która przybyła Harry'emu na pomoc, okazała się być czarownica sprawdzająca różdżki na wejściu, ale i tak udało mu się odeprzeć atak niewymownych. Zgodnie z naszymi źródłami, szare szaty usiłowały nałożyć obrożę na Harry'ego, jak i cisnąć w niego potężnym artefaktem, który aż cuchnął od magii czasu. Kiedy rzucił się wraz ze swoją towarzyszką do ucieczki, niewymowni postanowili ich zobliviatować. Nie wiedzieli jednak, że Harry, jako czarodziej o lordowskiej mocy, zdolny jest do odpierania również takich ataków.
Nasze pytanie brzmi następująco: gdzie w tym momencie znajdował się minister? Czemu wciąż nie powiedział, co myśli o sytuacji, w której w jego własnym ministerstwie odbywa się atak na Wybrańca, w dodatku dokonany przez jego własnych pracowników? Jakim cudem nie zauważył, że Atrium niespodziewanie opustoszało, z wyłączeniem czarownicy sprawdzającej różdżki, że użyto tam potężnej magii – zarówno w czasie ataku, jak i ucieczki – czy nikt nie przejął się zniknięciem towarzyszki Harry'ego z posterunku?
Doszliśmy do wniosku, że minister Scrimgeour doskonale zdawał sobie sprawę ze wszystkiego, co wtedy zaszło, ale zdecydował się na zignorowanie sprawy, ponieważ woli pozostawiać Departamentowi Tajemnic wolną rękę. Ile właściwie wiemy o Departamencie Tajemnic? Niewiele. Są rzekomo wybierani przez artefakt, który nigdy nie przyjąłby do służby osoby nielojalnej, ale przez to rodzi się kolejne pytanie: lojalnej wobec kogo, czego, jakiego celu? Czy ten artefakt faktycznie walczy o dobro naszego społeczeństwa, jak to od zawsze twierdzili niewymowni, czy też dla dobra Departamentu Tajemnic i nikogo innego?
Zaufanie, jakim minister obdarzył ten departament, jest kompletnie bezpodstawne. Próby prześladowania i porwania bohatera czarodziejskiego świata, jedynego człowieka zdolnego do obronienia nas przed Voldemortem, jest niedopuszczalne. Wzywamy ministra Scrimgeoura do wyjaśnienia swojego stanowiska w tej sprawie, im szybciej tym lepiej.
Nie było imienia autora. Oczywiście że nie, pomyślał lekko otępiały Draco. Nikt nie odważyłby się na podpisanie się pod tak prowokacyjnym artykułem, nawet samym pseudonimem.
Inne sprawy zszokowały go jeszcze bardziej. Jeszcze nigdy nie widział, żeby jakakolwiek gazeta odważyła się wydrukować imię Voldemorta. Prawie nikt nie miał odwagi zapisać jego imienia, Draco widział je tylko w listach od Harry'ego. Oburzony ton artykułu sugerował, że autor nawet nie usiłował udawać pozornej bezstronności w sposób, w jaki robili to pisarze Proroka. Draco potrząsnął głową, zastanawiając się, kto stał za tym wszystkim i jakim cudem wydawało im się, że ujdzie im to na sucho.
– Patrz – powiedział cicho Harry, odwracając stronę.
Draco zamrugał. Na drugiej stronie znajdowała się dobrze znana mu fotografia Harry'ego, lecącego w kierunku smoków w czasie Turnieju Trójmagicznego. Draco od dawna zastanawiał się, czemu nie mogą użyć jakiegoś innego zdjęcia, może nowszego, może nawet z Draconem, na którym widoczny byłby pierścień, ogłaszający wszem i wobec ich rytuał zaręczynowy.
Ten nagłówek różnił się jednak od pozostałych.
Uratował, czy nie uratował: Nowe dowody na to, że „Wybraniec" jest wybrańcem wyłącznie smoków
Draco przeczytał pobieżnie artykuł, kręcąc lekko głową. Jego autor uważał, że Harry tak naprawdę nie obronił uczniów Hogwartu przed smokami, kiedy Mulciber rzucił na nie Imperio, dzięki któremu wyrwały się swoim opiekunom spod kontroli; zamiast tego rozmawiał ze smokami, ponieważ był ich bohaterem, ich dzieckiem z przepowiedni. Prawda mieszała się tak radośnie z kłamstwami, że Draco już wyobrażał sobie, jak wielu ludzi to przekona, mimo że pod tym tekstem również nikt się nie podpisał.
– Nie rozumiem – powiedział, kiedy przeglądał inne artykuły i znalazł takie, które wychwalały Harry'ego jako bohatera, takie, które z niego drwiły, takie, które ogłaszały, że czas najwyższy wymieszać świat czarodziejów z mugolskim, jak i takie, które stanowczo uważały, że należy trzymać je osobno. – Jakie oni w ogóle chcą objąć stanowisko?
– Chyba żadnego. – Harry obrócił gazetę i wskazał na coś, czego sprawdzenie wcześniej nie przyszło Draconowi do głowy, nazwę wydawcy i prasy.
Dionizos Hornblower, Prasa Menad.
Draco skrzywił się. Słyszał o rodzinie Hornblowerów, nawet jeśli nie o samym Dionizosie. Byli szalonymi ekscentrykami, którzy zwykle się nie deklarowali, ale dzięki kilku bardzo prostym zaklęciom transportacyjnym, które wynaleźli dosłownie wieki temu, ich skarbce były przepełnione galeonami. Krzyżowali się z mugolami, z półkrwistymi, z wilami, właściwie to z każdym, kto akurat wpadł im w oko, zwykle nawet zawierali małżeństwa bez korzyści dla rodziny. Lucjusz ostrzegał Dracona, żeby nigdy nie wchodził w konszachty z Hornblowerami, chyba że użyje do tego pętającej przysięgi, którą sam będzie w stanie ułożyć w słowa. Hornblowerowie znani są ze swojej zdolności do siania chaosu nawet tam, gdzie go nie ma prawa być.
W dodatku Dionizos to grecki bóg wina, dzikiej natury i szaleństwa, a menady były jego towarzyszkami, kobietami, które tańczyły dziko pośród pól. Draco obrócił gazetę z powrotem i spojrzał znowu na tańczące wokół tytułu kobiety.
Z tego, co Draco pamiętał, menady rozrywały również na strzępy dzikie bestie, czy ludzi, których zdołały skusić do siebie. Podchodziły do swoich ofiar bez najmniejszej dyskryminacji; matki mordowały własnych synów, jeśli tylko otrzymały takie polecenie od swojego boga. Draco miał wrażenie, że Hornblower zdecydował się nazwać swoją prasę na ich cześć, jak i wydrukować je jako emblemat na swojej gazecie w ramach deklaracji wojny na tak wielu frontach, jak to było możliwe.
– Będą drukowali, co tylko będą chcieli – mruknął Harry. – W większość nikt nie uwierzy, ale przecież są też w posiadaniu prawdziwych informacji. – Po raz kolejny wskazał na artykuł na pierwszej stronie. – Najwyraźniej rozmawiali z kimś, kto pojawił się na moim festiwalu, a może sam autor na nim był.
– Ale po co? – zapytał Draco. – Przecież ten cały Dionizos mógłby narobić szkód na wiele innych sposobów i większość z nich nie byłaby równie kosztowna. Czemu właśnie tak?
– Cieszę się, że padło to pytanie.
Draco poderwał głowę. Nawet nie zauważył, że szaro–czarna sowa pozostała na stole; zwykle sowy pocztowe ulatniały się zaraz po otrzymaniu zapłaty. Ta rozłożyła szeroko skrzydła i otworzyła dziób, z którego wyleciała chmura lśniącego światła i uformowała się w obraz czarodzieja, prawdopodobnie w wieku trzydziestu paru lat, który patrzył się na nich z uśmiechem.
Draco momentalnie go znielubił. Facet miał minę, którą Draco tylko raz widział u kogoś innego: na twarzy wilkołaka znanego jako loki. To była mina kogoś, kto zdawał sobie sprawę z tego, że nie ma wszystkiego pod kontrolą, ale i tak ma zamiar cisnąć w kogoś klątwą tnącą, choćby po to, by zobaczyć, gdzie polecą krople krwi. To naprawdę wykrzywiało twarz, którą Draco uznałby zazwyczaj za całkiem przeciętną, z szarymi oczami, brązowymi włosami i niewielkim znamieniem na policzku.
– Wysłałem tę wiadomość wraz z większością moich sów, ale ludzie zwykle nie pytają. – Dionizos zdawał się siedzieć za jakimś biurkiem. Teraz pochylił się nad nim poufale i puścił oczko. – Ale ty, ciebie to ciekawi. Chcesz się dowiedzieć, co jest właściwie grane. To dobrze. Tak powinno być. To pierwszy krok w kierunku prawdziwej wolności.
Dionizos wyprostował się i rozłożył ręce.
– „Vox Populi" powstało po prostu po to, by publikować artykuły, które inaczej, przez parszywą politykę Proroka pod względem każdego, kto nie wyraża zatwierdzonych przez nich opinii, nigdy nie zobaczyłyby światła dziennego. – Dionizos uśmiechnął się krzywo. – wydrukuję wszystko, co ktokolwiek postanowi do mnie wysłać i jedyne, co poprawię, to gramatykę. Tylko to przyniosłoby wstyd mojej gazecie. Prawda nigdy tego nie zrobi.
– Sam przecież nie znasz całej prawdy o wszystkim, stary durniu – mruknął Draco, ale nagranie, rzecz jasna, nie było w stanie go usłyszeć i paplało sobie dalej.
– Płacę za wszystko i płacę też pisarzom, dzięki czemu nie musicie przejmować się kosztami druku. Chcę, żeby wszyscy poznali prawdę. Ministerstwo już zbyt długo miało wszystko pod kontrolą. Rozpoczęła się wojna, lada moment może zacząć rewolucja, a ministerstwo w dalszym ciągu usiłuje udawać, że nic się nie zmieniło. – Oczy Dionizosa lśniły w sposób, który Draco ocenił na niezdrowy. – A to przecież nieprawda. Postanowiłem wzorować się na człowieku, który mnie zainspirował do tego pomysłu, Harrym vatesie, który jest równie mocno naszym prorokiem i wieszczem, co magicznych stworzeń. Ceni sobie wolność i słusznie! Wolność jest najważniejszym, co można mieć na tym świecie.
Draco nie był w stanie powstrzymać się przed obejrzeniem na Harry'ego, żeby zobaczyć, jaki efekt wywarły na nim te słowa. Odkrył, że Harry przygląda się przysłanej wiadomości z rezygnacją na twarzy. Harry zauważył jego spojrzenie i wywrócił dłonią, mówiąc coś tak cicho, że Draco niemal nie był w stanie usłyszeć tego pod paplaniną Dionizosa. Zasiałem wiatr, teraz zbieram burzę.
– ...A teraz mamy siłę, którą jesteśmy w stanie stawić ministerstwu czoła. – Dionizos pokiwał parę razy głową, jakby naprawdę, naprawdę w to wierzył. To Hornblower, oczywiście, że w to wierzy, pomyślał Draco. – Mamy gazetę, w której wszyscy będą w stanie wyrazić swoje odmienne poglądy, co możliwe, że pokaże innym, że ktoś dzieli ich przemyślenia. Zorientują się, że centaury myślą zupełnie jak my, a ludzie, którym zawsze okazywano szacunek z samego faktu, że urodzili się czystokrwiści, nie zawsze na ten szacunek zasługują. Nasze motto, poza ideą bycia głosem ludu, jest dokładnie takie samo jak Przymierza Słońca i Cienia. Nie boimy się i nasi wrogowie nie są w stanie nas do tego zmusić.
Wiadomość skończyła się odtwarzać i chwilę później światło rozpadło się i wlało z powrotem do sowiego dzioba. Potrząsnęła lekko piórkami, po czym wzbiła się w powietrze i wyleciała przez okno, jakby bała się, że odbiorcy zabiją posłańca.
Draco ponownie obejrzał się na Harry'ego.
– To chyba ostatnie, czego teraz ci trzeba – powiedział.
Harry westchnął ciężko, po czym obszedł stół, zabierając po drodze ze sobą gazetę i usiadł po przeciwnej stronie.
– To prawda – powiedział, przeglądając inne artykuły w gazecie – ale przecież nie będę dyktował ludziom, co mają robić. Nie mogę też łudzić się, że mój przykład zainspiruje innych do opamiętania się.
Draco założył ręce na piersi.
– Czy ty zawsze musisz być taki... rozsądny? – syknął.
Harry podniósł na niego wzrok.
– Co masz na myśli?
– Przecież możesz się wkurzać – powiedział mu Draco. Kamelia pojawiła się przelotnie między nimi, żeby położyć przed Harrym talerz pełen kiełbasek, ale Harry, który właśnie wpatrywał się w Dracona, zdawał się kompletnie tego nie zauważyć. – Tak dobrze sobie z tym radziłeś zaraz po wyjeździe z Sanktuarium. A teraz... studnia zdaje się wysychać. – Nie był w stanie znaleźć innych słów na określenie tego. – Zachowujesz się, jakbyś nie miał prawa do złoszczenia się o to, co inni ludzie robią w twoim imieniu, albo jakbyś nie miał prawa się tego wyrzec.
– No, jak mnie ktoś zapyta, to na pewno wyjaśnię, że w żaden sposób nie przyłożyłem ręki do utworzenia „Vox Populi" – powiedział z lekkim niedowierzaniem Harry. – Ale przecież nie mogę być zły o to, że Hornblower wziął ze mnie przykład i w rezultacie zrobił coś, czego nie pochwalam. Oczywiście, że do czegoś takiego doszłoby prędzej czy później. Przecież jestem politykiem, Draco, ogłosiłem się jako przywódca sojuszu. Ludzie będą źle mnie rozumieli, albo źle interpretowali moje słowa, czy czcili mnie na sposoby, które mi się nie podobają. To było nieuniknione. Jasne, czuję się przez to niekomfortowo, ale to nie to samo co złość. Sam zdecydowałem się na tę rolę, na udział w tej grze i na jej konsekwencje. Teraz pozostaje mi z tym żyć.
Draco pokręcił głową i żachnął się wściekle.
– A teraz będziesz musiał znaleźć czas jeszcze na uporanie się z tym problemem, kiedy już i tak ledwie wiążesz koniec z...
– Właściwie – powiedział Harry, na którego ustach pojawił się niewielki uśmieszek – to nie.
Draco zamrugał.
– Co proszę?
– Za dużo dzieje się na raz. – Harry odłożył gazetę na stół i pochylił się przed siebie. – Osiągnąłem limit tego, z czym jestem w stanie poradzić sobie sam. Dlatego właśnie poprosiłem Hermionę o wyszukanie kruczków prawnych dotyczących ustaw anty–wilkołaczych, a Zachariasza Smitha o sprawdzenie tego symbolu uskrzydlonego konia. Teraz Miriam Smith pomaga mi w szukaniu porządnego prawnika, który pomoże nam reprezentować wilkołaki. Myślałem o tym, czy nie poprosić o to Gloryflowerów, ale wszyscy, wraz z ich odległymi kuzynami wiedzą, że siostrzenica Laury Gloryflower jest wilkołaczycą, więc to by zwyczajnie nie wypaliło. A Smithowie wciąż budzą grozę i szacunek. Nie poradziłbym sobie z tym wszystkim sam, nie mam czasu nawet na najbardziej podstawowe sprawy...
– Jak jedzenie śniadania – mruknęła Kamelia, przechodząc za nim.
Harry posłusznie podniósł widelec, ale nie dopuścił do tego, żeby to wtrącenie wyrwało go z rytmu.
– ...I tak samo mam zamiar podejść do tej sytuacji. Poproszę kogoś o zajęcie się tym w moim imieniu. – Przełknął kilka kęsów, nie odrywając wzroku od Dracona.
Draco potrząsnął głową.
– Kogo? – Niewielu sojuszników Harry'ego byłoby w stanie nadążyć za bezkarnością kręgów, w jakich obracał się Dionizos Hornblower. Wilkołakom groził areszt, jeśli tylko wyjdą za próg posiadłości Blacków, Dionizos Hornblower nie żywił żadnego szacunku wobec czystokrwistych pieniędzy, sojusznicy Harry'ego z ministerstwa odpadali, Pettigrew nie miał zbyt wielu koneksji, a Harry prawdopodobnie nie ufał Snape'owi z jego obecnym temperamentem.
– Ciebie.
Draco ponownie zamrugał.
– Co proszę? – powiedział wreszcie i wiedział, że wydusił to cokolwiek słabym głosem.
Harry przechylił głowę, oczy mu zalśniły jasno i bystrze.
– Draco – powiedział cicho. – Wiem, że nawiązałeś kilka kontaktów w ministerstwie w zeszłym roku, jak pokonaliśmy Dumbledore'a. Nie wiedziałem o tym wtedy, ale z czasem sam się domyśliłem. Chyba je utrzymałeś, co? Nie porzuciłeś ich bez słowa.
Draco niechętnie przytaknął. Prawdę mówiąc naprawdę nie spodziewał się, że Harry zwrócił na to uwagę. Chciał go pewnego dnia mile zaskoczyć tymi kontaktami.
– Wydaje mi się, że łatwiej przyjdą ci rozmowy z nimi, niż mi z kimkolwiek w ministerstwie, włącznie ze Scrimgeourem. – Harry odchylił się i założył rękę za głowę, ignorując mamrotanie Kamelii na temat jego prawie nietkniętego śniadania. – A wiem, że przynajmniej niektórym z nich zaimponuje twoje nazwisko czy pieniądze Malfoyów... w dodatku nie jesteś swoim ojcem. Nie poprzedza cię jego przerażająca reputacja. Możesz przypilnować, żeby cię niedocenili, a potem mocno ich zaskoczyć.
Harry zawahał się w tym momencie, ale brnął dalej.
– W dodatku potrafisz opętywać ludzi. I wiem, że w twoim przypadku nie oznacza to tylko przejęcia kontroli nad ciałem, ale też odczytywanie myśli. To powinno okazać się zajebiście przydatne przy odkrywaniu tajemnic.
– I nie uważasz tego za niemoralne? – wypalił Draco. Jemu też przyszło do głowy wykorzystanie jego daru w ten sposób, ale wychodził z założenia, że Harry z odrazą podszedłby do takiego pomysłu.
Harry spojrzał w dół, ale zdawał się nie widzieć swojego talerza.
– Gdybyś miał zamiar kontrolować ich poczynania, to powiedziałbym, że jest – wymamrotał. – Ciężko było mi pochwalać to nawet na czas bitwy na letnie przesilenie, z której wrócić można było, no wiesz, tylko z tarczą albo na niej. Ale ta sytuacja, o ile mniej zdesperowana, wymaga znacznie więcej szpiegowania. – Nabrał głęboko tchu. – Nie dopuszczę do tego, żeby moi wrogowie zapędzili mnie w kozi róg, Draco. Poproszę kogoś innego o bycie moim łącznikiem z Prasą Menad. Chyba Honorię. Jej iluzje naprawdę mogą się tam przydać i pewnie z radością podejmie się czegoś takiego. Potrzebuję informacji, Draco. Teraz, kiedy niewymowni włączyli się do walki, potrzebuję jej bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Nawet twój ojciec nie był w stanie zbyt wiele mi o nich powiedzieć. A większość sposobów na zdobywanie informacji jest w jakimś sensie niemoralna. Nigdy nie torturowałbym ludzi tylko po to, żeby coś z nich wyciągnąć, ale to? – Harry podniósł wzrok i kiwnął głową. – Tak, wydaje mi się, że to może wypalić. O ile obiecasz mi, że nie wykorzystasz potem tych informacji w prywatnych sprawach, ani nie przejmiesz kontroli nad ich ciałami, o ile nie stanie się to sprawą życia lub śmierci.
Draco podniósł wysoko głowę. Czuł się, jakby kąpał się w promieniach słońca, tak mu było ciepło i przyjemnie. Był zaszczycony, że Harry mu zaufał i pogwałcanie tego nie byłoby warte chwili przyjemności, którą mógłby cieszyć się z ewentualnej zemsty.
– Brzmi to mi, jakbyś chciał, żebym pomógł ci z zarządzaniem twoją reputacją – powiedział miękkim tonem. – Miał oko na wszelkie zmiany, plotki, jak „Vox Populi" czy inne gazety wpływają na opinie i tak dalej?
Harry kiwnął głową.
– Tak. Scrimgeour miał mi w tym pomagać w czasie mojego pobytu w Sanktuarium, ale... cóż.
Draco przechylił głowę. Umysł wypełniał mu się możliwościami, pączkującymi niczym obrastające tytuł „Vox Populi" winorośle. Zastanawiał się przez chwilę, czy Harry czuł się tak przez cały czas, po czym spróbował odsunął od siebie te rozważania, bo przeszedł go dreszcz na samą myśl.
– To będzie oznaczało coś więcej, niż tylko rozmowy z paroma kontaktami w ministerstwie, Harry, chyba zdajesz sobie z tego sprawę? – zagaił. – Chcę walczyć po twojej stronie na kilku różnych poziomach. Spróbuję rekrutować nowych ludzi do Przymierza, odkryć, co planują niewymowni, zdyskredytować twoich przeciwników.
– Zdaję sobie z tego sprawę.
– Czy to znaczy, że porzuciłeś swoją moralność? – Kamelia wcale nie brzmiała na zadowoloną. – Nie chcę, żebyś czuł, jakbyś musiał się zmienić tylko po to, by usatysfakcjonować polityczne wymogi czarodziejów.
Harry odchylił się na krześle i pokręcił głową w jej kierunku.
– Przyjąłem do wiadomości, że nie jestem w stanie wygrać, jeśli będę tylko siedział i nic nie robił – powiedział cicho. – A tylko nic nie robienie zagwarantowałoby mi, że nie podejmę żadnych problematycznych decyzji. Jestem vatesem. Muszę iść przed siebie. Muszę informować ludzi o sprawach, o których nie mają ochoty słuchać. A jeśli ktoś zacznie przy mnie tłamsić czyjąś wolną wolę, to będę musiał z tym walczyć. Problemem będzie opanowanie się do stopnia, w którym będę walczył tylko do momentu, kiedy wolna wola danej osoby zostanie odnowiona i nie posunę się dalej. – Odetchnął lekko i wrócił wzrokiem do Dracona. – Dlatego też muszę ci zaufać, Draco, że przyjdziesz ze mną z każdą istotną informacją, jaką uda ci się zdobyć, chyba że sytuacja będzie wymagała natychmiastowego działania i nie będziesz miał jak jej ze mną omówić. Nie korzystaj z tego przywileju ot tak.
– Czyli dlatego chcesz powierzyć tę pozycję mnie, bo nikomu innemu nie mógłbyś zaufać pod tym względem – powiedział Draco, podczas gdy jego pomysły się rozrastały. Miał znajomości pośród siedmiorocznych Ślizgonów, których Harry nigdy nawet nie spróbował poznać; nie trzymał się jakoś szczególnie blisko własnego domu, jak to robiło wielu innych Ślizgonów, między innymi dlatego, że pochodził ze świetlistej rodziny, która chowała się przed światem. – Wiesz przecież, że chcę cię chronić, Harry, nie tylko działać we własnym interesie.
Harry wyszczerzył się do niego.
– Twoje interesy i tak są ciasno związane z moimi. Tyle sam wiem. – Zawahał się, po czym powiedział niepewnie: – Przy okazji, przepraszam za tę kłótnię ze wczoraj.
Draco był naprawdę rad, że już i tak zdecydował się przyjąć przeprosiny i puścić wszystko w niepamięć. Dzięki temu mógł teraz po prostu kiwnąć głową.
– Wziąłeś udział w tym wygłupie po prostu dlatego, że chciałeś uszczęśliwić brata, co? – powiedział.
Napięcie, którego wcześniej nawet nie zauważył, stopniało nagle z ramion Harry'ego.
– Tak – powiedział, nachylając się do Dracona. Draco zauważył ponad jego ramieniem, że Kamelia krzywi się na nich koszmarnie. Uśmiechnął się do niej krzywo, po czym ścisnął dłoń Harry'ego. Harry zdawał się w ogóle nie zauważyć tej pobocznej wymiany. – Przepraszam. Nie powinienem był tego robić. Poczułeś się przez to obrzydliwie, a ja potem czułem się winny przez wiele godzin. – Zawahał się, jakby zastanawiał się, czy w ogóle powinien wymówić następne słowa, po czym zaoferował: – Źle mi się wczoraj spało.
Draco poczuł przebłysk tryumfu, ale przybrał tak niewinną minę, jak tylko był w stanie.
– Przez poczucie winy?
– Bo ciebie tam nie było – wymamrotał niewyraźnie Harry, zalewając się rumieńcem.
Kamelia ponownie się skrzywiła. Draco podniósł dłoń Harry'ego do swoich ust, patrząc na nią wyzywająco. Kamelia obróciła się na pięcie i wyszła szybko z kuchni, tupiąc mocno.
Draco wierzył jej na słowo, że faktycznie nie była zazdrosna o Harry'ego w sposób, w jaki wilkołak mógłby być o potencjalną bratnią duszę. Ale jej zazdrość mogła okazać się szkodliwa na wiele innych sposobów. Niewielu ludzi chciało dzielić łoże z Harrym (choć Draconowi naprawdę ciężko było w to uwierzyć, no bo jakim cudem ktoś miałby nie chcieć?). Wiele tuzinów jednak z przyjemnością zbliżyłoby się do niego, przeważnie z niewłaściwych powodów. A ci, którzy kierowaliby się właściwymi powodami, wykończyliby go, bo chciałby zaoferować im odpowiednią ilość czasu i uwagi.
Draco upewni się, że nie dojdzie do czegoś takiego. Wyceni ludzi, którzy będą próbowali się zbliżyć i odeśle tych, którzy bardziej wykończą Harry'ego, niż sami będą w stanie mu pomóc. Jeśli zacznie rekrutować ludzi do Przymierza Słońca i Cienia, to stanie się strażnikiem i pierwszą linią obrony na tym froncie.
Co pomoże Harry'emu, to pomoże i Draconowi. Draco chciał, żeby Harry był zrelaksowany i szczęśliwy. I tym razem jego samolubne powody tak ściśle mieszały się z altruistycznymi, że nie był pewien, czy byłby w stanie je rozróżnić między sobą.
– Już puściłem ten wygłup w niepamięć – powiedział Draco, rad że może być zupełnie szczery, bo sytuacja doprowadziła ich do tego momentu, a w dodatku na dźwięk tych słów oczy Harry'ego pojaśniały z radości. – I chciałbym, żebyśmy znowu poszli dzisiaj razem spać, jeśli nie masz nic naprzeciw.
– Też tego chcę – wypalił momentalnie Harry.
Jego wzrok zsunął się wtedy z Dracona i padł na „Vox Populi", a linie wokół jego ust zacieśniły się.
– Miałem porozmawiać ze Snape'em o tej książce – powiedział, po czym ostatni raz ścisnął dłoń Dracona, wstał i wyszedł z kuchni, pozostawiając swoje śniadanie praktycznie nietknięte.
Draco prychnął. Potrzebuje odwrócenia uwagi. No odwrócę jego uwagę od tego wszystkiego.
Odchylił się na krześle i uśmiechnął w kierunku sufitu. A jeśli takie odwrócenie sprowokuje go do opuszczenia barier, to tym lepiej. Tylko wtedy się naprawdę odpręży i tylko wtedy będzie miał szansę na zmierzenie się z tym wszystkim z dystansem i świeżym umysłem.
Draco podniósł „Vox Populi" i ruszył do drzwi. Miał listy do napisania i badania do wykonania. Czas sprawdzić, czy strzępki informacji, jakie usłyszał od ojca na przestrzeni lat, miały swoje źródła w plotkach, czy też prawdzie.
